Skin79, Pore Bubble Cleansing Mask, Nowa maska w płachcie bąbelkująca

Maski w płachcie na stałe zawitały w mojej pielęgnacji. Nie ma chyba tygodnia, w którym nie stosuję co najmniej jednej, zazwyczaj nowej płachty i nie planuję tego zmieniać :) Choć nadal jestem wielką fanką glinek i nie zrezygnuję  z nich za skarby świata, to jednak jako osoba dość aktywna cenię sobie szybkość i skuteczność mask sheetów. A że nowości ukochałam sobie szczególnie, nie mogłam odmówić przetestowania nowej maski Skin79. Zupełnie innej niż pozostałe, bo... bąbelkującej.


Skin79,  Pore Bubble Cleansing Mask, Nowa maska w płachcie bąbelkująca

Według producenta: "Absolutna Nowość na Polskim Rynku! Pierwsza maseczka w płacie zapewniająca efekt masażu jednocześnie. Maska, dzięki drobnym pęcherzykom powietrza, wnika głęboko w pory, dokładnie je oczyszczając. Ekstrakt z jeżówki pobudza wytwarzanie nowych włókien kolagenowych i silnie regeneruje. Proteiny mleka nawilżają i wygładzają skórę. Wąkrota azjatycka wykazuje działanie przeciwzapalne, poprawia gęstość i elastyczność skóry. Twarz staje się silnie nawilżona i wyraźnie rozjaśniona. Stosować minimum raz w tygodniu."


Czarne opakowanie maski łatwo się otwiera, a jednocześnie dobrze chroni zawartość choćby przed wyschnięciem czy dostępem powietrza. Z tyłu mamy etykietę po polsku oraz skład INCI.


Skład: Water, Glycerin, Sodium Cocoyl Apple Amino Acids, Cocamidopropyl Betaine, Dipropylene Głycol, Disloxane, Methyl Perfluoarobutyl Ether, Methyl Perfluoroisobutyl Ether, Hydroxyethyloellulose, Phenoxyethanol, Sodium Chloride, Ethylhexylglcerin, Disodium EDTA, Fragrance, Butylene Głycol, Ethyl Hexanediol, Echinacea Angustifolia Extract, Mentha Piperita (peppermint), Leaf Extract, Milk Protein Extract, 1,2-Hexanediol, Centella Asiatica Extract, Gaultheria Procumbens (Wintergreen) Leaf Extract, Camellia Siensis Leaf Extract, Houttuynia Cordata exstract.


Sposób użycia:
1. Umyć i stonizować twarz.
2. Rozmasować maskę przez opakowanie, aby równomiernie rozprowadzić składniki aktywne.
3. Rozłożyć maskę na suchej skórze, dopasowując do oczu i ust.
4. Po około 10 minutach zdjąć maskę.
5. Umyć i stonizować twarz


Maska ma postać czarnej tkaniny z tradycyjnie wyciętymi miejscami na oczy, usta i nos. Jest mięciutka i łatwo się nakłada oraz dopasowuje do twarzy, choć dla mnie (jak i zapewne dla większości z Was) jest odrobinę zbyt duża, przez co delikatnie się marszczy. Nie przeszkadza to jednak w używaniu. Maska dobrze trzyma się skóry, nie spada. Zapach posiada przyjemny, dość intensywny, skojarzył mi si trochę z płynem do płukania tkanin.


Warto pamiętać o delikatnym pomasowaniu maski jeszcze przed wyjęciem jej z opakowania, aby dobrze rozprowadzić składniki. Po opuszczeniu opakowania od razu można zauważyć tworzące się bąbelki, co wygląda dość zaskakująco. Po nałożeniu maski na suchą skórę i dokładnym jej rozłożeniu wystarczy odczekać 2 minuty, aby zaczęła "się pienić". Wygląda się w niej hmmm... interesująco. Trochę kojarzy mi się z puchatym zwierzątkiem z jakiejś produkcji dla dzieci. Naprawdę żałuję, że nie odwiedził mnie wtedy mój ulubiony listonosz - ten sam od niebieskiej glinki i czarnej, węglowej maski. Chciałabym zobaczyć jego minę :D
Po 10 minutach wyglądałam już tak:


Bąbelkowanie nie jest tylko ciekawym dodatkiem i efektem odróżniającym maskę od innych. Zapewnia ono bowiem skórze delikatny, acz skuteczny masaż. Jest to bardzo przyjemne uczucie lekkiego łaskotania, wręcz uzależniające. W dodatku trwa przez całe 10 minut, a pewnie nawet dłużej. Po prostu ta maska cieszy, wywołuje uśmiech na mojej twarzy i to mi się podoba :)


Maska nie podrażniła mojej skóry, nie spowodowała szczypania czy łzawienia oczu. Po zdjęciu zostawia na skórze delikatną, śliską powłokę, którą należy zmyć. Skóra była natomiast dobrze oczyszczona, wydaje mi się też, że część zaskórników z nosa zniknęła, choć przyznaję, że miałam ich niewiele. Spodobało mi się, że twarz po jej użyciu nie błyszczała się przez kilkanaście godzin, więc pokusiłabym się o stwierdzenie, że reguluje wydzielanie sebum. I to wszystko bez nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Maska pozostawiła skórę gładszą, miękką, elastyczną, milszą z dotyku, nawilżoną, a pory lekko przymknięte. Najbardziej zauważalne jednak było rozjaśnienie skóry, zwłaszcza moich zaczerwienionych policzków - wreszcie kolor cery ujednolicił się jak po cienkiej warstwie podkładu. Resztki maski (pianki) domyłam płynem micelarnym, a następnie skórę stonizowałam według wskazań producenta, wtedy była już gotowa na kolejne etapy pielęgnacji np. toner czy serum.


Standardowa cena Pore Bubble Cleansing Mask to 25zł/szt. (23ml), obecnie jest w promocji za 16,90zł. Często można ją także spotkać w różnorodnych zestawach maskowych. Pamiętajcie, aby produkty marki kupować u polskiego dystrybutora, by nie nabrać się na liczne podróbki.

Planuję zakup kolejnych sztuk, bo nie zamierzam się pozbawiać tak przyjemnego efektu masującego. Znacie podobnie działające mask sheety? 

Maski w płachcie: L'biotica, Dotleniająca, Skin79 Wybielająca panda oraz Rozjaśniająca zielona Purifying

Lubię maski w płachcie (tzw. mask sheet), obok tych glinkowych to moje ulubione. Szybko się je nakłada i zdejmuje, a efekty naprawdę są. SĄ. Raz lepsze, raz gorsze, wiadomo, wszystko zależy od składników, ale niczego nie trzeba odmierzać i mieszać, nie trzeba ostrożnie nakładać, żeby nie skapnęło na naszą nową śliczną bluzkę :) Dziś mam dla Was aż trzy recenzje takich właśnie masek. Zapraszam.

L'biotica, Maska na tkaninie Dotleniająca + CO2


Od producenta:
"Aktywne, regeneracyjne działanie CO2 na skórę znane jest i szeroko wykorzystywane przez kosmetologów oraz lekarzy medycyny estetycznej. Związek ten stymuluje przepływ krwi, tlenu oraz składników odżywczych w skórze. Dzięki temu skóra jest widocznie rozświetlona i odzyskuje naturalną sprężystość.
Bardzo bogaty skład maseczki to składniki
takie jak m.in. Acerola – owoc bogaty w witaminę C, prowitaminę A oraz wit. B1, wit. B2, wit. PP, wapń, fosfor i  żelazo, a także karotenoidy i flawonoidy, które mają działanie antyoksydacyjne. Posiada dobroczynne właściwości przeciwutleniające, neutralizujące wolne rodniki, przeciwdziałając przedwczesnym procesom starzenia się skóry.
Dzięki nowoczesnej technologii substancje aktywne zawarte w masce są doskonale wchłaniane i wnikają nawet w głębokie warstwy skóry. Maska na nasączonej tkaninie spełnia rolę filtra, który w połączeniu z ciepłotą ciała stopniowo uwalnia aktywne składniki i pomaga wnikać im w głębokie warstwy skóry.
Polecana jest do całorocznej pielęgnacji każdego rodzaju skóry szczególnie potrzebującej ujednolicenia kolorytu, wygładzenia i nawilżenia."


Maska ukryta jest w tekturowym opakowaniu,  które wygląda ładnie, estetycznie i zwraca na siebie uwagę. Mamy tu mnóstwo informacji nt. działania, składników i sposobu aplikacji. Maska kosztuje ok.10-15 zł/sztukę. Producent obiecuje, że stosując ją 1-2 razy w tygodniu uzyskamy cerę pełną blasku, zdrową i odmłodzoną. Więcej KLIK.


Skład:  szczegóły poniżej. Rzucił mi się w oczy ulubieniec w postaci niacynamidu oraz niacyny, wit. E, liczne roślinne ekstrakty i kwasy, acerola i olejki eteryczne pod koniec.


W tekturowym opakowaniu znajduje się  saszetka z maską. Maska jest naprawdę mocno nasączona, ale na szczęście nie kapie. Pachnie bardzo przyjemnie, świeżo i dość intensywnie, ale nie jest to zapach męczący i duszący. Sama maska ma klasyczny kształt białej płachty z otworami na oczy, nos i usta, ale w porównaniu do Skinowych jest odrobinę mniejsza - i dobrze! Świetnie się przystosowała do mojej twarzy, nic nie odstawało, a przy tym dobrze się trzymała.


Maska nie podrażniła skóry i nie spowodowała łzawienia oczu. Po zalecanych 15 minutach zdjęłam ją, choć nadal była mokra - resztką serum przetarłam jeszcze twarz oraz szyję i dekolt. Przez dłuższą chwilę skóra delikatnie się lepiła, ale to ustąpiło. Uzyskałam cerę pełną blasku, co nie ma nic wspólnego z ordynarnym błyszczeniem. Niacynamid pięknie przymknął pory, przez co skóra wydawała się gładsza, zadbana i sprężysta. Maska dobrze nawilża skórę, nie ściąga jej, nie wysusza. Twarz wygląda na zdrowszą, młodszą i promienną.


Skin79, I'm Purifying, Rozjaśniająca maska w płachcie, Zielona z serii kolorowej


Od producenta: opis na zdjęciu.


Maskę otrzymamy w saszetce, na której są podstawowe informacje po angielsku i polsku (na naklejce dystrybutora). Seria kolorowa jest w tym momencie niedostępna na oficjalnej stronie dystrybutora, ale mam nadzieję, że to sytuacja tymczasowa. Kosztowała, w zależności od promocji, 10-20zł/sztukę.


Skład: szczegóły poniżej. Mamy tu m.in. ekstrakt z lawendy, rozmarynu, tymianku, szałwii i wielu innych, cennych roślin do tłustej skóry oraz alantoinę.


Saszetka łatwo się otwiera, ukazując wewnątrz dobrze nasączoną tkaninę.  Maska jest klasycznie biała i posiada otwory gdzie trzeba. Dla mnie jest odrobinę zbyt duża, przez co muszę trochę kombinować z zaginaniem jej, by dobrze przylegała do skóry. Mimo wszystko dobrze się trzyma, nic się nie osuwa i nie kapie. Pachnie niesamowicie, trochę cytrynowo, trochę przyprawowo, trochę herbaciano, a gdzieś w tle wyczuwam też alkohol. Zapach ten nie męczy, a umila aplikację.



Po ok. 20 minutach maskę zdjęłam, mimo że wciąż była wilgotna - tradycyjnie przetarłam resztką serum szyję i dekolt.  Jak się wygląda w masce? Zabójczo... lepiej, żeby postronny obserwator się nie napatoczył na ten widok, bo jeśli akurat jest fanem horrorów zawał murowany ;) Maska mnie nie podrażniła, nic nie piekło ani nie swędziało, a oczy nie łzawiły. Po ok. 10 minutach od jej zdjęcia miałam krótkotrwałe uczucie ściągnięcia cery, ale skóra się nie lepiła.


Maska  przede wszystkim doskonale i na długo przymknęła pory, przez co cera wyglądała nieskazitelnie, była gładka i niemal dziewczęca. Skóra byłą odświeżona, oczyszczona, pełna blasku, a zaczerwienienia mniej widoczne. Wiem, że u niektórych dziewczyn powodowała wysyp - u mnie nic takiego nie miało miejsca, wręcz przeciwnie - skóra przez kilka dni była w idealnym stanie.



Skin79, Whitening Care, Wybielająca maska w płachcie, Panda z serii Animal


Od producenta:
"Innowacyjny design nowych masek w płacie zachęca do zabawy podczas codziennej rutyny pielęgnacyjnej. CZARNA PANDA to maska mocno wybielająca. Stosowana regularnie wyrównuje koloryt skóry i niweluje cienie. Wzbogacona o silny antyoksydant, jakim jest witamina B3, tu w postaci amidu kwasu nikotynowego, pomaga zapanować nad przebarwieniami, zwiększa nawilżenie, poprawia barierę lipidową naskórka. Przeznaczona zarówno do cer z problemami, jak i tych bardziej wrażliwych czy dojrzałych. Produkt wolny od parabenów, pochodnych formaldehydu i ftalanów."



Maska w saszetce kosztuje od 10-20zł/sztukę np. TUTAJ.  Opakowanie kusi słodkim wizerunkiem pandy i nie bez powodu! Z samej saszetki wiele się nie dowiemy, chyba że znacie koreański? Mamy skład, mini info po angielsku i naklejkę dystrybutora, to musi wystarczyć.



Skład:  szczegółowy poniżej. Wnioskuję, że zawiera m.in. sporo mojego ulubionego niacynamidu, ekstrakty z roślin, alantoinę, glicerynę.



Tradycyjnie łatwo się otwiera ukazując wewnątrz maseczkę z wizerunkiem pandy. Tak, tak - nakładając ją na skórę będziemy wyglądać jak panda, całkiem zabawne wrażenie. Maseczka jest oczywiście doskonale nasączona, ale nie kapie. Szczególnie spodobał mi się jej zapach, który towarzyszy zarówno podczas aplikacji jaki i jakiś czas po niej - delikatny, lekko kwiatowy, ale z jakąś nutą cierpkiego owocu w tle. Dziwny, ale intrygujący. Panda nie podrażnia jak jej różowa koleżanka z serii kolorowej.


Dobrze się trzyma twarzy i mam wrażenie, że jest trochę mniejsza niż te wielkie mask sheety z serii kolorowej. Po 20 minutach zdjęłam ją, a resztką przetarłam szyję - jak zawsze. Uczucie ściągnięcia skóry towarzyszyło mi jedynie przez chwilę po zdjęciu maski, podczas wchłaniania się serum, potem zniknęło zupełnie. Kiedy płyn już się wchłonie, skóra bardzo się błyszczy. Nie, nie ma na niej sebum i nie jest tłusta, po prostu się błyszczy i delikatnie lepi. Jak dla mnie trochę za dużo tego blasku. Jednocześnie skóra jest mocno napięta, a pory są kompletnie niewyczuwalne w dotyku, cera jest gładka, jędrna i sprężysta. Maska ładnie rozjaśnia zaczerwienienia, to w końcu jej główne zadanie - moje policzki wyglądają po prostu lepiej niż przed nałożeniem jej.


Wszystkie maski bardzo przypadły mi do gustu! Wspaniale chłodzą, więc są świetnym rozwiązaniem na zbliżające się wielkimi krokami lato. Jednocześnie sama aplikacja jest szybka, bezproblemowa i przyjemna, więc chętnie poznam kolejne!

Miałyście któreś z tych mask sheetów? Polecacie inne?

Wykończeni w kwietniu

Kwiecień był raczej spokojnym miesiącem, przynajmniej u mnie. Starałam się sumiennie zużywać kosmetyki do końca, by niczego nie zmarnować, ewentualnie oddać je dalej. Zgadnijcie jaka mnie spotkała za to nagroda.... Tak, tak, w maju otworzyłam kolejne, świeże, pięknie pachnące butle - czasem warto czekać :) Zapraszam na denko.


Lambre, Matujący krem do twarzy i pod oczy na noc: bardzo się polubiliśmy z tym kosmetykiem. Ma fajną, szklaną czy też porcelanową buteleczkę z pompką, bardzo łatwe dozowanie. Jest niesamowicie wydajny, szybko wchłania się do matu. O konsystencji i zaskakującym zapachu napiszę już wkrótce. Chętnie kupię.

Eveline, Argan Oil, Krem pod oczy: o tym  dlaczego się nie spotkamy więcej pisałam szerzej TUTAJ. Nie żałuję, że się skończył, bo choć krzywdy nie zrobił to i nie zdziałał nic. Zupełnie nic. Nie kupię.

Avon, Planet Spa, Nawilżająca maseczka do twarzy: całkiem ciekawa maska, ale szału nie robiła. Wkrótce ukaże się post zbiorczy na temat wszytskich maseczek z Avonu jakie miałam. Raczej nie kupię, zakochałam się w glinkach i maseczkach w płachcie.

Wibo. Mascara Panoramic Lashes: początkowo fajnie się spisywała, bo byłam przyzwyczajona do dużych szczoteczek, ale gdy uroiły mi rzęsy po serum Floslek nijak nie umiałam się nią pomalować. Poza tym szybko zgęstniała, zaczęła tworzyć grudki i sklejała. Nie kupię więcej.


Ziaja, Bloker: miałam go chyba ze sto lat, jest kosmicznie wydajny. To jeden z pierwszych kosmetyków, o jakich pisałam na blogu TUTAJ (czytając stare posty widzę, jak dużo zmieniłam w swoich wpisach, mam nadzieję, że na plus!). Faktycznie blokował pocenie, ale potrafił podrażniać, a w lecie z powodu ciągłego golenia pach okazywał się bezużyteczny - to jedna z pierwszych zasad, jakiej się przy nim nauczyłam - nie stosujemy go po depilacji, bo swędzi, piecze, łzy z oczu wyciska, koszmar! Nie wiem czy kupię.

Cath Kidston, Żel pod prysznic: prezent od Kochanej Sisi. Żel idealny na wiosnę - o zapachu piwonii! Dobrze się pieni, oczyszcza skórę, ładnie się zmywa. Przyjemny produkt. Może kupię za rok :)

Neutrogena i Verona, Kremy do rąk: ciekawe kto mi uwierzy, że w tym samym czasie wykończyłam aż trzy kremy do rąk! Naprawdę zużywam je namiętnie, jeden nosiłam w torebce, drugi był w pracy, trzeci stał przy łóżku. Na noc mieszałam dwa różne, bo żaden nie dawał mi tego komfortu jakiego oczekuję od kremu nocnego. Napiszę o nich w poście zbiorczym :) Nie kupię.

Shefoot, Krem odżywczy do stóp: u mnie zupełnie się nie sprawdził i bardzo żałuję, bo pokładałam w nim spore nadzieje. Pisałam o tym dokładnie TUTAJ. Nie kupię.


Sylveco, Lniana maska do włosów: jak wiecie Sylveco lubię, tym bardziej byłam zaskoczona, że ten produkt tak obciążał i przyklapywał moje cienkie włosy. Na szczęście napisała o nim Justynka i uświadomiła mi, że maskę można nakładać na dwa sposoby.  O tym, który sposób sprawił, że miałam w końcu wspaniałe, błyszczące włosy możecie przeczytać TUTAJ. Kupię na pewno!

Syoss, Balsam do włosów: nie dogadaliśmy się w żaden sposób. Ani przed myciem, ani po myciu, ani zostawiony na dłużej, ani spłukany od razu. Albo przeciążał i sprawiał, że włosy szybko wyglądały nieświeżo albo spuszał je i robił siano. Więcej pisałam TUTAJ. Nie kupię.


Cleanic, Płatki kosmetyczne: stały bywalec denka, choć teraz mam inne. Zobaczymy. Na pewno kupię je jeszcze nieraz.

L'biotica i Skon79, Maski w płachcie: posty się piszą. Obie są bardzo wygodne w stosowaniu, dobrze się trzymają skóry i dają pewne efekty. Jakie? O tym wkrótce :)

Próbki: genialny krem matujący na dzień Floslek, fajny brzozowy Sylveco i nocny krem Alva, z którym się nie polubiłam - za tłusty, zbytnio obciążający skórę.

Jak na mnie denko skromne, ale sukcesywnie utrzymuję tendencję do zużywania, co mnie cieszy. Miałyście coś z tej gromadki?

Wykończeni styczeń-luty

Jak szybko mijają dni... Chyba nie muszę nikogo o tym przekonywać? Jednak mi umykają nawet całe miesiące! Jeszcze niedawno były Święta, Sylwester, a dziś kończy się luty? Jak? Kiedy? Gdzie?? Czasem trudno uwierzyć, że czas jest stały i nie przyspiesza cichcem jak tylko się odwrócę... I tylko puste opakowania przypominają o kosmetykach, które już były, ale się zużyły... 


Sylveco, Lipowy płyn micelarny: nie będę się rozpisywać: kocham! Druga zużyta butelka i na pewno nie ostatnia. Pisałam o nim, uwielbiam i na pewno kupię jeszcze nie raz.

DLA, Niszcz pryszcz, Krem na noc: genialny, nietłusty krem o wspaniałym składzie i ziołowym zapachu. Świetnie wpływa na tłustą cerę, nawilża, nie zapycha, nie uczula. Posiada pompkę typu airless i jest niesamowicie wydajny! Pisałam recenzję, jeszcze kupię.

Skin Chemists, Krem z retinolem: bardzo dobry krem, lekki, rozświetlający cerę. Nie ma za dużo retinolu w składzie, więc świetnie nadaje się do rozpoczęcia przygody z tym składnikiem, jak było u mnie. Teraz wiem, że moja cera bardzo się z retinolem lubi, a sam krem uelastycznia skórę i niweluje w ten sposób widoczność zmarszczek. Pisałam o nim, lubię, ale ze względu na wysoką cenę poszukuję zamiennika.

Avon, Maseczka turecka oraz oczyszczająca: gotowe maski na bazie glinek, całkiem skuteczne, na pewno wygodne w użyciu. Składy nie powalają, zwłaszcza, że jestem fanką glinek, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzą. Będzie post.


Ziaja, Liście Manuka, Pasta oczyszczająca: druga tubka pasty, którą najczęściej traktuję jak peeling. Dobrze wygładza, usuwa suche skórki, ale lepiej nie przesadzać z częstotliwością jej stosowania, gdyż potrafi przesuszyć. Raz w tygodniu w zupełności wystarcza. Pisałam o niej, lubię, mam kolejna tubkę.

Sylveco, Oczyszczający peeling do twarzy: drobinki korundu są drobne, ale bardzo ostre, więc skutecznie usuwają martwy naskórek, pozostawiając skórę miękką i odświeżoną. Pozostałe składniki, w tym skrzyp polny, dobrze wpływają na tłustą skórę, a przy tym nie zapychają. Pisałam, lubię, na pewno jeszcze kupię.

Skin79, Maska w płachcie wybielająca: fajnie zwęża pory i odświeża, niestety trochę mnie podrażniła, przez cały czas trzymania jej na skórze łzawiły mi oczy. Z tego względu na pewno już jej nie kupię, ale jestem ciekawa innych wersji! Pisałam o niej.

Próbki: Sylveco i Biolaven lubię, Biolaven pełną wersję mam już w zapasach :) Go Cranberry zaciekawił mnie, ale póki co z zakupem się wstrzymam, natomiast jej wersji Bandi nie kupię na pewno - krem mnie podrażnił i trochę mnie po nim wysypało, więc mojej skórze się nie spodobał.


Sukin, Woda micelarna: bardzo ciekawy kosmetyk prosto z Australii. Posiada interesujący zapach, wanilinowy, pierwszy raz się z takim spotkałam przy demakijażu. Poza tym świetnie sobie radzi z make upem. Będzie recenzja.

Iwostin, 40+, Krem pod oczy liftingujący: bardzo mi się spodobał, dobrze się spisywał zarówno na noc jak i na dzień. Lekki, ale skuteczny. Rozjaśnia cienie, zmniejsza widoczność zmarszczek, nie szkodzi oczom. Pisałam o nim.

T'e'N, Krem liftingujący: bardzo ciekawy kremik o delikatnym zapachu i przyjemnej konsystencji. Zużyłam go na szyję i dekolt, a skóra po nim była miękka, nawilżona i ujędrniona. Pełnej wersji raczej nie kupię, bo jest trudno dostępny.


Kobo,  Ideal Volume, Tusz do rzęs: cudo, cudo, cudo! Do tej pory nie lubiłam silikonowych szczotek, ale ta jest idealna! Świetnie rozczesywał i podkreślał rzęsy, a przy tym dawał wystarczający, a nie karykaturalny wygląd. Dzięki niemu rzęsy wyglądały pięknie, ale nie sztucznie. Na 100% kupię, post też będzie.

Manhattan, Supersize, Podrubiający tusz do rzęs: bardzo fajny tusz z mega grubą szczotką. Fajnie podkreśla rzęsy, choć czasem przy dwóch warstwach potrafi tworzyć grudki, trzeba się trochę nauczyć go używać. Za to jest tani i łatwo dostępny. Pisałam o nim, może kupię.

Avon, Waniliowy balsam do ust: malutki, bardzo wygodnie się go nosi ze sobą w kieszeni czy torebce. zapach jest delikatny, wydaje się naturalny. Balsam na ustach jest lekki, ale zabezpiecza je przed słońcem czy mrozem. Kolejne moje opakowanie, może jeszcze kiedyś kupię.

Avon, Wysuwana kredka do oczu: kocham je wszystkie! Mam mnóstwo kolorów i bardzo je lubię, są miękkie, łatwo się nimi rysuje kreskę, a przy tym dają ładny efekt rozświetlonego spojrzenia. Więcej napiszę w  planowanym poście zbiorczym nt. moich kredek do oczu :) Mam następne!

Lovely, Wysuwana kredka z gąbeczką: tej kredki nie polubiłam od razu, bo kreski nią zrobione nie utrzymywały się na mojej powiece nawet przez godzinę... Gąbeczka też jest zbyt twarda, aby ładnie rozmazać kredkę, więc już miałam ją spisać na straty, gdy w geście ostatniej szansy użyłam jej jako ołówka do brwi.. I to był strzał w dziesiątkę! Brązowo-szary odcień ładnie się wtapiał w moje włoski, podkreślał i, o dziwo, trzymał się do wieczora. Będzie we wspomnianym kredkowym poście, może jeszcze kiedyś kupię.


Ziaja Med,  Szampon przeciwłupieżowy: miętowy zapach fajnie umilał prysznic, a używałam go sporadycznie. Testując dużo nowych kosmetyków do włosów czasem dostaję łupieżu i wtedy mnie ratował. Dobrze się pieni i myje włosy, nie powoduje przesuszenia ani przetłuszczenia skalpu. Pisałam o nim.

Seboradin, Szampon i maska: bardzo zgrany duet, który pomógł mi w walce z wypadającymi włosami na jesieni. Komórki macierzyste i wiele ciekawych ekstraktów, zwłaszcza w masce, wzmocniły włosy i skórę głowy, przez co problem się zmniejszył i to zdecydowanie! Na efekty czekałam ok. miesiąca, wiadomo, że mało co działa od razu, ale opłacało się. Pisałam o nich, może kupię.

got2b, Lakier do włosów Volumania: zużył go mój mąż, bo ja w ramach walki z wypadaniem zrezygnowałam prawie całkowicie ze stylizacji. Posiada ciekawy zapach, jak dla mnie sztucznej maliny. Działanie ma średnie - bardzo zlepia włosy, tworząc z nich skorupę, przynajmniej rozpylany nad krótką, męską fryzurą. Nie kupimy.


Greenland, Żel pod prysznic w piance: fajny pomysł na umilenie sobie prysznica! Delikatny zapach, otulający zmysły, choć krótkotrwały i dobre działanie myjące, skład oparty o SLES. jako odskocznia od codzienności świetny! Pisałam o nim, jak spotkam w dobrej cenie kupię.

Biolaven, Żel myjący do ciała: winogronowy zapach, dobre pienienie i działanie, a przy tym nie wysusza skóry. Czego chcieć więcej? Aha i skład delikatny, bez SLS. Kupię i pisałam o nim.

CD, Cytrynowy żel pod prysznic: mój ulubieniec na siłownię! Fajny zapach, bardzo orzeźwiający, gęsta konsystencja. Dobrze się pieni i myje. Skład oparty na SLS, więc jeśli ten składnik nie wysusza Wam skóry polecam. Będzie post.

Evree, Olejek do ciała: fajny produkt, choć zdecydowanie lepiej się u mnie spisywał nakładany od razu na wilgotną skórę po prysznicu. Trochę natłuszcza skórę, nawilża, odżywia. Pisałam, może kupię.


DLA, Krem do rąk: świetnie nawilżający bez uczucia lepkości czy tłustych rąk krem. Skład przyjemny, ale niestety nie przypadł mi do gustu jego zapach. Dla takiego działania przymykałam jednak oko, a zużywałam go głównie na noc, bo szkoda mi było go zmywać w ciągu dnia. Jest mega wydajny. Pisałam o nim, chętnie jeszcze kupię.

Green Pharmacy, Krem do stóp ochronny: bardzo fajny, świetnie się wchłania i nawilża stopy. Ma działanie ochronne, więc kupiłam go, by chronić się przed ewentualnym zarażeniem się grzybicą w saunie czy na siłowni. Wzmacnia skórę i jej zdolność do obrony przed infekcjami. Pisałam, kupię.

Loko-Kolor, Zmywacz do paznokci: kolejna buteleczka taniutkiego zmywacza, który uwielbiam. ładnie pachnie, nie niszczy paznokci i dobrze zmywa. Mam kolejną butelkę.


Zazwyczaj podaję linki do recenzowanych już produktów, ale myślę, że łatwo je znaleźć używając etykiet na dole :)

Przypominam też o konkursie, w którym do wygrania jest zestaw świeczek. Zostały tylko 3 dni na zgłoszenie się, wystarczy kliknąć w baner.

http://cosmeticosmos.blogspot.com/2016/02/konkurs-wygraj-swiece-bispol.html

Znacie coś z mojego denka? Jak tam wasze zużycia?

Skin79, Maska wybielająca w płachcie

O marce Skin79 jest już tak głośno, że chyba nie muszę jej nikomu przybliżać. Po szale na rosyjskie kosmetyki w najlepsze trwa boom na koreańskie. Jako niezwykle ciekawska osóbka musiałam co nieco tych kosmetyków poznać, a zaczęłam od próbek i maski wybielającej. Nie znaczy to, że w zapasach nie mam kolejnych, mam, a jakże, ale grzecznie czekają na swoją kolej :)


Skin79 Ultra Light Mask Sheet ma według producenta:
"Wybielająca maska w płachcie wyrównuje koloryt skóry pozostawiając ją świetlistą i gładką. Opatentowany składnik Phyto-Oligo wnika w głębokie warstwy skóry zapewniając długotrwałe zatrzymanie wilgoci.
Maska zawiera ekstrakty z róży, aloesu, wiśni, olejek z limonki oraz anyżu gwieździstego działającego antyseptycznie.
Na oczyszczoną skórę twarzy nałożyć maskę, trzymać 15-20 minut. Po zdjęciu przetrzeć skórę tonikiem." 


Opakowanie jest wściekle różowe, zupełnie nie w moim kolorze, ale rzuca się w oczy. Bardzo łatwo się otwiera, wystarczy pociągnąć w oznaczonym miejscu. Kosztuje 10-15zł/szt, najłatwiej kupimy ją przez internet. Teraz nawet widziałam, że jest w promocji: 2 sztuki za 9,99zł na stronie producenta :)


Skład: zaraz po wodzie gliceryna i glikol butylenowy, odpowiedzialne za nawilżenie i zmiękczenie skóry. Następnie niacynamid (wit. B3), który ja osobiście uwielbiam w kosmetykach, ponieważ genialnie zwęża pory i rozjaśnia przebarwienia (doskonale znam go z moich DIY). Potem mamy ekstrakty z malwy, aloesu, róży, aceroli (zwanej wiśnią Barbados), olejek limonkowy, zagęstniki, emulgator, Disodium EDTA (związek kompleksujący jony metali), dalej alantoinę, regulator pH, Chlorphenesin (konserwant, może podrażniać), 1,2-Hexanediol (konserwant, może podrażniać), Propanediol (nawilża, konserwuje), Caprylyl Glycol (zapobiega wysychaniu), praktycznie na szarym końcu ekstrakt z anyżu, Phenoxyethanol (konserwant, max. stężenie to 1%).


Maska jest bardzo, ale to bardzo mokra, po mocniejszym naciśnięciu wręcz z niej kapie. Zapach nie przypadł mi do gustu, z jakiegoś powodu kojarzy mi się z papierosami i cierpkimi owocami. Na szczęście nie jest nadmiernie intensywny, więc da się wytrzymać. 
Maskę bardzo łatwo się nakłada, ja zaczęłam od okolic oczu, a następnie rozkładałam ją równomiernie na reszcie twarzy. Po bokach posiada rozcięcia, więc łatwo można pokryć nią całą skórę, naciągając gdzie trzeba, choć na załamaniach mimo wszystko trochę się marszczy. Dobrze trzyma się skóry, nie spada.


W masce na twarzy wygląda się... no cóż... zabójczo! Same zobaczcie, lepiej żeby przystojny sąsiad nie przyszedł akurat po cukier :D Trzymałam ją przez 20 min i przez cały ten czas lekko łzawiły mi oczy oraz odczuwałam delikatne mrowienie skóry, być może liczne konserwanty podrażniły mi oczy i skórę. Nie było to nie do wytrzymania, ale miłe również nie. Po tym czasie zdjęłam maskę, mimo że nie cały płyn się wchłonął w skórę. Nie zmarnował się, przetarłam nim szyję i dekolt traktując trochę jak serum.


Po zdjęciu maski otrzymałam lekko lepiącą się, wilgotną skórę, która dopiero po chwili wchłonęła pozostałość płynu. Cera została rozświetlona, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, natomiast pory się ładnie przymknęły, dzięki czemu skóra stała się gładsza i równiejsza. Twarz wygląda zdecydowanie lepiej wizualnie, zwłaszcza, że zaczerwienia, które często mam na policzkach, się rozjaśniły i praktycznie znikły. Taki efekt utrzymał się aż do wieczora, czyli kilkanaście godzin. Jednak muszę wspomnieć, że jedna, jedyna krostka, którą akurat miałam (widać ją na zdjęciu, przy uchu, jako zaczerwienienie) została podrażniona, swędziała i lekko piekła, przeszło dopiero po ok. pół godziny.

Podsumowując jestem zadowolona, ale warto zwrócić uwagę na ewentualne podrażnienia. Jeśli macie cerę wrażliwą lub posiadacie niedoskonałości lepiej z nią uważać. Zawarta w masce mnogość ekstraktów powoduje, że skóra zostaje ładnie nawilżona, wygładzona, a zaczerwienienia rozjaśnione, pory zaś mniej widoczne i to na kilka-kilkanaście godzin.

Znacie maski w płachcie Skin79? Mam jeszcze kilka do wypróbowania, liczę, że następne mnie jednak nie podrażnią.
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj