niedziela, 19 lutego 2017

L'biotica, Regenerująca maska do stóp

W poprzednim poście KLIK opisałam Wam działanie skarpetek złuszczających. Dzisiaj zapraszam na kolejny krok dotyczący pielęgnacji stóp, również w formie coraz powszechniejszych ostatnio skarpetek, tym razem jednak mających regenerować i nawilżać wymagającą skórę. Zapraszam.

maska-regenerujaca-do-stop-lbiotica

L'biotica, Skarpetki do stóp regenerujące

Według producenta: "Regenerująca maska do stóp, w postaci skarpet, nasączonych aktywnym kremem. Profesjonalny zabieg do samodzielnego wykonania w domu. Maska na bazie naturalnych składników - masła shea, jabłka oraz mięty, wygładza i silnie regeneruje suchą, spękaną i zrogowaciałą skórę stóp, znacząco poprawiając jej wygląd i kondycję. Skuteczne nawilża i odżywia nawet bardzo przesuszoną i zniszczoną skórę stóp. Sprawia, że staje się gładka, miękka i zdrowa.
Dzięki nowoczesnej technologii, substancje aktywne, zawarte w masce, są doskonale wchłaniane i wnikają nawet w głębokie warstwy skóry. Maska w postaci skarpetek spełnia rolę filtra, który w połączeniu z ciepłotą ciała stopniowo uwalnia aktywne składniki i pomaga wnikać im w głębokie warstwy skóry. Efekt widoczny  już po pierwszym użyciu - skóra stóp jest widocznie zregenerowana, nawilżona i gładka. Dla utrzymania efektu zadbanych i gładkich stóp zabieg należy powtarzać  1 - 2 razy w tygodniu."
Kosztuje ok. 13zł/32 ml.

lbiotica-opis-producenta-skarpetki

Maskę kupimy w tekturowym opakowaniu, z którego możemy wyczytać sporo informacji o produkcie. Opakowanie jest całkiem duże i ładne, łatwo się otwiera. Podobne mają maski w płachcie do twarzy tej marki KLIK. Producent poleca stosować skarpetki 1-2 razy w tygodniu.

l'biotica-maska-w-skarpetkach

Skład: Aqua, Glycerin (nawilża), Petrolatum (wazelina, zostawia warstwę okulizyjną na skórze, pochodna ropy naftowej), Distearyldimonium Chloride (zmiękcza, nawilża, wygładza, potencjalnie niebezpieczny), Isopropyl Palmitate (emolient tzw. suchy, tworzy film na skórze), Cetyl Alcohol (emolient tłusty, tworzy film), Cetyl Ethylhexanoate (emolient tłusty, tworzy film), Urea (nawilża, zmiękcza skórę), Dimethicone (tworzy film na skórze), Macadamia Ternifolia Seed Oil (olej makadamia; regeneruje, wygładza, zmiękcza, odżywia, leczy uszkodzenia i podrażnienia skóry), Ceteareth-12 (emulgator), Pyrys Malus (Apple) Fruit Extract (ekstrakt z jabłka, wygłądza, zmiękcza, nawilża, rozjaśnia, wzmacnia włókna kolagenowe), Camellia Sinensis Leaf Extract (ekstrakt z herbaty; nawilża, działa antyoksydacyjnie), Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Extract (ekstrakt z liści oczaru wirginijskiego; wzmacnia naczynia krwionośne, działa antybakteryjnie), Avena Strigosa Seed Exytact (ekstrakt z nasion owsa; nawilża, łagodzi stany zapalne), Panax Ginseng Root Extract (ekstrakt z żeń-szenia; regeneruje, ułatwia odnowę skóry, poprawia krążenie), Butyrospermum Parkii (Shea) Butter (masło shea; natłuszcza, odżywia i zmiękcza skórę), Scutellaria Baicalensis Root Extract (ekstrakt z korzenia tarczycy bajkalskiej; działa przeciwzapalnie i rozjaśniająco), Ceteareth-20 (emulgator), Cetearyl Alcohol (emolient, tworzy film), Cetyl Palmitate (emolient tłusty, tworzy film), Glyceryl Stearate (emolient tłusty i emulgator), Mentha Piperita (Peppermint) Oil (olejek z mięty pieprzowej; regeneruje, pobudza, odświeża, chłodzi, działa przeciwzapalnie), Allantoin (koi podrażnienia), Methylparaben (konserwant), Tocopheryl Acetate (wit. E, odżywia, antyutleniacz), Salicylic Acid (kwas salicylowy, złuszcza warstwę rogową naskórka, reguluje odmowę komórek), Menthol (odświeża, dezynfekuje, chłodzi), Panthenol (nawilża, wygładza), Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil (olejek z drzewa herbacianego; działa bakteriobójczo i grzybobójczo), Dipotassium Glycyrrhizate (nawilża, łagodzi podrażnienia), Disodium EDTA (konserwant potencjalnie niebezpieczny), Propylparaben (konserwant), Sodium Chloride (sól, zagęszcza produkt i usuwa nieprzyjemny zapach), Phenoxyethanol (konserwant), Ethylhexylglycerin (konserwant), Parfum (kompozycja zapachowa).

lbiotica-sklad-skarpetki-maska

Wewnątrz tekturowego opakowania mamy saszetkę, w której znajdują się skarpetki. Zakładamy je na czyste, suche stopy. Dodatkowo można jeszcze założyć bawełniane skarpetki, co zrobiłam, bo tak było mi wygodniej, ponieważ folia nie zsuwała się z nóg. Producent zaleca pozostawienie produktu na stopach ok. 25-40 minut, więc dla pewności wytrzymałam te 40 minut, siedząc praktycznie w bezruchu (dobra książka ratuje sytuację!). Po odmierzonym czasie zdjęłam skarpetki, a nadmiar delikatnie wmasowałam w skórę.

opinia-lbiotica-skarpetki-regenerujace

Cały zabieg był całkiem przyjemny, nie odczuwałam takiego zimna jak w przypadku skarpetek złuszczających. Stopy tuż po zabiegu faktycznie były miękkie, gładkie i przyjemne w dotyku. Nie zauważyłam jednak głębszego nawilżenia, ponieważ cały efekt zniknął już następnego dnia. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mam po prostu stopy wysmarowane kremem. O regeneracji też nie ma mowy, przynajmniej nie przy jednokrotnym użyciu. Producent zaleca używanie ich 1-2 razy w tygodniu, ja użyłam ich raz, jednak nie przekonały mnie do zakupu kolejnych sztuk. Chodzi głównie o cenę takich zabiegów, gdzie jednorazowy koszt wynosi 13zł. Dokładając niewiele więcej mogę kupić całe opakowanie dobrego kremu do stóp, przykładowo tego KLIK, po którym uzyskuję podobny efekt. Działanie kremu także mogę analogicznie wzmocnić nakładając na posmarowane stopy bawełniane skarpetki i idąc tak spać. Poza tym w składzie skarpetek królują liczne emolienty, nadające skórze uczucie gładkości i pozostawiające ochronny film na skórze.  Nie do końca jest to regeneracja jakiej oczekiwałam, aczkolwiek stopom przydaje się bariera ochronna.

jak-dziala-maska-do-stop-l'biotica

Podsumowując zabieg jest całkiem przyjemny, ale działanie krótkotrwałe i niezadowalające. Wolę kupić dobry krem i nie produkować plastikowych odpadów 2 razy w tygodniu. Wyjdzie taniej i bardziej eko :)

Znacie takie skarpetki? Czy warto waszym zdaniem inwestować kasę w podobne produkty?

czwartek, 16 lutego 2017

Marion, Złuszczający zabieg do stóp

Lubię dbać o swoje stopy, tym bardziej, że obecnie mamy zimę, więc stopy duszą się w ciepłych skarpetach i zimowych butach. Dodatkowo moje kozaki obowiązkowo są na obcasie, więc przednia, spodnia część stopy narażona jest na zgrubienia powstałe wskutek zwiększonego nacisku. Na pewno wiecie o co mi chodzi, jeśli chodzicie na obcasach. Staram się więc nie zaniedbywać w tym czasie stóp, wręcz przeciwnie. A skoro nie pokazuję ich publicznie jest to także dobry czas na złuszczanie.


Marion SPA, Złuszczające skarpetki do stóp

Według producenta: "Złuszczający zabieg do stóp w postaci skarpetek z aktywnym płynem, skutecznie, ale bezpiecznie usuwa martwy, zrogowaciały naskórek. Wystarczy jeden zabieg, żeby zregenerować i wygładzić skórę stóp. Po 7-10 dniach od wykonania kuracji, stopy są idealnie gładkie, delikatne i odżywione.
Maska posiada inteligentną formułę, która skutecznie złuszcza naskórek i regeneruje stopy. Zawiera kompleks  kwasów (mlekowy, glikolowy, salicylowy), które pomagają usunąć martwy, zrogowaciały naskórek oraz stymulują odnowę komórkową. Mocznik (5%) intensywnie nawilża, odżywia i chroni skórę stóp. Ekstrakt z limonki jest źródłem witaminy C, działa antyoksydacyjnie, antybakteryjnie, odświeżająco i wspomaga gojenie. Alantoina i betaina łagodzą podrażnienia i nawilżają skórę stóp. Efekt jak po zabiegu pedicure SPA! Po 1 zabiegu piękne stopy przez kilka tygodni!"
Kosztują ok. 7zł/opakowanie.  


Niewielkie różowe opakowanie zawiera sporo informacji na temat produktu. Muszę przyznać, że są to jedne z tańszych skarpetek złuszczających na rynku, więc miałam małe obawy przed zakupem. Skusił mnie fakt, że wewnątrz kartonika znajdziemy dwie pary skarpet, w mniejszym i większym rozmiarze, więc zaświtała mi myśl o próbie opracowania własnej formuły diy na skarpetki złuszczające z kwasem migdałowym. Zobaczymy czy coś z tego wyjdzie :)


SkładAlkohol (odkaża, wysusza, ułatwia przenikanie innych substancji przez naskórek, działa jako rozpuszczalnik innych substancji), Aqua, Propylene Glycol (glikol propylenowy, nawilża, ułatwia przeniknięcie innych substancji wgłąb naskórka), Urea (w wysokim stężeniu złuszcza zrogowaciały naskórek), Glycolic Acid (kwas glikolowy, złuszcza i wygładza skórę), Glycereth-18 Ethylhexanoate (lekki emolient, konserwant), Glycereth-18 (nawilża, kondycjonuje skórę), Sodium Lactate (nawilża, zmiękcza warstwę rogową naskórka, złuszcza zrogowaciały naskórek), Lactic Acid (kwas mlekowy; nawilża, zmiękcza i złuszcza naskórek), Salicylic Acid (kwas salicylowy; złuszcza warstwę rogową naskórka, reguluje odmowę komórek), PEG-40 Hydrogenated Castor Oil (odtłuszczacz, emulgator), Menthol (odświeża, dezynfekuje, chłodzi), Glycerin (nawilża), Polyquaternum-10 (tworzy ochronny film na skórze), Citrus Aurantifolia Fruit Extract (ekstrakt z limonki; odświeża, tonizuje), Betaine (betaina; nawilża), Allantoin (alantoina; łagodzi podrażnienia, przyspiesza gojenie), Sodium Benzoate (konserwant), Potassium Sorbate (konserwant), Parfum (kompozycja zapachowa).


W kartoniku znajdziemy dwie saszetki z płynem oraz dwie pary skarpet: w większym i mniejszym rozmiarze. To całkiem fajne rozwiązanie, bo mamy wybór, choć dla moich stóp nawet te mniejsze są zbyt duże. Po dokonaniu wyboru wystarczy założyć je na stopy i do każdego foliowego woreczka nalać płyn. Jedna saszetka wystarcza na jedną skarpetę, więc druga para skarpetek nam zostaje. Warto dobrze rozprowadzić płyn na stopach, a podczas zabiegu trzymać je poziomo. Na foliowe woreczki zakładamy dodatkowo ciepłe skarpety (musiałam pożyczyć skarpetki od męża, bo nie mam takich dużych, żeby wszystko się zmieściło). Teoretycznie można by podczas zabiegu chodzić, bo woreczki są porządne, więc nie powinny się przerwać, ale praktycznie jest to niewygodne. Folia się osuwa, płyn przelewa i chlupocze. Lepiej poświęcić te 60-90 minut na poczytanie książki pod kocykiem lub inne stacjonarne zajęcie :)  Płyn jest przezroczysty i okropnie pachnie alkoholem (w końcu na nim opiera się cały skład). Przez cały czas towarzyszyło mi przejmujące, nieprzyjemne uczucia zimna. Po godzinie było już naprawdę nieznośne, wytrzymałam 80 minut, po czym z przyjemnością pozbyłam się skarpetek. Zostało w nich mnóstwo płynu, trzeba uważać przy zdejmowaniu. Podczas zabiegu nic nie piecze, ale kwasy rozpuściły bezbarwną odżywkę, którą pomalowałam paznokcie u stóp :) 


Cały zabieg jest prosty w wykonaniu, jednak fakt uziemienia na półtorej godziny oraz nieprzyjemne uczucie zimna psuje przyjemność. Na jakikolwiek efekt musiałam czekać aż tydzień. Po równo 7 dniach zauważyłam pierwsze niewielkie odchodzące płatki skóry. Postanowiłam oszczędzić Wam tego widoku, bo to nic miłego. Początkowo skóra odchodziła z podeszwy stopy, tam gdzie była najdelikatniejsza. Po czym... nic się nie działo. Po dwóch tygodniach zaczęła łuszczyć się skóra z palców, między placami i po bokach, ale odchodziła mikroskopijnymi płatkami, co trwało okropnie długo i było irytujące. Na końcu zeszła skóra z najbardziej u mnie zniszczonej części stóp, czyli z pięt i śródstopia. Cały proces trwał łącznie ok. miesiąca, przy czym mam na myśli jedynie czas złuszczania. Skóra po odnowieniu faktycznie była miękka i przyjemna w dotyku, ale... zanim złuszczyła się cała, w niektórych miejscach stopy wróciły już do stanu pierwotnego. To znaczy tam, gdzie najpierw skóra się złuszczyła - po miesiącu była już taka jak zawsze, natomiast na piętach dopiero była miękka. Podsumowując ani przez chwilę całe stopy nie były gładkie, nawilżone i zregenerowane. Cały efekt został podzielony na raty, a nie tego oczekiwałam.


Jestem bardzo zawiedziona zabiegiem złuszczającym, ponieważ był nieprzyjemny, wręcz lodowaty i trwał okropnie długo. W dodatku złuszczanie ciągnęło się w sumie przez bity miesiąc, skóra schodziła maluteńkimi płatkami, co mnie irytowało. Nie planuję kolejnego zabiegu Marion. Może spróbuję zrobić własny płyn diy, może kupię skarpetki innej marki, a może na zawsze porzucę złuszczanie...

Czy Wy próbowałyście skarpetek złuszczających? Jak Wasze doświadczenia, lepiej czy podobnie?

poniedziałek, 13 lutego 2017

Test najlepszych płynów micelarnych: Biolaven, Bielenda, Garnier

Wiecie co jest najważniejsze w pielęgnacji skóry? Który etap jest najistotniejszy? Oczywiście, że wiecie. Oczyszczanie. Nawet najdroższe kosmetyki napakowane po brzegi cennymi substancjami aktywnymi niczego nie zdziałają, jeśli cera będzie zanieczyszczona, zalegać na niej będą resztki sebum, bakterii, pyłów i makijażu. Mieszkam w Warszawie, powietrze nie jest tu zbyt czyste ani zdrowe, do tego ostatnio dał mi się we znaki smog (więcej pisałam TUTAJ). Dlatego szczególnie dużą uwagę przykładam do dokładnego oczyszczenia cery, a jednocześnie uważam na utrzymanie prawidłowego pH skóry, co jest niezwykle ważne dla jej prawidłowego funkcjonowania. Codziennie korzystam z płynów micelarnych, ponieważ zwykle są skuteczne, dość łagodne i nie zmieniają pH skóry. Zużyłam ich już mnóstwo, często więc piszę na ten temat. Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam trzy naprawdę świetne micele i zaprosić na test.


Wszystkie butelki są plastikowe i zaopatrzone w korki "na klik". Garnier i Bielenda są jednocześnie przezroczyste, więc łatwo można kontrolować ilość kosmetyku. Jeśli chodzi o samo opakowanie najwygodniej stosowało mi się Biolaven, ponieważ jest poręczny, a otwór odpowiedniej wielkości. Przy Bielendzie kształt butelki lekko utrudnia codzienne stosowanie, trochę płynu zawsze mi gdzieś uciekało, a Garnier początkowo jest po prostu ciężki (pojemność ma dwa razy większą niż Biolavenu i Bielendy).


Garnier, Płyn micelarny 3w1, Skóra wrażliwa

Według producenta: "Płyn Micelarny 3w1 to prosty sposób, by usunąć makijaż oraz oczyścić i ukoić całą skórę (twarz, oczy, usta) za pomocą jednego gestu. Nie wymaga spłukiwania. To pierwszy inteligentny produkt oczyszczający, w którym została zastosowana technologia miceli. Nie musisz już trzeć, by pozbyć się zanieczyszczeń i makijażu - micele wiążą je niczym magnes. Efekt: idealnie czysta skóra bez pocierania. Odpowiedni do wszystkich typów skóry, także do cery wrażliwej. Bezzapachowy. 
Sposób użycia: Nałóż na twarz, oczy i usta za pomocą wacika, bez pocierania. Nie spłukuj."
Kosztuje ok. 18zł/400ml.


Płyn jest przezroczysty i bezzapachowy, ale delikatnie się pieni (bawi mnie gdy podczas odstawiania go na półkę "puszcza" bańki :D). Nie wysusza skóry i nie pozostawia uczucia ściągnięcia. Dobrze usuwa makijaż i zanieczyszczenia, nie trzeba trzeć oczu, wystarczy dać mu chwilę na rozpuszczenie tuszu czy eyelinera. Radzi sobie praktycznie ze wszystkim, także z matowymi pomadkami, choć nie za pierwszym razem. Nie pozostawia lepiącej warstwy. Skóra jest po nim oczyszczona, może nie ściągnięta, ale też nie nawilżona, raczej neutralna. Zazwyczaj nie podrażnia, choć zdarzyło mi się kilkakrotnie, że podczas demakijażu lekko zaszczypało mnie oko. Jest bardzo wydajny, a pojemność jest dwukrotnie większa niż konkurencji.


Skład: Aqua/Water, Hexylene Glycol (glikol heksylenowy; myje, zmiękcza i nawilża skórę, jednocześnie emulgator, rozpuszczalnik dla innych substancji, ma działanie konserwujące, ale niedozwolony jest jako konserwant; może podrażniać błony śluzowe lub uczulać), Glycerin (nawilża), Disodium Cocoamphodiacetate (łagodna substancja myjąca, dobrze się pieni), Disodium EDTA (konserwant, potencjalnie niebezpieczny), Poloxamer 184 (substancja myjąca), Polyaminopropyl Biguanide (B162919/4) (konserwant, używany także m.in. w płynach do soczewek).
Moim zdaniem: krótki, ale nie do końca delikatny. Skład oparty jest o substancję chemiczną, która dobrze radzi sobie z makijażem, ale potrafi podrażniać błony śluzowe, powodując np. pieczenie oczu. Poza tym zawiera konserwant, który potencjalne jest niebezpieczny i powszechnie stosowany w kosmetykach, więc nieświadomie możemy nakładać go na skórę zbyt dużo w ciągu dnia.


Bielenda, Esencja Młodości, Nawilżający płyn micelarny

Według producenta: "Wyjątkowo delikatny, nawilżający płyn micelarny Esencja Młodości 3w1 zastępuje mleczko, tonik i wodę. Szybko, starannie i niezwykle skutecznie oczyszcza skórę, usuwa makijaż, pozostałe zabrudzenia i nadmiar sebum. Zwęża i zamyka pory, zapobiega powstawaniu wyprysków, łagodzi podrażnienia. Zawiera Plasma Repair Complex – koktajl najbogatszych składników aktywnych, który ma zdolność przenikania do głębszych warstw skóry. Kwas hialuronowy intensywnie i długotrwale nawilża i wygładza. Komórki macierzyste z drzewa arganowego głęboko regenerują, odżywiają i wzmacniają skórę. Witamina B3 wyrównuje niedoskonałości skóry wywołane trądzikiem, skutecznie matuje błyszczącą cerę. Płyn natychmiast odświeża i koi, nie wysusza skóry mieszanej i wrażliwej.
Sposób użycia: Zwilżyć wacik płynem, oczyścić skórę. Nie spłukiwać. Stosować rano i wieczorem lub w ciągu dnia jako zabieg odświeżający."
Kosztuje ok. 12zł/200ml.


Płyn jest bezbarwny, dość mocno się pieni (zwłaszcza pod koniec). Posiada bardzo przyjemny, orzeźwiający zapach, który kojarzy mi się z morską bryzą i algami. Jest dość intensywny. Płyn nie wysusza cery i nie ściąga jej. Delikatnie przymyka pory. Dobrze radzi sobie z makijażem oraz zanieczyszczeniami, także wodoodpornymi (wystarczy chwilę dłużej przytrzymać nasączony wacik). Pozostawia skórę oczyszczoną, lekko nawilżoną, ale często z delikatną, lepiącą warstewką, którą przecierałam tonikiem. Nigdy mnie nie podrażnił, nie szczypał w oczy.


Skład: Aqua, Glycerin (nawilża), Niacinamide (wit. B3, zwęża pory, matuje), Sodium Cocoamphoacetate (łagodna dla skóry substancja myjąca), Arginine PCA (arginina, nawilża, regeneruje), Hyaluronic Acid (kwas hialuronowy, nawilża), Hydrolyzed Glycosaminoglycans (kondycjonuje), Argania Spinosa Callus Culture Extract (komórki macierzyste z drzewa arganowego, regeneruje, wzmacnia, odżywia), Glucose (glukoza, koi i nawilża), Urea (nawilża), Sodium Lactate (mleczan sodu, zmiękcza naskórek), Allantoin (łagodzi podrażnienia), Lactic Acid (kwas mlekowy, nawilża), Isomalt (wypełniacz), Lecithin (lecytyna, zmiękcza i odżywia), Polysorbate 20 (emulgator), Disodium EDTA (konserwant, potencjalnie niebezpieczny), Phenoxyethanol (konserwant), Ethylhexylglycerin (konserwant), DMDM Hydantoin (konserwant potencjalnie niebezpieczny), Sodium Benzoate (konserwant), Parfum (kompozycja zapachowa), Butylphenyl Methylpropoonal (składnik kompozycji zapachowej, potencjalny alergen).
Moim zdaniem: początek składu jest bardzo przyjazny dla cery mieszanej. Sporo nawilżaczy i substancji zatrzymujących wodę w skórze oraz moja ulubiona wit. B3. Do tego łagodna substancja myjąca i komórki macierzyste. Nie podoba mi się końcówka napakowana licznymi konserwantami, w tym pochodną formaldehydu.


Biolaven Organic, Płyn micelarny

Według producenta: "Oczyszczająco-łagodzący płyn micelarny pozwala dokładnie usunąć nawet wodoodporny makijaż twarzy i oczu. Składniki nawilżające i łagodzące zapobiegają wysuszeniu i koją podrażnioną skórę. Olejek eteryczny z lawendy, symbol Prowansji, znany jest ze swoich relaksujących właściwości. Po zastosowaniu skóra pozostaje czysta, świeża i dobrze nawilżona.
Sposób użycia: preparat nanieść na płatek kosmetyczny i delikatnie przetrzeć skórę twarzy, szyi i dekoltu. Aby usunąć makijaż oczu, na zamkniętej powiece przytrzymać nasączony płatek i ściągać w kierunku rzęs. W razie potrzeby czynność powtórzyć."
Kosztuje ok. 15zł/200ml.


Płyn również jest przezroczysty, ale w ogóle się nie pieni. Uwiódł mnie swoim zapachem, dzięki czemu używałam go z dziką przyjemnością zarówno rano jak i wieczorem. Słodki aromat dojrzałych winogron przełamany lekko cierpką nutą lawendy to zapach idealny do rannego przebudzenia, a jednocześnie kojący i przyjemnie wyciszający wieczorem. I choć wiele osób na pierwszym planie wyczuwa właśnie lawendę, której - delikatnie mówiąc - fanką nigdy dotąd nie byłam, to w tym połączeniu bardzo mi odpowiada i nadal uparcie będę twierdzić, że winogrona wyczuwam mocniej. Płyn nieźle radzi sobie z makijażem, a mimo naturalnego składu w niczym nie ustępuje dwóm powyższym płynom. Nie zostawia żadnej warstwy na skórze. Nigdy nie spowodował u mnie podrażnienia. Pozostawia skórę dobrze oczyszczoną, odświeżoną, zmatowioną i miękką. Nie wysusza, nie ściąga skóry.


Skład: Aqua, Coco-glucoside (łagodna substancja myjąca), Glycerin (nawilża), Panthenol (prowitamina B5; nawilża, działa przeciwzapalnie), Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron; emolient, zmiękcza i wygładza skórę), Lactic Acid (kwas mlekowy; nawilża), Sodium Lactate (nawilża, zmiękcza naskórek), Benzyl Alcohol (konserwant; składnik kompozycji zapachowej, imituje zapach jaśminu), Lavandula Angustifolia Oil (olejek eteryczny z lawendy; działa antyseptycznie, przeciwzapalnie, stymuluje wzrost nowych komórek, pomaga kontrolować wydzielanie sebum i gojenie blizn, posiada relaksujący zapach), Dehydroacetic Acid (konserwant dopuszczony przez instytucje certyfikujące kosmetyki naturalne), Silica (matuje), Parfum. 
Moim zdaniem: krótki i świetny! Łagodny, przyjazny i naturalny skład, sporo cennych substancji aktywnych pozytywnie wpływających nie tylko na skórę, ale także na samopoczucie.


Test najlepszych płynów micelarnych

Do testu wykorzystałam kolejno:
Matową pomadkę Eveline (uwielbiam je!)
Fluid matujący Bielenda (ładnie stapia się ze skórą i dobrze matuje, jednocześnie wygląda naturalnie i nie zapycha)
Tusz do rzęs Delia (pisałam o nim KLIK)
Żel do brwi Lovely (ma bardzo malutką szczoteczkę, którą operuje się i łatwo i trudno jednocześnie, nie do końca odpowiada mi perłowy połysk)
Eyeliner Catrice (rzadko go używam, jak widać nie daje czerni, raczej szarość)
Produkty miały kilkanaście minut, aby porządnie zaschnąć, zanim przetarłam dłoń wacikiem.


Biolaven przy pierwszym podejściu świetnie poradził sobie z pomadką, podkładem oraz żelem do brwi. Trochę gorzej poszło mu z tuszem i eyelinerem, ale podczas demakijażu daję mu chwilę na rozpuszczenie tych produktów. Tutaj po prostu przetarłam skórę.


Bielenda równie świetnie się spisała jeśli chodzi o pomadkę i podkład. Trochę gorzej poszło jej z żelem do brwi, za to zebrała więcej tuszu i eyelinera już za pierwszym razem.


Garnier świetnie poradził sobie z fluidem, ale trochę gorzej z matową pomadką i żelem do brwi. Za to tusz i eyeliner nie są mu straszne.



Moim faworytem mimo wszystko pozostaje Biolaven za najbardziej naturalny i łagodny skład, piękny zapach i dobre działanie. Na mojej mieszanej, miejscami tłustej skórze sprawuje się idealnie, a dzięki zawartości olejku z lawendy matuje i usuwa bakterie powodujące drobne niedoskonałości. Jeśli damy mu chwilę na rozpuszczenie tuszu czy eyelinera na pewno nie obudzimy się rano z resztkami makijażu. Bielendę polecam cerom mieszanym i tłustym, ze względu na wysoką zawartość wit. B3, która matuje i zwęża pory oraz kilku substancji nawilżających i zmiękczających skórę. Garnier też jest skutecznym produktem i cenowo wypada najkorzystniej, jednak moim zdaniem nie do końca nadaje się dla cer wrażliwych czy delikatnych, ponieważ posiada skład oparty o substancję mogącą wywołać podrażnienia np. oczu.

Na poniższym zdjęciu widać jak płyny usuwają produkty do makijażu. Niestety Biolavenem zdążyłam przejechać rękę dwukrotnie. Wyżej dokładniej można ocenić jak sobie radzą poszczególne kosmetyki. 


O innych świetnych micelach pisałam już wcześniej. Szczególnie polecam Wam Lipowy płyn micelarny Sylveco oraz Żurawinowy płyn micelarny Go Cranberry. Jeśli nadal macie niedosyt skorzystajcie z wyszukiwarki (w prawej kolumnie na górze) lub etykiet (na dole, przed komentarzami).

Znacie te płyny micelarne? Macie wśród nich swojego ulubieńca, do którego chętnie wracacie?

piątek, 10 lutego 2017

Rosegal: mini haul i niespodzianka dla Was

Zakupy. Czy istnieje kobieta, której nie cieszy kupowanie? Nie mam na myśli chorobliwej potrzeby, ale utrzymanej w ryzach, powiedzmy bezpiecznej, przyjemności dnia codziennego :) Dodatkowo kupowanie w promocji, na wyprzedaży czyli po atrakcyjnej cenie czyni z nas prawdziwe łowczynie, więc możemy poczuć się jak wyjątkowo wyróżnione, sprytne tropicielki okazji ;) Czyż nie jest to przyjemna perspektywa? Osobiście często się na to łapię i dopóki kupuję jedynie od czasu do czasu i tylko rzeczy, które naprawdę mi się podobają albo dzięki którym mogę kogoś obdarować... wszystko jest w porządku. Dziś chciałabym pokazać Wam mini zakupy ze strony Rosegal.com, gdzie można łatwo upolować niskie ceny.


Koszula 
Od razu mi się spodobała, bo jest dość nieformalna, luźna, a jednocześnie przyzwoita. Z tyłu jest zdecydowanie dłuższa, a rękawy można nosić długie lub podwinięte. Na stronie wygląda na bardziej niebieską, w rzeczywistości wpada raczej w popiel. Rozmiar wybrałam łatwo, trzeba tylko pamiętać, aby na stronie "przełączyć" wymiary na centymetry :) Koszula nie ma żadnej metki, ze strony wiem, że jest poliestrowa, ale dalej nie wiadomo było jak ją prać, więc zrobiłam to "na czuja". Pierwszy raz wyprałam ją z czarnymi ciuchami, a za drugim zaryzykowałam z kolorowymi. Koszula nie traci koloru i nie farbuje, szybko schnie. Niestety mocno się gniecie i trudno prasuje, nawet widać to na zdjęciach. To jedyny minus, ponieważ ogólnie jestem zadowolona.

PS. Zdjęcia robiłam w biurze, w którym pracuję, a w tle widać obrazy Moniki Krześniak, które można wypożyczyć TU. Autorkę poznałam osobiście, a jej dzieła mogę podziwiać codziennie. Ja to mam szczęście :D


Lakier hybrydowy Bling
O tych lakierach pisałam już wiele razy. Są tanie, świetnie się trzymają (należy nakładać cienkie warstwy), dobrze utwardzają i usuwają. Mają dość mały, zgrabny pędzelek, który dobrze się sprawdza przy węższej płytce. Kolory są ciekawe, poniższy manicure robiłam przy użyciu lakieru z obecnego zamówienia. Kolor 24 to blady róż z drobinkami, które są naprawdę urocze. Nie jest to brokat, raczej subtelne odbicie. Musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby uchwycić ten efekt.


Na koniec moi ulubieńcy dostępni tylko na Rosegal.com. Latarenki na tealighty!

Miętowa latarenka 
Jest kobieca i subtelna, po prostu śliczna. Łatwo umieszcza się w niej podgrzewacze, rzuca piękne cienie na ścianę. Cała jest metalowa, farba nie odpryskuje. Trochę się nagrzewa u góry podczas palenia świeczki, ale spokojnie można ją przestawić łapiąc np. od boku. Nie jest zbyt duża, co tylko dodaje uroku. Można kupić ją też w kolorze różowym i żółtym.


Kremowa latarenka
I to jest właśnie niespodzianka dla Was! Jeżeli jesteście ze mną na Instagramie albo Facebooku to widzieliście ją już kilka razy. Wiem, że się Wam bardzo podobała, więc zamówiłam drugą na konkurs. Co Wy na to? Latarenka również jest całą metalowa. Stabilnie stoi, nie przewraca się i nie nagrzewa. Jest maleńka i urocza. Przyszła do mnie z lampką na baterię, ale uważam, że prawdziwe światło świec lepiej podkreśla jej delikatność. Można kupić ją także w wersji czarnej.


Wciąż czekam na dwie rzeczy, które chyba gdzieś zaginęły. Powyższa część zamówienia przyszła w jednej, większej paczce po ok. 3 tygodniach od zapłaty. Odebrałam przesyłkę na poczcie po otrzymaniu awizo.

Co myślicie o latarenkach? Będą chętni na konkurs?

czwartek, 9 lutego 2017

Biolaven, Balsam do ciała

Wiele osób odpuszcza sobie balsamowanie ciała lub robi to nieregularnie i nawet to rozumiem. Ja również bywam wieczorem wykończona i jedyne o czym marzę to paść w objęcia Morfeusza i najlepiej przespać pełną dobę. Pomimo tego staram się w miarę możliwości regularnie odżywiać skórę, szczególnie w tych najsuchszych obszarach, które u  mnie ulokowały się na łydkach. A skoro już masuję łydki mogę wysmarować i uda :) W ten sposób staram się motywować do regularnego balsamowania, choć i grzeszki zaniedbania nie są mi całkiem obce. Stale szukam więc kosmetyków, które nawilżają na dłużej niż 10 minut po aplikacji. Dokładnie takich jak balsam Biolaven.


Biolaven Organic, Balsam do ciała

Według producenta: "Nawilżająco-wygładzający balsam do ciała, zawierający odżywczy olej z pestek winogron, przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji skóry wymagającej. Podczas regularnego stosowania chroni przed wysuszeniem i działaniem szkodliwych czynników, przywraca miękkość i elastyczność. Dzięki lekkiej formule balsam doskonale się rozprowadza i wchłania, pozostawiając skórę gładką, nawilżoną i zrelaksowaną. Naturalny olejek eteryczny z lawendy, symbol Prowansji, pozwala odczuć cudowne odprężenie i ukojenie."


Balsam kupimy w plastikowej, stabilnej butli z pompką. Właściwie pompka jest dla mnie nieodzownym elementem tego typu produktów, ponieważ ułatwia zachowanie higieny i przyspiesza aplikację kosmetyku. Dzięki niej nie wybrudzę wszystkiego dookoła. Opakowanie jest funkcjonalne i wszystko działa bez zarzutu czy zacinania się. Dodatkowo możemy sobie balsam zamknąć przekręcając końcówkę i zabrać np. na wakacje, a nic się nie wyleje. Kosztuje ok. 20zł/300ml.


Skład: Aqua, Glycine Soja Oil (olej sojowy, emolient bogaty w wit. E, natłuszcza, odżywia skórę i działa antystarzeniowo), Glycerin (gliceryna, utrzymuje wilgoć w naskórku), Vitis Vinifera Seed Oil (olej z pestek winogron, nawilża i zmiękcza skórę, szybko się wchłania wgłąb, uelastycznia, wygładza i chroni przed odwodnieniem, działa antybakteryjnie), Sorbitan Stearate (emulgator, umożliwia połączenie fazy wodnej z tłuszczową), Sucrose Cocoate (emulgator, dodatkowo zmiękcza i nawilża skórę, także zagęstnik), Glyceryl Stearate (emolient i emulgator; kondycjonuje skórę), Stearic Acid (kwas stearynowy; stabilizator emulsji i emulgator), Cetearyl Alcohol (emolient, zmiękcza i wygładza skórę), Tocopheryl Acetate (wit. E zwana witaminą młodości, bardzo cenna w pielęgnacji skóry, silny antyutleniacz), Xanthan Gum (zagęstnik), Benzyl Alcohol (konserwant dopuszczony przez instytucje certyfikujące kosmetyki naturalne), Lavandula Angustifolia Oil (olejek lawendowy; działa antyseptycznie, przeciwbólowo, przyspiesza gojenie, zmniejsza łojotok, stymuluje wzrost nowych komórek, zapach relaksuje i odpręża), Parfum, Dehydroacetic Acid (konserwant identyczny z naturalnym, dopuszczony przez instytucje certyfikujące kosmetyki naturalne.


Sposób użycia: nanieść balsam na suchą i oczyszczoną skórę, delikatnie wmasować. Najlepiej używać balsamu po kąpieli, kiedy skóra jest najbardziej podatna na wchłanianie kosmetyku.


Balsam posiada przyjemną, lekką konsystencję i cudowny zapach. Cała gama kosmetyków Biolaven uwiodła mnie między innymi właśnie tym zapachem. Do tej pory raczej unikałam lawendy, obecnie nawet posiadam hydrolat lawendowy bułgarski, choć rozcieńczam go innym ze względu na "moc". W balsamie wyczuwam jednak głównie słodką nutę winogron, lawenda oscyluje dopiero gdzieś w tle. Jest to intrygująca mieszanka, niesamowicie relaksująca i trwała. Moja pidżama pachnie nawet rano i wierzcie mi, jest to bardzo przyjemne doznanie. Balsam doskonale się rozsmarowuje i szybko wchłania, nie pozostawiając praktycznie żadnej wyczuwalnej, a tym bardziej tłustej warstwy. Dodatkowo jest bardzo wydajny, nie potrzebuję go wiele do wymasowania nóg czy nawet całego ciała, więc taka butla wystarcza na kilka miesięcy :) Działanie ma genialne przede wszystkim dlatego, że naprawdę na długo nawilża skórę, zmniejsza uczucie ściągnięcia, szorstkości czy przesuszenia skóry, pozostawiając ją mięciutką, przyjemną w dotyku i wygładzoną. Przez cały kolejny dzień czuję się komfortowo, a skóra się nie przesusza nawet w klimatyzowanych, przegrzanych pomieszczeniach. Dodatkowo dzięki masażowi balsam uelastycznia i ujędrnia skórę. Nie podrażnił mnie ani nie uczulił.


Podsumowując balsam Biolaven to kolejny niesamowicie udany kosmetyk marki. Zapach, który po całym dniu idealnie odpręża i pomaga się zrelaksować idzie w parze ze skutecznym i długotrwałym działaniem. Moja skóra go pokochała, ponieważ dzięki niemu jest nawilżona, elastyczna, miękka i miła w dotyku. Na długo.

Znacie serię Biolaven? Czy Wy także polubiłybyście słodkie połączenie winogron i prowansalskiej lawendy?

poniedziałek, 6 lutego 2017

Hada Labo, Pianka do mycia twarzy oraz Żel głęboko nawilżajacy

Nie ma chyba na świecie kosmetyków, które cieszą się lepszą opinią niż te japońskie. Zresztą Japonki znane są z idealnych, jasnych cer bez żadnej skazy czy najmniejszej niedoskonałości oraz z tego, że starzeją się wręcz niezauważalnie! Nic w tym dziwnego, w końcu w Japonii istnieje jeszcze większy kult piękna niż w Korei. Dzisiaj przedstawię Wam dwa wspaniałe kosmetyki wyprodukowane według oryginalnej japońskiej receptury, a dostępne bez problemu w Polsce dzięki marce Dax Cosmetics, należącej do Rohto Pharmaceuticals Group, japońskiej firmy kosmetyczno-farmaceutycznej z siedzibą w Osace w Japonii. Zapraszam.


Hada Labo Tokyo, Japoński krem-pianka oczyszczająca do mycia twarzy

Według producenta: "Podstawowy kosmetyk rozpoczynający rytuał pielęgnacji skóry twarzy. Krem o puszystej konsystencji w kontakcie z wodą zmienia się w kremową piankę, która doskonale oczyszcza skórę z wszelkich zanieczyszczeń. Pozostawia skórę idealnie czystą, znakomicie nawilżoną i jedwabiście wygładzoną. Zawiera kwas hialuronowy."


Kosmetyk kupimy w kartoniku, który wizualnie prezentuję się świetnie. Od razu kojarzy się z Krajem Kwitnącej Wiśni. Z tyłu znajduje się naklejka w języku polskim, z której dowiemy się trochę o kosmetyku, jego sposobie użycia oraz składzie. Pianka kosztuje ok. 60zł/100g. Obecnie na stronie marki jest w promocji za 35zł! :)


Skład: Sodium Cocoyl Glycinate (substancja powierzchniowo czynna otrzymywana z oleju kokosowego, bardzo łagodna, daje uczucie jedwabistej skóry i jej nie wysusza, pozwala otrzymać gęstą pianę także w twardej wodzie); Glycerin (pomaga utrzymać wodę w naskórku); Cocamidopropyl Betaine (kolejna substancja powierzchniowo czynna wytwarzana z oleju kokosowego, tworzy gęstą, stabilną pianę, działa także bakteriobójczo i antyseptycznie); Butylene Glycol (zmiękcza i wygładza skórę, ułatwia penetrację innych substancji wgłąb naskórka); Potassium Cocoyl Glycinate; Hydroxypropyl Starch Phosphate, Decyl Glucoside; PEG-400, Aqua, Sodium Lauroyl Aspartate; PEG-32; Polyquaternium-52; Sodium Stearoyl Glutamate; Glyceryl Srearate SE, Hydroxypropyltrimonium Hyaluronate, Sodium Acetylated Hyaluronate; Hydroxypropyl Methylcellulose; Lauric Acid; Polyquaternium-7; Stearic Acid; Disodium EDTA; BHT; Citric Acid; Titanium Dioxide; Phenoxyethanol; Methylisothiazolinone; Mica (odpowiedzialna za perłowy połysk). 
Skład nie do końca mi się podoba jeśli chodzi o użyte konserwanty, na szczęście jest ich bardzo mało. Pianka zawiera także doskonale nawilżający kwas hialuronowy. Nie znajdziemy tu natomiast składników sztucznej kompozycji zapachowej.


W kartoniku znajduje się tubka z miękkiego plastiku z korkiem na klik. Opakowanie jest bez zarzutu, nie zacina się i nawet mając mokre dłonie bez problemu mogę je otworzyć. Poza tym tubka stabilnie stoi na korku, a szata graficzna nadal mnie zachwyca :)



Pianka jest biała i posiada perłowy połysk. Po wyciśnięciu z tubki wygląda jak krem, dopiero po kontakcie z wodą zaczyna się pienić. Kosmetyk bardzo delikatnie pachnie, lekko słodkawo i pudrowo. Zapach na pewno nie przeszkadza mi w codziennym stosowaniu i fajnie się kojarzy z "azjatykami". Możliwe nawet, że dla niektórych z Was pianka będzie bezzapachowa :)



Sposób użycia: Zwilżyć twarz i dłonie letnią wodą. Porcję preparatu wielkości ziarnka grochu rozetrzeć do uzyskania pianki. Delikatnie, kolistymi ruchami wmasować w skórę. Dokładnie spłukać. Stosować dwa razy dziennie lub tak często, jak potrzeba.
Pianki używam tylko wieczorem jako jeden z etapów demakijażu, zazwyczaj po oleju, który rozpuszcza makijaż. Wystarczy centymetr pianki wycisnąć na wilgotną dłoń i potrzeć, by uzyskać dość gęstą, kremową piankę. Następnie masuję skórę twarzy włącznie z oczami i dokładnie spłukuję. Porcja, którą widzicie na zdjęciach wystarczyłaby na jakieś cztery użycia, bo jest niesamowicie wydajna! Pianka bardzo dobrze oczyszcza skórę z resztek makijażu i zanieczyszczeń. Nie powiedziałabym, że nawilża, ale na pewno nie ściąga skóry i nie wysusza jej. Jest łagodna, zwłaszcza w porównaniu z dostępnymi w drogeriach żelami do mycia twarzy i nie podrażnia nawet oczu. Zdecydowanie się lubimy.


Hada Labo Tokyo, Japoński głęboko nawilżający żel z super kwasem hialuronowym

Według producenta: "Lekki żel, który w przeciągu kilku sekund wnika w skórę. Zawiera składniki dogłębnie nawilżające, aby zapobiec przedwczesnym oznakom starzenia. Pozostawia skórę odświeżoną i wygładzoną. Super kwas hialuronowy to opatentowana kombinacja 3 rodzajów kwasów hialuronowego, który głęboko nawilża i doskonale wypełnia skórę, zapewniając jej wielopoziomowe nawodnienie i przywracając młody wygląd."


Kosztuje ok. 75zł/50ml. Obecnie jest w promocji za 45zł! Opakowanie jest bardzo podobne do pianki, jedynie odrobinę mniejsze. 


Skład: zaraz po wodzie znajdziemy Butylene Glycol (zmiękcza i wygładza skórę, ułatwia penetrację innych substancji wgłąb naskórka) oraz Glycerin (pomaga utrzymać wodę w naskórku). Dość wysoko mamy chronioną patentem kombinację 3 rodzajów kwasu hialuronowego, który występuje naturalnie w skórze, a którego ilość wraz z wiekiem maleje. Producent zapewnia wielopoziomową siłę nawilżania skóry oraz jej ujędrnienie i wypełnienie od środka. Dalej mamy konserwanty i składniki tworzące odpowiednią konsystencję. Tutaj także nie znajdziemy sztucznych zapachów.


Opakowanie żelu to wygodna butelka z twardego plastiku, która stabilnie stoi w łazience i całkiem elegancko wygląda. Wyposażona jest w moją ulubioną pompkę, która się nie zacina i płynnie działa. Nie ma potrzeby używania dużo siły, aby wydobyć produkt, łatwo też można wycisnąć dokładnie tyle, ile potrzebujemy. Sam żel jest przezroczysty i teoretycznie bezzapachowy, choć mój nos wyczuwa delikatną nutę kojarzącą mi się z czystością i szpitalem :) Konsystencja jest bardzo lejąca, początkowo trochę mi to przeszkadzało, ale szybko opanowałam aplikację. Wystarczy nakładać go w mniejszych ilościach, po kolei na każdą część twarzy, wtedy problem znika. Na pewno każda z Was znajdzie własny patent.


Sposób użycia: Porcję preparatu wielkości ziarnka grochu rozgrzać w dłoniach, a następnie delikatnie wklepać w oczyszczoną skórę twarzy i szyi aż do całkowitego wchłonięcia. Polecany pod krem lub zamiast kremu. Używać tak często, jak potrzeba, również w ciągu dnia na makijaż.


Żel doskonale się wchłania, potrzebuje na to dosłownie 5 minut. Najbardziej lubię nakładać go na skórę uprzednio zwilżoną hydrolatem (obecnie mam lawendowy). Niewielką ilość rozgrzewam lekko w palcach i staram się delikatnie wklepać w cerę oraz szyję. Czasem jeszcze na mokry żel nakładam serum, najczęściej lżejszy krem. W ten sposób żel dodatkowo pomaga składnikom aktywnym głębiej wniknąć w naskórek. Skóra po nim zazwyczaj się nie lepi, jedynie gdy nałożę go zbyt wiele w jednym miejscu odczuwam słabe klejenie się. Nie nakładam go na sucho ponieważ odczuwam wtedy lekkie, ale dość nieprzyjemne ściągnięcie skóry (podobne odczuwam po kwasie hialuronowym solo, więc w żelu musi być go naprawdę dużo!). Nałożony na skórę zwilżoną tonikiem czy hydrolatem spisuje się idealnie. Świetnie nawilża, nie zostawia tłustej warstwy, jest wielofunkcyjny, ponieważ idealnie spisuje się zarówno na dzień jak i na noc. To jeden z tych kosmetyków wielofunkcyjnych, które działają zarówno same, jak i w duecie, kiedy wzmacniają działanie innych produktów np. kremów. Żel można także nakładać pod maseczki, makijaż (nic się nie waży!) oraz wykorzystać do domowych receptur. Stosowany sukcesywnie, codziennie przez ponad dwa miesiące, czasem raz, a czasem dwa razy dziennie poprawił nawilżenie cery, zmniejszył skłonność skóry do błyszczenia oraz ładnie ujędrnił i jakby wypełnił policzki. Z minusów wspomnę, że niestety nie jestem w stanie stwierdzić ile żelu jeszcze zostało. Nijak nie da się tego podejrzeć, więc któregoś dnia czeka mnie niemiła niespodzianka. Niemiła tym bardziej, że żel na stałe wpisał się w moją pielęgnację i będę musiała kupić kolejny!


Warto wspomnieć, że oba opakowania były zabezpieczone naklejką zarówno od góry, jak i od dołu. Bardzo lubię takie rozwiązanie, ponieważ łatwo mogę stwierdzić czy używam kosmetyków jako pierwsza. Jest to tym bardziej istotne, że na zużycie zarówno pianki jak i żelu mamy 9 m-cy.


Podsumowując jest to bardzo przyjemne spotkanie między dwiema kulturami. Cała filozofia wieloetapowej pielęgnacji doskonale się u mnie sprawdza i widzę niesamowite rezultaty. Zarówno delikatna pianka dobrze oczyszczająca cerę, jak i głęboko nawilżający żel z kwasem hialuronowym będą kosmetykami, do których z pewnością powrócę. Oba są wydajne i niesamowicie wręcz skuteczne.

Znacie jakieś japońskie kosmetyki? Którym jeszcze powinnam przyjrzeć się bliżej?