Bandi, Female 35+, Multiaktywny koktajl do twarzy

Bandi to jedna z tych polskich marek kosmetycznych, która może poszczycić się ogromnym doświadczeniem oraz asortymentem, wśród którego każda cera znajdzie dla siebie ulubieńców. Mnie samej zdarza się dość często wspominać o produktach tej marki, choćby o dwuetapowym oczyszczaniu twarzy olejkiem i pianką, czyli zestawie do demakijażu z serii Female 35+, przyjemnym płynie micelarnym do cery naczynkowej czy dobrze się wchłaniającym kremie na szyję i dekolt. Nie wszystkie jednak kosmetyki Bandi z równą chęcią bym przetestowała, ponieważ unikam pewnych składników, o czym pisałam w poście o składach (np. niektóre kremy zawierają parafinę). Niemniej staram się mieć otwarty umysł i nie zamykać w sztywnych ramach, o czym też nieraz już pisałam. Koktajl jest produktem, co do którego miałam jednak inne obawy, ale czy słusznie?

Bandi, Energetyzujący multiaktywny koktajl

Według producenta: "Skoncentrowany preparat polecany dla kobiet narażonych na przyspieszone starzenie się skóry. Wysoka zawartość substancji wpływających na syntezę kolagenu, w krótkim czasie wygładza cerę i redukuje zmarszczki. Regularne stosowanie preparatu wzmacnia mechanizmy obronne skóry, redukuje destrukcyjny wpływ wolnych rodników na komórki oraz pomaga zachować odpowiednie nawodnienie. Składniki aktywne: biała herbata, karboksymetyloglukan, olej ryżowy, oliwa z oliwek, proteiny pszeniczne, proteiny ryżowe, zamknięte w liposomach: hydroksyprolina, rutyna, witamina c".


Koktajl kupimy w uroczym, fioletowym kartoniku, który dodatkowo jest zafoliowany. Wewnątrz znajdziemy opakowanie z produktem, ulotkę oraz próbkę innego kosmetyku marki Bandi (próbki w opanowaniach to standard tej firmy). Kosztuje ok. 75zł/30ml.


Skład: oparty jest na wodzie i tzw. suchych silikonach, które po kilku godzinach odparowują ze skóry i nie pozostawiają tłustej warstwy na dłużej. Zawiera m.in. białą herbatę (źródło polifenoli, koi podrażnienia,delikatnie nawilża, zapobiega powstawaniu zmarszczek), proteiny pszeniczne (regenerują skórę, napinają i ujędrniają ją dając natychmiastowy efekt wygładzenia) oraz ryżowe (działają przeciwzmarszczkowo), olej ryżowy (stymuluje procesy naprawcze skóry, regeneruje, odżywia i poprawia napięcie), oliwę z oliwek (regeneruje i wygładza, koi stany zapalne i podrażnienia skóry), hydroksyprolina, rutyna i witamina C zamknięte w liposomach (stymuluje komórki skóry do produkcji kolagenu, przywracając napięcie skóry; witamina C jest niezbędna do syntezy kolagenu, dodaje skórze energii i zdrowego kolorytu; rutyna wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych, zwiększa ich elastyczność), karboksymetyloglukan (nawilża, chroni przed wysuszającym działaniem detergentów i promieniowania UV, pobudza odnowę skóry, przyspiesza procesy antyoksydacyjne w skórze, działa przeciwzmarszczkowo, poprawia koloryt skóry i jej elastyczność). Szczegółowy skład poniżej:


Opakowanie koktajlu to bardzo lekka, plastikowa buteleczka z pompką typu air-less. Jest to niezwykle higieniczne rozwiązanie, chyba najlepsze jakie tylko możemy spotkać. Sama buteleczka jest niewielkich rozmiarów i bardzo poręczna. Napisy się nie wycierają, więc przez cały okres użytkowania kosmetyk wygląda nienagannie.


Zapach kremu jest lekko herbaciany, delikatny i nienachalny, jak lubię. Umila aplikację i nie "gryzie się" z aromatami innych produktów, więc prawdopodobnie przypadnie do gustu większości kobiet. Sam produkt ma postać lekkiego kremu o żelowej konsystencji i lekko kremowej barwie. Dobrze się rozprowadza na skórze, szybko wchłania i nie pozostawia lepiącej czy tłustej powłoczki. Nie podrażnił mnie ani nie zapchał porów. Producent poleca stosować go zarówno na dzień jak i na noc.


Miałam obawy ze względu na lekko żelową konsystencję, ponieważ moja cera naprawdę takich nie lubi. Mam negatywne doświadczenia z rolowaniem się podobnych produktów i przesuszaniem skóry ze względu na słabe przenikanie substancji aktywnych. Na szczęście tutaj nic takiego się nie wydarzyło. Krem mimo lekkości całkiem fajnie nawilża, choć najbardziej zauważalne jest delikatne napięcie skóry. Niestety bardzo trudno jest ocenić czy faktycznie wpływa na zmarszczki i poprawia elastyczność, ponieważ moja skóra nadal jest dość młoda i jeszcze nie wiotczeje. Koktajl stosuję różnie, w zależności od potrzeb, choć najczęściej na noc. Czasem traktuję go po prostu jak serum, nakładając na niego dodatkową cienką warstwę kremu odżywczego.


Koktajl nadaje się także na dzień, przy czym koreańskie kremy BB trzymają się na nim bez zarzutu. Nie zauważyłam, aby makijaż szybciej się ścierał czy spływał, aczkolwiek w ciągu dnia moja tłusta cera potrzebowała dodatkowego zmatowienia (cieniutką warstwą pudru ryżowego lub przy użyciu bibułki matującej). Cera nabierała satynowego, ładnego blasku, ale nie świeciła się nadmiernie - myślę, że podobny efekt bardzo zadowoliłby posiadaczki cery suchej, ponieważ ja z moją tłustą buzią jestem wyczulona i nie potrzebuję dodatkowego efektu glow ;)


Podsumowując multiaktywny koktajl Bandi to bardzo przyjemny, nawilżający i lekki krem, który nie zapchał porów ani mnie nie uczulił. Zawiera sporo cennych substancji aktywnych, nadaje się zarówno na dzień jak i na noc, szybko wchłania i ładnie pachnie. To bardzo poprawny kosmetyk do cery, która nie ma specjalnych wymagań, a potrzebuje lekkiego ujędrnienia oraz nawilżenia bez obciążania skóry. Dodatkowo koktajl może dobrze nam służyć zarówno solo jak i w duecie z mocniejszymi, odżywczymi kremami. Taką pielęgnację domową warto wspomagać fachowymi terapiami dobranymi dokładnie do konkretnego typu skóry - poznaj świat profesjonalnych zabiegów na twarz.

Znacie kosmetyki Bandi? Co polecacie?

Bandi, Gold Philosophy, Krem na szyję i dekolt

Oglądając zdjęcia znanych ludzi czasem mam wrażenie, że niepotrzebnie zadają sobie tyle bólu fundując liczne zabiegi i operacje plastyczne. Często wiek jest mimo wszystko widoczny i oczywisty, a wszelkie próby nadmiernej ingerencji narażają gwiazdy po prostu na śmieszność. Tak bywa np. gdy ktoś się "ponaciąga tu i ówdzie", a zapomni o szyi... Zdarza się dużo częściej niż mogłoby się wydawać i to nie tylko pięknym i bogatym, ale także nam, wszystkim kobietom. Bardzo często spotykam się ze zdziwieniem gdy mówię, że kremuję szyję. Naprawdę to takie dziwne? Wolę zapobiegać w miarę możliwości, niż potem "leczyć" ;) Najczęściej używałam do pielęgnacji szyi kremu do twarzy w wersji na noc (u mnie oznacza to, że jest bardziej odżywczy niż wersja na dzień, gdzie stawiam na nawilżenie). Ostatnio jednak zaciekawił mnie krem przeznaczony właśnie specjalnie na okolice szyi i dekoltu, o którym dzisiaj napiszę więcej (wspomniałam o nim już w artykule o pielęgnacji twarzy).



Bandi, Gold Philosophy, Krem na szyję i dekolt - recenzja, opinie


Według producenta: "Regenerujący krem, który dzięki unikalnej recepturze wypełnia zmarszczki i przywraca skórze jedwabistą gładkość i jędrność. Pomaga w odnowie skóry uszkodzonej przez słońce. Ujędrnia, odmładza, rozświetla i rewitalizuje skórę oraz łagodzi podrażnienia i przywraca właściwy poziom nawilżenia. Wyrafinowana kompozycja składników aktywnych o silnym działaniu regenerującym." 



Kwadratowy kartonik jest zafoliowany i wizualnie niezwykle kobiecy. Sam dobór kolorystyki jest elegancki i wyrafinowany, a to wrażenie jeszcze bardziej pogłębia nadruk imitujący czarną koronkę. Krem nie jest tani, standardowo trzeba za niego zapłacić 90zł/50ml.


W kartoniku znajdziemy nie tylko krem, ale także ulotkę z innymi produktami z serii (tu Gold Philosophy) oraz próbkę serum (we wszystkich produktach, które miałam tej marki, czekała taka niespodzianka).



Skład: jest długi. Na początku emolienty (zostawiają warstwę ochronną na skórze), glikol propylenowy (nawilża i ułatwia przenikanie innych składników wgłąb naskórka, może podrażniać), gliceryna (nawilża), masło shea (odżywia, natłuszcza), proteiny ryżu (nawilża, zmiękcza i wygładza), kolejne emolienty, skwalan (następny emolient), witamina E (zwana witaminą młodości, antyoksydant), olej z nasion ogórecznika (regeneruje, wygładza zmarszczki), peptyd ( (redukuje i wygładza zmarszczki), olej buriti (nawilża, pobudza produkcję elastyny i kolagenu, spowalnia starzenie skóry), złoto (regeneruje, nawilża, spowalnia starzenie, wygładza zmarszczki), proteiny pszenicy (zmiękcza i wygładza), następnie mamy mieszaninę kolejnych emolientów, kompozycji zapachowej, konserwantów (wszystko w minimalnej ilości). Szczegóły poniżej:


Słoiczek kremu jest plastikowy i dzięki temu dość lekki. Cały design oczywiście odpowiada temu z kartonika. Bardzo podoba mi się wypukły nadruk czarnej koronki oraz przejrzystość i minimalizm, choć przez przezroczyste brzegi widać też, że stosunek zawartości do wielkości opakowania jest nierówny (oszukuje nasze zmysły, a kremu jest mniej niż się wydaje).


Kolejnym ogromnym plusem jest pompka, choć nie jest  zbyt funkcjonalna w przypadku tak niskiego opakowania. Nie ma możliwości nałożenia kremu, gdy opakowanie stoi, trzeba wziąć je w rękę i dopiero wtedy wycisnąć zawartość. Nie jest to specjalnie wygodne, więc może dlatego producent zmienił opakowania na dużo wyższe, a węższe. Mimo wszystko pompka zwiększa higienę, więc wybaczam.


Sam krem wydaje się treściwy, jednak mimo sporej ilości emolientów nie jest tłusty. Biała barwa i świeży, lekko cytrynowy, sztuczny zapach nie czynią go wyróżniającym się wśród innych kremów. Właściwie byłam całkiem zawiedziona, ponieważ po takiej cenie spodziewałam się czegoś znacznie bardziej luksusowego. Gdyby przełożyć zawartość w tanie opakowanie bez składu powiedziałabym, że kosztował max. 5 zł i jest to krem do rąk. Przyzwyczaiłam się jednak do niego, choć z przyjemnością przywitałabym wersję nieco odświeżoną.


Krem doskonale się rozsmarowuje i bardzo szybko wchłania nie pozostawiając nieprzyjemnej, tłustej warstwy na skórze. Przez chwilę wyczuwam jego zapach, po czym na szczęście znika. Zawsze wykonuję masaż gładząc szyję od dołu ku górze (nigdy na odwrót!), lekko ją oklepuję i staram się nie rozciągać skóry, aby pozostała ona jak najdłużej jędrna i sprężysta. Krem naprawdę dobrze nawilża i chroni przed szkodliwym wpływem czynników zewnętrznych, przy czym nie pozostawia śladów na ubraniu (np. gdy używam go na dzień, choć staram się jednak nakładać go głównie na noc). Moja szyja wygląda naprawdę nieźle, jest miękka, wygładzona, nawilżona i nie widzę na niej większych zmarszczek (mimo, że całymi dniami wpatruję się w dół na komputer i nie sypiam na plecach, jak się podobno powinno, tylko na boku). Skóra wydaje się zwarta, jędrna i gładka, czyli dokładnie taka jak chcę.
Wydajność jest obłędna, gdyż krem wystarczył mi na ok. pół roku prawie codziennego używania (prawie, ponieważ ostatnio zrobiłam sobie akcję zużywania próbek, a wszystkie te, które teoretycznie były przeznaczone do twarzy, a się na niej nie spisały wcierałam właśnie w szyję).


Podsumowując krem polubiłam na tyle, że mam już w zapasach kolejne opakowanie, choć w tej większej butli, o której pisałam. Z działania jestem zadowolona, choć skład nie powala to jednak zawiera cenne oleje, proteiny i złoto w połowie składu.

Wrzucam jeszcze nowe opakowanie wraz ze składem, który się nie zmienił (specjalnie dla UpitaKubusiemx3)



A Wy czego używacie do pielęgnacji szyi? Znacie ten krem Bandi?

Pielęgnacja ciała - aktualne kosmetyki

Aktualne kosmetyki do pielęgnacji ciała. Pokazuję tylko te, którym należy się pochwała i których lubię używać na co dzień.


Produkty do mycia i peelingi:

Isana Med, Żel pod prysznic pH 5,5: bardzo przyjemny żel z nawilżającym mocznikiem zaraz za SLES w składzie. Posiada lekko cytrusowy zapach i jest śmiesznie tani. Przyjemne myjadło, choć nie jest to kosmetyk idealny. Ważne, że ma pH neutralne dla skóry i nie wysusza.

Mydełko marsylskie francuskie o zapachu cytrusów i zielonej herbaty z olejem ze słodkich migdałów: całkiem dobrze się pieni i ładnie pachnie, pozostawia skórę czystą i jest bardzo poręczne. Niesamowicie wydajne.

Intimea, Emulsja do higieny intymnej bez SLS: nowa wersja jest bardzo przyjemna, posiada łagodniejszy skład od klasycznego biedronkowego płynu. Pompka jest ogromnym plusem, tak samo jak minimalny zapach. Dobrze myje, nie podrażnia i kosztuje grosze.

Tutti Frutti, Peeling wiśnia & porzeczka: owocowy zapach wręcz mnie powala, choć z naturalnym nie ma nic wspólnego. Drobinek jest sporo i są dość konkretne, więc masaż jest wyczuwalny. Użyty raz na jakiś czas nie robi krzywdy, a uprzyjemnia prysznic. Miałam tez inne wersje zapachowe, czasem daję się na nie skusić, mimo uwielbienia do własnoręcznie robionego peelingu cukrowego.

Bandi, Peeling ryżowy do ciała: skład przyjemny, dużo ostrych drobinek, zapach ciekawy, ale konsystencja jest dość lepka i przyznam, że trzeba się do niego przyzwyczaić. Skóra wymasowana tym peelingiem jest naprawdę mięciutka i gładka, czasem pomijam już balsam, ponieważ nie wysusza. Nie podoba mi się twarde opakowanie, które utrudnia wydobycie produktu. Końcóweczka, zostało mi go na jedno użycie, więc pozwoliłam sobie otworzyć już:

Delawell, Sweet Body Peeling: właściwie konsystencja jest prawie identyczna jak Bandi, drobinki równie ostre i w dużej ilości. Działanie prawie identyczne. Oba produkty są do siebie niemal bliźniaczo podobne, tylko miękka tuba nie stawia oporu jak w przypadku butli Bandi. Skład jest przyjemny, a zapach lekko pomarańczowy.

Nacomi, Mydło czarne: uwielbiam je i jestem w trakcie pisania posta o tych mydłach. To są jedne z tych produktów, które bardzo mnie ciekawiły, aż w końcu skusiły i zachwyciły. Najczęściej używam go jako peelingu enzymatycznego do twarzy, ale czasem masuję nim także i całe ciało, zwłaszcza gdy mam ochotę na pumeks Hammam, o którym później.


Balsamy do ciała:

Biolaven, Balsam do ciała: zapach słodkich winogron z nutą lawendy w tle na pewno nie jest dla każdego, ale mnie uwiódł. Balsam dobrze się wchłania, choć potrzebuję chwili masażu, doskonale nawilża, a zapach towarzyszy mi jeszcze długo. Plus za wygodną pompkę.

Delawell, Sweet Body Balm: cudowny zapach pomarańczy, do złudzenia przypomina mi pomarańczowy olejek eteryczny, jest bardzo naturalny. Świetnie się wchłania, nie pozostawia tłustej warstwy, ale zapach dość szybko się ulatnia. Pompki lubię i tutaj nie narzekam.

Indigo, Olejek do ciała: używam go po kąpieli na mokrą skórę, chwilę masuję i wycieram ręcznikiem. W ten sposób nie walczę z tłustą warstwa i lepiącym się ubraniem do skóry, a jednocześnie uzyskuję miękką, nawilżoną skórę o cudownym, naprawdę cudownym zapachu. Aromat kojarzy mi się z owocowymi perfumami z nutą letniej porzeczki z tle. Coś wspaniałego. posiada atomizer, który rozpyla olejek cienką warstwą, dzięki czemu niczego zbędnego nie ubrudzimy.

Soraya, Body Diet 24, Serum do ciała antycellulitowe i wyszczuplające: niestety podczas zakupu nie doczytałam, że serum posiada działanie chłodzące, którego szczerze nienawidzę. Jak wiecie to lato nie rozpieszcza nas wysokimi temperaturami, więc serum używam sporadycznie i z niechęcią. Co do skuteczności to nie liczę, że cokolwiek zdziała skoro nie używam go regularnie.


Kosmetyki i gadżety do zadań specjalnych:

Vianek, Masło do ciała: przyjemne jabłkowe, choć bardzo subtelne aromaty i lekka konsystencja masła niech nikogo nie zwiodą. To dobry produkt na przesuszoną skórę, dobrze się wchłania, choć po dłuższej chwili i doskonale nawilża oraz odżywia skórę. Skład piękny.

T'e'N, Serum do biustu: szklana buteleczka i pompka to jest to, co lubię. Samo serum błyskawicznie się wchłania w skórę i napina ją lekko. Jeśli nałożę go zbyt dużo potrafi chwile się kleić, więc staram się nie przesadzać, dzięki czemu jest bardzo wydajne. Przy regularnym używaniu dekolt jest jędrniejszy i wygładzony. Niestety do kupienia tylko w niektórych gabinetach kosmetycznych lub we Włoszech.

Veet, Krem do depilacji: najlepszy, a stwierdzam to z przykrością. Być może nasze polskie marki się poprawiły, ale rok temu porównywałam ten krem z dwoma naszymi i niestety polskie wypadły blado. Przede wszystkim szybko i bardzo dokładnie usuwa włoski. Nigdy mnie nie podrażnił, nawet jak niechcący go przytrzymałam zbyt długo. Śmierdzi, to fakt.

Garnier, drewniany masażer: dostałam go już dawno temu, ale lubię nadal używać. Fajnie poprawia krążenie, zwłaszcza w udach i pośladkach, po takim masażu mam więcej energii i jestem zrelaksowana.

Pumeks Hammam:  gliniany dziwak skradł moje serce. Kosztuje 6zł, a naprawdę konkretnie daje radę. Porządnie masuje skórę, poprawiając krążenie i ułatwiając np. czarnemu mydłu zadanie. Wygodnie się go używa, choć trzeba uważać, żeby nie upadł i nie pękł. Na pewno jest cięższy niż drewniany masażer Garniera, ale nie utrudnia to pracy z nim.


Tak się przedstawiają moje kosmetyki do pielęgnacji skóry ciała, które obecnie goszczą w łazience. Znacie któryś z nich? Może polecicie fajny krem do depilacji, chętnie zdradzę Veet :)

Pielęgnacja twarzy czyli Opróżniamy kosmetyczni z Trusted Cosmetics

Czas na kolejne wyzwanie akcji Trusted Cosmetics KLIK! Aktualny temat jest moim ulubionym, bowiem mowa będzie o pielęgnacji twarzy. Do zagadnienia postanowiłam podejść szerzej, ponieważ uważam, że niektóre sprawy warto powtarzać aż do utrwalenia :) Będzie trochę porad, trochę oczywistości i trochę kosmetyków. Zapraszam.

Każda z nas marzy o pięknej, gładkiej i porcelanowej cerze, to dla mnie oczywiste. Ale jak to osiągnąć? Większość dorosłych ma skórę albo suchą, albo tłustą, albo też mieszaną...  Oznacza to, że borykamy się z różnymi, niechcianymi zresztą, dolegliwościami jak suche skórki, zmarszczki, pryszcze, błyszczenie, widoczne naczynka - wiem, to tylko wierzchołek góry lodowej.

Jako nastolatka zaniedbywałam pielęgnację na rzecz makijażu i niestety z moich obserwacji wynika, że to raczej norma wśród młodych osób także i dzisiaj. Niekoniecznie zmywałam makijaż, a po imprezie chyba nigdy. Nie używałam toniku. Nie zwracałam uwagi na składy. Kremy uważałam za zbędne, a skórę często myłam zwykłym żelem z SLS. Wycierałam twarz ręcznikiem do ciała. Więcej grzechów nie pamiętam :) Oczywiście miało to swoje skutki, bo choć nigdy nie borykałam się z nadmiernym trądzikiem, to różne niedoskonałości towarzyszyły mi od zawsze - taki urok tłustej skóry, która się łatwo zapycha.

Najważniejszy jest jednak ciągły rozwój i nauka, a najlepiej się uczymy na błędach, tak więc chciałabym się z Wami podzielić swoimi zasadami, które przy regularnym stosowaniu znacząco pozytywnie wpłynęły na stan mojej skóry i które są podstawą pielęgnacji twarzy, jaką uskuteczniam :)

Pielęgnacja skóry twarzy: zasady, których warto przestrzegać



1 zasada: Bezwarunkowe, codzienne oczyszczanie skóry rano i wieczorem (bez wyjątków)

Rano zawsze oczyszczam skórę po nocy, najczęściej płynem micelarnym oraz przecieram ją tonikiem. Następnie nakładam krem na dzień lub serum i dopiero potem makijaż. Wieczorem dokładnie myję żelem i micelem oraz tonizuję skórę tonikiem. Co 3 dni używam peelingu, kiedyś najczęściej mechanicznego, obecnie stawiam raczej na delikatniejsze produkty.
Uwaga: Nie ma od tego odstępstw! Nie ma wymówek! Nawet jak jestem zmęczona, chora, zdenerwowana, po imprezie...

Na dzień dzisiejszy używam:
- końcówka micela Tołpy: bardzo skuteczny, zazwyczaj niepodrażniający skóry ani oczu, domywa wszystko jak leci;
- nowo otwarty żel z mikrogranulkami Perfecta: fajny orzeźwiający zapach, całkiem nieźle myje skórę, zawiera maleńkie drobinki, które masują skórę, ale użyłam go ledwo 2-3 razy, więc z opinią jeszcze się wstrzymam;
- Mizon peeling gel: cudo! bardzo fajnie się go używa, a działanie czuć prawie natychmiast, niesamowicie skuteczny kosmetyk z wygodna pompką, póki co jestem nim zachwycona, choć zapach mógłby mieć lepszy;
- Nacomi czarne mydło: mega gęste, świetnie trzyma się skóry, zazwyczaj używam go do twarzy jako peeling enzymatyczny, nie podrażnia jeśli nie trzymam go zbyt długo, zmiękcza i oczyszcza cerę.


2 zasada: Oddzielny ręcznik tylko do twarzy

Najlepiej miękki i szybkoschnący, ponieważ warto często go prać. Dzięki oddzielnemu ręcznikowi zmniejszam ryzyko przenoszenia bakterii, a co za tym idzie cera wygląda lepiej. Sprawdzą się także np. jednorazowe ręczniki papierowe. 
Uwaga: tak samo często piorę poszewki na poduszki, a w zimie szaliki itp. Wszystko co dotyka twarzy powinno być czyste :)


3 zasada: Tonik lub hydrolat jest niezbędnym elementem pielęgnacji, nie można go pomijać

Nie warto pomijać tego kroku pielęgnacji, tonik nie jest przecież zwykłą wodą. Służy on przede wszystkim do przywrócenia skórze właściwego pH, dzięki czemu wiele zyskujemy: między innymi lepiej się wchłaniają składniki aktywne z kosmetyków, a sama skóra lepiej sobie radzi z bakteriami. Woda wodociągowa czy większość kosmetyków zmienia pH skóry, które naturalne wynosi 5,5 czyli jest lekko kwaśne.
Zbyt niskie (kwaśne) pH powoduje nadprodukcję sebum, wypryski, świecenie i powiększenie porów, natomiast zbyt wysokie (zasadowe) pH sprawia, że skóra łatwo się podrażnia, jest ściągnięta, sucha i namnażają się na niej bakterie powodując infekcje.
Uwaga: micele powinny posiadać już właściwe pH, więc zmywając nimi makijaż teoretycznie można ten etap pominąć, ale z moich doświadczeń wynika, że nie warto, bo lepiej mieć pewność, tym bardziej, że toniki zwykle nie są drogie i łatwo zrobić je samemu (choćby mieszając wodę destylowaną z octem jabłkowym albo sokiem z cytryny w odpowiednich proporcjach). Nie używam toników z alkoholem, który niby dezynfekuje skórę, ale też i niepotrzebnie ją wysusza i osłabia.

Na dzień dzisiejszy używam:
- hydrolaty: pomarańczowy, z kwiatów pomarańczy (to nie to samo!), lawendowy i różany: wszystkie bardzo lubię, nie tylko przywracają skórze odpowiednie pH, ale i dostarczają jej substancji aktywnych, w większości posiadają też przyjemny, naturalny zapach i są bardzo wydajne;
- hibiskusowy tonik Sylveco: posiada świetny skład i ciekawą, żelową konsystencję, zawiera cenny ekstrakt z hibiskusa, który pozytywnie wpływa m.in. na cerę naczynkową, oczywiście także tonizuje.

 

4 zasada: Unikanie zapychaczy i przyspieszaczy zmarszczek

O parafinie chyba słyszał już każdy, jedne z nas jej unikają, inne nie. Każda z nas ma prawo do własnego zdania, ale dwie rzeczy są pewne: parafina zapycha pory, co jest szczególnie nieprzyjemne dla posiadaczek tłustej cery oraz przyspiesza powstawanie zmarszczek. Ja osobiście jej więc unikam w produktach do twarzy. Tak samo unikam alkoholu, który wysusza i kilku innych substancji. Generalnie warto przyglądać się składom, bo przy odpowiedniej obserwacji reakcji skóry jesteśmy w stanie się dowiedzieć co jej nie służy.
Uwaga: parafina znajduje się nie tylko w kremach czy mleczkach do demakijażu, ale także w kolorówce. Wiecie ile trzeba się naszukać w drogerii, żeby znaleźć puder bez parafiny?

 

5 zasada: Nie boimy się olejów, ale musimy dobrać odpowiednie

Mam tłustą skórę i często słyszę od koleżanek, że oszalałam używając olejów :) Taki panuje przesąd, że tłustą skórę należy za wszelką cenę wysuszyć i zmatowić. Tyle, że postępując w ten sposób otrzymamy chwilowe korzyści, natomiast w dłuższej perspektywie nasza skóra zacznie produkować więcej i więcej sebum. Dlaczego? Bo skóra nie jest taka głupia, skoro czuje "suchość" to chce się natłuścić i odgrodzić od środowiska. Warto więc ją nie tylko nawilżać, ale i dostarczyć jej niezbędnych kwasów tłuszczowych, które znajdują się właśnie w olejach. Te z kolei można umownie podzielić na "tłuste" i "suche" co w praktyce polega na znacznie szybszym wchłanianiu się i braku nieprzyjemnej warstwy. Do moich ulubionych "suchych" olei do twarzy należą: jojoba, wiesiołek, z pestek malin i moreli, marula.
Uwaga: oleje nakładam na noc zamiast kremu i w przypadku tych "suchych" nigdy nie zdarzyło mi się obudzić rano z tłustą, lepką skórą, ale wiele zależy także od indywidualnych predyspozycji. Moja skóra choć tłusta, jednocześnie jest dość mocno odwodniona, więc spija to, czym ją traktuję.

 Na dzień dzisiejszy używam:
- Calaya, olej marula: delikatny zapach i żółte zabarwienie, dość szybko się wchłania i dobrze łączy z kwasem hialuronowym,
- mazidła, ekologiczny olej jojoba: praktycznie bezzapachowy, lekki olej, którego czasem używam także do ciała, bardzo lubię go za pipetę,
- Vivio, olej z wiesiołka: stosuję go najczęściej do serów i maseczek oraz do... sałatek, jest to bowiem czysty olej jakości spożywczej,
- Mokosh, olej lniany: dość tłusty w porównaniu z powyższymi, stosuję go, gdy moja skóra jest mocniej odwodniona niż zazwyczaj, ale najbardziej lubię traktować nim włosy, uwielbiają to.


6 zasada: Nie pomijamy pielęgnacji szyi

Kiedyś w ogóle nie myślałam o szyi i pomijałam ten krok. Od kilku lat staram się jednak intensywnie dbać i o tą część ciała, co znaczy, że ją peelinguję, tonizuję i kremuję. Codziennie przy okazji pielęgnacji wykonuję także krótki masaż.
Uwaga: w przypadku szyi zawsze wykonujemy masaż lub wklepywanie kremu od dołu ku górze, dzięki temu dłużej pozostanie jędrna i bez zmarszczek.

Na dzień dzisiejszy używam:
- Bandi, Krem na szyję i dekolt: niesamowicie wydajny, dość gęsty krem o delikatnym zapachu, ładnie nawilża skórę i lekko ją napina, szybko się wchłania.


 

7 zasada: Odpowiedni masaż skóry podczas wklepywania kremu

Tutaj musiałabym się bardzo rozpisać, a post i tak jest przydługi :) Generalnie warto poszukać poszukać ciekawych sposobów i znaleźć własny, najlepszy sposób masowania skóry, który nie będzie uciążliwy, a jedynie przyjemny. To naprawdę działa, nie tylko rozluźnia, ale i ujędrnia skórę.
Uwaga: fajnie pisała na ten temat Azjatycki Cukier TU, nic dodać, nic ująć.

 

8 zasada: Serum nie jest fanaberią

Serum co do zasady charakteryzuje się wyższym stężeniem substancji aktywnych niż krem, jest to więc kosmetyk stuningowany i jako takim warto się zainteresować. W dość szybkim czasie jest w stanie nawilżyć lub odżywić skórę, w zależności od użytych składników. Osobiście bardzo je lubię i nie wyobrażam już sobie pielęgnacji bez serum.

Na dzień dzisiejszy używam:
- Ava, Serum z wit. C: szybko się wchłania, a dzięki zawartości wit. C wzmacnia naczynka, na czym najbardziej mi zależało, widzę różnicę przed i po,
-  Payot, Oczyszczające serum z alkoholem: męczę je już dość długo, a używam punktowo na miejsca, które tego wymagają, np. na wypryski, przyspiesza ich wysuszanie,
- mazidła, kwas hialuronowy: nie bez powodu jest w serach, choć nie używam go solo, bo ściąga skórę, a mieszam z olejami (patrz wyżej) i w ten sposób uzyskuję mega szybkie serum diy, które doskonale nawilża i odżywia skórę.



9 zasada: Maseczki to nie tylko przyjemność

O maseczkach piszę często, więc wiecie, że je lubię. Moimi nr 1 wciąż są kolorowe glinki, które przyrządza się bardzo szybko, a w zależności od dodatków mogę stworzyć taką maskę, jakiej akurat potrzebuje moja skóra.

Na dzień dzisiejszy używam:
- Calaya, Glinka niebieska oraz zielona: niebieska glinka oprócz cudownego koloru dobrze oczyszcza i odświeża skórę, natomiast niebieska ją dotlenia dostarcza minerałów i usuwa toksyny,
- Skarby Afryki, glinka biała: najdelikatniejsza i bardzo uniwersalna, właściwie dla każdego, używam jej także do innych kosmetyków, np. robiłam z niej pastę do zębów,
- Cattier, glinka żółta: dostarcza skórze cennych minerałów i delikatnie oczyszcza, uszczelnia też naczynka,
- rosyjska glinka czarna: dobrze oczyszcza skórę z zaskórników, usuwa nadmiar sebum i zanieczyszczeń.



10 zasada: Kosmetyki DIY są osiągalne i skuteczne

W dodatku to fajna zabawa i spora satysfakcja, więc jeśli macie ochotę zachęcam do przejrzenia etykiety na samym dole bloga "DIY" oraz "Zrób to sama". Wbrew pozorom niektóre kosmetyki np. proste sera czy peelingi robi się bardzo szybko.
 

11 zasada: Krem na dzień i krem na noc to zupełnie inne kosmetyki

Niby się o tym wie, ale nie zaszkodzi przypomnieć: krem na dzień powinien posiadać filtr przeciwsłoneczny, a jeśli takowego nie ma, wtedy można posiłkować się specjalnymi kosmetykami lub choćby nałożyć podkład mineralny. Słońce jest do życia niezbędne, ale wszystko czego jest w nadmiarze jest szkodliwe - niestety. Jednocześnie wymagam, aby krem na dzień był lekki, współgrał z każdym podkładem, nie zapychał, przymykał pory i nawilżał. Za to krem na noc może, a nawet powinien być treściwszy, bo wtedy gdy ja śpię, moja skóra wchłania więcej dobroczynnych substancji. Krem na noc nie musi już posiadać filtrów, bo po co, za to np. fajne oleje, kwas hialuronowy czy ekstrakty roślinne są już mile widziane. Jednocześnie wymagam, ale nie zapychał, nie ściągał nieprzyjemnie skóry i nie podrażniał.

Na dzień używam:
- GlySkinCare, Krem SPF30: dość lekki jak na tego typu kremy, choć dodatkowo używam go w niewielkiej ilości, nie zapycha, pachnie standardowo,
- Cien, Krem z granatem: hit, to krem za 8zł z Lidla, a ma świetny skład, jest bardzo lekki, nawilżający i nie podrażnia,
- Bielenda, Krem CC na naczynka: właściwie wyróżnia go jedynie zielony kolor, niestety nie zakrywa zaczerwienienia, a jedynie ochładza odcień, trochę go męczę...


Na noc używam:
- resztki kremu pod oczy ze śluzem ślimaka Mizon: dość lekki, delikatnie napinający i nawilżający kremik,
- Ziaja, Liście Manuka, krem na noc: orzeźwiający zapach, lekko żelowa konsystencja, wchłania się w mig; działanie ma przyjemne, ale za krótko go używam, aby stwierdzić czy daje mi odpowiednie odżywienie,
- Polny Wakrocz, Mazidło ze skrzypu polnego: bardzo tłusty krem, ale używany raz na jakiś czas w minimalnej ilości nie czyni szkód, a ładnie odżywia skórę, ma ładny skład,
- Tołpa, Koncentrat na wypryski: końcówka, używam sporadycznie jak mi "coś wyskoczy", bardzo skuteczny, cudownie pachnie.


Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam, bo post wyszedł naprawdę długi. Czy Wy też kierujecie się podobnymi zasadami? Może macie własne, którymi chcecie się podzielić?

Minirecenzje kosmetyczne / denko majowe

Kolejne miesięczne denko zaowocowało odrobiną kolorówki i zdecydowaną przewagą pielęgnacji (jak zwykle u mnie). W ostatniej chwili przypomniałam sobie jeszcze o skarpetkach L'biotica, które również wyrzucam.


Nacomi, Peeling do twarzy do skóry trądzikowej

świetny peeling korundowy, z bardzo dobrym, naturalnym składem. Dobrze oczyszczał, wygładzał i pięknie pachniał. Do tego jest całkiem wydajny. Z chęcią jeszcze kupię. EDIT: Producent ulepszył formułę! Peeling można też kupić pod marką własną BIOLOVE w drogeriach Kontigo.

Ziaja, Liście Manuka, Tonik zwężający pory

tonik, który spełnia swoje podstawowe zadanie czyli wyrównuje pH skóry oraz dodatkowo lekko zwęża pory. Świetnie pachnie, ma znośny skład. Niestety denerwował mnie sposób aplikacji, wolałabym normalny korek. Być może kupię.

Bandi, Zestaw Female 35+, Olejek do demakijażu

świetny produkt, dokładnie usuwa makijaż, pozostawiając skórę czystą i lekko tłustą. Jest to pierwszy etap oczyszczania marki Bandi, inspirowany metodą azjatycką. Drugim etapem jest pianka, która jeszcze się nie skończyła, więc jak widać olejek jest mniej wydajny. Chętnie jeszcze kiedyś kupię.


Dermacol, Podkład w musie

genialny podkład! Kochałam go bardzo i żałuję, że się skończył, a jest dość słabo dostępny. Odcień nr 7 to prawie idealny kolor mojej nieopalonej cery, leciutko tylko zbyt różowy. Świetnie się aplikuje palcami, dobrze stapia ze skórą, ukrywa pory i niedoskonałości! Był niezastąpiony rano, gdy ledwo przytomna próbowałam się pomalować, bo nie tworzył smug ani cieni, nie ciemniał w ciągu dnia, na długo matowił, co przy tłustej cerze jest nie lada wyczynem. Jak spotkam ten odcień na pewno kupię, choćby nie wiem ile kosztował.

Wibo, Baza pod cienie

nie wyobrażam już sobie bez niej makijażu powieki. U mnie świetnie się sprawdza, dzięki niej cienie się nie rolują ani nie rozmazują. Jest tania, łatwo dostępna i dość wydajna, mimo to posiada i wady. Otworzyłam kolejne opakowanie i mam zamiar o niej wkrótce napisać. Kupię!

Wibo, Tusz do rzęs Growing Lashes

Nie polubiliśmy się. Dawno nie miałam tak koszmarnego tuszu. Szczoteczka do niczego, nie potrafię nią pomalować rzęs, do tego tusz zasechł po... dwóch użyciach. Podejrzewam, że kupiłam otwierany wcześniej egzemplarz, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, żeby nie kupować niezafoliowanych produktów w Rossmannie. Więcej o tuszach do rzęs KLIK. Nie kupię!



Ziaja Intima, Płyn do higieny intymnej z kwasem mlekowym 

kiedyś mój ulubiony, ostatni ze starych zapasów. Obecnie zdecydowanie bardziej zwracam uwagę na składy, więc na pewno do niego nie wrócę. Potrafi podrażniać, ale ma wygodna pompkę i dużą pojemność. Nie kupię.

Fa, Magic Oil, Żel pod prysznic 

dostałam go na I edycji Meet Beauty. Muszę przyznać, że bardzo fajny żel, gęsty i wspaniale pachnący. Dobrze się pieni i oczyszcza skórę, nie zauważyłam, żeby wysuszał. Wydajny. Może kiedyś kupię.

Supertan, Żel pod prysznic

fajny żel o przeciętnym składzie, posiada niepowtarzalny, przyjemny zapach, dobrze się pieni. Potrafi niestety lekko wysuszać skórę i ma beznadziejne, twarde opakowanie. Dodatkowo jest absurdalnie drogi i słabo dostępny.

Apis, Cukrowy peeling do ciała z żurawiną

cudo! Zapach oszałamiający i trwały, dobry skład i świetne działanie. Jedyne co może denerwować to konieczność mieszania przed każdym użyciem. Chętnie kupię!

Avon, Krem do rąk z mleczkiem pszczelim

zużyłam kilka tubek. Posiada ciekawą konsystencję i ładnie pachnie, niemniej jest to krem glicerynowy, potrafi więc wysuszyć skórę. Idealny na dzień, bo nie zostawia tłustej warstwy, na noc kompletnie się nie sprawdza. W promocji kosztuje nawet 4zł, a jest kosmicznie wydajny. Może kupię.

T'e'N, Krem do rąk

bardzo przyjemny krem o zapachu perfum. Umila każdy dzień. Nosiłam go w torebce, a potem przy przepakowywaniu się zapomniałam o nim, ostatnio go dopiero wykończyłam. Niestety jest dość drogi i słabo dostępny, więc raczej nie kupię.

Allpresan, Krem do stóp w piance

coś genialnego! Fajna piankowa konsystencja idzie w parze z naprawdę dobrym działaniem pielęgnującym. Duża zawartość mocznika zmiękcza stopy, nawilża i dba o nie podczas snu, bo najczęściej stosowałam go właśnie na noc. Mogłam zapomnieć o uczuciu tłustej skóry. W dodatku jest wydajny! Na pewno kupię.


Krem Nivea

czyli parafina z parafiną. W mojej kosmetyczce ma zasadniczo dwie i tylko dwie funkcje. Po pierwsze świetnie zabezpiecza skórę podczas malowania brwi henną, a po drugie czasem służył mi do pielęgnacji stóp (jako zabieg parafinowy, czyli: smarujemy stopy dobrym kremem, dajemy mu chwilę na wchłonięcie, po czym wcieramy krem Nivea i zakładamy cienkie bawełniane skarpetki, idziemy spać). Bardzo tani, wyrzucam, bo się znacząco przeterminował, zostało jeszcze go pół opakowania. Może kupię, ale tylko w tych wyżej wymienionych celach.

Dermaglin, Maska do skóry głowy

ciekawy produkt, ale nie obyło się bez komplikacji. Wypłukanie maski to niezbyt przyjemne zajęcie. Wolę własne glinki, gdzie mam kontrolę nad konsystencją produktu.

Skin79, Maska w płachcie Panda

bardzo fajna, jedna z moich pierwszych płacht.

Delia, Henna brązowa 

kolejne moje opakowanie, lubię. Najczęściej właśnie nią przyciemniam brwi -szybko i bezboleśnie.


L'biotica, Regenerująca maska do stóp w formie skarpetek

bardzo ciekawy sposób pielęgnacji, wygodny, ale dość drogi patrząc na efekty. Równie dobrze można posmarować stopy dobrym kremem i założyć skarpetki bawełniane. Jednak raz na jakiś czas można spróbować.



Ulubione mokre chusteczki z Auchana, mam kolejne opakowanie (dobry skład i tanie!). Mydło w płynie z Biedronki, całkiem niezłe, ale wysusza skórę, dobrze się pieni, ładnie pachnie i jest tanie. Płatki kosmetyczne z Auchan - dają radę, ale są dość cienkie, podobno zawierają aloes.  Soleo próbki bronzerów do ciała, bo przecież kobity lubią brąz ;)


Koreańskie kosmetyki próbki

Szczególnie zachwycił mnie Aloe, który zawiera 99% aloesu, więc fajnie nawilża i łagodzi podrażnienia bez uczucia tłustości. Chętnie się kiedyś skuszę na całe opakowanie.

Sera Lioele nieszczególnie przypadły mi do gustu, zauważyłam jedynie delikatne przymknięcie porów. Taka próbeczka to zdecydowanie zbyt mało, by coś więcej powiedzieć.

Za to krem BB Dollish Lioele to coś genialnego. Po wydobyciu z opakowania jest biały, za to podczas rozsmarowywania stopniowo nabiera odcienia podkładu i świetnie się dostosowuje do kolorytu skóry. Magia! Ładnie ukrywa też pory i nierówności, zawiera dużo silikonów, więc konieczne jest bardzo dobre oczyszczenie twarzy wieczorem. Spodobał mi się bardzo!

Ślimacze kosmetyki Holika Holika, czyli Toner i Emulsion - fajnie nawilżają, są bardzo lekkie, więc nie zapychają skóry. Przyjemnie pachną i trochę się ciągną, jak to ślimaki ;) Fajnie pisała o azjatyckich kosmetykach (co to jest toner i emulsja itp.) Interendo, więc jeśli chcecie więcej - zapraszam do Patrycji :) Dodam, że te próbki są mega niewygodne, wydobycie z nich produktu wystawia na niemałą próbę cierpliwość najspokojniejszego człowieka...


Jak Wam się podoba moje denko? Znacie coś, macie opinie na temat powyższych gagatków?

Bandi, Zestaw Female 35+, Jedwabisty olejek do demakijażu oraz Delikatna pianka myjąca

Demakijaż to dla mnie podstawa pielęgnacji, bo przy tłustej cerze dokładne jej oczyszczenie jest fundamentalnym zabiegiem, o którym nigdy nie zapominam. Do tej pory królowały u mnie micele (i w sumie królują nadal), ale ponieważ lubię eksperymentować musiałam wypróbować jak się spisuje w tej roli olejek. Padło na zestaw Bandi.


Od producenta:
"Japoński rytuał oczyszczania twarzy. Linia Female 35+ to kosmetyki o intensywnym działaniu przeciwstarzeniowym, przeznaczone szczególnie dla kobiet prowadzących aktywny, mało regularny tryb życia, narażonych na szkodliwy wpływ toksyn i zanieczyszczeń środowiska. 
Krok 1: Jedwabisty olejek do demakijażu (100 ml)
Bogaty w drogocenne oleje i antyutleniacze preparat, przeznaczony do oczyszczania każdego typu cery. Doskonale usuwa nawet trudny do zmycia makijaż oraz zanieczyszczenia. Odbudowuje warstwę hydrolipidową naskórka, zapobiega nadmiernej utracie wody i wysuszeniu skóry.
Krok 2: Delikatna pianka myjąca (150 ml)
Lekki preparat o właściwościach myjąco-nawilżających. Łagodnie oczyszcza cerę z warstwy olejowej pozostałej po pierwszym etapie demakijażu, nie powoduje wysuszenia i ściągnięcia skóry. Odpowiedni dla każdego typu cery. Sposób użycia: Delikatnymi, okrężnymi ruchami rozprowadź piankę na skórze okolic oczu, twarzy, szyi i dekoltu. Następnie zmyj letnią wodą."


Zestaw kupimy w kartoniku w kolorze fioletu z perłowym połyskiem. Złote napisy i minimalna ilość informacji sprawiają, że opakowanie jest estetyczne i po prostu ładne. U góry mamy naklejkę z hologramem, która gwarantuje nam, że jesteśmy pierwszymi użytkowniczkami kosmetyków. Zestaw kosztuje 77zł.


Skład: szczegóły poniżej. W olejku mamy m.in. oliwę z oliwek, olej ryżowy, olej arganowy, skwalan, witamina E. W piance oliwę z oliwek, łagodną betainę, olej arganowy, kwas mlekowy.


Wewnątrz opakowania znajdują się dwie butelki. Obie są przezroczyste, więc można śledzić stan zużycia. Plastik jest porządny, etykiety nie ścierają się ani nie odklejają. Różnią się sposobem dozowania.


Pianka posiada specjalną spieniającą pompkę, dzięki której nie jest konieczne wstrząsanie zawartości prze użyciem, choć ja i tak to robię, bo mam wrażenie, że wtedy pianka jest bardziej puszysta. Olejek ma korek typu "press", za którym nie przepadam, ale tutaj nic się nie blokuję, a sama butelka jest poręczna.


Olejek jest złocisty i posiada bardzo delikatny zapach rodem ze SPA. Nie jestem w stanie go dokładniej opisać, bo nie znam niczego, z czym mogłabym go porównać. Olejek jest średnio gęsty, troszkę ścieka, ale dzięki temu dobrze rozprowadza się na skórze, także oczach.


Olejek świetnie rozpuszcza makijaż i to bez względu na to czy jest wodoodporny czy też nie.  Kilka chwil delikatnego masażu twarzy uprzyjemnia demakijaż, a dodatkowo dotlenia i ujędrnia skórę, dzięki czemu dłużej pozostanie młoda i pozbawiona zmarszczek. Olejek najbardziej lubię zmywać ciepłą wodą i specjalnie do tego celu kupioną celulozową gąbeczką do twarzy. Dwa machnięcia i po tuszu nie pozostaje zbyt wiele, to samo z podkładem, cieniami i resztą ferajny. Skóra po tym etapie jest miękka, tylko lekko tłustawa, a pory są pootwierane.


Pianka jest śnieżnobiała i bardzo puszysta, zwłaszcza jeśli wcześniej dokładnie wstrząsnę butelką. Zapach odrobinę różni się od zapachu olejku, ale jest podobny. Przyjemnie nakłada się ją na skórę, po delikatnym masażu z łatwością się spłukuje, pozostawiając skórę doskonale oczyszczoną, gładką i gotową na kolejne etapy. Pianka usuwa resztki makijażu, zanieczyszczeń oraz olejku z poprzedniego etapu. Pozostawia przymknięte pory.


Zauważyłam jednak, że pianka potrafi lekko ściągnąć skórę, dlatego dość szybko po takim demakijażu stawiam na tonik, który to działanie niweluje i mogę cieszyć się dobrze oczyszczonymi porami.  Zestaw Female 35+ naprawdę dobrze sobie radzi z zaskórnikami, które u mnie lokują się na nosie, przy regularnym stosowaniu, czyli u mnie 2x w tygodniu, praktycznie całkiem zniknęły. Zauważyłam, że rzadziej wyskakują mi niedoskonałości, zwłaszcza przed okresem jest to widoczne, po prostu ujścia porów są dobrze oczyszczone i się nie czopują.


Po takim zabiegu skóra wręcz spija serum czy tonik, zauważyłam, że dużo szybciej wchłaniają się kremy. Bardzo lubię ten sposób demakijażu ponieważ zmusza mnie do rytualnego podejścia do tego zagadnienia, mam wrażenie, że robię dla swojej skóry znacznie więcej niż zwykłe zmycie makijażu.


A Wy używanie olejków do demakijażu? Osobiście po bardzo negatywnych doświadczeniach z olejkiem Bielendy trochę się bałam, ale kto nie ryzykuje nie odkrywa :)
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj