Warsztaty fotograficzne dla blogerek w Warszawie - czy warto?

Uwielbiam fotografię! Takie wyznanie na początek, bo to ważne, aby lubić to, co się często robi :) Lubię układać kompozycje (oczywiście kiedy mam na to czas i pomysł), kombinować, przekładać i sprawdzać jak uchwycić detal, na którym mi zależy. Dlatego jak tylko Marta (bafavenue.pl) rzuciła hasło "warsztaty fotograficzne" weszłam w to bez zastanowienia! Tym bardziej, że miałam już okazję uczestniczyć w podobnym wydarzeniu i sporo się nauczyłam (m.in. używania siatki w telefonie, dzięki której dużo łatwiej od razu wykadrować zdjęcia na Instagram). I tak pewnej zimnej soboty wylądowałam w najprawdziwszym studiu fotograficznym!


Autor zdjęcia: @ania_smir

Studio fotograficzne MarszalStudio

Z przyjemnością zobaczyłam jak wygląda prawdziwe studio fotograficzne. MarszalStudio jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych w Polsce miejsc, w którym wykonywane są fotografie produktowe i packshoty (zdjęcia na białym tle). A przecież na swój Instagram robię właśnie zdjęcia produktowe, tyle że stylizowane! Ze studiem współpracuje wiele znanych marek kosmetycznych, m.in.: Make Me Bio, Ministerstwo Dobrego Mydła, Ecocera, La Perla, V.Laboratories, Joanna, Fitomed, ale oczywiście także i marki odzieżowe, żywnościowe itp. Powiem Wam, że z ciekawością rozglądałam się po udostępnionym nam "terenie", podglądałam dodatki do tworzenia kompozycji, oświetlenie i chłonęłam atmosferę. Widać było, że ekipa studia jest ze sobą bardzo zżyta i świetnie się dogaduje :)

Autor zdjęcia: @ania_smir

Warsztaty fotograficzne - teoria

Warsztaty rozpoczęły się wykładem, który poprowadził dla nas Marcin Stańczak (fotograf ślubny). Marcin opowiadał nam głównie o oświetleniu. Najbardziej z tego wykładu zapamiętałam jedno proste, ale jakże genialne zdanie:

---> Fotografia to zabawa światłem <---


To zdanie tak mnie uderzyło i zapadło mi w pamięć, ponieważ jest kwintesencją zabawy aparatem. W końcu robiąc jakiekolwiek zdjęcie próbujemy właśnie uchwycić światło odbite od jakiegoś przedmiotu. Na tym polega wszystko to, co widzimy! Poniżej najważniejsze informacje, abyście Wy również mogli skorzystać:

  1. Doświetlajmy zdjęcia blendą lub białą kartką, a nawet kawałkiem styropianu. Marcin mocno skupił się na tematyce doświetlenia zdjęcia. Jeszcze mam mały kłopot z odpowiednim operowaniem blendą (a właściwie w moim przypadku zwykłą białą kartką z bloku technicznego). Dopiero ćwiczę doświetlenie zdjęć. Warsztaty uświadomiły mi, że odbicie światła jest bardzo korzystne nie tylko dla samej fotografii, która staje się wtedy mniej "płaska", ale także do odpowiedniego wyeksponowania samego przedmiotu, który fotografujemy. Przykładowo łatwiej uchwycić świecący napis, często logo marki, które odbija światło i staje się niewidoczne na zdjęciu. 
  2. Najlepszym źródłem światła jest rozproszone słońce! Marcin dużo mówił też o tym, co już sama zauważyłam czyli o źródle światła. Większość fotografii, które wykonuję staram się robić przy świetle dziennym (słonecznym), które najlepiej oddaje barwy i ciepło. Żeby światło nie było zbyt mocne i nie tworzyło długich, ostrych cieni staram się je lekko przytłumić firanką lub bardzo jasną roletą lub czekam, aż słońce zostanie przysłonięte chmurą. Dzięki temu kontury fotografowanych przedmiotów są bardziej zmiękczone i przyjemniejsze w odbiorze. 
  3. Lampy błyskowej najlepiej nie używać wcale, jeśli potrzebujemy dodatkowego źródła światła można zainwestować w lampy z żarówką. Jeśli mamy w domu mało światła słonecznego możemy posiłkować się lampami. Najlepiej nie korzystać jednak z tzw. lamp błyskowych, dostępnych przy aparatach, ponieważ nie mamy nad nimi żadnej kontroli i często widać potem odbicia i błyski na przedmiotach, zwłaszcza szklanych. Nie wygląda to dobrze. Z pomocą przychodzą lampy - źródła światła stałego. Osobiście posiadam lampę ze statywem i tak zwaną parasolką, ale rzadko z niej korzystam, a jeśli już to głównie zimą. 
  4. Golden Hour trwa tylko chwilę! Wieczorem, tuż przed zachodem słońca, a także chwilę po jego wschodzie mamy kilka minut tzw. złotej godziny. Słońce emituje wtedy piękne, złote światło, w którym wyjątkowo korzystnie wygląda skóra oraz niektóre krajobrazy. Podczas golden hour bardzo ładnie wyglądają sesje fotograficzne modeli, ale i ciekawe, "ciepłe" selfie. Trwa to zwykle ok. 15 - 20 minut, w zależności od pory roku.

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Pokaz makijażu do idealnego selfie @_wake_up__make_up

Próbowałam milion razy zrobić dobre ujęcie makijażu, więc wiem jak bardzo jest to trudne. Aparat "zjada" kolory, spłyca blendowanie cieni. Na zdjęciu "znika" konturowanie, które na żywo wygląda idealnie. Jeśli więc chcemy, aby makijaż był widoczny na zdjęciu, musimy go odpowiednio wykonać. Oznacza to, że powinien być on dużo mocniejszy i bardziej wyrazisty niż nasz makijaż dzienny. Niekoniecznie w takim makijażu do fotografii wygląda się dobrze na żywo. Przy makijażu do zdjęcia szczególnie ważną kwestią jest odpowiedni podkład, który wygładzi skórę i ujednolici koloryt oraz puder, który nie da efektu wybielenia na fotografii (gołym okiem tego nie zauważymy). Podobnie konturowanie powinno być mocniejsze, nie za zimne (nie chcemy chyba wyglądać jak przebrane na Halloween ;) i nie za ciepłe.  Z rozświetleniem też lepiej nie przesadzać. Jeśli nałożymy rozświetlacz w nieodpowiednim miejscu lub nałożymy go zbyt "szeroko" uzyskamy nieestetyczny efekt błyszczącej skóry, zamiast ładnie podkreślonych kości policzkowych. Poniżej możecie zobaczyć niesamowity makijaż, jaki powstał na naszych oczach. Użyte kosmetyki nie były naturalne, od razu mówię, ale myślę, że raz na jakiś czas można sobie pozwolić bez żadnej szkody dla skóry na takie "odjechane" zdjęcie. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania! Skóra modelki wyglądała pięknie, świeżo,była ładnie, dziewczęco rozświetlona, gładka. Oczy podkreślone, nie przerysowane. Na żywo wyglądało to jeszcze piękniej! Na zdjęciach widzicie też, że Marcin trzymał blendę od dołu przy twarzy modelki - to wyszczupla szyję i zmiękcza rysy twarzy, szczególnie brody i kości żuchwy. Ten trick warto sobie zapamiętać :)

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Autor zdjęcia: CosmetiCosmos.pl

Autor zdjęcia: @ania_smir

Annabelle Minerals pokaz makijażu mineralnego @anna.maria.makeup

Markę Annabelle Minerals lubię bardzo. Są to moje pierwsze minerały, jakie kiedykolwiek miałam i używam ich od jakichś czterech lat. Moja kolekcja minerałów jest ogromna ale jej największą część stanowią właśnie kosmetyki M :) Modelką do makijażu mineralnego została Patrycja (malenkabloguje.blogspot.com). Podkład mineralny jest zupełnie innym produktem niż fluid w płynie. Warto wspomnieć, że Annabelle Minerals posiada aż 3 różne formuły podkładów, dzięki którym łatwiej możemy znaleźć produkt dopasowany do rodzaju i oczekiwań naszej skóry.

  • Podkład rozświetlający, którego osobiście nigdy nie miałam w pełnowymiarowym opakowaniu, polecany do cery suchej i normalnej. 
  • Podkład matujący, który jest najlepszy dla osób początkujących oraz do skóry normalnej, tłustej i mieszanej. 
  • Podkład kryjący, który jest dosyć trudny do nakładania, jeżeli się nie ma jeszcze wprawy i który absolutnie odradzam jeżeli nigdy nie miałyście minerałów (sypkich podkładów). 

Osobiście jestem wierną fanką formuły matującej. Zużyłam już kilka słoiczków podkładów AM w różnych odcieniach. Ładnie stapia się ze skórą, nie "ciastkuje" na skórze (jak potocznie mówi się na "warzenie" podkładu czyli zbieranie). Dobrze współpracuje z kilkoma kremami, choć dobranie kremu pod minerały to też jest sztuka.


  • Dobre kremy do cery tłustej i mieszanej pod minerały: naturalne wzmacniające serum Vianek do twarzy (nie to olejowe, tylko w małej buteleczce z pompką jak krem pod oczy z fioletowymi kwiatkami, ok. 25 -35 zł/15 ml), D'Alchemy Krem regulujący na dzień do cery tłustej i mieszanej na hydrolatach (świetny skład, 150 zł/50 ml) oraz Bishojo, Krem wodny nawilżający (ostatnio nigdzie go nie widziałam, może już go nie produkują? skład nie był naturalny, ale wciąż ok, bardzo lekki krem).

Podkład mineralny najlepiej wcierać okrężnymi ruchami pędzlem. Do wyboru mamy trzy rodzaje pędzla AM. Osobiście jestem ogromną fanką pędzla kabuki, który daje najbardziej naturalny efekt. Najtrudniej jest też zrobić sobie nim plamy i smugi na twarzy, a jednocześnie można nałożyć dowolną ilość bardzo cienkich warstw - co jest jak najbardziej wskazane przy podkładach mineralnych. Pamiętajmy też o strzepaniu nadmiaru proszku przed nałożeniem go na skórę, żeby właśnie uniknąć efektu "ciastkowania" i nałożyć wszędzie równomiernie cienką warstwę podkładu.

Dzięki marce miałyśmy okazję poznać nowości czyli rozświetlacze oraz róże z serii Glow.(Dostałyśmy do przetestowania 4 najnowsze produkty, które już miałam okazję kilkukrotnie nosić na skórze i którymi jestem zachwycona! Efekt jest idealny na co dzień. Rozświetlacz wygląda bardzo naturalnie na skórze, współpracuje również z innymi minerałami - próbowałam z Lily Lolo, Amilie oraz Sampure).
Cienie Annabelle Minerals to kolejny temat. Posiadam z 10 różnych odcieni, przy czym najbardziej lubię i najczęściej używam dwóch: odcienia Vanilla (jest też świetny pod oczy do maskowania niewyspania) oraz Candy (brzoskwiniowy róż, pięknie podkreśla tęczówkę oka na co dzień). Cienie mineralne również są proszkiem, który bardzo dobrze nakłada się pędzelkami AM (mam kilka). Generalnie planuję napisać Wam więcej o tej marce, bo bardzo lubię te produkty i czasem pokazuję się Wam na Instagramie w makijażu.

Makijaż Patrycji wyszedł przepięknie. Bardzo świeżo! Cera była rozświetlona, gładka, ujednolicona, policzki delikatnie podkreślone. Z tego co Patrycja mówiła wieczorem make up ten utrzymał się w bardzo dobrym stanie przez wiele godzin, aż do wieczora. Jestem w stanie bez problemu w to uwierzyć, ponieważ u mnie minerały też trzymają się bardzo długo. Jedyne co mi przeszkadza to fakt, że zbierają się przy noskach okularów, jeśli akurat je noszę i trzeba pamiętać o tym, aby raz na jakiś czas delikatnie rozetrzeć te okolice, choćby palcem.

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Autor zdjęcia: @ania_smir
 
Autor zdjęcia: @ania_smir

Ćwiczenie seflie z blendą i lampą pierścieniową

Nie będę ukrywać - nie jestem fanką selfie, więc rzadko możecie mnie oglądać na moim Instagramie czy blogu. Częściej już próbuję zrobić zdjęcie makijażu co - jak wspomniałam - wcale nie jest proste. Posiadam też mały ring na telefon, który ułatwia doświetlenie np. oka, ale poprzez swoją niewielką średnicę jest w stanie oświetlić adekwatnie niewielki obszar skóry. Poza tym ringi zostawiają w źrenicy charakterystyczne kółeczka, które nie zawsze wygląda ładnie (zależy, w którym miejscu to kółeczko się znajdzie już na zdjęciu). Podoba mi się efekt szyi doświetlonej srebrną blendą, którą umieszczamy u dołu. Dzięki odbiciu światła od dołu wyszczuplamy szyję i linię żuchwy, a skóra wygląda na bardziej gładką - kolejny prosty trick do zapamiętania :)

Autor zdjęcia: @ania_smir

Układanie kompozycji do zdjęć na Instagram bafavenue.pl

Organizatorka warsztatów Marta również miała swoje wystąpienie. Opowiadała nam o kompozycji zdjęcia. Marta jest fanką kolorowych, ciekawych teł - tak innych od białego, najczęściej spotykanego tła na Instagramie. Było to inspirujące wystąpienie i odświeżyło, a także wręcz ośmieliło mnie to wypróbowania kolorów jako tła. Marta mocno stawia też na cienie i odpowiednie doświetlenie zdjęć tak, aby fotografowany produkt nie były "płaskie", dwuwymiarowe. Dzięki cieniowi fotografowany np. kosmetyk w okrągłej buteleczce nabiera trzeciego wymiaru i wydaje się bardziej realny. Wygląda też ciekawiej na zdjęciu. Kompozycje Marty są prześliczne, dobrane tematycznie, ale nie zabałaganione (że się tak wyrażę). Widać, że Marta lubi umieszczać fotografowany przedmiot w środku fotografii, tak abyśmy nie mieli wątpliwości co jest głównym tematem zdjęcia. Sama bardzo często tak robię, więc wszystkie rady Marty mocno do mnie trafiły i z przyjemnością próbowałam wprowadzić je w życie w kolejnej części warsztatów, tym razem praktycznej.

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Autor zdjęcia: @ania_smir


Praktyka czyni mistrza! Ćwiczymy fotografie produktowe kosmetyków


Na warsztatach nie zabrakło także części praktycznej, która jest chyba najważniejszym elementem takich spotkań. W końcu to właśnie praktyka, czyli próbowanie różnych kompozycji, układanie tła, zabawa światłem, zestawiania dodatków pod względem kolorystycznym, ale także i faktur buduje nasze doświadczenie. Warsztaty były dla mnie świetną zabawą, a jednocześnie ćwiczeniem umiejętności. Dostałyśmy od sponsorów spotkania całą masę kosmetyków, które mogłyśmy w dowolny sposób fotografować, układając przeróżne kompozycje. Oceńcie sami jak mi poszło i które zdjęcie najbardziej Wam się podobają (cztery zdjęcia na końcu wpisu). 

Najważniejsze, co mogę Wam przekazać po warsztatach, to aby próbować! Znaleźć sobie wolne 2-3h, zebrać w jedno miejsce różnego rodzaju dodatki np.:

  • kolorowe kartki, 
  • papier do pakowania prezentów, 
  • karteczki z cytatami, 
  • biżuterię, 
  • rośliny świeże, suszone i sztuczne, 
  • koszyczki, 
  • drewniane elementy, 
  • szyszki z ogrodu, 
  • ładne okładki zeszytów czy notesów, 
  • ozdobne tace czy talerze, 
  • ręczniczki z różną ciekawą fakturą,
  • sweter z ładnym splotem,
  • wstążki, sznurki, łańcuszki,

czyli to, co sami lubicie na zdjęciach i układanie w dowolny sposób oraz patrzenie "poprzez kadr" w telefonie czy aparacie jak to wszystko wygląda razem. Pamiętajcie, że na zdjęciu wiele rzeczy wygląda zupełnie inaczej niż widzi je nasze oko "na żywo".

Autor zdjęcia: @ania_smir

Autor zdjęcia: @ania_smir

Autor zdjęcia: @ania_smir

Autor zdjęcia: @ania_smir

Autor zdjęcia: @ania_smir

Zostawiam Was poniżej ze sponsorami spotkania, a także moimi ulubionymi zdjęciami z tych warsztatów. Bardzo się cieszę, że miałam okazję wziąć w nich udział. Dziękuję Marcie oraz całej ekipie i sponsorom za zorganizowanie tak świetnego wydarzenia i mam nadzieję, że będę miała okazję wziąć udział w kolejnej edycji. Zgłaszać może się każdy chętny! 

Cieszę się również, że miałam okazję spotkać blogerki i influencerki: Martę (bafavenue.pl), Ewelinę (revelkove-love.pl), Dianę (IG @naturale.blog), Patrycję (malenkabloguje.blogspot.com), Olę (IG @ja_ola), Sylwię (czokomorena.pl), Sabinę (okiemmarzycielki.pl), Małgosię (blondhairaffair.pl), Magdę (racjapielęgnacja.pl), Ulę (recenzje-kosmetyczneuli.blogspot.com), Weronikę (IG @malinaila).
Bawiłam się świetnie! To była bardzo inspirująca i pozytywna sobota. Jeśli będziecie miały okazję koniecznie bierzcie udział w warsztatach fotograficznych. Nawet się nie zastanawiajcie czy warto. Warto! :)

Autor zdjęcia: MarcinStańczak.pl

Sponsorzy warsztatów

Obiektów o fotografowania oraz poznania dostarczyli nam: Wydawnictwo Helion, Annabelle Minerals, Tołpa, Vita Liberata, Nuev, Sampure Minerals, Jardin, O!Figa i L'biotica.

Autor zdjęcia: CosmetiCosmos.pl

Autor zdjęcia: CosmetiCosmos.pl

Autor zdjęcia: CosmetiCosmos.pl

Autor zdjęcia: CosmetiCosmos.pl

Śmiało piszcie w komentarzach, czy któraś z powyższych kompozycji przypadła Wam do gustu. Czy Wy też tak lubicie robić zdjęcia jak ja? Może mieliście okazję uczestniczyć już w podobnych warsztatach?

L'biotica, Regenerująca maska do stóp

W poprzednim poście KLIK opisałam Wam działanie skarpetek złuszczających. Dzisiaj zapraszam na kolejny krok dotyczący pielęgnacji stóp, również w formie coraz powszechniejszych ostatnio skarpetek, tym razem jednak mających regenerować i nawilżać wymagającą skórę. Zapraszam.

maska-regenerujaca-do-stop-lbiotica

L'biotica, Skarpetki do stóp regenerujące

Według producenta: "Regenerująca maska do stóp, w postaci skarpet, nasączonych aktywnym kremem. Profesjonalny zabieg do samodzielnego wykonania w domu. Maska na bazie naturalnych składników - masła shea, jabłka oraz mięty, wygładza i silnie regeneruje suchą, spękaną i zrogowaciałą skórę stóp, znacząco poprawiając jej wygląd i kondycję. Skuteczne nawilża i odżywia nawet bardzo przesuszoną i zniszczoną skórę stóp. Sprawia, że staje się gładka, miękka i zdrowa.
Dzięki nowoczesnej technologii, substancje aktywne, zawarte w masce, są doskonale wchłaniane i wnikają nawet w głębokie warstwy skóry. Maska w postaci skarpetek spełnia rolę filtra, który w połączeniu z ciepłotą ciała stopniowo uwalnia aktywne składniki i pomaga wnikać im w głębokie warstwy skóry. Efekt widoczny  już po pierwszym użyciu - skóra stóp jest widocznie zregenerowana, nawilżona i gładka. Dla utrzymania efektu zadbanych i gładkich stóp zabieg należy powtarzać  1 - 2 razy w tygodniu."
Kosztuje ok. 13zł/32 ml.

lbiotica-opis-producenta-skarpetki

Maskę kupimy w tekturowym opakowaniu, z którego możemy wyczytać sporo informacji o produkcie. Opakowanie jest całkiem duże i ładne, łatwo się otwiera. Podobne mają maski w płachcie do twarzy tej marki KLIK. Producent poleca stosować skarpetki 1-2 razy w tygodniu.

l'biotica-maska-w-skarpetkach

Skład: Aqua, Glycerin (nawilża), Petrolatum (wazelina, zostawia warstwę okulizyjną na skórze, pochodna ropy naftowej), Distearyldimonium Chloride (zmiękcza, nawilża, wygładza, potencjalnie niebezpieczny), Isopropyl Palmitate (emolient tzw. suchy, tworzy film na skórze), Cetyl Alcohol (emolient tłusty, tworzy film), Cetyl Ethylhexanoate (emolient tłusty, tworzy film), Urea (nawilża, zmiękcza skórę), Dimethicone (tworzy film na skórze), Macadamia Ternifolia Seed Oil (olej makadamia; regeneruje, wygładza, zmiękcza, odżywia, leczy uszkodzenia i podrażnienia skóry), Ceteareth-12 (emulgator), Pyrys Malus (Apple) Fruit Extract (ekstrakt z jabłka, wygłądza, zmiękcza, nawilża, rozjaśnia, wzmacnia włókna kolagenowe), Camellia Sinensis Leaf Extract (ekstrakt z herbaty; nawilża, działa antyoksydacyjnie), Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Extract (ekstrakt z liści oczaru wirginijskiego; wzmacnia naczynia krwionośne, działa antybakteryjnie), Avena Strigosa Seed Exytact (ekstrakt z nasion owsa; nawilża, łagodzi stany zapalne), Panax Ginseng Root Extract (ekstrakt z żeń-szenia; regeneruje, ułatwia odnowę skóry, poprawia krążenie), Butyrospermum Parkii (Shea) Butter (masło shea; natłuszcza, odżywia i zmiękcza skórę), Scutellaria Baicalensis Root Extract (ekstrakt z korzenia tarczycy bajkalskiej; działa przeciwzapalnie i rozjaśniająco), Ceteareth-20 (emulgator), Cetearyl Alcohol (emolient, tworzy film), Cetyl Palmitate (emolient tłusty, tworzy film), Glyceryl Stearate (emolient tłusty i emulgator), Mentha Piperita (Peppermint) Oil (olejek z mięty pieprzowej; regeneruje, pobudza, odświeża, chłodzi, działa przeciwzapalnie), Allantoin (koi podrażnienia), Methylparaben (konserwant), Tocopheryl Acetate (wit. E, odżywia, antyutleniacz), Salicylic Acid (kwas salicylowy, złuszcza warstwę rogową naskórka, reguluje odmowę komórek), Menthol (odświeża, dezynfekuje, chłodzi), Panthenol (nawilża, wygładza), Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil (olejek z drzewa herbacianego; działa bakteriobójczo i grzybobójczo), Dipotassium Glycyrrhizate (nawilża, łagodzi podrażnienia), Disodium EDTA (konserwant potencjalnie niebezpieczny), Propylparaben (konserwant), Sodium Chloride (sól, zagęszcza produkt i usuwa nieprzyjemny zapach), Phenoxyethanol (konserwant), Ethylhexylglycerin (konserwant), Parfum (kompozycja zapachowa).

lbiotica-sklad-skarpetki-maska

Wewnątrz tekturowego opakowania mamy saszetkę, w której znajdują się skarpetki. Zakładamy je na czyste, suche stopy. Dodatkowo można jeszcze założyć bawełniane skarpetki, co zrobiłam, bo tak było mi wygodniej, ponieważ folia nie zsuwała się z nóg. Producent zaleca pozostawienie produktu na stopach ok. 25-40 minut, więc dla pewności wytrzymałam te 40 minut, siedząc praktycznie w bezruchu (dobra książka ratuje sytuację!). Po odmierzonym czasie zdjęłam skarpetki, a nadmiar delikatnie wmasowałam w skórę.

opinia-lbiotica-skarpetki-regenerujace

Cały zabieg był całkiem przyjemny, nie odczuwałam takiego zimna jak w przypadku skarpetek złuszczających. Stopy tuż po zabiegu faktycznie były miękkie, gładkie i przyjemne w dotyku. Nie zauważyłam jednak głębszego nawilżenia, ponieważ cały efekt zniknął już następnego dnia. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mam po prostu stopy wysmarowane kremem. O regeneracji też nie ma mowy, przynajmniej nie przy jednokrotnym użyciu. Producent zaleca używanie ich 1-2 razy w tygodniu, ja użyłam ich raz, jednak nie przekonały mnie do zakupu kolejnych sztuk. Chodzi głównie o cenę takich zabiegów, gdzie jednorazowy koszt wynosi 13zł. Dokładając niewiele więcej mogę kupić całe opakowanie dobrego kremu do stóp, przykładowo tego KLIK, po którym uzyskuję podobny efekt. Działanie kremu także mogę analogicznie wzmocnić nakładając na posmarowane stopy bawełniane skarpetki i idąc tak spać. Poza tym w składzie skarpetek królują liczne emolienty, nadające skórze uczucie gładkości i pozostawiające ochronny film na skórze.  Nie do końca jest to regeneracja jakiej oczekiwałam, aczkolwiek stopom przydaje się bariera ochronna.

jak-dziala-maska-do-stop-l'biotica

Podsumowując zabieg jest całkiem przyjemny, ale działanie krótkotrwałe i niezadowalające. Wolę kupić dobry krem i nie produkować plastikowych odpadów 2 razy w tygodniu. Wyjdzie taniej i bardziej eko :)

Znacie takie skarpetki? Czy warto waszym zdaniem inwestować kasę w podobne produkty?

Wykończeni w czerwcu

Czas na kolejne, letnie denko. Wykończyłam mnóstwo swoich ulubionych kosmetyków, za niektórymi już szczerze tęsknię i które z przyjemnością kupię ponownie! Jakie produkty tak mnie zachwyciły? Zapraszam dalej, rozgośćcie się.


Twarz:
Sylveco, Lekki krem rokitnikowy: to już moje drugie opakowanie kremu, chętnie do niego wracam na przełomie zima/wiosna. Świetnie balansuje pomiędzy dobrym nawilżeniem i natłuszczeniem skóry, czyli zabezpieczeniem jej przed zimnem i wiatrem, a lekkością, brakiem zapychania porów i nadmiernego błyszczenia. Z pierwszym zakupionym kremem miałam niezłe przeboje, o czym Wam pisałam rok temu, okazało się, że kupiłam źle przechowywaną sztukę, ale firma bardzo ładnie się zachowała, ponieważ po zgłoszeniu tego faktu przesłała mi świeży egzemplarz. To się nazywa obsługa klienta. Brawo! Kupię na sto procent, więcej KLIK

Mizon, Wielofunkcyjny krem ze śluzem ślimaka: absolutny hit, za którym tęsknię! Początki z nim nie były łatwe, ale już po kilku dniach przyzwyczaiłam się do jego nieco niecodziennej konsystencji i szczerze pokochałam za działanie. Moja tłusta skóra została doskonale nawilżona i zregenerowana, a przy tym nie obciążona. Dzięki temu uzyskałam prawie idealne lico, bez zaskórników czy grudek, tak częstych przy cerze tłustej czy mieszanej. Ideał na wiosnę i lato, gdyż po nim o wiele mniej skóra się błyszczała. Cena mnie nie odstrasza, wart jest każdych pieniędzy, więc na pewno do niego wrócę. Więcej KLIK

Biolaven, Krem na noc: jeden z lepszych kremów jakie miałam. Dobrze nawilżał i odżywiał skórę nocą, a przy tym był dość lekki, nie zostawiał tłustej warstwy i nie zapychał porów. Świetny winogronowy zapach uprzyjemniał mi wieczorne rytuały. To kolejny kosmetyk, za którym szczerze tęsknię. Tworzył zgrany duet ze ślimakiem Mizon. Na pewno kupię, więcej KLIK

Sylveco, Rokitnikowa pomadka ochronna: kolejne cudo tej marki. Świetny, bezpieczny skład i przyjemny cynamonowy zapach, a do tego mocne działanie ochronne i nawilżające. Wszystkie parafinowe balsamy mogą się przy niej schować ze wstydu (teraz męczę klasyczną Nivea i różnica jest ogromna!). Jedyne co mi się nie podoba to opakowanie, które szybko się starło i wyglądało nieładnie, warto to dopracować. Na bank kupię, więcej KLIK

Ziaja PRO, Dwufunkcyjny płyn micelarny: bardzo fajna, ogromna półlitrowa butla z pompką wystarczyła mi na dużo dłużej niż standardowe opakowania, a micela używam zwykle dwa razy dziennie. Dobrze sobie radził z makijażem zarówno podkładami jak tuszem do rzęs, miał problem jedynie z bazą pod cienie, którą rozmazywał. Warto spróbować jeśli nie lubimy co miesiąc kupować nowego płynu. Nie podrażnia. Chętnie jeszcze kupię, więcej KLIK

Bell, Puder prasowany 2Skin Mat: niesamowicie wydajny, miałam go baaaardzo długo. Podoba mi się, że opakowanie zawiera lusterko, dzięki czemu jest to idealny puder do torebki. Jak widać na zdjęciu napisy się pościerały, ale mimo to zatrzask do końca dobrze się trzymał, nigdy sam nie puścił. Matuje dość przeciętnie, nie zauważyłam najmniejszej różnicy w działaniu przy nakładaniu dołączonym puszkiem czy pędzlem. Obecnie stawiam raczej na pudry ryżowe, ale jeśli będę potrzebowała podobnego produktu chętnie kupię ten. Przekonuje mnie też polska marka.


Ciało:
LPM, Olejek do mycia Orzech Laskowy: genialny olejek, który zniewolił mnie swoim zapachem. Posiada fajną konsystencję, dobrze się pieni i pozostawia skórę czystą, pachnącą i miękką. Rzadko kiedy się po nim balsamowałam, zwyczajnie nie było takiej potrzeby. Polubił go także mój mąż i podbierał go cichcem :) Na pewno kupię, więcej KLIK

FlosLek, Emoleum do kąpieli: w zasadzie moja fanaberia, bowiem nie mam większych problemów ze skórą ciała. Chciałam sama się przekonać o co tyle krzyku i przyznaję, że już wiem. Przezroczysty, bezzapachowy płyn po zmieszaniu w wodą zamienia się w delikatną białą emulsję, której zazwyczaj używałam pod prysznicem. Dobrze myje skórę, choć robi to delikatnie, nie podrażnia. Pozostawia przyjemne uczucie nawilżenia nawet po wytarciu skóry ręcznikiem, nigdy nie czuła potrzeby użycia po nim balsamu. Myślę, że warto przyjrzeć się mu bliżej w przypadku wrażliwej skóry. Być może jeszcze kupię.

CD, Dezodorant Deo Atomizer Granat: przyjemny zapach i skład oparty na alkoholu (nie zawiera aluminium). Z działania byłam zadowolona, ale absolutnie nie nadaje się do używania na ogolone pachy, bowiem powoduje pieczenie skóry. Sprawdzał się także jako mgiełka w upały, zapach jest bowiem bardzo letni i owocowy. Być może kupię, więcej KLIK

Lavera, Balsam do ciała Mleko i miód: to przykład na to, że dobre składy przekładają się na jeszcze lepsze działanie. Balsam jest lekki, przyjemnie pachnie i zawiera sporo olejów, a mimo to nie pozostawia tłustej warstwy na skórze (choć to zależy także od użytej ilości). Doskonale się wchłania pozostawiając skórę miękką, gładką, odżywioną i coraz ładniejszą. Dobry na każdą porę roku. Na pewno kupię tą albo inną wersję zapachową, więcej KLIK


Włosy:
Yvs Rocher, Szampon do włosów Volume: jeden z moich stałych ulubieńców, o którym jeszcze nie napisałam posta, ale na pewno zrobię to w przyszłości. Świetnie pachnie, dobrze się pieni i jest nieco delikatniejszy dla skóry głowy niż standardowe szampony. Genialnie unosi włosy u nasady, nie przeciąża ich, sprawia, że fryzura wizualnie wygląda na gęstszą i pełniejszą. Dobrze domywa także oleje. Mam już kolejne opakowanie :)

L'Biotica, Szampon Silk&Shine: wygodna, miękka tubka i korek na klik są bardzo praktyczne pod prysznicem. Sam szampon ładnie pachnie, ma odpowiednią gęstość, dobrze się pieni. Świetnie się sprawdził na moich cienkich włosach, których nie obciążał, za to ładnie nabłyszczał i sprawiał, ze wyglądały na zdrowe. Chętnie kupię. Więcej KLIK



Pozostałe
LPM, Regeneracyjny krem do rąk: fajny zapach i dość treściwa konsystencja, wydawało się więc, że będzie fajnie. Niestety krem się u mnie nie sprawdził, w ciągu dnia był zbyt tłusty, natomiast użyty na noc działał za słabo. Nie zauważyłam ani nawilżenia, ani regeneracji pomimo zużycia całej tubki. Nie kupię, więcej KLIK

Magnum, Mydło w płynie Oliwka: bardzo rzadkie, bardzo średnie. Do plusów należy niska cena, bodajże 4 zł/l oraz wygodne opakowanie, idealne do uzupełniania pojemnika na mydło. Poza tym przeciętniak, który szybko się zużywa. Raczej nie kupię.


Znacie coś? Miałyście któryś z moich absolutnych ulubieńców?

Minirecenzje kosmetyczne / denko majowe

Kolejne miesięczne denko zaowocowało odrobiną kolorówki i zdecydowaną przewagą pielęgnacji (jak zwykle u mnie). W ostatniej chwili przypomniałam sobie jeszcze o skarpetkach L'biotica, które również wyrzucam.


Nacomi, Peeling do twarzy do skóry trądzikowej

świetny peeling korundowy, z bardzo dobrym, naturalnym składem. Dobrze oczyszczał, wygładzał i pięknie pachniał. Do tego jest całkiem wydajny. Z chęcią jeszcze kupię. EDIT: Producent ulepszył formułę! Peeling można też kupić pod marką własną BIOLOVE w drogeriach Kontigo.

Ziaja, Liście Manuka, Tonik zwężający pory

tonik, który spełnia swoje podstawowe zadanie czyli wyrównuje pH skóry oraz dodatkowo lekko zwęża pory. Świetnie pachnie, ma znośny skład. Niestety denerwował mnie sposób aplikacji, wolałabym normalny korek. Być może kupię.

Bandi, Zestaw Female 35+, Olejek do demakijażu

świetny produkt, dokładnie usuwa makijaż, pozostawiając skórę czystą i lekko tłustą. Jest to pierwszy etap oczyszczania marki Bandi, inspirowany metodą azjatycką. Drugim etapem jest pianka, która jeszcze się nie skończyła, więc jak widać olejek jest mniej wydajny. Chętnie jeszcze kiedyś kupię.


Dermacol, Podkład w musie

genialny podkład! Kochałam go bardzo i żałuję, że się skończył, a jest dość słabo dostępny. Odcień nr 7 to prawie idealny kolor mojej nieopalonej cery, leciutko tylko zbyt różowy. Świetnie się aplikuje palcami, dobrze stapia ze skórą, ukrywa pory i niedoskonałości! Był niezastąpiony rano, gdy ledwo przytomna próbowałam się pomalować, bo nie tworzył smug ani cieni, nie ciemniał w ciągu dnia, na długo matowił, co przy tłustej cerze jest nie lada wyczynem. Jak spotkam ten odcień na pewno kupię, choćby nie wiem ile kosztował.

Wibo, Baza pod cienie

nie wyobrażam już sobie bez niej makijażu powieki. U mnie świetnie się sprawdza, dzięki niej cienie się nie rolują ani nie rozmazują. Jest tania, łatwo dostępna i dość wydajna, mimo to posiada i wady. Otworzyłam kolejne opakowanie i mam zamiar o niej wkrótce napisać. Kupię!

Wibo, Tusz do rzęs Growing Lashes

Nie polubiliśmy się. Dawno nie miałam tak koszmarnego tuszu. Szczoteczka do niczego, nie potrafię nią pomalować rzęs, do tego tusz zasechł po... dwóch użyciach. Podejrzewam, że kupiłam otwierany wcześniej egzemplarz, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, żeby nie kupować niezafoliowanych produktów w Rossmannie. Więcej o tuszach do rzęs KLIK. Nie kupię!



Ziaja Intima, Płyn do higieny intymnej z kwasem mlekowym 

kiedyś mój ulubiony, ostatni ze starych zapasów. Obecnie zdecydowanie bardziej zwracam uwagę na składy, więc na pewno do niego nie wrócę. Potrafi podrażniać, ale ma wygodna pompkę i dużą pojemność. Nie kupię.

Fa, Magic Oil, Żel pod prysznic 

dostałam go na I edycji Meet Beauty. Muszę przyznać, że bardzo fajny żel, gęsty i wspaniale pachnący. Dobrze się pieni i oczyszcza skórę, nie zauważyłam, żeby wysuszał. Wydajny. Może kiedyś kupię.

Supertan, Żel pod prysznic

fajny żel o przeciętnym składzie, posiada niepowtarzalny, przyjemny zapach, dobrze się pieni. Potrafi niestety lekko wysuszać skórę i ma beznadziejne, twarde opakowanie. Dodatkowo jest absurdalnie drogi i słabo dostępny.

Apis, Cukrowy peeling do ciała z żurawiną

cudo! Zapach oszałamiający i trwały, dobry skład i świetne działanie. Jedyne co może denerwować to konieczność mieszania przed każdym użyciem. Chętnie kupię!

Avon, Krem do rąk z mleczkiem pszczelim

zużyłam kilka tubek. Posiada ciekawą konsystencję i ładnie pachnie, niemniej jest to krem glicerynowy, potrafi więc wysuszyć skórę. Idealny na dzień, bo nie zostawia tłustej warstwy, na noc kompletnie się nie sprawdza. W promocji kosztuje nawet 4zł, a jest kosmicznie wydajny. Może kupię.

T'e'N, Krem do rąk

bardzo przyjemny krem o zapachu perfum. Umila każdy dzień. Nosiłam go w torebce, a potem przy przepakowywaniu się zapomniałam o nim, ostatnio go dopiero wykończyłam. Niestety jest dość drogi i słabo dostępny, więc raczej nie kupię.

Allpresan, Krem do stóp w piance

coś genialnego! Fajna piankowa konsystencja idzie w parze z naprawdę dobrym działaniem pielęgnującym. Duża zawartość mocznika zmiękcza stopy, nawilża i dba o nie podczas snu, bo najczęściej stosowałam go właśnie na noc. Mogłam zapomnieć o uczuciu tłustej skóry. W dodatku jest wydajny! Na pewno kupię.


Krem Nivea

czyli parafina z parafiną. W mojej kosmetyczce ma zasadniczo dwie i tylko dwie funkcje. Po pierwsze świetnie zabezpiecza skórę podczas malowania brwi henną, a po drugie czasem służył mi do pielęgnacji stóp (jako zabieg parafinowy, czyli: smarujemy stopy dobrym kremem, dajemy mu chwilę na wchłonięcie, po czym wcieramy krem Nivea i zakładamy cienkie bawełniane skarpetki, idziemy spać). Bardzo tani, wyrzucam, bo się znacząco przeterminował, zostało jeszcze go pół opakowania. Może kupię, ale tylko w tych wyżej wymienionych celach.

Dermaglin, Maska do skóry głowy

ciekawy produkt, ale nie obyło się bez komplikacji. Wypłukanie maski to niezbyt przyjemne zajęcie. Wolę własne glinki, gdzie mam kontrolę nad konsystencją produktu.

Skin79, Maska w płachcie Panda

bardzo fajna, jedna z moich pierwszych płacht.

Delia, Henna brązowa 

kolejne moje opakowanie, lubię. Najczęściej właśnie nią przyciemniam brwi -szybko i bezboleśnie.


L'biotica, Regenerująca maska do stóp w formie skarpetek

bardzo ciekawy sposób pielęgnacji, wygodny, ale dość drogi patrząc na efekty. Równie dobrze można posmarować stopy dobrym kremem i założyć skarpetki bawełniane. Jednak raz na jakiś czas można spróbować.



Ulubione mokre chusteczki z Auchana, mam kolejne opakowanie (dobry skład i tanie!). Mydło w płynie z Biedronki, całkiem niezłe, ale wysusza skórę, dobrze się pieni, ładnie pachnie i jest tanie. Płatki kosmetyczne z Auchan - dają radę, ale są dość cienkie, podobno zawierają aloes.  Soleo próbki bronzerów do ciała, bo przecież kobity lubią brąz ;)


Koreańskie kosmetyki próbki

Szczególnie zachwycił mnie Aloe, który zawiera 99% aloesu, więc fajnie nawilża i łagodzi podrażnienia bez uczucia tłustości. Chętnie się kiedyś skuszę na całe opakowanie.

Sera Lioele nieszczególnie przypadły mi do gustu, zauważyłam jedynie delikatne przymknięcie porów. Taka próbeczka to zdecydowanie zbyt mało, by coś więcej powiedzieć.

Za to krem BB Dollish Lioele to coś genialnego. Po wydobyciu z opakowania jest biały, za to podczas rozsmarowywania stopniowo nabiera odcienia podkładu i świetnie się dostosowuje do kolorytu skóry. Magia! Ładnie ukrywa też pory i nierówności, zawiera dużo silikonów, więc konieczne jest bardzo dobre oczyszczenie twarzy wieczorem. Spodobał mi się bardzo!

Ślimacze kosmetyki Holika Holika, czyli Toner i Emulsion - fajnie nawilżają, są bardzo lekkie, więc nie zapychają skóry. Przyjemnie pachną i trochę się ciągną, jak to ślimaki ;) Fajnie pisała o azjatyckich kosmetykach (co to jest toner i emulsja itp.) Interendo, więc jeśli chcecie więcej - zapraszam do Patrycji :) Dodam, że te próbki są mega niewygodne, wydobycie z nich produktu wystawia na niemałą próbę cierpliwość najspokojniejszego człowieka...


Jak Wam się podoba moje denko? Znacie coś, macie opinie na temat powyższych gagatków?

L'biotica, Szampon do włosów, Silk&Shine

Przy dość krótkiej fryzurze istotne jest dobre cięcie, które nadaje włosom kształt. Przy moich włosach dodatkowo cenię sobie wygładzanie i blask, bo mają one niestety tendencję do puszenia się, a pojedyncze krótsze sztuki do odstawania. Brakuje im także blasku, pomimo, że są raczej zdrowe. Czy szampon L'biotica coś na to zaradził?


L'biotica, Szampon Silk&Shine według producenta:
"Szampon do codziennej pielęgnacji - jedwabisty blask bez obciążenia, opracowany i przetestowany przez kreatywny zespół mistrzowskich salonów fryzjerskich, aby zapewnić włosom intensywną pielęgnację oraz przywrócić im zdrowy blask i gładkość. Profesjonalny efekt w codziennej pielęgnacji włosów. Formuła szamponu jest idealnie dostosowana do potrzeb włosów matowych, suchych, pozbawionych witalności. 
Zawarty w formule Moisturizing Shine Complex wygładza łuski włosa. Włosy stają się spektakularnie gładkie i lśniące. Nie obciąża, zapobiega puszeniu i elektryzowaniu. Pozostawia na włosach luksusowy, delikatny zapach. Skład szamponu wzbogacony o aktywnie działające ceramidy i polimery, które zwiększają  wytrzymałość włosów na działanie niekorzystnych czynników oraz zapewniają termoochronę podczas stylizacji. Włosy dłużej zachwycają świeżym, lekkim wyglądem i spektakularnym blaskiem."


Szampon kupimy w tekturowym opakowaniu. Szata graficzna jest przejrzysta i czytelna, choć możemy sporo przeczytać. Całość kosztuje ok. 25zł/250ml.


Skład: dość standardowy, oparty na SLES. Szczegóły dobrze widać poniżej:


Wewnątrz kartonika znajdziemy tubkę z szamponem. Tak, tubkę, a nie standardową butelkę. Dla mnie jest to wygodne rozwiązanie, także np. podczas wyjazdów. Tuba wykonana jest z miękkiego plastiku, w kolorze bladego fioletu, posiada też praktyczny korek na klik, z którym nie ma żadnych problemów podczas otwierania/zamykania.


Szampon jest barwy białej i posiada perłowy połysk. Jest dość rzadki, więc trzeba z nim uważać, ja musiałam się nauczyć jak go najefektywniej wydobywać z tubki, bez strat. Pachnie bardzo przyjemnie, ale sztucznie i dość intensywnie. Zapach utrzymuje się przez dłuższy czas we włosach i nie jest na szczęście męczący.


Produkt dobrze się pieni tworząc puszystą, stabilną pianę. Świetnie myje włosy, usuwając wszelkie zanieczyszczenia oraz środki do stylizacji, dobrze domywa również oleje. Pozostawia włosy odświeżone, a po wysuszeniu miękkie, sypkie i elastyczne. Ładnie nabłyszcza i delikatnie wygładza, przez co fryzura wygląda na zdrowszą i bardziej zadbaną. Widzę zdecydowaną różnicę między nim a np. szamponem innej marki.


Szampon przy tym nie przeciąża włosów, mimo że przeznaczony jest do suchych i zniszczonych, a ja mam raczej zdrowe i ze skłonnością do przetłuszczania. Na szczęście chroni czuprynę przed elektryzowaniem i puszeniem, pojedyncze włoski więc nie odstają każdy w inną stronę. Czasem nawet nie używam żadnej odżywki czy maski i też jestem zadowolona z efektu.


Podsumowując: bardzo fajny szampon, mimo przeciętnego składu. Nie powoduje przetłuszczania, a jednocześnie nabłyszcza i dociąża włosy zapobiegając puszeniu. Świetnie radzi sobie z domywaniem nawet tłustych olei.

Znacie kosmetyki do włosów tej marki? Używam jednocześnie Bambusowej maski do włosów, ale więcej napiszę o niej niedługo.
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj