Jak stosować olej z wiesiołka, marula, lniany, jojoba

Wiele miesięcy temu wciągnęły mnie receptury własnych kosmetyków, stąd na blogu pojawiały się przepisy np. na kremy czy sera do twarzy. Obecnie "kręcę" rzadziej, zdecydowanie maksymalnie upraszczam  formuły, ale nie rezygnuję całkowicie, bo to nie tylko fajna zabawa, ale i pewność, że wiem co nakładam na skórę.


Zanim zaczęłam "łączyć i mieszać" z powodzeniem stosowałam czyste oleje. Mieszałam je np. z kwasem hialuronowym i nakładłam na noc lub wcierałam we włosy. 

UWAGA! Oleje zawsze nakładamy na wilgotną skórę. Mój ulubiony sposób to zwilżenie cery wybranym hydrolatem, a następnie nałożenie żelu aloesowego, żelu hialuronowego, propanediolu lub gliceryny. Tak naprawdę w ten sposób zaczęła się moja przygoda, ponieważ bez znajomości poszczególnych składników trudno opracować własne składy. Olei poznałam wiele, baaardzo wieeeele. Jednych używam do twarzy, innych do ciała, jeszcze innych do włosów, choć niektóre są bardziej uniwersalne np. jojoba lub wiesiołek.


Dziś napiszę o moich ulubionych, dość uniwersalnych olejach. Nie są to wszyscy ulubieńcy, więc jeśli post Wam się spodoba napiszę ciąg dalszy.

Do czego używać olei naturalnych?

Przede wszystkim do skóry twarzy, aby zatrzymać wodę w naskórku i zapobiec jej wyparowaniu (są to emolienty, same w sobie nie nawilżają). Dostarczają także skórze cennych substancji, w tym witamin oraz pomagają regulować wydzielanie sebum (sprawdziłam!). Rodzaj oleju należy dobrać pod potrzeby skóry, przy mojej mieszanej w kierunku tłustej cerze absolutnie się nie sprawdzał olej arganowy, do OCM rycynowy oraz kokosowy. Za to do cer suchych mogą być idealne.
Do włosów jako składnik własnych mieszanek do olejowania. Olej można nakładać na włosy suche, zwilżone humektantem (np. żelem aloesowym) lub na wilgotne po myciu.
Na ciało zamiast balsamu czy masła, najlepiej tuż po kąpieli, jeszcze na mokrą skórę, po chwili wytrzeć nadmiar ręcznikiem. Można dolać je do wanny podczas kąpieli lub jako dodatek do moczenia stóp. Te spożywcze warto także jeść, aby korzystać z ich dobrodziejstw także od wewnątrz.


Olej z wiesiołka Vivio - olej jakości spożywczej


Nie bez powodu olej z wiesiołka kupuję ZAWSZE jakości spożywczej. Jest to bardzo cenny sprzymierzeniec zdrowia i urody nie tylko od zewnątrz, ale przede wszystkim stosowany od środka. W dodatku jest idealny dla kobiet, ponieważ m.in. łagodzi PMS i inne dolegliwości kobiece, chroni przed bólem głowy, pomaga w chorobach krwi, wątroby i cukrzycy. Oczywiście to nie wszystko, warto oszukać więcej w internecie.

Jego skład to przede wszystkim nienasycone kwasy tłuszczowe, z czego większość to kwasy omega-6: 
- aż 70% kwas linolowy (m.in. działanie przeciwnowotworowe i antymiażdżycowe, poprawia też stan skóry);
- ok. 10% kwas gamma-linolenowy (poprawia pracę układu rozrodczego, stymuluje wzrost komórek włosów i skóry, poprawia funkcjonowanie układu krwionośnego, reguluje ciśnienie krwi, zmniejsza ryzyko zawału serca); to jeden z kluczowych kwasów tłuszczowych dbających o zdrowie człowieka, a w naszej diecie często go brakuje;
- pozostałe 20% to: kwasy oleinowy, palmitynowy i stearynowy, wit. E (walczy z wolnymi rodnikami powodującymi starzenie się skóry), cynk, selen i magnez oraz fitosterole, które blokują wchłanianie złego cholesterolu i  zmniejszają jego stężenie we krwi, zawiera też białko i enzymy.
Olej z wiesiołka można zatem uważać za najbogatsze, naturalne źródło biologicznie aktywnej witaminy F (inna nazwa nienasyconych kwasów tłuszczowych- NNKT).

Właściwości oleju z wiesiołka

- działanie odchudzające - zapobiega magazynowaniu się tłuszczów i ułatwia ich spalanie, pomaga usunąć toksyny z organizmu (po zjedzeniu);
- działanie antyreumatyczne - dla osób starszych, dodatkowo wspomaga regenerację tkanki łącznej i chrzęstnej (po zjedzeniu);
- wzmacnia odporność -  chroni przed infekcjami dróg oddechowych oraz gardła (po zjedzeniu);
- chroni układ krążenia - poprawia przepływ krwi w naczyniach, obniża ciśnienie (po zjedzeniu);
- działanie pielęgnacyjne - ujędrnia i uelastycznia skórę, nawilża ją i reguluje pracę gruczołów łojowych, leczy trądzik i problemy skórne (nakładany na skórę);
- ochronne na włosy - regeneruje i zapobiega rozdwajaniu (nakładany na końcówki włosów);
- działanie antyrakowe (zwłaszcza piersi i sutka) - zawarty w nim kwas gamma- linolenowy potrafi zahamować wzrost agresywnego raka piersi i wspomaga terapię zwiększając skuteczność leków (po zjedzeniu).
Warto zwrócić uwagę na to, by olej z wiesiołka był tłoczony i jedzony na zimno, ponieważ podgrzany traci swoje właściwości. Warto dodawać go do sałatek na zimno lub po prostu pić łyżeczkę (ma delikatny posmak ziołowy i bardzo aksamitną, nietłustą konsystencję, da się przyzwyczaić).


Jak stosować olej z wiesiołka

Olej z wiesiołka (Oleum oenotherae) marki Vivio jest olejem jakości spożywczej. Egzemplarz ze zdjęcia kosztuje ok. 15-18 zł, ale olej jest bardzo wydajny.
O jakości świadczy też buteleczka z kroplomierzem zrobiona z ciemnego szkła. Oleju nie trzeba trzymać w lodówce. Etykieta jest trwała, nie rozmazuje się.
Skład: 100% olej z wiesiołka bez dodatków.
Wygląd: jasny, prawie przezroczysty olej o delikatnym zapachu. Idealnie komponuje się z sałatkami i świeżymi warzywami (jemy na zimno!). Konsystencja oleista, ale nie bardzo tłusta.
Jak stosuję: przede wszystkim spożywczo, ale często nakładam go także na skórę na całą noc zamiast kremu. 
Rezultat: skóra jest aksamitna, nawilżona, mięciutka i gładka, a przy regularnym stosowaniu coraz lepiej ujędrniona i sprężysta. Nie "zapycha" porów i dość szybko się wchłania. Dzięki temu, że reguluje wydzielanie sebum skóra w ciągu dnia mniej się świeci!


Olej Marula Calaya - zimnotłoczony, kosmetyczny


Według producenta: "Zapewnia skórze poczucie głębokiego nawilżenia i pozwala utrzymać młody wygląd na dłużej. Ze względu na wysoką zawartość kwasu oleinowego sprawdzi się szczególnie dobrze przy skórze bardzo suchej, dojrzałej, z pierwszymi oznakami starzenia. Łatwo i szybko się wchłania. Chroni skórę przed szkodliwymi czynnikami środowiska oraz wolnymi rodnikami. 
Zawiera:
bardzo dużo przeciwutleniaczy – aż 60% więcej niż olej arganowy – stąd jego właściwości przeciwzmarszczkowe;
- kwasy tłuszczowe Omega 6 i 9 - chronią skórę przed niekorzystnym wpływem środowiska (Marula pomaga utworzyć na skórze barierę przeciw szkodliwym promieniowaniem UV, wiatrem i zanieczyszczeniami powodującymi przedwczesne starzenie się skóry).
Ultralekka konsystencja i szybkie wchłanianie w skórę zadowoli nawet najbardziej wymagające osoby, które nie lubią uczucia tłustości na twarzy. Powinny sięgnąć po niego zwłaszcza osoby z pierwszymi oznakami starzenia lub właścicielki cery dojrzałej, wszyscy, którzy chcą korzystać z działania antyoksydacyjnego oleju, bez względu na rodzaj cery oraz każdy, kto chce odżywić cerę, a jednocześnie jej nie obciążyć."


Jak stosować olej Marula

Olej Marula (Sclerocarya Birrea Seed Oil) marki Calaya jest olejem o jakości kosmetycznej, więc nadaje się tylko do użytku zewnętrznego. Jest dość drogi, mała buteleczka 10 ml kosztuje ponad 17 zł.
Oczywiście posiada kroplomierz, buteleczka z ciemnego szkła. Nie trzeba trzymać go w lodówce.
Posiada dość silny, bardzo charakterystyczny zapach, który trudno nazwać przyjemnym. Barwę ma bardzo jasną, jest prawie przezroczysty. Konsystencja jest bardzo lekka, momentalnie się wchłania i nie pozostawia bardzo tłustej warstwy na skórze.
Skład: 100% olej Marula bez dodatków.
Jak stosuję: na noc kilka kropel wcieram w skórę zamiast serum, czasem nakładam jeszcze lekki krem, ale nie zawsze. Często dodaję go także do różnych serów czy kremów, by wzbogacić ich działanie antyoksydacyjne lub przeciwstarzeniowe. Szkoda mi go zużywać na coś innego niż twarz ze względu na cenę i fajną konsystencję.
Rezultat: skóra jest miękka, silnie nawilżona, nietłusta, nieobciążona, lepiej sobie radzi z wiatrem i przesuszeniem.


Olej lniany Mokosh - kosmetyczny, tłoczony na zimno


Według producenta: "Olej tłoczony metodą 'na zimno'. Zawiera niezwykle dużą liczbę naturalnych przeciwutleniaczy, chroniących organizm przed wolnymi rodnikami, a także nienasycone kwasy tłuszczowe takie jak: linolenowy (omega-3) i linolowy (omega-6) oleinowy (omega-9) oraz witaminy: A, D, E i K
„Polskie złoto”, bo tak nazywany jest ten olej, przyspiesza regenerację skóry. W pielęgnacji może być stosowany do wszystkich rodzajów skóry nawet trądzikowej. Stosowany na włosy zapobiega ich łamliwości, wypadaniu, dodatkowo nadaje im blask, odżywia je i nawilża.
Działanie: 
- nawilża, odżywia i spowalnia starzenie skóry;
- poprawia elastyczność skóry;
- uszczelnia barierę lipidową skóry;
- wspomaga ochronę przed wolnymi rodnikami;
- przyspiesza regenerację skóry po opalaniu i poparzeniach;
- delikatnie pielęgnuje skórę dzieci;
- skutecznie pielęgnuje skórę przy łuszczycy, egzemie i AZS;
- wzmacnia i regeneruje paznokcie;
- nawilża i poprawia kondycje włosów;
- pielęgnuje męski zarost."


Do czego używać olej lniany

Olej lniany (Linum Usitalissimum Seed Oil) Mokosh kosztuje 45 zł/100 ml i posiada informację, że surowiec ma certyfikat ECOCERT, a więc mamy pewność co do wysokiej jakości oleju.
Posiada wygodną pipetę, która jest moim zdaniem wygodniejsza niż kroplomierz. Ciemna szklana buteleczka chroni zawartość przed działaniem UV.
Olej lniany posiada delikatny zapach i żółtawą barwę. Jest zdecydowanie bardziej tłusty niż poprzednicy, nie wchłania się tak szybko w skórę, pozostawia na niej wyczuwalną warstwę.
Skład: 100% olej lniany bez dodatków.
Jak stosuję: przede wszystkim pokochały go moje włosy! Na godzinę lub dłużej przed myciem wcieram olej we włosy (czasem suche, czasem wilgotne), zawijam ręcznikiem i zajmuję się czymś innym. Olej dość dobrze się zmywa, a po wysuszeniu widzę dużą różnicę. Włosy są bardziej lśniące, błyszczą w słońcu, są nawilżone, miękkie i sypkie. Dużo szybciej się regenerują po zabiegach np. używaniu prostownicy czy farbowaniu. Olej lniany warto też dodawać do domowej roboty peelingów do ciała (wystarczy zmieszać go z solą bądź cukrem i dodać kilka kropel ulubionego olejku eterycznego). Dzięki jego zawartości po spłukaniu peelingu nie będzie potrzeby używania balsamu.


Olej jojoba od mazidła.com - ekologiczny, kosmetyczny


Według producenta: "Właściwie od strony chemicznej olej jojoba jest jedynym w swoim rodzaju płynnym woskiem, tylko dla ułatwienia nazywanym olejem, dlatego posiada odmienny skład i właściwości. W ponad 97% składa się z płynnych estrów woskowych, bogatych w kwas eikozenowy, połączonych z tokoferolami,m wolnymi sterolami i innymi składnikami niezmydlającymi. Dzięki temu olej jojoba chroni przed utratą wody i posiada właściwości emolientu. Olej jojoba miesza się na powierzchni skóry z sebum tworząc nietłustą lipidową warstwę daje to nietłusty, aksamitny efekt zmiękczający. Olej Służy jako doskonały środek natłuszczający, uelastyczniający.
Polecany zarówno do skóry suchej, o uszkodzonej warstwie lipidowej oraz cery tłustej i mieszanej, dzięki działaniu antybakteryjnemu. Efektywnie nawilza i zmiękcza skórę, reguluje sebum, łagodzi stany zapalne, zmiany łuszczycowe i egzemy. Odżywia i wygładza, chroni przed działaniem wolnym rodników, sprzyja redukcji zmarszczek. Nadaje się w okolice oczu, na dłonie i paznokcie.
Świetnie nadaje się do pielęgnacji skóry głowy, gdzie wnika w cebulki, działa przeciwłupieżowo, łagodząco oraz zmniejsza łojotok. Zastosowany na włosy chroni przed czynnikami zewnętrznymi, nawilża, uelastycznia i nabłyszcza.
Olej jojoba charakteryzuje się wysoką stabilnością i odpornością na utlenianie oraz wysokie temperatury, więc doskonale nadaje się do domowego robienia kremów metodą na gorąco. Zastosowany jako dodatek stabilizuje i przedłuża trwałość innych składników jak delikatnych olei i maseł roślinnych."


Jak używać olej jojoba

Ekologiczny olej jojoba (Simmondsia Chinensis Seed Oil) ze sklepu mazidła.com kosztuje ok. 10 zł/25 g i jest olejem kosmetycznym. Również posiada pipetę, którą bardzo wygodnie odmierza się i nabiera zawartość. Butelka jest biała i szklana, nieprzezroczysta.
Olej nie posiada zapachu, a barwę ma lekko żółtą. Jest dość lekki.
Skład: olej jojoba 100%, bez dodatków. Tak naprawdę olej jojoba jest ciekłym woskiem roślinnym, ale konsystencją mocno przypomina olej, więc przyjęło się go tak nazywać.
Jak stosuję: najbardziej uniwersalny z olei, który sprawdza się w zasadzie na całe ciało. Doskonały do masaży i jako faza tłuszczowa w domowej produkcji kremów czy serów. Świetnie się spisuje zamiast kremu na noc, na włosach, na skórkach i paznokciach. Można dodawać go do kąpieli, domowych peelingów czy kuracji na stopy. Dzięki temu, że nadaje się praktycznie dla każdej cery, także dziecka i dość szybko wchłania (choć przez dłuższą chwilę pozostawia na skórze tłustawą warstwę) może stosować go dosłownie każdy. Nie zapycha, reguluje sebum, dobrze nawilża i uelastycznia skórę, zmiękcza i pozostawia ją gładszą, bardziej promienną.

Nie są to wszystkie moje ulubione oleje, zabrakło tu zwłaszcza tych "pestkowych", które bardzo szybko skradły moje serce i zużywam je migiem, więc obecnie nawet nie posiadam żadnego na stanie (mam na myśli pestki moreli, malin, truskawek oraz winogron). Wiem, że sporo osób wciąż boi się olei i ich unika. Uważam, że nie ma czego się obawiać, należy tylko dobrać olej pod swoje oczekiwania, pamiętać o kilku podstawowych zasadach (sam olej nie nawilża! trzeba nakładać go np. na hydrolat) i spróbować.

Jakie oleje Wy lubicie i polecacie?

Pielęgnacja twarzy czyli Opróżniamy kosmetyczni z Trusted Cosmetics

Czas na kolejne wyzwanie akcji Trusted Cosmetics KLIK! Aktualny temat jest moim ulubionym, bowiem mowa będzie o pielęgnacji twarzy. Do zagadnienia postanowiłam podejść szerzej, ponieważ uważam, że niektóre sprawy warto powtarzać aż do utrwalenia :) Będzie trochę porad, trochę oczywistości i trochę kosmetyków. Zapraszam.

Każda z nas marzy o pięknej, gładkiej i porcelanowej cerze, to dla mnie oczywiste. Ale jak to osiągnąć? Większość dorosłych ma skórę albo suchą, albo tłustą, albo też mieszaną...  Oznacza to, że borykamy się z różnymi, niechcianymi zresztą, dolegliwościami jak suche skórki, zmarszczki, pryszcze, błyszczenie, widoczne naczynka - wiem, to tylko wierzchołek góry lodowej.

Jako nastolatka zaniedbywałam pielęgnację na rzecz makijażu i niestety z moich obserwacji wynika, że to raczej norma wśród młodych osób także i dzisiaj. Niekoniecznie zmywałam makijaż, a po imprezie chyba nigdy. Nie używałam toniku. Nie zwracałam uwagi na składy. Kremy uważałam za zbędne, a skórę często myłam zwykłym żelem z SLS. Wycierałam twarz ręcznikiem do ciała. Więcej grzechów nie pamiętam :) Oczywiście miało to swoje skutki, bo choć nigdy nie borykałam się z nadmiernym trądzikiem, to różne niedoskonałości towarzyszyły mi od zawsze - taki urok tłustej skóry, która się łatwo zapycha.

Najważniejszy jest jednak ciągły rozwój i nauka, a najlepiej się uczymy na błędach, tak więc chciałabym się z Wami podzielić swoimi zasadami, które przy regularnym stosowaniu znacząco pozytywnie wpłynęły na stan mojej skóry i które są podstawą pielęgnacji twarzy, jaką uskuteczniam :)

Pielęgnacja skóry twarzy: zasady, których warto przestrzegać



1 zasada: Bezwarunkowe, codzienne oczyszczanie skóry rano i wieczorem (bez wyjątków)

Rano zawsze oczyszczam skórę po nocy, najczęściej płynem micelarnym oraz przecieram ją tonikiem. Następnie nakładam krem na dzień lub serum i dopiero potem makijaż. Wieczorem dokładnie myję żelem i micelem oraz tonizuję skórę tonikiem. Co 3 dni używam peelingu, kiedyś najczęściej mechanicznego, obecnie stawiam raczej na delikatniejsze produkty.
Uwaga: Nie ma od tego odstępstw! Nie ma wymówek! Nawet jak jestem zmęczona, chora, zdenerwowana, po imprezie...

Na dzień dzisiejszy używam:
- końcówka micela Tołpy: bardzo skuteczny, zazwyczaj niepodrażniający skóry ani oczu, domywa wszystko jak leci;
- nowo otwarty żel z mikrogranulkami Perfecta: fajny orzeźwiający zapach, całkiem nieźle myje skórę, zawiera maleńkie drobinki, które masują skórę, ale użyłam go ledwo 2-3 razy, więc z opinią jeszcze się wstrzymam;
- Mizon peeling gel: cudo! bardzo fajnie się go używa, a działanie czuć prawie natychmiast, niesamowicie skuteczny kosmetyk z wygodna pompką, póki co jestem nim zachwycona, choć zapach mógłby mieć lepszy;
- Nacomi czarne mydło: mega gęste, świetnie trzyma się skóry, zazwyczaj używam go do twarzy jako peeling enzymatyczny, nie podrażnia jeśli nie trzymam go zbyt długo, zmiękcza i oczyszcza cerę.


2 zasada: Oddzielny ręcznik tylko do twarzy

Najlepiej miękki i szybkoschnący, ponieważ warto często go prać. Dzięki oddzielnemu ręcznikowi zmniejszam ryzyko przenoszenia bakterii, a co za tym idzie cera wygląda lepiej. Sprawdzą się także np. jednorazowe ręczniki papierowe. 
Uwaga: tak samo często piorę poszewki na poduszki, a w zimie szaliki itp. Wszystko co dotyka twarzy powinno być czyste :)


3 zasada: Tonik lub hydrolat jest niezbędnym elementem pielęgnacji, nie można go pomijać

Nie warto pomijać tego kroku pielęgnacji, tonik nie jest przecież zwykłą wodą. Służy on przede wszystkim do przywrócenia skórze właściwego pH, dzięki czemu wiele zyskujemy: między innymi lepiej się wchłaniają składniki aktywne z kosmetyków, a sama skóra lepiej sobie radzi z bakteriami. Woda wodociągowa czy większość kosmetyków zmienia pH skóry, które naturalne wynosi 5,5 czyli jest lekko kwaśne.
Zbyt niskie (kwaśne) pH powoduje nadprodukcję sebum, wypryski, świecenie i powiększenie porów, natomiast zbyt wysokie (zasadowe) pH sprawia, że skóra łatwo się podrażnia, jest ściągnięta, sucha i namnażają się na niej bakterie powodując infekcje.
Uwaga: micele powinny posiadać już właściwe pH, więc zmywając nimi makijaż teoretycznie można ten etap pominąć, ale z moich doświadczeń wynika, że nie warto, bo lepiej mieć pewność, tym bardziej, że toniki zwykle nie są drogie i łatwo zrobić je samemu (choćby mieszając wodę destylowaną z octem jabłkowym albo sokiem z cytryny w odpowiednich proporcjach). Nie używam toników z alkoholem, który niby dezynfekuje skórę, ale też i niepotrzebnie ją wysusza i osłabia.

Na dzień dzisiejszy używam:
- hydrolaty: pomarańczowy, z kwiatów pomarańczy (to nie to samo!), lawendowy i różany: wszystkie bardzo lubię, nie tylko przywracają skórze odpowiednie pH, ale i dostarczają jej substancji aktywnych, w większości posiadają też przyjemny, naturalny zapach i są bardzo wydajne;
- hibiskusowy tonik Sylveco: posiada świetny skład i ciekawą, żelową konsystencję, zawiera cenny ekstrakt z hibiskusa, który pozytywnie wpływa m.in. na cerę naczynkową, oczywiście także tonizuje.

 

4 zasada: Unikanie zapychaczy i przyspieszaczy zmarszczek

O parafinie chyba słyszał już każdy, jedne z nas jej unikają, inne nie. Każda z nas ma prawo do własnego zdania, ale dwie rzeczy są pewne: parafina zapycha pory, co jest szczególnie nieprzyjemne dla posiadaczek tłustej cery oraz przyspiesza powstawanie zmarszczek. Ja osobiście jej więc unikam w produktach do twarzy. Tak samo unikam alkoholu, który wysusza i kilku innych substancji. Generalnie warto przyglądać się składom, bo przy odpowiedniej obserwacji reakcji skóry jesteśmy w stanie się dowiedzieć co jej nie służy.
Uwaga: parafina znajduje się nie tylko w kremach czy mleczkach do demakijażu, ale także w kolorówce. Wiecie ile trzeba się naszukać w drogerii, żeby znaleźć puder bez parafiny?

 

5 zasada: Nie boimy się olejów, ale musimy dobrać odpowiednie

Mam tłustą skórę i często słyszę od koleżanek, że oszalałam używając olejów :) Taki panuje przesąd, że tłustą skórę należy za wszelką cenę wysuszyć i zmatowić. Tyle, że postępując w ten sposób otrzymamy chwilowe korzyści, natomiast w dłuższej perspektywie nasza skóra zacznie produkować więcej i więcej sebum. Dlaczego? Bo skóra nie jest taka głupia, skoro czuje "suchość" to chce się natłuścić i odgrodzić od środowiska. Warto więc ją nie tylko nawilżać, ale i dostarczyć jej niezbędnych kwasów tłuszczowych, które znajdują się właśnie w olejach. Te z kolei można umownie podzielić na "tłuste" i "suche" co w praktyce polega na znacznie szybszym wchłanianiu się i braku nieprzyjemnej warstwy. Do moich ulubionych "suchych" olei do twarzy należą: jojoba, wiesiołek, z pestek malin i moreli, marula.
Uwaga: oleje nakładam na noc zamiast kremu i w przypadku tych "suchych" nigdy nie zdarzyło mi się obudzić rano z tłustą, lepką skórą, ale wiele zależy także od indywidualnych predyspozycji. Moja skóra choć tłusta, jednocześnie jest dość mocno odwodniona, więc spija to, czym ją traktuję.

 Na dzień dzisiejszy używam:
- Calaya, olej marula: delikatny zapach i żółte zabarwienie, dość szybko się wchłania i dobrze łączy z kwasem hialuronowym,
- mazidła, ekologiczny olej jojoba: praktycznie bezzapachowy, lekki olej, którego czasem używam także do ciała, bardzo lubię go za pipetę,
- Vivio, olej z wiesiołka: stosuję go najczęściej do serów i maseczek oraz do... sałatek, jest to bowiem czysty olej jakości spożywczej,
- Mokosh, olej lniany: dość tłusty w porównaniu z powyższymi, stosuję go, gdy moja skóra jest mocniej odwodniona niż zazwyczaj, ale najbardziej lubię traktować nim włosy, uwielbiają to.


6 zasada: Nie pomijamy pielęgnacji szyi

Kiedyś w ogóle nie myślałam o szyi i pomijałam ten krok. Od kilku lat staram się jednak intensywnie dbać i o tą część ciała, co znaczy, że ją peelinguję, tonizuję i kremuję. Codziennie przy okazji pielęgnacji wykonuję także krótki masaż.
Uwaga: w przypadku szyi zawsze wykonujemy masaż lub wklepywanie kremu od dołu ku górze, dzięki temu dłużej pozostanie jędrna i bez zmarszczek.

Na dzień dzisiejszy używam:
- Bandi, Krem na szyję i dekolt: niesamowicie wydajny, dość gęsty krem o delikatnym zapachu, ładnie nawilża skórę i lekko ją napina, szybko się wchłania.


 

7 zasada: Odpowiedni masaż skóry podczas wklepywania kremu

Tutaj musiałabym się bardzo rozpisać, a post i tak jest przydługi :) Generalnie warto poszukać poszukać ciekawych sposobów i znaleźć własny, najlepszy sposób masowania skóry, który nie będzie uciążliwy, a jedynie przyjemny. To naprawdę działa, nie tylko rozluźnia, ale i ujędrnia skórę.
Uwaga: fajnie pisała na ten temat Azjatycki Cukier TU, nic dodać, nic ująć.

 

8 zasada: Serum nie jest fanaberią

Serum co do zasady charakteryzuje się wyższym stężeniem substancji aktywnych niż krem, jest to więc kosmetyk stuningowany i jako takim warto się zainteresować. W dość szybkim czasie jest w stanie nawilżyć lub odżywić skórę, w zależności od użytych składników. Osobiście bardzo je lubię i nie wyobrażam już sobie pielęgnacji bez serum.

Na dzień dzisiejszy używam:
- Ava, Serum z wit. C: szybko się wchłania, a dzięki zawartości wit. C wzmacnia naczynka, na czym najbardziej mi zależało, widzę różnicę przed i po,
-  Payot, Oczyszczające serum z alkoholem: męczę je już dość długo, a używam punktowo na miejsca, które tego wymagają, np. na wypryski, przyspiesza ich wysuszanie,
- mazidła, kwas hialuronowy: nie bez powodu jest w serach, choć nie używam go solo, bo ściąga skórę, a mieszam z olejami (patrz wyżej) i w ten sposób uzyskuję mega szybkie serum diy, które doskonale nawilża i odżywia skórę.



9 zasada: Maseczki to nie tylko przyjemność

O maseczkach piszę często, więc wiecie, że je lubię. Moimi nr 1 wciąż są kolorowe glinki, które przyrządza się bardzo szybko, a w zależności od dodatków mogę stworzyć taką maskę, jakiej akurat potrzebuje moja skóra.

Na dzień dzisiejszy używam:
- Calaya, Glinka niebieska oraz zielona: niebieska glinka oprócz cudownego koloru dobrze oczyszcza i odświeża skórę, natomiast niebieska ją dotlenia dostarcza minerałów i usuwa toksyny,
- Skarby Afryki, glinka biała: najdelikatniejsza i bardzo uniwersalna, właściwie dla każdego, używam jej także do innych kosmetyków, np. robiłam z niej pastę do zębów,
- Cattier, glinka żółta: dostarcza skórze cennych minerałów i delikatnie oczyszcza, uszczelnia też naczynka,
- rosyjska glinka czarna: dobrze oczyszcza skórę z zaskórników, usuwa nadmiar sebum i zanieczyszczeń.



10 zasada: Kosmetyki DIY są osiągalne i skuteczne

W dodatku to fajna zabawa i spora satysfakcja, więc jeśli macie ochotę zachęcam do przejrzenia etykiety na samym dole bloga "DIY" oraz "Zrób to sama". Wbrew pozorom niektóre kosmetyki np. proste sera czy peelingi robi się bardzo szybko.
 

11 zasada: Krem na dzień i krem na noc to zupełnie inne kosmetyki

Niby się o tym wie, ale nie zaszkodzi przypomnieć: krem na dzień powinien posiadać filtr przeciwsłoneczny, a jeśli takowego nie ma, wtedy można posiłkować się specjalnymi kosmetykami lub choćby nałożyć podkład mineralny. Słońce jest do życia niezbędne, ale wszystko czego jest w nadmiarze jest szkodliwe - niestety. Jednocześnie wymagam, aby krem na dzień był lekki, współgrał z każdym podkładem, nie zapychał, przymykał pory i nawilżał. Za to krem na noc może, a nawet powinien być treściwszy, bo wtedy gdy ja śpię, moja skóra wchłania więcej dobroczynnych substancji. Krem na noc nie musi już posiadać filtrów, bo po co, za to np. fajne oleje, kwas hialuronowy czy ekstrakty roślinne są już mile widziane. Jednocześnie wymagam, ale nie zapychał, nie ściągał nieprzyjemnie skóry i nie podrażniał.

Na dzień używam:
- GlySkinCare, Krem SPF30: dość lekki jak na tego typu kremy, choć dodatkowo używam go w niewielkiej ilości, nie zapycha, pachnie standardowo,
- Cien, Krem z granatem: hit, to krem za 8zł z Lidla, a ma świetny skład, jest bardzo lekki, nawilżający i nie podrażnia,
- Bielenda, Krem CC na naczynka: właściwie wyróżnia go jedynie zielony kolor, niestety nie zakrywa zaczerwienienia, a jedynie ochładza odcień, trochę go męczę...


Na noc używam:
- resztki kremu pod oczy ze śluzem ślimaka Mizon: dość lekki, delikatnie napinający i nawilżający kremik,
- Ziaja, Liście Manuka, krem na noc: orzeźwiający zapach, lekko żelowa konsystencja, wchłania się w mig; działanie ma przyjemne, ale za krótko go używam, aby stwierdzić czy daje mi odpowiednie odżywienie,
- Polny Wakrocz, Mazidło ze skrzypu polnego: bardzo tłusty krem, ale używany raz na jakiś czas w minimalnej ilości nie czyni szkód, a ładnie odżywia skórę, ma ładny skład,
- Tołpa, Koncentrat na wypryski: końcówka, używam sporadycznie jak mi "coś wyskoczy", bardzo skuteczny, cudownie pachnie.


Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam, bo post wyszedł naprawdę długi. Czy Wy też kierujecie się podobnymi zasadami? Może macie własne, którymi chcecie się podzielić?

Wykończeni w czerwcu

Na początku czerwca była cudowna pogoda, więc było także opalanko. W ruch poszedł również bronzer, bo moje nogi wyjątkowo trudno się opalają, więc chciałam je wspomóc. Wykończyłam też kilka kosmetyków do pielęgnacji twarzy, jest też trochę samoróbek oraz próbek. Zapraszam na wykończonych :)


Bandi, Veno Care, Płyn micelarny: wspaniały demakijaż, co tu dużo pisać - szybko, bez podrażnień, bez tarcia i bez pieczenia. Konkretny produkt, bardzo skuteczny, ale niestety średnio wydajny przez zbyt duży otwór. Mimo wszystko chętnie go jeszcze kupię. Więcej KLIK

Accos, Tonik oczyszczający: całkiem fajny, przyjemnie pachnący tonik. Odświeża, reguluje sebum, oczyszcza, ale nie widze najmniejszej różnicy pomiędzy nim a tonikiem antybakteryjnym Ziaji, oprócz ceny - Ziaja jest trzy razy tańsza, a ma większą pojemność. Nie kupię. Więcej KLIK i KLIK

Czysta linia, Peeling do twarzy morelowy: wspaniale pachnie i ma mnóstwo drobinek, przez co świetnie złuszcza skórę, ale niestety mnie zapchał - zawiera parafinę. Myślę, że świetnie się sprawdzi przy cerach mniej skłonnych do zapychania. Zużyłam do rąk, z powodzeniem zresztą. Ja nie kupię. Więcej KLIK

CD, Krem nawilżający z lilią: marka robi niezłe zamieszanie w blogosferze, ale ten krem męczyłam niemiłosiernie długo. Skład nie jest zły, ale niestety zapchał mnie, przez co nie używałam go do twarzy. Początkowo nakładałam go na szyję i dekolt, ale po jakimś czasie tam też zaczął siać spustoszenie, więc wykończyłam jako balsam do ciała. Nawilża i nie poza tym, dla mnie to średniak jakich wiele, do tego jak dla mnie śmierdzi sianem. Nie kupię go, ale w zapasach mam inne kosmetyki tej marki. Więcej KLIK

Lavera, Krem z liposomami oraz bio-różą i bio-olejem z awokado: krem przeznaczony dla suchej skóry, więc nic dziwnego, że na mojej tłustej nie sprawdził się na dzień. Mimo wszystko szczerze go pokochałam odkąd zaczęłam używać go na noc, bo to co wyczyniał z moją skórą jest niesamowite. Rano była nawilżona i odżywiona, naprężona i mięciutka. Do tego jest niesamowicie wydajny, ma fajną konsystencję, choć dla mnie śmierdział... smalcem, nic na to nie poradzę. Mam za to sygnały, że wielu dziewczynom zapach się spodobał, to bardzo indywidualna kwestia. Więcej KLIK. Za jakiś czas chętnie kupię.


Babuszka Agafia, Specjalny szampon do włosów "Aktywator wzrostu": fajny szampon, idealna saszetka na wyjazdy! Bardzo fajnie się sprawdzał na moich cienkich włosach, odbijał je u nasady, nawilżał, no i przede wszystkim dokładnie mył. Ciekawie pachnie i nie jest drogi, zauważyłam też więcej bejbików. Mam już w zapasach inne wersje tych szamponów, chętnie jeszcze kupię i ten. Więcej KLIK.

Loko-Kolor, Zmywacz różany do paznokci: mój najulubieńszy zmywacz. Bardzo tani i skuteczny, szybko sobie radzi z lakierami i co najważniejsze nie wysusza płytki paznokcia, wręcz ją lekko natłuszcza. Pachnie! Fenomen jakiś. Mam już w zapasach i na pewno jeszcze kupię.

Miraculum, Krem do twarzy Lift Line na noc: dostałam od mamy, która chciała go... wyrzucić. Nie sprawdzał się u niej zupełnie, a ja nie miałam najmniejszego zamiaru nakładać go na twarz ze względu na parafinę wysoko w składzie. Zużyłam go więc do... parafinowych zabiegów na dłonie i stopy :D Taki recykling. No i ma szklany słoiczek, który na pewno spożytkuję. Nie kupię.

Auchan, Chusteczki Sensitive: używam ich do wszystkiego, do czego tylko można użyć takich chusteczek, od skóry twarzy, przez dłonie, stopy i higienę intymną aż do wycierania kurzu czy deski rozdzielczej w samochodzie :) Mają świetny skład oparty na oleju lnianym i słonecznikowym, a kosztują 4 zł. Moim zdaniem najlepsze! Niestety już dwa razy ich szukałam w Auchan i nie ma, mam nadzieję, że nie przestali ich produkować? Kupiłam w zamian inne, też marki własnej Auchan, trochę inny, ale znośny skład, zobaczymy jak się spiszą... Chętnie kupię jak tylko się pojawią na półce! Więcej KLIK

Soleo, Sun Care, S.O.S. Mleczko po opalaniu: w sekundę łagodzi zaczerwienienie, podrażnienie i pieczenie spowodowane słońcem, przynosi natychmiastowa ulgę! To moje zużyte drugie opakowanie. Bez niego nie ruszam się na żadne plaże czy jeziora. Zawiera m.in. masło shea, sok z aloesu, olej z kukui (wyjątkowo regenerujący i odżywczy, ma działanie łagodzące, ochronne i kojące skórę, świetnie zmiękcza i nawilża, posiada naturalny filtr przeciwsłoneczny), olej macadamia. Fajnie pachnie, ale nie jakoś wyjątkowo na tle podobnych produktów. Mam już kolejny!


Avon, Intensywnie nawilżający krem do twarzy, rąk i ciała: kupiony oczywiście z katalogu, całkowicie w ciemno, jakieś 2,5 roku temu. Chyba jest to jakaś edycja specjalna. Ogromna butla 750 ml kosztowała ok. 17 zł. Potworek pielęgnacyjny, tak właśnie o nim myślę. Nie nadaje się do twarzy, bo napakowany jest wazeliną, woskiem ciekłym, trójglicerydami, sylikonami, czyli cudownymi zapychaczami, a wszystko jest pięknie zakonserwowane pochodną formaldehydu. Nie ratuje go śladowa ilość masła shea, oleju z migdałów, żelu aloesowego czy panthenolu...Nie nadaje się ani do do rąk, ani do stóp, ani do skóry ciała, bo okrutnie wysusza skórę, która staje się "styropianowa" czyli nieprzyjemna w dotyku, drażniąca. Męczyłam go strasznie przez tyle czasu (tak, rok po terminie), ale w końcu dam mu spokój. Zostało ok. 1/3 butelki i w takim stanie przywita się ze śmietnikiem, bo mam go już dość! W życiu nie kupię, precz z nim :)

Ziaja, Kremowe mydło pod prysznic z jedwabiem: pokochałam ten zapach! Relaksujący i delikatny, trochę przypominał mi perfumy. Skład standardowy (SLS), ale za to niska cena, duża dostępność i brak efektu wysuszenia skóry. Kupię! Więcej KLIK.

Auchan, Savon Liquide Alep, Mydło w płynie Alep: mydło w płynie na bazie Potassium Cocoate. W ciągu dnia mnóstwo razy myję ręce (nie, nie mam nic wspólnego z Lady Makbet...), więc cenię produkty niewysuszające skóry. To mydło takie właśnie jest! Pieni się dobrze i pięknie pachnie, trochę słodkawo. Wyprodukowane we Francji, kosztuje 3-4zł/300ml. Mam już kolejne!


Jeden z dwóch słoiczków (biały) mojego DIY kremu pod oczy rozjaśniającego: fajnie wyszedł, chętnie jeszcze go ukręcę. Obecnie mam jeszcze pół drugiego słoiczka. Ostatnio o nim pisałam KLIK.

Oliwkowe mydło w paście DIY od Mineralnej Kasi: mydełko o ciekawej, ciągnącej się konsystencji, zawierało rozdrobnione oliwki. Fajnie myje i nie wysusza skóry, ale bardzo długo trzeba je spłukiwać, ponieważ szybko zaczyna się kleić do skóry. Kasia potrafi robić różne cuda, więcej KLIK. Raczej nie porwę się na jego zrobienie, nie mam o tym pojęcia :)

Calaya, Ekstrakt z alg: bardzo odżywczy ekstrakt, który wzbogaca każdy kosmetyk w niezbędne pierwiastki i witaminy. Posiada charakterystyczny zapach, który lepiej jest czymś "przykryć", co w praktyce oznacza użycie silniej pachnącego składnika jako towarzysza. Bardzo często z niego korzystałam w swoich DIY. Obecnie sklep ma w ofercie inny ekstrakt z alg i to aż z pięciu,pewnie jeszcze bardziej odżywczy. Chętnie nabędę.

Na zdjęcia nie załapały się trzy inne moje kosmetyki DIY, ponieważ od razu użyłam opakowań po nich do czegoś innego. Były to:

Mgiełka do włosów DIY: moja absolutnie ulubiona. Jako pierwsza spowodowała, że mogłam myć moje tłuste włosy co drugi dzień, co jest nie lada wyczynem. Poza tym wspaniale nabłyszczała włosy, nawilżała i wygładzała, a dzięki zielonej herbacie chroniła je także przed negatywnym wpływem środowiska. U mnie sprawdzała się tylko rozpylona na mokrych włosach. Zrobię koniecznie jak tylko kupie składniki, przede wszystkim olej z pestek moreli! więcej KLIK.

Krem owocowy DIY zwężający pory: krem z sokiem truskawkowym. Fajnie wyszedł, ale postanowiłam popracować nad recepturą, a konkretnie nad emulgatorem, który trochę lepiej by związał fazy. Krem fajnie spisywał się na dzień, był bardzo lekki, nie zapychał, a nawilżał i zwężał pory, po nim zdecydowanie mniej się świeciłam, więc wiem, że idę w dobrym kierunku. Więcej KLIK.

Wcierka do skóry głowy: chciałam dobrze, a wyszła ma-sa-kra! Dwa pierwsze użycia były super, zapach do zniesienia. Jednak im dalej tym gorzej... Wcierka okrutnie zaczęła śmierdzieć, przez co używanie jej stało się koszmarem... Szkoda, bo po tych kilku użyciach zauważyłam, że na szczotce znajduje się widocznie mniej włosów! Przynajmniej na to miała niewątpliwy wpływ. Co do przetłuszczania, to bez problemu dwa dni włosy wytrzymywały i były świeże, z tego także jestem bardzo zadowolona. Nie będę pisać osobnej recenzji, edytowałam TEGO posta... Polecam dla odważnych, zdeterminowanych albo chorych na zatoki/mających porządny katar! Nad przepisem popracuję jeszcze :)



Próbki:
Playboy, Żel pod prysznic: nic specjalnego, żel jak żel. Zapach nie przypadł mi do gustu. Nie kupię. 

Le Petit Marseillais, Żel pod prysznic o zapachu kwiatów pomarańczy: bardzo przyjemny zapach, poza tym żel jak żel, przypomina mi bardzo - poza zapachem oczywiście - kremowe żele Ziaji. Nie wysusza. Może kiedyś kupię, zobaczymy.

Le Petit Marseillais, Mleczko nawilżające: kompletnie nie czuję tego produktu! Świetnie pachnie, ale jak dla mnie zbyt intensywnie, po kilkunastu minutach męczy, a potem nawet mdli. Nie nawilża, nie odżywia, wręcz wysusza skórę. Zużyłam na nogi, po czym miałam "tarkę" zamiast skóry, szorstką i nieprzyjemną w dotyku. Co za sadysta to wymyślił? W życiu nie kupię, nawet za darmo nie chcę :)

Marion, Plasterki punktowe na wypryski: oczywiście nie jest to próbka, tak wygląda produkt pełnowymiarowy, ale jakoś mi tu pasowała. Plasterki trochę działają, ale stosowane na noc, jak zaleca producent, bezpowrotnie giną w odmętach pościeli i nie da rady ich znaleźć. Tak czy owak ja nie znalazłam ani jednego, wszystkie zgodnie wyparowały :) Nie kupię, nie lubię zachodzić w głowę co się z nimi stało :D Więcej KLIK

FlosLek, Regenerujący żel do higieny intymnej: fajny, idealna saszetka na wyjazd. Niestety to była chyba ostatnia. Nie wiem czy kupię pełnowymiarową wersję, póki co mam spore zapasy. Tak czy owak myje, nie podrażnia, odświeża.

Dermacos, Nawilżający krem na dzień: dla mnie porażka! Roluje się niemiłosiernie, nie nawilża jakoś specjalnie, za to przyspiesza przetłuszczanie skóry. Dla mnie za konkretny na dzień. Fajnie,że ma filtr. Nie kupię.

Korana, Miodowy krem do twarzy 40+: nie mój przedział wiekowy,ale byłam go bardzo ciekawa. Na szczęście użyłam go na noc i całkiem fajnie się spisał. Rano buźka była miękka i nawilżona. Przyjemnie pachnie. Tego nie kupię, ale rozważam inne produkty tej firmy.

Ecodenta, Pasta do zębów: używałam sporadycznie, bo nie znam jej składu, a unikam fluoru. Nic specjalnego, ma dziwną konsystencję ni to żelu ni pasty, pachnie miętowo ale z jakimś gorzkawym tłem. Zęby myje, nie powypadały mi :) Nie kupię.


Płatki kosmetyczne Cleanic: lubię je, ale jakoś szczególnie się nie wyróżniają. Są miękkie i nie rozdzielają się na włókna, ale to samo mogę napisać o większości dostępnych w Polsce płatków. Kupuję je tylko na promocji. Mam chyba ze 4 opakowania w zapasach (tak, dobra promo była ;)

Corine de farme, Delikatny żel myjący 2w1: zużyłam sama. Skład podobno naturalny, a napakowany SLS, PEG-ami, mnóstwem konserwantów i zapachów wysoko w składzie. Uwaga, aż 0,003% składników pochodzi z upraw ekologicznych, no szaleństwo po prostu! Dziecku bym tego nie kupiła, gdybym je miała oczywiście :)

Balea, Miniaturka żelu pod prysznic Abend Rot: wiem, że sporo osób chwali te żele, ale ja nie wiem dlaczego? Może to kwestia tego konkretnego zapachu, który zdecydowanie mnie nie uwiódł, trąci mi czymś gorzkim i nieprzyjemnym (tak, zapach, nie piłam go przecież). Skład normalny, drogeryjny, bardzo podobny choćby do żeli Isana, które o wiele lepiej dla mnie pachną :) Mimo to mam ochotę wypróbować inne warianty, może zmienię zdanie :)

Ziaja, Liście Manuka, Żel myjący: przyjemny zapach, myje. Składowo znów nic nadzwyczajnego, ale mam w zapasach cała butelkę. Zobaczymy jak się spisze stosowany dłużej.

FlosLek, Anti Acne, Krem matujący: częsty bywalec próbkowego denka. Sprawdzony krem, ale nigdy dotąd nie miałam całego opakowania. Fajnie pachnie ziołami, nawilża i matuje na dłużej, niż wiele innych kremów. Nie zapycha, nie wysusza, nie podrażnia. Kiedyś kupię, bo bardzo go polubiłam dzięki próbkom.

Sylveco, Lekki krem rokitnikowy: mam pełną wersję, a próbki zabieram w podróże, aby nie taszczyć ze sobą ciężkich waliz. Sprawdzony wielokrotnie, więc wiem czego się po nim spodziewać. Wkrótce pełna recenzja!

Mio, The Activist, Olejek do ciała zwiększający sprężystość i młodość skóry: miłość od pierwszego użycia! To świetna alternatywa między dobrym składem (masa olejów od pierwszego miejsca w INCI) a pięknym, choć sztucznym zapachem. Doskonale nawilża, odżywia i ujędrnia, dość szybko się wchłania, a pachnie cytrusami, głównie pomarańczą. Mam w zapasach inne olejki, ale jeśli kiedyś mi się skończą biegnę po ten!

Pokrzepol, Szampon zapobiegający wypadaniu włosów: ciekawy szampon na bazie SLS. Mocno oczyszcza, ale po jednym użyciu właściwie niewiele mogę o nim napisać. Śmiesznie pachnie, dla mnie lemoniadą, zupełnie nie spodziewałam się takich aromatów. Może kiedyś kupie, nie wiem.

Love Me Green, Krem do ciała: okropny tłuścioch, który dość długo się wchłania. Być może miałam zbyt duże oczekiwania wobec niego, tak czy owak nie sprostał im. Zawiera sok z aloesu, olej ze słodkich migdałów, skwalan, śladowe ilości różnych ekstraktów. Zapach całkiem ciekawy, trochę jak lizaki czy cukierki. Działanie nie zachwyciło mnie, zostawiał denerwującą warstwę, nie nawilżył skóry, właściwie niewiele zrobił. Nie kupię.

Klapp, Stri-Pexan, Intensywny krem pod oczy: pierwszy raz spotkałam się z taką dziwną konsystencją, jakby żelowo-kremową i bardzo tłustą w dotyku. Zapach delikatny, ale okropny! Dziwnie się rozprowadza, bardzo łatwo nałożyć go zbyt dużo i... uwaga... bardzo trudno jest go wieczorem zmyć! Zachowuje się dosłownie jak cement, trzyma się skóry jak imadło. Podczas zmywania powoduje, że makijaż do niego przyczepiony rozmazuje się i miałam pod oczami piękne czarne plamy nieomalże przyklejone do skóry. Aby się go pozbyć musiałam używać żelu, potem płynu micelarnego, a na koniec olejku i pianki Bandi, dopiero taka kombinacja pomagała. 20ml tego cuda kosztuje 100zł. Ja podziękuję. Nie kupię tego dziwaka.


Opalanko:
SuperTan, Tropical Fruits, Tingle Bronzer do ciała i trudnoopalających się nóg: tingle, jakie tingle, co za tingle? Nie wiedziałam co to znaczy, olałam i potem żałowałam! Tingle to koszmar! Tingle znaczy mniej więcej, że moment po aplikacji skóra zrobi się niemiłosiernie czerwona i piekąca jak cholera, a stan ten utrzyma się półtorej godziny! Posmarowałam tym na szczęście tylko nogi, a i tak ledwo to przeżyłam. Opaliły się, fakt, ale nigdy więcej! Cudnie pachnie, jednak ze względu na zbyt hardkorowe przeżycia więcej nie kupię.

SuperTan, Banana & Caramel, Bronzer do opalania z olejem szafranowym: fajnie pachnie, słodko, karmelowo, ale znośnie intensywnie. Na szczęście brak dziwnych efektów ubocznych, opalanko przyjemne, pachnące i przyspieszone. Użyłam go tylko na nogi i ręce, warto pamiętać, że nie posiada on filtrów. Opalenizna jest przyspieszona, a ja naprawdę trudno się opalam. Poza tym uzyskałam ładny brązowawy odcień, który mam nadzieję, że się utrzyma dość długo. Mam kolejną saszetkę.

SuperTan, Frosted Banana, Przyspieszacz opalania z wyciągiem z konopi: fajnie pachnie, ale jak dla mnie zbyt słodko, landrynkowo. Zużył go mój mąż, bo ja odmówiłam współpracy z takim aromatem :) Posmarował plecy i brzuch (znaczy ja mu posmarowałam), opalił się szybko i ładnie, równomiernie. Fajna sprawa. Podoba mi się, że na drugim miejscu w składzie jest sok z aloesu, wysoko jest też olej słonecznikowy, ekstrakt z ogórka i zielonej herbaty oraz olej konopny. Nie wiem czy kupię.

Znacie coś z moich wykończonych kosmetyków?

Calaya, Francuskie glinki: Zielona Illite oraz Niebieska Blue Pearl

Uwielbiam glinki. Są w 100% naturalne, wegańskie, nie zawierają żadnych barwników, konserwantów czy sztucznych dodatków, które mogłyby uczulać i podrażniać. Do tego są bardzo uniwersalne, nadają się oczywiście na maseczki do twarzy, ale także do pielęgnacji włosów czy zębów, walki z cellulitem, do kąpieli i jako składnik wzbogacający inne kosmetyki. Poza tym jest ich mnóstwo rodzai i kolorów, a każdy ma trochę inne właściwości, na pewno więc każda cera znajdzie wśród ich bogactwa coś dla siebie.
Moją pierwszą w życiu była żółta glinka Cattier, która wydawała mi się wtedy śmiesznie tania, ale okazała się bardzo droga (4,29 zł za 10g). Od tamtej pory miałam także białą, dwie różne czarne, a także dzisiejsze bohaterki, francuskie glinki: zieloną Illite oraz niebieską Blue Pearl. Brakuje mi do pełni szczęścia czerwonej, różowej oraz fioletowej :)

 

Calaya Naturalne Piękno, Francuska glinka niebieska Blue Pearl


Gdy tylko ją zobaczyłam wiedziałam, że muszę ją mieć! Nie chodzi jedynie o kolor, który oczywiście uwielbiam i jest dla mnie wspaniałą niespodzianką, ale także o jej działanie. Jest to glinka typu Kaolin (nazwa pochodzi od chińskiego słowa "kao-ling" czyli "wysoka góra", skąd wydobywane były glinki; powstaje wskutek wietrzenia skał magmowych i zawiera m.in. kaolinit, kwarc i mikę, a jej bogate złoża występują np. w Chinach, Rosji, Japonii i Francji). Zawiera całe bogactwo minerałów m.in. krzem, żelazo, wapń, glin, magnez, potas, cynk, kobalt (któremu zawdzięcza piękny kolor).
Posiadam glinkę 200 g w wygodnym opakowaniu z zamknięciem. Łatwo się ją przechowuje, zajmuje mało miejsca, a wystarczy na wiele, wiele maseczek.

Wygląd:
Bardzo drobno zmielony proszek o lekkiej konsystencji, jedwabisty w dotyku. Na sucho ma błękitno-szarawą barwę, która zmienia się w piękny błękit o perłowym blasku po dodaniu płynu. Nie podrażnia, nie drapie cery.

Właściwości:
Bardzo uniwersalna glinka. Posiada niesamowite właściwości dotleniające skórę. Remineralizuje i detoksykuje. Jest bardzo delikatna, ale jednocześnie skutecznie usuwa zanieczyszczenia, dodaje skórze blasku, rozjaśnia ją, wygładza i odświeża oraz wyrównuje koloryt. Goi niedoskonałości.


Dla kogo:
Idealna do pielęgnacji dosłownie każdego rodzaju cery, zwłaszcza delikatnej i wrażliwej, suchej, poszarzałej, dojrzałej, odwodnionej, napiętej, alergicznej, tłustej, trądzikowej, z przebarwieniami, zaskórnikami czy o nierównym kolorycie. Idealna dla dzieci i niemowląt. Doskonała dla osób mieszkających w mieście, które chcą dogłębnie oczyścić skórę z toksyn i miejskich zanieczyszczeń np. spalin.


Sposób użycia:
Maseczki na twarz: mieszamy glinkę w proporcji 1:1 z wodą lub hydrolatem, trzymamy na skórze 10-20 min (nie dopuszczamy do wyschnięcia!) i zmywamy. Można taką maseczkę wzbogacić o kilka kropel płynnego ekstraktu (polecam zwłaszcza malinowy) lub dowolnego oleju. Doskonała na dekolt lub plecy, na których występują wypryski. Jako bardzo mocno oczyszczająca pory maska (np. w przypadku stosowania mocno kryjących podkładów z silikonami): dodajemy do maseczki 1 kroplę olejku pichtowego lub rozmarynowego, max. raz na tydzień. Świetnie sprawdza się jako dodatek do żelu do twarzy (1 łyżeczka glinki) wzmacniając działanie oczyszczające skórę. Jako peeling do twarzy (łyżka glinki rozrobioną odrobiną wody do konsystencji papki). Nadaje się także do pielęgnacji niemowląt i dzieci!
Glinką można także wzbogacić kremy, toniki, wcierki, peelingi, balsamy, mydła, szampony, maski do ciała itp. Należy pamiętać jedynie o omijaniu okolic oka.


Zakupy:  
Glinka nie jest droga, kosztuje ok. 8zł/50g lub 23 zł/200g (co wystarczy na mnóstwo maseczek). Do kupienia TUTAJ.

Rezultaty:
Skóra po zmyciu maseczki jest niesamowicie delikatna w dotyku, wręcz aksamitna. Wyraźnie jest rozjaśniona (stąd na zdjęciu "po" sińce pod oczami!), a tzw. niedoskonałości są mniej widoczne. Cera jest dotleniona, pełna blasku, odświeżona, a pory są lekko przymknięte. Po tej maseczce dość długo cera się nie świeciła, ale była jednocześnie promienna, jakby muśnięta lekko rozświetlaczem. Zauważyłam także zmniejszenie ilości zaskórników, które lokują się u mnie zawsze w okolicach nosa. Glinka nie podrażnia cery, jest bardzo delikatna i łatwo się zmywa nie drapiąc. Absolutnie nie wysusza. Uwielbiam ją! I jak świetnie się w niej wygląda, jak Smerfetka. Teraz naprawdę jestem Nie Bieska :D



Calaya Naturalne Piękno, Francuska glinka zielona Illite



Glinka idealna dla mnie jako posiadaczki grubej, przetłuszczającej się skóry, wołającej o oczyszczenie. Musiałam ją wypróbować. Jest to glinka Illite (nazwa pochodzi od stanu Illinois w USA, gdzie ją odkryto, obecnie wydobywa się ją np. w północnej Francji; powstaje wskutek wietrzenia skał krzemionkowo-aluminiowych). Jest najbogatszą w minerały znaną glinką, a zawiera m.in. krzem, magnez, wapń, potas, dolomit, mangan, żelazo, fosfor, sód, selen, cynk, miedź, molibden.
Moje 200g znajduje się także w wygodnej, zamykanej torebce, gabarytowo mniejszej niż glinka niebieska.

Wygląd:
Dość drobno zmielony, bardzo jasnozielony proszek. W dotyku wyczuwalne są jednak niektóre drobinki, nie jest tak aksamitny jak glinka niebieska. Po zmieszaniu z cieczą nadal pozostaje bardzo jasnozielony.


Właściwości:
Silnie dezynfekuje skórę, oczyszcza ją, regeneruje, odżywia, remineralizuje oraz wzmacnia. Jednocześnie działa łagodząco i gojąco np. na wypryski. Absorbuje nadmiar sebum, bakterie i toksyny, zamyka pory (wchłania aż 30% wody). Reguluje wydzielanie sebum. Wspomaga regenerację skóry, pochłania zanieczyszczenia oraz usuwa martwy naskórek. Oczyszcza pory, poprawia ukrwienie, wygładza i ujędrnia skórę. Posiada także działanie przeciwzapalne i antybakteryjne (uniemożliwia rozwój bakterii). Zapobiega powstawaniu zmarszczek. Nałożona na ciało pomaga je wyszczuplić i walczyć z cellulitem. Delikatnie złuszcza. Przyspiesza gojenie ran np. po wypryskach.


Dla kogo:
Świetna do pielęgnacji skóry tłustej, mieszanej, normalnej, trądzikowej, z wypryskami, pryszczami i wrzodami oraz z rozszerzonymi porami. Doskonała do męskiej, grubej skóry! Do cery wrażliwej w połączeniu np. z jogurtem lub olejami.


Sposób użycia:
Maseczki na twarz (1:1 z wodą lub hydrolatem, trzymamy góra 10 min., nie dopuszczamy do wyschnięcia!, taka maseczka dodatkowo złuszcza martwy naskórek przy zmywaniu). Maseczka dla bardzo wrażliwej cery: glinka + jogurt lub dużo oleju. Okłady na ciało w przypadku walki z artretyzmem, bólami mięśni, a nawet zwichnięciami. W celu złagodzenia bólu, pieczenia i przyspieszenia gojenia można ją nakładać w postaci pasty na skaleczenia, oparzenia i miejsca ukąszenia przez owady. Relaksujące kąpiele. Okłady wyszczuplające i antycellulitowe. Dodatek do kremów matujących (nie zatyka porów!). Do włosów jako bardzo mocno oczyszczający szampon (włosy przetłuszczające się, łupież) lub remineralizująca wcierka do skóry głowy (np. tu KLIK) - jednak konieczna będzie odżywka lub maska na długość włosa, aby nie były szorstkie i matowe. Glinką można także wzbogacić różne kremy, toniki, wcierki, peelingi, balsamy, mydła, preparaty punktowe na wypryski lub ukąszenia, szampony, maski do ciała i na włosy itp. Należy pamiętać jedynie o omijaniu okolic oka. 


Zakupy:
Glinka jest bardzo tania, kosztuje ok. 8zł/100g lub 10zł/200g. Do kupienia TUTAJ.

Rezultaty:
Po zmyciu maseczki zdecydowanie zauważalne jest zmniejszenie liczby wyprysków, które są lekko wysuszone. Zmniejszyła także zaczerwienienia, do których mam niestety skłonność. Cera jest wygładzona jak po peelingu, a pory ładnie domknięte (i to na długo!). Ale to co mnie zachwyciło to regulacja sebum - nie świeciłam się calutki dzień, a krem nałożyłam ten co zazwyczaj! Jednocześnie skóra wcale nie była wysuszona, a wręcz zregenerowana i przyjemna w dotyku. Przy zmywaniu maseczki fajnie można zrobić sobie masaż drobinkami, łatwo się zmywa. Najlepiej jest stosować ją regularnie, co powinno wpłynąć na znaczne polepszenie stanu cery oraz oczyszczenie jej z niedoskonałości (warto pamiętać, że początkowo stan ten może się chwilowo pogorszyć, gdyż glinka "wyciągnie" na wierzch podskórne wągry czy zaskórniki).


Ogólne zasady stosowania glinek jako maseczki:
1. Bardzo ważną sprawą jest niedopuszczenie do wyschnięcia glinkowej maseczki na skórze twarzy. Dlaczego? Ponieważ możemy otrzymać efekt odwrotny do zamierzonego: skórę ściągniętą i przesuszoną. Na szczęście owo "niedopuszczenie" jest bardzo łatwe, a nawet przyjemne - wystarczy przelać do dowolnego pojemnika z atomizerem (np. po jakiejś mgiełce lub odżywce do włosów bez spłukiwania) wodę lub hydrolat i raz na jakiś czas spryskiwać skórę z nałożoną maseczką. Glinka nie zaschnie, a my będziemy odświeżone i ochłodzone (szczególnie przyjemne w lecie).
2. Glinki mieszamy zazwyczaj w proporcji 1:1, ale warto taką podstawową maseczkę wzbogacić kilkoma kroplami dowolnego oleju (do cery tłustej polecam szczególnie olej z pestek truskawki, maliny lub moreli) albo ekstraktu (np. malinowy w płynie lub z granatu, mandarynki w proszku). Maseczkę dokładnie mieszamy. 
3. NIGDY nie używamy metalowych przedmiotów. Miseczki i łyżeczki mogą być porcelanowe, plastikowe lub szklane, można także użyć drewnianej szpatułki.
4. Trzymamy je zawsze w suchym miejscu!


Stosujecie glinki? Muszę przyznać, że nie ma chyba lepszych i skuteczniejszych maseczek. W dodatku są w 100% naturalne, uniwersalne i bardzo tanie.

Wykończeni w maju

Zapraszam Was na wykończonych w maju :)
Udało mi się wreszcie zachęcić bloggera do współpracy (po wielu, naprawdę wieeelu różnych kombinacjach okazało się, że wystarczy wyczyścić pamięć podręczną i cookies w Mozilli, wszystko śmiga jak powinno!).
Co do treści posta: w końcu będzie coś z kolorówki, a konkretnie cztery tusze, które nie przetrwały porządków w kosmetyczkach (tak, tak w liczbie mnogiej). Oczywiście będą także półprodukty, ostatnio w końcu trochę "kręciłam". Zapraszam
 

Ziaja, Pomarańczowe mydło pod prysznic: jedno z moich ulubionych tanich myjadeł. Fajnie pachnie pomarańczą, pobudza rano, a wieczorem relaksuje. Dość gęste, nie wysusza mojej normalnej skóry. Więcej TUTAJ. Nie pierwsza i nie ostatnia butla kupiona przeze mnie :)

FlosLek, Lipo Detox, Intensywne serum antycellulitowe: najlepsze jakie miałam do tej pory i jedyne, po którym widziałam jakiś rezultat! Skóra zrobiła się gładsza, wgłębienia się zmniejszyły, a mniejsze nawet całkiem znikły. Do tego cudnie pachnie i wchłania się w mig. Więcej TU. Na pewno kupię!

Cien (Lidl), Krem do rąk nawilżający: moje zaskoczenie. Bardzo dobre działanie przy tak niskiej cenie nieczęsto się zdarza. Zawiera m.in. masło shea i olej z migdałów. Nadaje się na dzień i na noc, niestety niezbyt pięknie pachnie, dla mnie tanim proszkiem do prania. Więcej TUTAJ. Nie wiem czy kupię.

Lactacyd, Żel do higieny intymnej Acti-Fresh: jakaś pomyłka! Powoduje pieczenie, swędzenie i wysusza śluzówkę. Wcale nie odświeża. Nie polecam. Zużył go do końca mój mąż, który również stwierdził, że trzeba go jak najszybciej zmywać, czyli nie tylko ja źle na niego reaguję. Więcej TUTAJ. Żegnam i nie chcę widzieć go więcej na oczy!

Akuna, Mleczko do demakijażu, miniaturka: dotarło do mnie przeterminowane, więc zużyłam go do... mycia stóp. Ślicznie pachnie, ale moim zdaniem stanowczo zbyt intensywnie, nie wyobrażam sobie nakładać go na skórę twarzy. Nie kupię.



Barwa naturalna, Szampon żurawinowy: nie zmieniłam o nim zdania do końca. Bardzo dobry, oczyszczający i tani szampon, w dodatku cudownie pachnie! Włosy po nim są ładnie uniesione, co w przypadku mojej cienizny jest pożądane. Więcej TUTAJ. Kupię na pewno!

Yves Rocher, Żel pod prysznic mandarynkowy: uwielbiałam go, ale chyba jest już niestety niedostępny. Miał tak cudowny i naturalny zapach, wręcz wibrujący mandarynkową energią, że po prysznicu z nim mogłam myśleć tylko pozytywnie! W dodatku był bardzo wydajny i gęsty. Gdyby znów był dostępny na pewno bym kupiła!

Vitea, Krem do rąk z kozim mlekiem: cóż, nic specjalnego. Dużo emolientów w składzie sprawia, że na dłoniach pozostawia tłustawą warstwę, która szybko znika i problem suchej skóry powraca. Kompletnie nie nadaje się na noc. Więcej TU. Nie kupię.

Lula, Chusteczki odświeżające: Bardzo, bardzo tanie. Silny zapach umila ich stosowanie i świetnie sobie radziły w nagłych sytuacjach. potrafiły jednak przesuszyć skórę. Więcej TU. Nie wiem czy kupię.


Sylveco, Pomadka do ust z peelingiem: bez owijania w bawełnę: uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! Świetnie pielęgnuje skórę ust, nawilża na długo i głęboko. Polecam! Więcej TU. Na bank kupię.

Alterra, Pomadka do ust z bio-rumiankiem: kolejne opakowanie, z którego jestem tak samo zadowolona. Nawilża usta i ma bardzo dobry skład, a kosztuje nawet 3zł. Więcej TU. Kupię.

DIY, Mój balsam do ust: bardzo szybki w wykonaniu, wielofunkcyjny kosmetyk. Bardzo go lubię, robiłam go już kilka razy. Nakładam na usta (tylko na dzień, bo znika po ok. 2h), na łokcie, dłonie, końcówki włosów. Więcej o nim przeczytacie TUTAJ. Zrobię na pewno jeszcze nieraz :)

DIY, Moje serum przeciwzmarszczkowe do tłustej cery: skończyło się kilka dni temu, a już za nim tęsknię! Świetny skład i doskonałe działanie, robi się je momencik. Używałam go tylko na noc. Doskonale nawilżało i dożywiało moją skórę, która następnie w ciągu dnia mniej się świeciła. Póki co skończyły mi się składniki na nie, ale przy następnych zakupach kupię ponownie te oleje i znów je zrobię. Więcej TU.

DIY, Moja mgiełka nawilżająca do twarzy: kolejny kosmetyk, którego już mi brakuje. Dzięki niej polubiłam zapach Neroli, bo działała świetnie. Silnie nawilżała skórę, która potem dużo mniej się błyszczała. Stosowałam ją na dzień i na noc jako tonik, bo słońca póki co mamy jak na lekarstwo. Idealna pod serum. Więcej TUTAJ. Zrobię na 1000%.

Delia, Henna do brwi brązowa: moja pierwsza w życiu henna, bardzo mi się spodobał efekt. Robiłam ją dopiero 3 dni temu i chcę zobaczyć przez ile takie efekt się utrzyma. Na pewno będzie post! Mega łatwo się ją nakłada, choć trzeba uważać ;) Kupię.


Yves Rocher, szampon do włosów odbudowujący z olejkiem jojoba: jakże on pachnie! Cudownie, do tej pory ten zapach pamiętam. Fajnie sobie radził z moimi włosami, nie obciążał i może nawet lekko odżywiał. Więcej TU. Kupię :)

DIY, Moja mgiełka do włosów z zieloną herbatą: kolejny kosmetyk, który mi się udał :) Mgiełka wygładzała włosy, nabłyszczała i zdecydowanie poprawiała ich kondycję. Aplikowana na suche włosy niestety obciążała, natomiast zaraz po umyciu, na wilgotnych działała cudownie. Post już jest, czeka na publikację. Jak ją zrobić przeczytacie TUTAJ. Na pewno zrobię jak będę miała składniki!


Wibo, Tusz do rzęs XXL Lift Lash Volume: jakaś pomyłka, ten tusz zupełnie nic nie robił z moimi rzęsami. W życiu nie miałam takich beznadziejnych rzęs jak po nim! Proste, czarne druty to efekt jaki po nim uzyskałam. Masakra i nie kupię go never!

Bourjois, Mascara Push UP Volume Glamour: początkowo mi się nie spodobał, ale po kilku użyciach polubiłam tego naturalny efekt. Nie powiedziałabym, że zrobił z moich rzęs wachlarz, efektu Push Up tez nie zauważyłam. Natomiast ładnie podkreśla rzęsy, idealnie je rozdziela i pokrywa równomiernie. Nie kruszy się i nie spływa, natomiast łatwo się zmywa. Być może jeszcze kiedyś kupię :)

T'e'N, Alfaparf, Tusz do rzęs Summer WonderLashes: beznadziejny tusz i beznadziejna szczoteczka. Okropnie się kruszy zarówno podczas nakładania jak i potem. Z rzęsami nie robi nic ciekawego, lekko je przyczernia i tyle. Nie wydłuża, nie pogrubia, nie podkręca. Nie kupię.

Yves Rocher, Sexy Pulp, kolor brązowy: uwielbiam ten tusz! Przepięknie podkreśla rzęsy, podkręca i idealnie je rozdziela. Delikatnie pogrubia, ale wygląda to ładnie i lekko.Brązowy kolor wygląda bardzo naturalnie, idealny na dzień. Nie skleja rzęs. Kupię!


Yves Rocher, Woda do demakijażu: ciekawy skład, ale okropnie szczypie w oczy! Nie wiem jak produkt przeznaczony do wrażliwej cery i do demakijażu oczu może aż tak podrażniać! Zmęczyłam go i teraz chętnie o nim zapomnę. Raz na zawsze. Więcej TUTAJ.

Timotei, Szampon z różą z Jerycha, miniaturka: bardzo go lubię, ładnie oczyszcza i nie powoduje, że mam sianko na głowie. Jednocześnie nie obciąża włosów i nie wysusza zbytnio. Cudownie pachnie. Kolejna zużyta miniaturka, idealna na wyjazdy. Pewnie kupię :)


Próbki:
Biolaven, Krem na noc i na dzień: pięknie pachną winogronem, ale nieszczególnie mnie kręcą te kremy. Wersja na dzień zupełnie nie nadaje się do mojej tłustej cery, która dość szybko się po nim świeci. Wersja na noc jest dla mnie ciekawsza, ale chyba nie na tyle, aby kupować pełnowymiarowe opakowanie. Ale kto wie, kto wie...

Sylveco, Lekkie kremy: znam i lubię wszystkie, próbeczki zabieram na wyjazdy. Posiadam pełnowymiarowe opakowanie wersji z rokitnikiem, niedługo o nim napiszę. Warte uwagi i zakupu!

SuperTan, Moisturizer, Balsam po opalaniu: mój absolutny ulubieniec! Wspaniale nawilża, a jak pachnie... wanilią, ale nie taką mdlącą, tylko delikatną i ożywczą. Szybko się wchłania, a na drugim miejscu w INCI znajduje się aloes. Używam go nie tylko po opalaniu, ale i na co dzień, gdy moja skóra potrzebuje nawilżenia. Świetny. Mam całe opakowanie :)

SuperTan, Banana & Caramel, Karmelowy bronzer do opalania z olejem szafranowym: wspaniale pachnący bronzer, który świetnie opala moje nogi... bez opalania :) Używam raz na jakiś czas, bo daje bardzo delikatny efekt, który dla mnie jest na plus - nie boję się, ze zrobię sobie nim plamy czy smugi. Równomiernie przyciemnia skórę i cudownie pachnie karmelem, mniam. Mam jeszcze kilka saszetek. Na drugim miejscu w INCi znów jest aloes, czyli w dodatku nawilża skórę.

Palmers, Cocoa, nawilżający balsam do ciała: beznadziejny! Tłusta warstwa, którą zostawiał na skórze nawet przy małej ilości była nie do zniesienia. Zużyłam do rąk, ale niezbyt chętnie. Pięknie natomiast pachnie kakao, ale dla mnie to za mało, abym się skusiła na pełną wersję.

T'e'N, No-Stop Slim, Krem na noc i Krem-żel na dzień: wszystkie saszetki zużyłam na noc, ponieważ na dzień smaruję się Eveline. Fajnie pachną i mają ciekawą konsystencję, zwłaszcza wersja na dzień, która do złudzenia przypomina mus pomarańczowy :) Nie mam pojęcia czy coś mi dają, ale szybko się wchłaniają i przyjemnie aplikują. Być może kupię.

Półprodukty:
Mydlandia.pl, Olej kokosowy: moje włosy go pokochały. Skórę trochę mi zapychał, więc w całości zużyłam go do olejowania włosy, a rezultaty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. I pomyśleć, że kiedyś pisałam, iż siedzenie z takimi produktami to nie dla mnie... Odszczekuję każde słowo! Teraz siedzę, a moje włosy codziennie mi dziękują! Kupię!

Calaya, Olej z pestek winogron: bardzo przyjemny, szybko wchłaniający się olej. Doskonały do różnych formuł na twarz i ciało. Świetny do masażu, a także jako serum, nawet w 100% stężeniu. Bardzo uniwersalny, praktycznie do każdej cery. Nie uczula. Może kupię.

Mydlandia.pl, Olej arganowy: bardzo specyficzny olej. Ja go polubiłam, ale nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia. Nadaje się do każdej cery, ale trzeba go testować, ponieważ potrafi zapchać. Bardzo uniwersalny, ale moim zdaniem lekko przereklamowany, kanapek Wam nie zrobi ;) Trochę się z niego śmieję, bo teraz praktycznie każda marka ma w swoim asortymencie serię z jego zawartością. Myślę, że pokochają go zwłaszcza cery dojrzałe, ze zmarszczka i suche.Może kupię.

ZSK, Rafinowany olej z pestek brzoskwiń: bardzo tani, zużyłam go w całości do macerowania roślinek :) Pierwszy raz go kupiłam, nic jeszcze o nim nie wiem, nie używałam maceratów z jego udziałem. Zobaczymy jak się sprawdzi.

e-naturalne.pl, Olej z pestek moreli: zdecydowanie mój ulubiony ostatnio olej! Doskonały do tłustej cery, ponieważ szybko się wchłania i nie zostawia żadnej tłustej warstwy. Świetny do włosów, ponieważ nabłyszcza i wygładza. Zdecydowanie warto go kupić, ja na pewno to zrobię :)

Znacie coś z moich wykończonych kosmetyków?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj