Wykończeni w lipcu

Jak szybko lecą miesiące, niesamowite! A te piękne, letnie... szczególnie. Nawet się dobrze nie spostrzegłam, a bezpowrotnie śmignął gdzieś lipiec. Minął. Good bye! Zaraz pęknie pierwszy tydzień sierpnia. Kiedy, ja się pytam? Czas więc na kolejne denko, tym razem skromniejsze. Zapraszam.


Zacznę nietypowo, bowiem od dezodorantów. Akurat w lipcu wykończyłam aż trzy.

Sanex, Dermo Extra Control: męczyłam go niemiłosiernie, za dowód niech posłuży post z marca KLIK, w którym już o nim pisałam. U mnie nie sprawdził się specjalnie. O ile wiosną może jeszcze jako tako działał, o tyle lato przyniosło jeszcze większe rozczarowanie. Nie jestem osobą szczególnie mocno się pocącą, a mimo to Sanex sobie nie radził. Szybko czułam się nieświeżo i niekomfortowo. Myślę, że będą z niego zadowolone osoby, które prawie się nie pocą i nie zwracają uwagi na składy (aluminium, talk). Do plusów zaliczam brak podrażnień, nawet po goleniu oraz bardzo delikatny zapach, który nie kłóci się z perfumami. Nie kupię.

Garnier Mineral, Invisible: klasyczna kulka o przyjemnym, delikatnym zapachu. Skład przeciętny. Niegdyś były to moje ulubione, niezawodne antyperspiranty, ale ostatnio podejrzewam, że coś zmieniło się w składzie. Przez kilka godzin faktycznie działa świetnie, ale po tym czasie coś w nim pęka i traci swoje właściwości. 48h? Raczej nie w moim przypadku, nawet te 8 nie zawsze wytrzymuje, a podkreślam, że nie pocę się mocno. Niemniej może jeszcze kiedyś go kupię, choćby z sentymentu, ale jednocześnie ciągle szukam naturalnej, zdrowszej alternatywy.

CD, Deo Atomizer, Cytryna: świetny zapach na lato, bardzo świeży i soczysty, z nutą słodyczy. Na co dzień fajnie radzi sobie z potem, ale odkąd zaczęło robić się ciepło pojawił się jeden, zasadniczy problem - podrażnienia po depilacji pach: strasznie piecze! Chętnie mimo to do niego wrócę, bo to mój hicior po siłowni, doskonale stawia na nogi po wysiłku fizycznym :) Więcej KLIK.


Kolorówka:

Lovely, Tusz do rzęs zielony: bardzo fajna alternatywa na lato i dość często go używałam do nadania rzęsom cienia innego koloru. No właśnie, cienia. Na moich jasnych rzęsach solo wyglądał beznadziejnie. Rzęsy były tak jasne, że aż niewidoczne, a i kolor nieładnie je podkreślał. O wiele lepiej prezentował się nałożony na czarny tusz, gdzie dawał ciekawą oprawę oka, a jednocześnie dzięki czarnej bazie oko było podkreślone. Szczoteczka była średnio wygodna, czasem musiałam się nagimnastykować przy aplikacji. Maskara dość szybko wyschła czy też zgęstniała, potrafiła tworzyć również grudki. Być może jeszcze kiedyś ją kupię na promocji. Pisałam o niej więcej tu KLIK.

Avon, ColorTrend, Tusz do rzęs fioletowy: odcień tuszu to raczej lawenda, bardzo ładna zresztą. Jego również nakładałam na czarny tusz, ponieważ efekt solo zupełnie mnie nie zadawalał. Nałożony na czarną bazę prezentował się bardzo ciekawie, rozświetlał spojrzenie i dodawał moim niebieskim oczom blasku. Niestety dość szybko zgęstniał, mimo to chętnie jeszcze go kupię.

Pielęgnacja:

Go Cranberry, Żurawinowy płyn micelarny: dopiero co go recenzjowałam, więc te z Was, które śledzą mnie regularnie dobrze o tym wiedzą. Podsumowując to świetny micel, fajnie pachnie (choć nie żurawiną!), z łatwością sobie radzi z makijażem. Z przyjemnością kupię go na następne lato, gdyż mała buteleczka doskonale się mieści w wakacyjnym bagażu. Więcej KLIK.

Tołpa, Dermo Mani, Odnawiający peeling-masaż do rąk, saszetki: dostałam go na Meet Beauty, stacjonarnie dotąd go nie widziałam. Saszetki są bardzo wygodne w użyciu, a jedna sztuka spokojnie wystarcza na trzy masaże, warto ją tylko dobrze zabezpieczyć przed dostępem powietrza. Muszę przyznać, że masaż tym peelingiem był bardzo przyjemny, mnóstwo maleńkich drobinek przyjemnie sunęło po skórze sprawiając, ze była ona gładka, zmiękczona i przyjemna w dotyku. Po peelingu dłonie otrzymywały delikatną warstwę ochronną, dzięki czemu krem stawał się zbędny. Z tego też względu używałam go raczej wieczorem. Efekt utrzymywał się przez kilka dni, więc dla mnie bomba. Niestety, raczej go nie kupię, ale tylko z jednego, prozaicznego powodu - zapach kompletnie nie trafił w moje gusta! Jest tak chemiczny, odpychający, "gorzki" i intensywny, że podczas używania peelingu starałam się trzymać ręce jak najdalej od nosa. Niemniej uważam, że warto wypróbować te saszetki, bo może Wam zapach nie będzie tak przeszkadzał, a działanie jest genialne.

Soleo, SOS, Balsam po opalaniu: bardzo go lubię, to już moja zużyta chyba trzecia tubka w ciągu ostatnich dwóch lat. Świetnie się wchłania, koi podrażnienia, także te słoneczne, nawilża i nie pozostawia tłustej powłoczki. Mam już kolejne opakowanie :)

Organique, Bath Bomb malina: pokazywałam Wam na Instagramie te cudeńka. To moja pierwsza kula od Organique, ale zaręczam, ze nie ostatnia. Rzadko biorę kąpiel w wannie, zdecydowanie preferuję prysznic, ale dla tych kul chętnie lekko zmodyfikuję te proporcje. Zapach cudowny, choć nienachalny. Podoba mi się, ze kula delikatnie zmienia odcień wody na róż oraz że pozostawia na skórze olejową, bardzo subtelną powłoczkę, dzięki czemu po kąpieli skóra nie jest wysuszona, tylko delikatnie natłuszczona. Sama przyjemność! Kupię!

Próbka Nivea, Szampon Repair: oczywiście po jednej próbce mało można się dowiedzieć o kosmetyku, ale mimo to wiem, ze: okropnie mocno się pieni, ma klasyczny zapach podobny do innych szamponów marki, perłowo-biały kolor. Dobrze oczyszcza włosy i pozostawia na nich subtelny zapach. Niestety już po niecałym dniu moje cienkie, delikatne włosy oklapły i wyglądały średnio świeżo, więc szampon raczej się dla mnie nie nadaje (nie używałam wtedy odżywki). Prawdopodobnie lepiej się sprawdzi przy włosach suchych lub grubych, wymagających naprawy. Jeśli chodzi wiec o szampony Nivea pozostanę przy ulubionej wersji Volume.


Znacie coś z mojego denka? Czy Wy też lubicie kule do kąpieli?

Wykończeni styczeń-luty

Jak szybko mijają dni... Chyba nie muszę nikogo o tym przekonywać? Jednak mi umykają nawet całe miesiące! Jeszcze niedawno były Święta, Sylwester, a dziś kończy się luty? Jak? Kiedy? Gdzie?? Czasem trudno uwierzyć, że czas jest stały i nie przyspiesza cichcem jak tylko się odwrócę... I tylko puste opakowania przypominają o kosmetykach, które już były, ale się zużyły... 


Sylveco, Lipowy płyn micelarny: nie będę się rozpisywać: kocham! Druga zużyta butelka i na pewno nie ostatnia. Pisałam o nim, uwielbiam i na pewno kupię jeszcze nie raz.

DLA, Niszcz pryszcz, Krem na noc: genialny, nietłusty krem o wspaniałym składzie i ziołowym zapachu. Świetnie wpływa na tłustą cerę, nawilża, nie zapycha, nie uczula. Posiada pompkę typu airless i jest niesamowicie wydajny! Pisałam recenzję, jeszcze kupię.

Skin Chemists, Krem z retinolem: bardzo dobry krem, lekki, rozświetlający cerę. Nie ma za dużo retinolu w składzie, więc świetnie nadaje się do rozpoczęcia przygody z tym składnikiem, jak było u mnie. Teraz wiem, że moja cera bardzo się z retinolem lubi, a sam krem uelastycznia skórę i niweluje w ten sposób widoczność zmarszczek. Pisałam o nim, lubię, ale ze względu na wysoką cenę poszukuję zamiennika.

Avon, Maseczka turecka oraz oczyszczająca: gotowe maski na bazie glinek, całkiem skuteczne, na pewno wygodne w użyciu. Składy nie powalają, zwłaszcza, że jestem fanką glinek, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzą. Będzie post.


Ziaja, Liście Manuka, Pasta oczyszczająca: druga tubka pasty, którą najczęściej traktuję jak peeling. Dobrze wygładza, usuwa suche skórki, ale lepiej nie przesadzać z częstotliwością jej stosowania, gdyż potrafi przesuszyć. Raz w tygodniu w zupełności wystarcza. Pisałam o niej, lubię, mam kolejna tubkę.

Sylveco, Oczyszczający peeling do twarzy: drobinki korundu są drobne, ale bardzo ostre, więc skutecznie usuwają martwy naskórek, pozostawiając skórę miękką i odświeżoną. Pozostałe składniki, w tym skrzyp polny, dobrze wpływają na tłustą skórę, a przy tym nie zapychają. Pisałam, lubię, na pewno jeszcze kupię.

Skin79, Maska w płachcie wybielająca: fajnie zwęża pory i odświeża, niestety trochę mnie podrażniła, przez cały czas trzymania jej na skórze łzawiły mi oczy. Z tego względu na pewno już jej nie kupię, ale jestem ciekawa innych wersji! Pisałam o niej.

Próbki: Sylveco i Biolaven lubię, Biolaven pełną wersję mam już w zapasach :) Go Cranberry zaciekawił mnie, ale póki co z zakupem się wstrzymam, natomiast jej wersji Bandi nie kupię na pewno - krem mnie podrażnił i trochę mnie po nim wysypało, więc mojej skórze się nie spodobał.


Sukin, Woda micelarna: bardzo ciekawy kosmetyk prosto z Australii. Posiada interesujący zapach, wanilinowy, pierwszy raz się z takim spotkałam przy demakijażu. Poza tym świetnie sobie radzi z make upem. Będzie recenzja.

Iwostin, 40+, Krem pod oczy liftingujący: bardzo mi się spodobał, dobrze się spisywał zarówno na noc jak i na dzień. Lekki, ale skuteczny. Rozjaśnia cienie, zmniejsza widoczność zmarszczek, nie szkodzi oczom. Pisałam o nim.

T'e'N, Krem liftingujący: bardzo ciekawy kremik o delikatnym zapachu i przyjemnej konsystencji. Zużyłam go na szyję i dekolt, a skóra po nim była miękka, nawilżona i ujędrniona. Pełnej wersji raczej nie kupię, bo jest trudno dostępny.


Kobo,  Ideal Volume, Tusz do rzęs: cudo, cudo, cudo! Do tej pory nie lubiłam silikonowych szczotek, ale ta jest idealna! Świetnie rozczesywał i podkreślał rzęsy, a przy tym dawał wystarczający, a nie karykaturalny wygląd. Dzięki niemu rzęsy wyglądały pięknie, ale nie sztucznie. Na 100% kupię, post też będzie.

Manhattan, Supersize, Podrubiający tusz do rzęs: bardzo fajny tusz z mega grubą szczotką. Fajnie podkreśla rzęsy, choć czasem przy dwóch warstwach potrafi tworzyć grudki, trzeba się trochę nauczyć go używać. Za to jest tani i łatwo dostępny. Pisałam o nim, może kupię.

Avon, Waniliowy balsam do ust: malutki, bardzo wygodnie się go nosi ze sobą w kieszeni czy torebce. zapach jest delikatny, wydaje się naturalny. Balsam na ustach jest lekki, ale zabezpiecza je przed słońcem czy mrozem. Kolejne moje opakowanie, może jeszcze kiedyś kupię.

Avon, Wysuwana kredka do oczu: kocham je wszystkie! Mam mnóstwo kolorów i bardzo je lubię, są miękkie, łatwo się nimi rysuje kreskę, a przy tym dają ładny efekt rozświetlonego spojrzenia. Więcej napiszę w  planowanym poście zbiorczym nt. moich kredek do oczu :) Mam następne!

Lovely, Wysuwana kredka z gąbeczką: tej kredki nie polubiłam od razu, bo kreski nią zrobione nie utrzymywały się na mojej powiece nawet przez godzinę... Gąbeczka też jest zbyt twarda, aby ładnie rozmazać kredkę, więc już miałam ją spisać na straty, gdy w geście ostatniej szansy użyłam jej jako ołówka do brwi.. I to był strzał w dziesiątkę! Brązowo-szary odcień ładnie się wtapiał w moje włoski, podkreślał i, o dziwo, trzymał się do wieczora. Będzie we wspomnianym kredkowym poście, może jeszcze kiedyś kupię.


Ziaja Med,  Szampon przeciwłupieżowy: miętowy zapach fajnie umilał prysznic, a używałam go sporadycznie. Testując dużo nowych kosmetyków do włosów czasem dostaję łupieżu i wtedy mnie ratował. Dobrze się pieni i myje włosy, nie powoduje przesuszenia ani przetłuszczenia skalpu. Pisałam o nim.

Seboradin, Szampon i maska: bardzo zgrany duet, który pomógł mi w walce z wypadającymi włosami na jesieni. Komórki macierzyste i wiele ciekawych ekstraktów, zwłaszcza w masce, wzmocniły włosy i skórę głowy, przez co problem się zmniejszył i to zdecydowanie! Na efekty czekałam ok. miesiąca, wiadomo, że mało co działa od razu, ale opłacało się. Pisałam o nich, może kupię.

got2b, Lakier do włosów Volumania: zużył go mój mąż, bo ja w ramach walki z wypadaniem zrezygnowałam prawie całkowicie ze stylizacji. Posiada ciekawy zapach, jak dla mnie sztucznej maliny. Działanie ma średnie - bardzo zlepia włosy, tworząc z nich skorupę, przynajmniej rozpylany nad krótką, męską fryzurą. Nie kupimy.


Greenland, Żel pod prysznic w piance: fajny pomysł na umilenie sobie prysznica! Delikatny zapach, otulający zmysły, choć krótkotrwały i dobre działanie myjące, skład oparty o SLES. jako odskocznia od codzienności świetny! Pisałam o nim, jak spotkam w dobrej cenie kupię.

Biolaven, Żel myjący do ciała: winogronowy zapach, dobre pienienie i działanie, a przy tym nie wysusza skóry. Czego chcieć więcej? Aha i skład delikatny, bez SLS. Kupię i pisałam o nim.

CD, Cytrynowy żel pod prysznic: mój ulubieniec na siłownię! Fajny zapach, bardzo orzeźwiający, gęsta konsystencja. Dobrze się pieni i myje. Skład oparty na SLS, więc jeśli ten składnik nie wysusza Wam skóry polecam. Będzie post.

Evree, Olejek do ciała: fajny produkt, choć zdecydowanie lepiej się u mnie spisywał nakładany od razu na wilgotną skórę po prysznicu. Trochę natłuszcza skórę, nawilża, odżywia. Pisałam, może kupię.


DLA, Krem do rąk: świetnie nawilżający bez uczucia lepkości czy tłustych rąk krem. Skład przyjemny, ale niestety nie przypadł mi do gustu jego zapach. Dla takiego działania przymykałam jednak oko, a zużywałam go głównie na noc, bo szkoda mi było go zmywać w ciągu dnia. Jest mega wydajny. Pisałam o nim, chętnie jeszcze kupię.

Green Pharmacy, Krem do stóp ochronny: bardzo fajny, świetnie się wchłania i nawilża stopy. Ma działanie ochronne, więc kupiłam go, by chronić się przed ewentualnym zarażeniem się grzybicą w saunie czy na siłowni. Wzmacnia skórę i jej zdolność do obrony przed infekcjami. Pisałam, kupię.

Loko-Kolor, Zmywacz do paznokci: kolejna buteleczka taniutkiego zmywacza, który uwielbiam. ładnie pachnie, nie niszczy paznokci i dobrze zmywa. Mam kolejną butelkę.


Zazwyczaj podaję linki do recenzowanych już produktów, ale myślę, że łatwo je znaleźć używając etykiet na dole :)

Przypominam też o konkursie, w którym do wygrania jest zestaw świeczek. Zostały tylko 3 dni na zgłoszenie się, wystarczy kliknąć w baner.

http://cosmeticosmos.blogspot.com/2016/02/konkurs-wygraj-swiece-bispol.html

Znacie coś z mojego denka? Jak tam wasze zużycia?

Przegląd niedrogich maskar do rzęs

Tusz do rzęs i puder matujący to dla wielu kobiet absolutne minimum makijażu. Z rzęsami ciągle prowadzę wojnę, chcąc je wzmocnić, wydłużyć i przyciemnić, a one za często, jak na mój gust, dezerterują :) Bez przerwy stosuję jakieś sera, odżywki i inne cuda, z różnym skutkiem. Na co dzień jednak wszelkie niedoskonałości ukrywam pod warstwą lub dwoma warstwami tuszu. Różnie z maskarami bywa, mam swoich faworytów, choć ulubieńca jeszcze nie zdarzyło mi się poznać... wciąż pozostaje on w sferze marzeń i poszukiwań... Zapraszam na przegląd moich ostatnich tuszy do rzęs.



Maybelline, The Colossal Volum' 100% Black



Tusz do kupienia dosłownie wszędzie, w każdej drogerii, za ok. 25 zł. Żółte opakowanie rzuca się w oczy, choć nie jest to mój ulubiony kolor. Szczoteczka jest dokładnie taka jak lubię: duża, niesilikonowa, z odpowiednio ułożonymi włoskami, nie za gęsto i nie za rzadko. Myślę, że całkiem łatwo można pobrudzić sobie nim powieki, ale odrobina wprawy pomaga uniknąć takich atrakcji. Konsystencja tuszu jest idealna. Tusz nie tworzy na rzęsach grudek, czasami lekko skleja włoski, zwłaszcza pod koniec, kiedy trochę gęstnieje pod wpływem powietrza wtłaczanego do pojemniczka podczas używania. Ładnie unosi rzęsy od samej nasady, lekko podkręca i wydłuża. Trzyma się idealnie calutki dzień i nie rozmazuje. Kolor ma faktycznie czarny. Jeden z moich ulubionych, choć jeszcze nie ideał. Bardzo długo jest świeży i właściwie nie zdarzyło mi się, abym musiała go szybko wyrzucać. Jest to moje zużyte 3-4 opakowanie.

T'e'N, Bronzing 10, Summer Wonderlashes



Tusz, który dostałam podczas targów kosmetycznych od włoskiej marki T'e'N (Alfaparf). Posiada ciekawą szczoteczkę ze skręconym włosiem, wyprofilowaną. Włoski są dosyć krótkie i może dlatego słabo łapią rzęsy. Konsystencja tuszu jest bardzo gęsta, dlatego tworzy on grudki, skleja rzęsy i wymusza malowanie ich kilkoma warstwami. Być może taki efekt spowodowany jest tym, że tusz swoje przeleżał zanim do mnie dotarł. Nie zauważyłam uniesienia ani pogrubienia, jedynie nadanie ciemnego koloru. Opakowanie ma ładne, minimalistyczne, ale łatwo się brudzi. Nie mam pojęcia ile kosztuje i gdzie można go kupić. Dość szybko wysechł.

Miss Sporty, Curve it! Pump Up Booster



Tusz jest bardzo tani, kosztuje ok. 15 zł i niesamowicie mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się po nim niczego konkretnego, kupiłam go właściwie w ciemno. Ma szczoteczkę taką jak lubię, trochę grubszą niż Maybelline i przy końcówce uniesioną do góry. Bardzo ładnie rozdziela rzęsy pokrywając je jednolitą warstwą tuszu. Unosi je przy tym i podkręca. Jedyne, co zwróciło moją szczególną uwagę to fakt, że szczoteczka zbiera odrobinę zbyt dużo tuszu, warto go trochę z niej zetrzeć przed nakładaniem na rzęsy, inaczej może tworzyć grudki. Tutaj jeszcze łatwiej pomalować sobie powieki, ale szybko nabrałam wprawy i niczego nie rozmazywałam. Bardzo długo jest świeży.

Bourjois, Mascara Effect Push Up, Volume Glamour



Tusz przywędrował do mnie w ramach testowania dla portalu ibeauty.pl. Opakowanie ma bardzo solidne, czarne, w ciekawym kształcie klepsydry. Kosztuje ok. 40 zł, do kupienia np. w Rossmannie. Szczoteczka nie jest silikonowa, ładnie pokrywa rzęsy od samej nasady, mimo dość krótkich włosków. Idealnie rozdziela rzęsy, nadając im bardzo naturalny wygląd. Nie zauważyłam szczególnego efektu "push up", choć rzęsy faktycznie były delikatnie uniesione i troszkę podkręcone. Szybko się zorientowałam, że lepiej nie kombinować przy nim z wieloma warstwami, bo łatwo można przesadzić. Nadaje koloru głębokiej czerni. Idealny tusz na co dzień. Wysycha standardowo, nie za szybko, choć pod koniec gęstnieje i lubi zbierać się na końcówce szczoteczki.

Wibo, XXL Lift Lash Volume



Najchętniej pozostawiłabym go bez komentarza. Kupiony w ciemno, bardzo tani (ok. 8 zł), w Rossmannie. Ma beznadziejną, wąską i podkręconą szczoteczkę, która nie wiadomo co ma sobą reprezentować. Nabiera bardzo dużo tuszu, który ma tak gęstą konsystencję, że woli siedzieć na swojej szczoteczce niż grzecznie przejść na moje rzęsy. Bardzo trudno pomalować nim rzęsy, lubi sklejać i brudzić. U mnie zupełnie się nie sprawdził. ZUO! Bardzo szybko wysechł (mam podejrzenia, że ktoś otwierał go milion lat przed moim zakupem w drogerii, ależ mnie to wkurza!).

Lovely, Intense Green Color Mascara



Czasem lubię kolorowe rzęsy, zwłaszcza latem, w końcu wszystko jest dla ludzi. Ten tusz kupiłam w jakiejś promocji, także w ciemno, bodajże za 5 zł. Posiada niestety silikonową szczoteczkę, o czym dowiedziałam się w domu, jako że nie otwieram kosmetyków w drogerii. Nie lubię takich szczoteczek, u mnie się nie sprawdzają. Tym tuszem zupełnie nie ma u mnie sensu malować rzęs bez ówczesnego podkładu z czarnej maskary. Mam zbyt jasne rzęsy, aby było widać jakiś efekt, nawet pod światło. Kolor jest raczej turkusowy niż zielony, bardzo słabo napigmentowany. Po pomalowaniu rzęs maźniętych wcześniej jedną warstwą czerni uzyskuję efekt muśnięcia turkusem, na pewno nie jest to dokładne wytuszowanie, bo szczoteczka nie dociera do nasady, maluje jedynie końcówki. Trzeba się z nią trochę pobawić i ją "wyczuć", gdyż rozprowadza maskarę bardzo nierównomiernie, potrafi tworzyć różne zgrubienia i grudki. Nie odnotowałam uniesienia czy podkręcenia. Chciałam kupić także inne kolory, ale sobie daruję. Wysycha dość szybko, szybko gęstnieje.

Yves Rocher, Sexy Pulp



Opakowanie ma trwałe, ale napisy bardzo szybko się starły. Miałam tusz w kolorze brązowym, dostałam go jako gratis za wyrobienie karty do sklepów YR, bez promocji kosztuje 57 zł. Szczoteczka nie jest silikonowa, bardzo dobrze wyprofilowana, w środku posiada lekkie wgłębienie. Nabiera idealną ilość tuszu do pomalowania rzęs jedną warstwą. Przepięknie rozdziela każdą rzęsę z osobna, pokrywając ją tuszem równomiernie, bez grudek i sklejania. Jednocześnie delikatnie unosi i podkręca rzęsy. Łatwo można stopniować efekt, jaki chcemy uzyskać, bez nerwów i poprawek. Uwielbiałam nim malować rzęsy, zwłaszcza na co dzień, gdy się spieszyłam. Bardzo długo miał idealną konsystencję, praktycznie rok. Ta maskara jest bliska mojemu ideałowi.


Manhattan, Supersize False Lash Look Mascara



Różowe opakowanie jest solidne, napisy się nie ścierają. Kosztuje ok. 25 zł. Ogromna szczota, którą nawet ja, przyzwyczajona do takich rozmiarów, potrafiłam sobie ubabrać powieki. Mimo to tusz wart jest uwagi, bo niesamowicie wydłużał moje rzęsy i lekko je podkręcał, dzięki czemu faktycznie były widoczne. Początkowo był dla mnie zbyt rzadki, zmieniło się to dopiero do mniej więcej dwóch tygodniach używania. Po tym czasie nabiera idealnej konsystencji, która niestety także przemija, staje się natomiast dość gęsty. Nie warto wtedy nakładać więcej niż dwie warstwy, bo zwyczajnie potrafi sklejać rzęsy. Bardzo długo pozostaje świeży.

Na koniec pomarudzę: proszę Was bardzo, nie otwierajmy kosmetyków w drogerii, zwłaszcza kolorówki. Otwierając je, skracamy im życie i narażamy siebie i inne konsumentki na zakup kosmetyków z krótszą datą przydatności niż sugeruje producent (a więc na koszty) i na kosmetyki skażone bakteriami. Testery zazwyczaj są w drogeriach nie bez powodu, a jeśli nie ma, trzeba o nie zapytać. Wielokrotnie zdarzyło mi się, że kosmetyki otwierała przy mnie sama ekspedientka, w takim przypadku uciekam gdzie pieprz rośnie. Dziękuję za uwagę.

A Wy jakie tusze lubicie? Macie swojego ulubieńca?

Zakupione na promocjach: Rossmann, Natura, Hebe

Czyżbym już wielokrotnie z uporem maniaka wspominała, że nie jestem odporna na promocje? Tak? A, to dziś już nie wspomnę ;) Nie mogłam się oprzeć tym wszystkim -49%, -40%, 2za1 itp. więc wielokrotnie moje nogi same gnały do różnych drogerii. W ciągu ok. dwóch tygodni byłam 7 razy w 5 różnych Rossmannach, 2 razy w Naturze i raz w Hebe. Że przesada? A co ja poradzę? Moje nogi postanowiły same sobie pożyć przez ten czas, moje oczy robiły się okrągłe jak spodki na widok % (nie, nie alkoholu), a i głowa chyba całkiem zapomniała do czego służy... Kupiłam sporo rzeczy jak na kogoś kto potrzebował, uwaga, tylko pudru... Niektóre są nietrafione, o czym wiem już teraz, a z niektórych jestem niesamowicie zadowolona. Zapraszam.



Zakupy Rossmann


Drugiego dnia promocji na produkty do makijażu twarzy poszłam tylko po puder... A kupiłam trochę więcej.  
- Puder Wibo o nieznanym składzie, którego przez to trochę się boję, zostawiłam sobie na potem, póki co tylko się nim dwa razy "maźnęłam", co wystarczyło, aby stwierdzić, że ten silny zapach będzie mnie irytował. 
- Drugi puder Manhattan w odcieniu Wanilia wypada zdecydowanie lepiej, przede wszystkim dlatego, że ma wypisany skład, a w nim brak parafiny (tak, tak - zauważyłam ostatnio, że w pudrach często jest parafina, a ja się zastanawiałam co mnie zapycha....). Puder ładnie i na długo matuje skórę, a i odcień wybierany w sumie w ciemno okazał się odpowiedni. Do tego jest antybakteryjny. 
- Następnie do koszyka powędrowały chusteczki matujące Wibo, które może nie są rewelacyjne, ale przydadzą się w zapasie. No i są różowe!
- Korektor Lovely pod oczy okazał się wielką pomyłką - sam sposób aplikacji mnie denerwuje, wykręcanie odpowiedniej ilości jest chyba niemożliwe, zawsze jest za dużo, więc całe opakowanie od wewnątrz jest wysmarowane kosmetykiem. Niezbyt to higieniczne i na pewno odbije się na wydajności. W dodatku już po kilku dniach napisy z opakowania się wytarły prawie całkowicie. Sam korektor jest poniżej przeciętnej, praktycznie nic nie zakrywa, a po jakimś czasie zbiera się w załamaniach. Żałuję, że go kupiłam.
- Korektor Wibo 4in1, o którym wielokrotnie czytałam same ochy i achy, na mnie nie zrobił większego wrażenia. Użyłam kilka razy i rzuciłam w kąt, podejrzewam go o zapychanie porów... Powtarza się historia z pudrem: dlaczego producent nie wypisał składu?
- Kolejna pomadka do ust Alterra z granatem, była po 2,99zł. Uwielbiam ją, jest świetna. Ma naturalny skład, jest tania i pięknie pachnie.


W kolejnych dniach promocji, tym razem na produkty do makijażu oczu, w Rossmannie byłam aż trzy razy, za każdym razem kupując po 2-3 produkty. Najpierw kupiłam:
- Dwie kredki automatyczne Lovely, granatową i brązową. Cóż, z nich też nie jestem zadowolona. Kredki bardzo szybko znikają ze skóry, nie pomaga pokrycie cieniem ani baza, po której po prostu nie da się nimi malować. Były bardzo tanie, ale i tak żałuję, że je kupiłam. EDIT: Brązowa całkiem nieźle radzi sobie z brwiami, jeśli oczywiście jej kolor współgra z cerą.
- Wibo Eyebrow Stylist, na razie trafił do zapasów, mam nadzieje, że znalazłam dużo tańszego zastępcę Revitalasha, czas pokaże. EDIT: jest naprawdę w porządku! Za tą cenę mogę mu jedynie zarzucić, że szczoteczka nabiera zbyt dużo produktu i kilkakrotnie muszę ją wycierać. Ładnie utrwala włoski i nadaje im lekki kolor.
 

Przy kolejnym podejściu zdecydowałam się na:
- Tusze do rzęs Wibo: Panoramic Lashes oraz Growing Lashes. O obu czytałam bardzo dobre opinie, a moje obecne tusze są na wykończeniu, więc daruję sobie wyrzuty sumienia dotyczące nieplanowanych zakupów ;) (o tym, że w zapasie mam dwa inne tusze ciiiiś). EDIT: Oba są raczej słabe, przy czym tak wychwalany pod niebiosa Growing Lashes nic nie robi, zupełnie nie widać go na rzęsach. Nie tego oczekiwałam, nie pomaga kilkakrotne nałożenie produktu, za to można porobić malownicze grudki :(
- Wibo baza pod cienie - zdecydowanie z niej jestem póki co najbardziej zadowolona! Cienie trzymają się calutki dzień, a zawsze miałam z tym problem, nie zbierają się w załamaniach powieki, nie ścierają i mają intensywniejsze odcienie.


Podczas kolejnych odwiedzin w Rossmannie od razu wrzuciłam do koszyka kolejną bazę pod cienie Wibo i dodałam jeszcze szybkoschnący eyeliner Lovely, mam nadzieje, że uratuje honor tej marki...

Wiem od dziewczyn, że w niektórych Rossmannach promocja obejmowała także odżywki do rzęs, niestety w tych trzech, w których byłam ja - nie. Jak pech to pech.
 
W ostatnich dniach promocji, tym razem na produkty do ust i paznokci, postawiłam na paznokcie z premedytacja omijając temat ust. Niby nie ma nic bardziej kobiecego niż pomalowane wargi, ale cóż mogę poradzić na to, że ja na co dzień tego nie lubię? Oczywiście mam kilka pomadek i błyszczyków, ale leżą sobie spokojnie i konają śmiercią porzuconych i niechcianych... Czasem je odwiedzam, od wielkiego dzwonu, maznę nimi usta i znów porzucam na pastwę czasu i kurzu. Taka już jestem nieczuła ;)


Do Rossmanna polazłam głownie po jeden lakier, mianowicie Sally Hansen 240 Babe Blue (fota wyżej). Kolor, w którym się zakochałam widząc go u kogoś na paznokciach na moich wyglądał, cóż, jeszcze lepiej! Niestety jego trwałość pozostawia wiele do życzenia... Chyba jeszcze nigdy nie natrafiłam na lakier, który odpryskuje kilka godzin po pomalowaniu i to z top coatem! Muszę go jeszcze potestować, ale pierwsze wrażenie było ambiwalentne. Bywa.

Dorzuciłam do koszyka także:
- Wibo Diamond hard oraz Top coat Like Gel, nie użyłam ich jeszcze, zobaczymy czy są coś warte. EDIT: To zwykłe przezroczyste lakiery, nie widzę w nich nic szczególnego. Utwardzają i nadają delikatny połysk, który z czasem się wyciera.
- Miss Sporty, zielony odcień, bo takiego jeszcze nie mam. Strasznie farbuje podczas zmywania, ale łatwo się nakłada i w miarę szybko schnie. Trzyma się max. 3 dni.
- Lovely, żółty pastelowy odcień, który pięknie wygląda latem przy opalonych dłoniach. Dość długo trzyma się pazurków, ok. 5 dni.
- Sally Hansen Insta-Dri, miałam poprzednią wersję, o której napiszę posta. Mam nadzieje, że ta będzie jeszcze lepsza! EDIT: Są identyczne! 
- Sally Hansen Hard as nails, odżywka wzmacniająca, jeszcze nie używałam.




Do Hebe zaszłam niezobowiązująco, czekając na męża, który buszował w innym sklepie. Podeszłam do szafy Eveline (-40%), wzdrygnęłam się na widok odżywek do paznokci po czym ujrzałam te do rzęs... Szybki rekonesans i wrzuciłam do koszyka wersję z olejem arganowym. Gdy skończę kurację Belcilsem będę miała już kolejna odżywkę w zapasie, taka ze mnie spryciara ;) Po chwili dołożyłam jeszcze fajnie wyglądającą tarkę do stóp, szeroką i wyprofilowaną, ale obiecałam ją już mamie, mam nadzieję, że jej posłuży :)



W Naturze też bardzo nie szalałam, w promocji na akcesoria 1+1 chciałam kupić pędzel do cieni i mój wybór padł na Elite models, z czego jestem bardzo zadowolona. Pędzel kosztował 9 zł, a bardzo ładnie nakłada cienie, blenduje i co tam jeszcze wymyślę, łatwo się pierze. Jako gratis dorzuciłam szczotkę do włosów Reed Professional, która kosztowała 10 zł po jakiejś obniżce (ostatnia sztuka, wcześniej 25zł). Z niej jestem również zadowolona, ładnie rozczesuje włosy, także mokre, nie wyrywając ich. Zainwestowałam także w zwykłą opaskę do włosów, przyda się podczas nakładania maseczek :)


Innego dnia zaszłam do Natury trochę dla zabicia czasu i nacieszenia oczu głupotami, po czym wyszłam z dwoma cieniami i dwoma kredkami Kobo. Ujmę to tak: po cieniach spodziewałam się czegoś więcej, są poprawne i całkiem ładne, ale nic poza tym, przeciętne cienie, które w dodatku bez bazy szybko się zbierały w załamaniach powieki. Za to kredki są świetne, ładnie się trzymają, nie znikają w ciągu dnia i mają śliczne odcienie. Mogę się przyczepić jedynie do tego, że podczas makijażu same się wkręcają do środka, ale są na to sposoby. EDIT. Po kilku tygodniach kredki jakby wysychają i same się łamią, przez co niemożliwe jest wykonanie makijażu :(


W Auchan kupiłam najzwyklejszą na świecie temperówkę do kredek, bo poprzednia gdzieś zaginęła. Oczywiście niebieską ;)


Z przyjemnością czytałam podobne posty, porównywałam zakupy itp. Ciekawa jestem czy kupiłyście coś podobnego do moich nabytków?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj