Pielęgnacja twarzy czyli Opróżniamy kosmetyczni z Trusted Cosmetics

Czas na kolejne wyzwanie akcji Trusted Cosmetics KLIK! Aktualny temat jest moim ulubionym, bowiem mowa będzie o pielęgnacji twarzy. Do zagadnienia postanowiłam podejść szerzej, ponieważ uważam, że niektóre sprawy warto powtarzać aż do utrwalenia :) Będzie trochę porad, trochę oczywistości i trochę kosmetyków. Zapraszam.

Każda z nas marzy o pięknej, gładkiej i porcelanowej cerze, to dla mnie oczywiste. Ale jak to osiągnąć? Większość dorosłych ma skórę albo suchą, albo tłustą, albo też mieszaną...  Oznacza to, że borykamy się z różnymi, niechcianymi zresztą, dolegliwościami jak suche skórki, zmarszczki, pryszcze, błyszczenie, widoczne naczynka - wiem, to tylko wierzchołek góry lodowej.

Jako nastolatka zaniedbywałam pielęgnację na rzecz makijażu i niestety z moich obserwacji wynika, że to raczej norma wśród młodych osób także i dzisiaj. Niekoniecznie zmywałam makijaż, a po imprezie chyba nigdy. Nie używałam toniku. Nie zwracałam uwagi na składy. Kremy uważałam za zbędne, a skórę często myłam zwykłym żelem z SLS. Wycierałam twarz ręcznikiem do ciała. Więcej grzechów nie pamiętam :) Oczywiście miało to swoje skutki, bo choć nigdy nie borykałam się z nadmiernym trądzikiem, to różne niedoskonałości towarzyszyły mi od zawsze - taki urok tłustej skóry, która się łatwo zapycha.

Najważniejszy jest jednak ciągły rozwój i nauka, a najlepiej się uczymy na błędach, tak więc chciałabym się z Wami podzielić swoimi zasadami, które przy regularnym stosowaniu znacząco pozytywnie wpłynęły na stan mojej skóry i które są podstawą pielęgnacji twarzy, jaką uskuteczniam :)

Pielęgnacja skóry twarzy: zasady, których warto przestrzegać



1 zasada: Bezwarunkowe, codzienne oczyszczanie skóry rano i wieczorem (bez wyjątków)

Rano zawsze oczyszczam skórę po nocy, najczęściej płynem micelarnym oraz przecieram ją tonikiem. Następnie nakładam krem na dzień lub serum i dopiero potem makijaż. Wieczorem dokładnie myję żelem i micelem oraz tonizuję skórę tonikiem. Co 3 dni używam peelingu, kiedyś najczęściej mechanicznego, obecnie stawiam raczej na delikatniejsze produkty.
Uwaga: Nie ma od tego odstępstw! Nie ma wymówek! Nawet jak jestem zmęczona, chora, zdenerwowana, po imprezie...

Na dzień dzisiejszy używam:
- końcówka micela Tołpy: bardzo skuteczny, zazwyczaj niepodrażniający skóry ani oczu, domywa wszystko jak leci;
- nowo otwarty żel z mikrogranulkami Perfecta: fajny orzeźwiający zapach, całkiem nieźle myje skórę, zawiera maleńkie drobinki, które masują skórę, ale użyłam go ledwo 2-3 razy, więc z opinią jeszcze się wstrzymam;
- Mizon peeling gel: cudo! bardzo fajnie się go używa, a działanie czuć prawie natychmiast, niesamowicie skuteczny kosmetyk z wygodna pompką, póki co jestem nim zachwycona, choć zapach mógłby mieć lepszy;
- Nacomi czarne mydło: mega gęste, świetnie trzyma się skóry, zazwyczaj używam go do twarzy jako peeling enzymatyczny, nie podrażnia jeśli nie trzymam go zbyt długo, zmiękcza i oczyszcza cerę.


2 zasada: Oddzielny ręcznik tylko do twarzy

Najlepiej miękki i szybkoschnący, ponieważ warto często go prać. Dzięki oddzielnemu ręcznikowi zmniejszam ryzyko przenoszenia bakterii, a co za tym idzie cera wygląda lepiej. Sprawdzą się także np. jednorazowe ręczniki papierowe. 
Uwaga: tak samo często piorę poszewki na poduszki, a w zimie szaliki itp. Wszystko co dotyka twarzy powinno być czyste :)


3 zasada: Tonik lub hydrolat jest niezbędnym elementem pielęgnacji, nie można go pomijać

Nie warto pomijać tego kroku pielęgnacji, tonik nie jest przecież zwykłą wodą. Służy on przede wszystkim do przywrócenia skórze właściwego pH, dzięki czemu wiele zyskujemy: między innymi lepiej się wchłaniają składniki aktywne z kosmetyków, a sama skóra lepiej sobie radzi z bakteriami. Woda wodociągowa czy większość kosmetyków zmienia pH skóry, które naturalne wynosi 5,5 czyli jest lekko kwaśne.
Zbyt niskie (kwaśne) pH powoduje nadprodukcję sebum, wypryski, świecenie i powiększenie porów, natomiast zbyt wysokie (zasadowe) pH sprawia, że skóra łatwo się podrażnia, jest ściągnięta, sucha i namnażają się na niej bakterie powodując infekcje.
Uwaga: micele powinny posiadać już właściwe pH, więc zmywając nimi makijaż teoretycznie można ten etap pominąć, ale z moich doświadczeń wynika, że nie warto, bo lepiej mieć pewność, tym bardziej, że toniki zwykle nie są drogie i łatwo zrobić je samemu (choćby mieszając wodę destylowaną z octem jabłkowym albo sokiem z cytryny w odpowiednich proporcjach). Nie używam toników z alkoholem, który niby dezynfekuje skórę, ale też i niepotrzebnie ją wysusza i osłabia.

Na dzień dzisiejszy używam:
- hydrolaty: pomarańczowy, z kwiatów pomarańczy (to nie to samo!), lawendowy i różany: wszystkie bardzo lubię, nie tylko przywracają skórze odpowiednie pH, ale i dostarczają jej substancji aktywnych, w większości posiadają też przyjemny, naturalny zapach i są bardzo wydajne;
- hibiskusowy tonik Sylveco: posiada świetny skład i ciekawą, żelową konsystencję, zawiera cenny ekstrakt z hibiskusa, który pozytywnie wpływa m.in. na cerę naczynkową, oczywiście także tonizuje.

 

4 zasada: Unikanie zapychaczy i przyspieszaczy zmarszczek

O parafinie chyba słyszał już każdy, jedne z nas jej unikają, inne nie. Każda z nas ma prawo do własnego zdania, ale dwie rzeczy są pewne: parafina zapycha pory, co jest szczególnie nieprzyjemne dla posiadaczek tłustej cery oraz przyspiesza powstawanie zmarszczek. Ja osobiście jej więc unikam w produktach do twarzy. Tak samo unikam alkoholu, który wysusza i kilku innych substancji. Generalnie warto przyglądać się składom, bo przy odpowiedniej obserwacji reakcji skóry jesteśmy w stanie się dowiedzieć co jej nie służy.
Uwaga: parafina znajduje się nie tylko w kremach czy mleczkach do demakijażu, ale także w kolorówce. Wiecie ile trzeba się naszukać w drogerii, żeby znaleźć puder bez parafiny?

 

5 zasada: Nie boimy się olejów, ale musimy dobrać odpowiednie

Mam tłustą skórę i często słyszę od koleżanek, że oszalałam używając olejów :) Taki panuje przesąd, że tłustą skórę należy za wszelką cenę wysuszyć i zmatowić. Tyle, że postępując w ten sposób otrzymamy chwilowe korzyści, natomiast w dłuższej perspektywie nasza skóra zacznie produkować więcej i więcej sebum. Dlaczego? Bo skóra nie jest taka głupia, skoro czuje "suchość" to chce się natłuścić i odgrodzić od środowiska. Warto więc ją nie tylko nawilżać, ale i dostarczyć jej niezbędnych kwasów tłuszczowych, które znajdują się właśnie w olejach. Te z kolei można umownie podzielić na "tłuste" i "suche" co w praktyce polega na znacznie szybszym wchłanianiu się i braku nieprzyjemnej warstwy. Do moich ulubionych "suchych" olei do twarzy należą: jojoba, wiesiołek, z pestek malin i moreli, marula.
Uwaga: oleje nakładam na noc zamiast kremu i w przypadku tych "suchych" nigdy nie zdarzyło mi się obudzić rano z tłustą, lepką skórą, ale wiele zależy także od indywidualnych predyspozycji. Moja skóra choć tłusta, jednocześnie jest dość mocno odwodniona, więc spija to, czym ją traktuję.

 Na dzień dzisiejszy używam:
- Calaya, olej marula: delikatny zapach i żółte zabarwienie, dość szybko się wchłania i dobrze łączy z kwasem hialuronowym,
- mazidła, ekologiczny olej jojoba: praktycznie bezzapachowy, lekki olej, którego czasem używam także do ciała, bardzo lubię go za pipetę,
- Vivio, olej z wiesiołka: stosuję go najczęściej do serów i maseczek oraz do... sałatek, jest to bowiem czysty olej jakości spożywczej,
- Mokosh, olej lniany: dość tłusty w porównaniu z powyższymi, stosuję go, gdy moja skóra jest mocniej odwodniona niż zazwyczaj, ale najbardziej lubię traktować nim włosy, uwielbiają to.


6 zasada: Nie pomijamy pielęgnacji szyi

Kiedyś w ogóle nie myślałam o szyi i pomijałam ten krok. Od kilku lat staram się jednak intensywnie dbać i o tą część ciała, co znaczy, że ją peelinguję, tonizuję i kremuję. Codziennie przy okazji pielęgnacji wykonuję także krótki masaż.
Uwaga: w przypadku szyi zawsze wykonujemy masaż lub wklepywanie kremu od dołu ku górze, dzięki temu dłużej pozostanie jędrna i bez zmarszczek.

Na dzień dzisiejszy używam:
- Bandi, Krem na szyję i dekolt: niesamowicie wydajny, dość gęsty krem o delikatnym zapachu, ładnie nawilża skórę i lekko ją napina, szybko się wchłania.


 

7 zasada: Odpowiedni masaż skóry podczas wklepywania kremu

Tutaj musiałabym się bardzo rozpisać, a post i tak jest przydługi :) Generalnie warto poszukać poszukać ciekawych sposobów i znaleźć własny, najlepszy sposób masowania skóry, który nie będzie uciążliwy, a jedynie przyjemny. To naprawdę działa, nie tylko rozluźnia, ale i ujędrnia skórę.
Uwaga: fajnie pisała na ten temat Azjatycki Cukier TU, nic dodać, nic ująć.

 

8 zasada: Serum nie jest fanaberią

Serum co do zasady charakteryzuje się wyższym stężeniem substancji aktywnych niż krem, jest to więc kosmetyk stuningowany i jako takim warto się zainteresować. W dość szybkim czasie jest w stanie nawilżyć lub odżywić skórę, w zależności od użytych składników. Osobiście bardzo je lubię i nie wyobrażam już sobie pielęgnacji bez serum.

Na dzień dzisiejszy używam:
- Ava, Serum z wit. C: szybko się wchłania, a dzięki zawartości wit. C wzmacnia naczynka, na czym najbardziej mi zależało, widzę różnicę przed i po,
-  Payot, Oczyszczające serum z alkoholem: męczę je już dość długo, a używam punktowo na miejsca, które tego wymagają, np. na wypryski, przyspiesza ich wysuszanie,
- mazidła, kwas hialuronowy: nie bez powodu jest w serach, choć nie używam go solo, bo ściąga skórę, a mieszam z olejami (patrz wyżej) i w ten sposób uzyskuję mega szybkie serum diy, które doskonale nawilża i odżywia skórę.



9 zasada: Maseczki to nie tylko przyjemność

O maseczkach piszę często, więc wiecie, że je lubię. Moimi nr 1 wciąż są kolorowe glinki, które przyrządza się bardzo szybko, a w zależności od dodatków mogę stworzyć taką maskę, jakiej akurat potrzebuje moja skóra.

Na dzień dzisiejszy używam:
- Calaya, Glinka niebieska oraz zielona: niebieska glinka oprócz cudownego koloru dobrze oczyszcza i odświeża skórę, natomiast niebieska ją dotlenia dostarcza minerałów i usuwa toksyny,
- Skarby Afryki, glinka biała: najdelikatniejsza i bardzo uniwersalna, właściwie dla każdego, używam jej także do innych kosmetyków, np. robiłam z niej pastę do zębów,
- Cattier, glinka żółta: dostarcza skórze cennych minerałów i delikatnie oczyszcza, uszczelnia też naczynka,
- rosyjska glinka czarna: dobrze oczyszcza skórę z zaskórników, usuwa nadmiar sebum i zanieczyszczeń.



10 zasada: Kosmetyki DIY są osiągalne i skuteczne

W dodatku to fajna zabawa i spora satysfakcja, więc jeśli macie ochotę zachęcam do przejrzenia etykiety na samym dole bloga "DIY" oraz "Zrób to sama". Wbrew pozorom niektóre kosmetyki np. proste sera czy peelingi robi się bardzo szybko.
 

11 zasada: Krem na dzień i krem na noc to zupełnie inne kosmetyki

Niby się o tym wie, ale nie zaszkodzi przypomnieć: krem na dzień powinien posiadać filtr przeciwsłoneczny, a jeśli takowego nie ma, wtedy można posiłkować się specjalnymi kosmetykami lub choćby nałożyć podkład mineralny. Słońce jest do życia niezbędne, ale wszystko czego jest w nadmiarze jest szkodliwe - niestety. Jednocześnie wymagam, aby krem na dzień był lekki, współgrał z każdym podkładem, nie zapychał, przymykał pory i nawilżał. Za to krem na noc może, a nawet powinien być treściwszy, bo wtedy gdy ja śpię, moja skóra wchłania więcej dobroczynnych substancji. Krem na noc nie musi już posiadać filtrów, bo po co, za to np. fajne oleje, kwas hialuronowy czy ekstrakty roślinne są już mile widziane. Jednocześnie wymagam, ale nie zapychał, nie ściągał nieprzyjemnie skóry i nie podrażniał.

Na dzień używam:
- GlySkinCare, Krem SPF30: dość lekki jak na tego typu kremy, choć dodatkowo używam go w niewielkiej ilości, nie zapycha, pachnie standardowo,
- Cien, Krem z granatem: hit, to krem za 8zł z Lidla, a ma świetny skład, jest bardzo lekki, nawilżający i nie podrażnia,
- Bielenda, Krem CC na naczynka: właściwie wyróżnia go jedynie zielony kolor, niestety nie zakrywa zaczerwienienia, a jedynie ochładza odcień, trochę go męczę...


Na noc używam:
- resztki kremu pod oczy ze śluzem ślimaka Mizon: dość lekki, delikatnie napinający i nawilżający kremik,
- Ziaja, Liście Manuka, krem na noc: orzeźwiający zapach, lekko żelowa konsystencja, wchłania się w mig; działanie ma przyjemne, ale za krótko go używam, aby stwierdzić czy daje mi odpowiednie odżywienie,
- Polny Wakrocz, Mazidło ze skrzypu polnego: bardzo tłusty krem, ale używany raz na jakiś czas w minimalnej ilości nie czyni szkód, a ładnie odżywia skórę, ma ładny skład,
- Tołpa, Koncentrat na wypryski: końcówka, używam sporadycznie jak mi "coś wyskoczy", bardzo skuteczny, cudownie pachnie.


Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam, bo post wyszedł naprawdę długi. Czy Wy też kierujecie się podobnymi zasadami? Może macie własne, którymi chcecie się podzielić?

Minirecenzje kosmetyczne / denko majowe

Kolejne miesięczne denko zaowocowało odrobiną kolorówki i zdecydowaną przewagą pielęgnacji (jak zwykle u mnie). W ostatniej chwili przypomniałam sobie jeszcze o skarpetkach L'biotica, które również wyrzucam.


Nacomi, Peeling do twarzy do skóry trądzikowej

świetny peeling korundowy, z bardzo dobrym, naturalnym składem. Dobrze oczyszczał, wygładzał i pięknie pachniał. Do tego jest całkiem wydajny. Z chęcią jeszcze kupię. EDIT: Producent ulepszył formułę! Peeling można też kupić pod marką własną BIOLOVE w drogeriach Kontigo.

Ziaja, Liście Manuka, Tonik zwężający pory

tonik, który spełnia swoje podstawowe zadanie czyli wyrównuje pH skóry oraz dodatkowo lekko zwęża pory. Świetnie pachnie, ma znośny skład. Niestety denerwował mnie sposób aplikacji, wolałabym normalny korek. Być może kupię.

Bandi, Zestaw Female 35+, Olejek do demakijażu

świetny produkt, dokładnie usuwa makijaż, pozostawiając skórę czystą i lekko tłustą. Jest to pierwszy etap oczyszczania marki Bandi, inspirowany metodą azjatycką. Drugim etapem jest pianka, która jeszcze się nie skończyła, więc jak widać olejek jest mniej wydajny. Chętnie jeszcze kiedyś kupię.


Dermacol, Podkład w musie

genialny podkład! Kochałam go bardzo i żałuję, że się skończył, a jest dość słabo dostępny. Odcień nr 7 to prawie idealny kolor mojej nieopalonej cery, leciutko tylko zbyt różowy. Świetnie się aplikuje palcami, dobrze stapia ze skórą, ukrywa pory i niedoskonałości! Był niezastąpiony rano, gdy ledwo przytomna próbowałam się pomalować, bo nie tworzył smug ani cieni, nie ciemniał w ciągu dnia, na długo matowił, co przy tłustej cerze jest nie lada wyczynem. Jak spotkam ten odcień na pewno kupię, choćby nie wiem ile kosztował.

Wibo, Baza pod cienie

nie wyobrażam już sobie bez niej makijażu powieki. U mnie świetnie się sprawdza, dzięki niej cienie się nie rolują ani nie rozmazują. Jest tania, łatwo dostępna i dość wydajna, mimo to posiada i wady. Otworzyłam kolejne opakowanie i mam zamiar o niej wkrótce napisać. Kupię!

Wibo, Tusz do rzęs Growing Lashes

Nie polubiliśmy się. Dawno nie miałam tak koszmarnego tuszu. Szczoteczka do niczego, nie potrafię nią pomalować rzęs, do tego tusz zasechł po... dwóch użyciach. Podejrzewam, że kupiłam otwierany wcześniej egzemplarz, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, żeby nie kupować niezafoliowanych produktów w Rossmannie. Więcej o tuszach do rzęs KLIK. Nie kupię!



Ziaja Intima, Płyn do higieny intymnej z kwasem mlekowym 

kiedyś mój ulubiony, ostatni ze starych zapasów. Obecnie zdecydowanie bardziej zwracam uwagę na składy, więc na pewno do niego nie wrócę. Potrafi podrażniać, ale ma wygodna pompkę i dużą pojemność. Nie kupię.

Fa, Magic Oil, Żel pod prysznic 

dostałam go na I edycji Meet Beauty. Muszę przyznać, że bardzo fajny żel, gęsty i wspaniale pachnący. Dobrze się pieni i oczyszcza skórę, nie zauważyłam, żeby wysuszał. Wydajny. Może kiedyś kupię.

Supertan, Żel pod prysznic

fajny żel o przeciętnym składzie, posiada niepowtarzalny, przyjemny zapach, dobrze się pieni. Potrafi niestety lekko wysuszać skórę i ma beznadziejne, twarde opakowanie. Dodatkowo jest absurdalnie drogi i słabo dostępny.

Apis, Cukrowy peeling do ciała z żurawiną

cudo! Zapach oszałamiający i trwały, dobry skład i świetne działanie. Jedyne co może denerwować to konieczność mieszania przed każdym użyciem. Chętnie kupię!

Avon, Krem do rąk z mleczkiem pszczelim

zużyłam kilka tubek. Posiada ciekawą konsystencję i ładnie pachnie, niemniej jest to krem glicerynowy, potrafi więc wysuszyć skórę. Idealny na dzień, bo nie zostawia tłustej warstwy, na noc kompletnie się nie sprawdza. W promocji kosztuje nawet 4zł, a jest kosmicznie wydajny. Może kupię.

T'e'N, Krem do rąk

bardzo przyjemny krem o zapachu perfum. Umila każdy dzień. Nosiłam go w torebce, a potem przy przepakowywaniu się zapomniałam o nim, ostatnio go dopiero wykończyłam. Niestety jest dość drogi i słabo dostępny, więc raczej nie kupię.

Allpresan, Krem do stóp w piance

coś genialnego! Fajna piankowa konsystencja idzie w parze z naprawdę dobrym działaniem pielęgnującym. Duża zawartość mocznika zmiękcza stopy, nawilża i dba o nie podczas snu, bo najczęściej stosowałam go właśnie na noc. Mogłam zapomnieć o uczuciu tłustej skóry. W dodatku jest wydajny! Na pewno kupię.


Krem Nivea

czyli parafina z parafiną. W mojej kosmetyczce ma zasadniczo dwie i tylko dwie funkcje. Po pierwsze świetnie zabezpiecza skórę podczas malowania brwi henną, a po drugie czasem służył mi do pielęgnacji stóp (jako zabieg parafinowy, czyli: smarujemy stopy dobrym kremem, dajemy mu chwilę na wchłonięcie, po czym wcieramy krem Nivea i zakładamy cienkie bawełniane skarpetki, idziemy spać). Bardzo tani, wyrzucam, bo się znacząco przeterminował, zostało jeszcze go pół opakowania. Może kupię, ale tylko w tych wyżej wymienionych celach.

Dermaglin, Maska do skóry głowy

ciekawy produkt, ale nie obyło się bez komplikacji. Wypłukanie maski to niezbyt przyjemne zajęcie. Wolę własne glinki, gdzie mam kontrolę nad konsystencją produktu.

Skin79, Maska w płachcie Panda

bardzo fajna, jedna z moich pierwszych płacht.

Delia, Henna brązowa 

kolejne moje opakowanie, lubię. Najczęściej właśnie nią przyciemniam brwi -szybko i bezboleśnie.


L'biotica, Regenerująca maska do stóp w formie skarpetek

bardzo ciekawy sposób pielęgnacji, wygodny, ale dość drogi patrząc na efekty. Równie dobrze można posmarować stopy dobrym kremem i założyć skarpetki bawełniane. Jednak raz na jakiś czas można spróbować.



Ulubione mokre chusteczki z Auchana, mam kolejne opakowanie (dobry skład i tanie!). Mydło w płynie z Biedronki, całkiem niezłe, ale wysusza skórę, dobrze się pieni, ładnie pachnie i jest tanie. Płatki kosmetyczne z Auchan - dają radę, ale są dość cienkie, podobno zawierają aloes.  Soleo próbki bronzerów do ciała, bo przecież kobity lubią brąz ;)


Koreańskie kosmetyki próbki

Szczególnie zachwycił mnie Aloe, który zawiera 99% aloesu, więc fajnie nawilża i łagodzi podrażnienia bez uczucia tłustości. Chętnie się kiedyś skuszę na całe opakowanie.

Sera Lioele nieszczególnie przypadły mi do gustu, zauważyłam jedynie delikatne przymknięcie porów. Taka próbeczka to zdecydowanie zbyt mało, by coś więcej powiedzieć.

Za to krem BB Dollish Lioele to coś genialnego. Po wydobyciu z opakowania jest biały, za to podczas rozsmarowywania stopniowo nabiera odcienia podkładu i świetnie się dostosowuje do kolorytu skóry. Magia! Ładnie ukrywa też pory i nierówności, zawiera dużo silikonów, więc konieczne jest bardzo dobre oczyszczenie twarzy wieczorem. Spodobał mi się bardzo!

Ślimacze kosmetyki Holika Holika, czyli Toner i Emulsion - fajnie nawilżają, są bardzo lekkie, więc nie zapychają skóry. Przyjemnie pachną i trochę się ciągną, jak to ślimaki ;) Fajnie pisała o azjatyckich kosmetykach (co to jest toner i emulsja itp.) Interendo, więc jeśli chcecie więcej - zapraszam do Patrycji :) Dodam, że te próbki są mega niewygodne, wydobycie z nich produktu wystawia na niemałą próbę cierpliwość najspokojniejszego człowieka...


Jak Wam się podoba moje denko? Znacie coś, macie opinie na temat powyższych gagatków?

Wykończeni w kwietniu

Kwiecień był raczej spokojnym miesiącem, przynajmniej u mnie. Starałam się sumiennie zużywać kosmetyki do końca, by niczego nie zmarnować, ewentualnie oddać je dalej. Zgadnijcie jaka mnie spotkała za to nagroda.... Tak, tak, w maju otworzyłam kolejne, świeże, pięknie pachnące butle - czasem warto czekać :) Zapraszam na denko.


Lambre, Matujący krem do twarzy i pod oczy na noc: bardzo się polubiliśmy z tym kosmetykiem. Ma fajną, szklaną czy też porcelanową buteleczkę z pompką, bardzo łatwe dozowanie. Jest niesamowicie wydajny, szybko wchłania się do matu. O konsystencji i zaskakującym zapachu napiszę już wkrótce. Chętnie kupię.

Eveline, Argan Oil, Krem pod oczy: o tym  dlaczego się nie spotkamy więcej pisałam szerzej TUTAJ. Nie żałuję, że się skończył, bo choć krzywdy nie zrobił to i nie zdziałał nic. Zupełnie nic. Nie kupię.

Avon, Planet Spa, Nawilżająca maseczka do twarzy: całkiem ciekawa maska, ale szału nie robiła. Wkrótce ukaże się post zbiorczy na temat wszytskich maseczek z Avonu jakie miałam. Raczej nie kupię, zakochałam się w glinkach i maseczkach w płachcie.

Wibo. Mascara Panoramic Lashes: początkowo fajnie się spisywała, bo byłam przyzwyczajona do dużych szczoteczek, ale gdy uroiły mi rzęsy po serum Floslek nijak nie umiałam się nią pomalować. Poza tym szybko zgęstniała, zaczęła tworzyć grudki i sklejała. Nie kupię więcej.


Ziaja, Bloker: miałam go chyba ze sto lat, jest kosmicznie wydajny. To jeden z pierwszych kosmetyków, o jakich pisałam na blogu TUTAJ (czytając stare posty widzę, jak dużo zmieniłam w swoich wpisach, mam nadzieję, że na plus!). Faktycznie blokował pocenie, ale potrafił podrażniać, a w lecie z powodu ciągłego golenia pach okazywał się bezużyteczny - to jedna z pierwszych zasad, jakiej się przy nim nauczyłam - nie stosujemy go po depilacji, bo swędzi, piecze, łzy z oczu wyciska, koszmar! Nie wiem czy kupię.

Cath Kidston, Żel pod prysznic: prezent od Kochanej Sisi. Żel idealny na wiosnę - o zapachu piwonii! Dobrze się pieni, oczyszcza skórę, ładnie się zmywa. Przyjemny produkt. Może kupię za rok :)

Neutrogena i Verona, Kremy do rąk: ciekawe kto mi uwierzy, że w tym samym czasie wykończyłam aż trzy kremy do rąk! Naprawdę zużywam je namiętnie, jeden nosiłam w torebce, drugi był w pracy, trzeci stał przy łóżku. Na noc mieszałam dwa różne, bo żaden nie dawał mi tego komfortu jakiego oczekuję od kremu nocnego. Napiszę o nich w poście zbiorczym :) Nie kupię.

Shefoot, Krem odżywczy do stóp: u mnie zupełnie się nie sprawdził i bardzo żałuję, bo pokładałam w nim spore nadzieje. Pisałam o tym dokładnie TUTAJ. Nie kupię.


Sylveco, Lniana maska do włosów: jak wiecie Sylveco lubię, tym bardziej byłam zaskoczona, że ten produkt tak obciążał i przyklapywał moje cienkie włosy. Na szczęście napisała o nim Justynka i uświadomiła mi, że maskę można nakładać na dwa sposoby.  O tym, który sposób sprawił, że miałam w końcu wspaniałe, błyszczące włosy możecie przeczytać TUTAJ. Kupię na pewno!

Syoss, Balsam do włosów: nie dogadaliśmy się w żaden sposób. Ani przed myciem, ani po myciu, ani zostawiony na dłużej, ani spłukany od razu. Albo przeciążał i sprawiał, że włosy szybko wyglądały nieświeżo albo spuszał je i robił siano. Więcej pisałam TUTAJ. Nie kupię.


Cleanic, Płatki kosmetyczne: stały bywalec denka, choć teraz mam inne. Zobaczymy. Na pewno kupię je jeszcze nieraz.

L'biotica i Skon79, Maski w płachcie: posty się piszą. Obie są bardzo wygodne w stosowaniu, dobrze się trzymają skóry i dają pewne efekty. Jakie? O tym wkrótce :)

Próbki: genialny krem matujący na dzień Floslek, fajny brzozowy Sylveco i nocny krem Alva, z którym się nie polubiłam - za tłusty, zbytnio obciążający skórę.

Jak na mnie denko skromne, ale sukcesywnie utrzymuję tendencję do zużywania, co mnie cieszy. Miałyście coś z tej gromadki?

Wykończeni w marcu

Marzec był u mnie miesiącem rozpieszczania ciała, zużyłam bowiem sporo tego typu produktów. Zrobiłam też gruntowny przegląd swoich otwartych podkładów i kremów BB, do kosza poleciały końcówki i te, które z czasem ściemniały w tubce. Zapraszam na denko.


Pielęgnacja twarzy:
Biały Jeleń, Hipoalergiczny żel domycia twarzy: w skrócie dość przeciętny żel. Nie rozumiem po co jest barwiony na niebiesko i dość silnie perfumowany. Całkiem nieźle sobie radzi z domyciem skóry, ale potrafi przesuszać. Będzie recenzja. Nie kupię.

Sylveco, Pomadka z peelingiem: KOCHAM. Tyle w temacie, pisałam o niej :) Mam kolejną.

Brillant Sparkle oraz Promise: dwie zupełnie przeciętne i "niesmaczne" pasty do zębów. Brillant Sparkle zawiera fluor i z tego powodu niesamowicie ją męczyłam, bo mocno ograniczam ten składnik. Promise z olejkiem goździkowym - jak na taki skład i słabą dostępność nie zrobiła na mnie wrażenia. Nie kupię.


Kolorówka:
Avon, Podkład: zaskoczyło mnie, że całkiem nieźle się trzyma, matuje średnio, nie zapycha. Plus za pompkę i odcień prawie idealny dla mnie. Z powodu porzucenia płynnych podkładów na rzecz BB i minerałów nie kupię. Pisałam o nim.

Soraya, Make-up matujący: bardzo szybko ściemniał i jak dla mnie jest zbyt wodnisty. Przez jakiś czas używałam go jak bronzer w płynie, a teraz ponad pół tubki wyrzucam. Na pewno nie kupię, pisałam o nim.

Eveline, Krem BB do skóry tłustej: bardzo ciekawy krem, o średniej gęstości. Ładnie się stapia ze skórą, matuje średnio, nieprzypudrowany praktycznie wcale, ale fajnie wygładza koloryt i całkiem długo utrzymuje się na skórze. Może kupię.

Delia, Henna do brwi: kolejne zużyte opakowanie. Bardzo szybko barwi włoski na pożądany kolor, niestety tylko na góra dwa tygodnie. Mimo wszystko lubię ją, bo jest tania i nie podrażnia. Kupię, pisałam.


Pielęgnacja ciała:
Ziaja, Masło kakaowe: pod względem składu przeciętniak na SLS, ale bardzo tani. Pod względem zapachu oczarował mnie kompletnie, bo pachnie czekoladą - jak wiecie, ja uwielbiam czekoladę! Nie wysuszał mi skóry, choć nie nawilżał - ale też nie oczekiwałam tego po nim. Dostępny praktycznie wszędzie. pewnie kupię.

Avon, Żel do kąpieli Hello Kitty: zapach słodkich landrynek kompletnie do mnie nie pasuje, a dodatkowy czerwony kolor zupełnie mi nie odpowiada. Gdybym go nie dostała od naszej Kochanej Interendo nawet bym na niego nie zwróciła uwagi. Niemniej ciekawy produkt, ale... bo ja wiem? Dla małych, słodkich dziewczynek ;) Nie kupię, pisałam.

Biały Jeleń, Emulsja do higieny intymnej: zupełnie mnie niczym nie zaskoczyła, myła, ale potrafiła podrażniać (zawiera SLS). Nie kupię, pisałam.

CD, żel pod prysznic granat: składowo przeciętny. Dość gęsta konsystencja sprawia, że jest wydajny, natomiast zapach mnie uwiódł bez dwóch zdań. Słodki, owocowy, ale z nutą czegoś kwaśnego w tle, ulubiony umilacz wieczorów. Kupię, pisałam.


Nacomi, Malinowy mus do ciała: cudo, cudo, cudo! Skład oparty na maśle shea otulał skórę tłustawą warstewką, za czym nie przepadam, ale za to jak nawilża i odżywia skórę. Zapach? Malinowa mamba, dzieciństwo, beztroska i szaleństwo. Wspaniały produkt, choć niespecjalnie wydajny przy smarowaniu całego ciała. Na pewno kupię, pisałam o nim.

Delawell, Masło do ciała Słodka pomarańcza: skład również oparty na masle shea, ale konsystencja inna. Denerwowało mnie to, że bardzo bieli skórę, trzeba go bardzo długo wklepywać i wmasowywać. Zapach nieszczególnie mnie przekonał, po pomarańczach, nawet słodkich, spodziewam się jakiejś kwaśnej nuty, a tu zapach był zbyt płaski i męczący. Nie kupię, pisałam.

White Tree, Scrub do ciała z mlekiem oślim: cukrowy peeling na bazie masła shea. Po jego zastosowaniu spokojnie odpuszczałam sobie balsam. Przyjemny produkt, który doskonale złuszcza, a zapach - słodki i egzotyczny - długo utrzymuje się na skórze i utula do snu. Bardzo chętnie kupię, pisałam.

Dr Organic, Krem do rąk i paznokci z miodem manuka: świetny krem, który nadawał się zarówno na dzień jak i noc. Długotrwale nawilżał, pachniał dość intensywnie, więc jeśli ktoś nie lubi zapachu miodu może czuć się zniechęcony. Całkiem ładny skład, może kupię (choć kremów do rak mam zapas na sto lat), pisałam o nim.


Pozostałe:
Chusteczki Auchan i Marion: o obu pisałam w poście nt. nawilżanych chusteczek. Auchanowskie używam dosłownie do wszystkiego, bo mają dobry skład (na oleju lnianym), czasem pzrecieram nimi nawet sanitariaty, a są tanie. Marion nic specjalnego, za mocno perfumowane, pełne chemii. Auchan mam już kolejne, Marion nie kupię.

Cleanic, Płatki kosmetyczne: stały bywalec denka, lubię, mam kolejne.

Próbki: 
spodobał mi się nawilżający krem Resibo - lekki, nie obciąża skóry, nie zapycha, nadaje się pod makijaż, nie drażni mnie zapachem i ma przyjemny skład. Oliwka Pat&Rub nic specjalnego, spodziewałam się lepszego działania, choć bobasem nie jestem ;) Przeciwzmarszczkowy krem AAeco właściwie mnie zawiódł, nie nadaje się do tłustej skóry, a skład mnie nie uwiódł. Biolaven krem na dzień to już kolejna próbka i wciąż mam mieszane uczucia co do niego, bo szybko się po nim świecę. Krem odżywczy Resibo - to samo co Biolaven, ale nadaje się na noc, bo skład ma fajny.

To tyle jeśli chodzi o wykończenia marcowe. Jak mi poszło? Nadal sukcesywnie zużywam kolorówkę, chcę zrobić trochę miejsca przed kolejnymi promocjami w Rossmannie ;)

Wykończeni styczeń-luty

Jak szybko mijają dni... Chyba nie muszę nikogo o tym przekonywać? Jednak mi umykają nawet całe miesiące! Jeszcze niedawno były Święta, Sylwester, a dziś kończy się luty? Jak? Kiedy? Gdzie?? Czasem trudno uwierzyć, że czas jest stały i nie przyspiesza cichcem jak tylko się odwrócę... I tylko puste opakowania przypominają o kosmetykach, które już były, ale się zużyły... 


Sylveco, Lipowy płyn micelarny: nie będę się rozpisywać: kocham! Druga zużyta butelka i na pewno nie ostatnia. Pisałam o nim, uwielbiam i na pewno kupię jeszcze nie raz.

DLA, Niszcz pryszcz, Krem na noc: genialny, nietłusty krem o wspaniałym składzie i ziołowym zapachu. Świetnie wpływa na tłustą cerę, nawilża, nie zapycha, nie uczula. Posiada pompkę typu airless i jest niesamowicie wydajny! Pisałam recenzję, jeszcze kupię.

Skin Chemists, Krem z retinolem: bardzo dobry krem, lekki, rozświetlający cerę. Nie ma za dużo retinolu w składzie, więc świetnie nadaje się do rozpoczęcia przygody z tym składnikiem, jak było u mnie. Teraz wiem, że moja cera bardzo się z retinolem lubi, a sam krem uelastycznia skórę i niweluje w ten sposób widoczność zmarszczek. Pisałam o nim, lubię, ale ze względu na wysoką cenę poszukuję zamiennika.

Avon, Maseczka turecka oraz oczyszczająca: gotowe maski na bazie glinek, całkiem skuteczne, na pewno wygodne w użyciu. Składy nie powalają, zwłaszcza, że jestem fanką glinek, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzą. Będzie post.


Ziaja, Liście Manuka, Pasta oczyszczająca: druga tubka pasty, którą najczęściej traktuję jak peeling. Dobrze wygładza, usuwa suche skórki, ale lepiej nie przesadzać z częstotliwością jej stosowania, gdyż potrafi przesuszyć. Raz w tygodniu w zupełności wystarcza. Pisałam o niej, lubię, mam kolejna tubkę.

Sylveco, Oczyszczający peeling do twarzy: drobinki korundu są drobne, ale bardzo ostre, więc skutecznie usuwają martwy naskórek, pozostawiając skórę miękką i odświeżoną. Pozostałe składniki, w tym skrzyp polny, dobrze wpływają na tłustą skórę, a przy tym nie zapychają. Pisałam, lubię, na pewno jeszcze kupię.

Skin79, Maska w płachcie wybielająca: fajnie zwęża pory i odświeża, niestety trochę mnie podrażniła, przez cały czas trzymania jej na skórze łzawiły mi oczy. Z tego względu na pewno już jej nie kupię, ale jestem ciekawa innych wersji! Pisałam o niej.

Próbki: Sylveco i Biolaven lubię, Biolaven pełną wersję mam już w zapasach :) Go Cranberry zaciekawił mnie, ale póki co z zakupem się wstrzymam, natomiast jej wersji Bandi nie kupię na pewno - krem mnie podrażnił i trochę mnie po nim wysypało, więc mojej skórze się nie spodobał.


Sukin, Woda micelarna: bardzo ciekawy kosmetyk prosto z Australii. Posiada interesujący zapach, wanilinowy, pierwszy raz się z takim spotkałam przy demakijażu. Poza tym świetnie sobie radzi z make upem. Będzie recenzja.

Iwostin, 40+, Krem pod oczy liftingujący: bardzo mi się spodobał, dobrze się spisywał zarówno na noc jak i na dzień. Lekki, ale skuteczny. Rozjaśnia cienie, zmniejsza widoczność zmarszczek, nie szkodzi oczom. Pisałam o nim.

T'e'N, Krem liftingujący: bardzo ciekawy kremik o delikatnym zapachu i przyjemnej konsystencji. Zużyłam go na szyję i dekolt, a skóra po nim była miękka, nawilżona i ujędrniona. Pełnej wersji raczej nie kupię, bo jest trudno dostępny.


Kobo,  Ideal Volume, Tusz do rzęs: cudo, cudo, cudo! Do tej pory nie lubiłam silikonowych szczotek, ale ta jest idealna! Świetnie rozczesywał i podkreślał rzęsy, a przy tym dawał wystarczający, a nie karykaturalny wygląd. Dzięki niemu rzęsy wyglądały pięknie, ale nie sztucznie. Na 100% kupię, post też będzie.

Manhattan, Supersize, Podrubiający tusz do rzęs: bardzo fajny tusz z mega grubą szczotką. Fajnie podkreśla rzęsy, choć czasem przy dwóch warstwach potrafi tworzyć grudki, trzeba się trochę nauczyć go używać. Za to jest tani i łatwo dostępny. Pisałam o nim, może kupię.

Avon, Waniliowy balsam do ust: malutki, bardzo wygodnie się go nosi ze sobą w kieszeni czy torebce. zapach jest delikatny, wydaje się naturalny. Balsam na ustach jest lekki, ale zabezpiecza je przed słońcem czy mrozem. Kolejne moje opakowanie, może jeszcze kiedyś kupię.

Avon, Wysuwana kredka do oczu: kocham je wszystkie! Mam mnóstwo kolorów i bardzo je lubię, są miękkie, łatwo się nimi rysuje kreskę, a przy tym dają ładny efekt rozświetlonego spojrzenia. Więcej napiszę w  planowanym poście zbiorczym nt. moich kredek do oczu :) Mam następne!

Lovely, Wysuwana kredka z gąbeczką: tej kredki nie polubiłam od razu, bo kreski nią zrobione nie utrzymywały się na mojej powiece nawet przez godzinę... Gąbeczka też jest zbyt twarda, aby ładnie rozmazać kredkę, więc już miałam ją spisać na straty, gdy w geście ostatniej szansy użyłam jej jako ołówka do brwi.. I to był strzał w dziesiątkę! Brązowo-szary odcień ładnie się wtapiał w moje włoski, podkreślał i, o dziwo, trzymał się do wieczora. Będzie we wspomnianym kredkowym poście, może jeszcze kiedyś kupię.


Ziaja Med,  Szampon przeciwłupieżowy: miętowy zapach fajnie umilał prysznic, a używałam go sporadycznie. Testując dużo nowych kosmetyków do włosów czasem dostaję łupieżu i wtedy mnie ratował. Dobrze się pieni i myje włosy, nie powoduje przesuszenia ani przetłuszczenia skalpu. Pisałam o nim.

Seboradin, Szampon i maska: bardzo zgrany duet, który pomógł mi w walce z wypadającymi włosami na jesieni. Komórki macierzyste i wiele ciekawych ekstraktów, zwłaszcza w masce, wzmocniły włosy i skórę głowy, przez co problem się zmniejszył i to zdecydowanie! Na efekty czekałam ok. miesiąca, wiadomo, że mało co działa od razu, ale opłacało się. Pisałam o nich, może kupię.

got2b, Lakier do włosów Volumania: zużył go mój mąż, bo ja w ramach walki z wypadaniem zrezygnowałam prawie całkowicie ze stylizacji. Posiada ciekawy zapach, jak dla mnie sztucznej maliny. Działanie ma średnie - bardzo zlepia włosy, tworząc z nich skorupę, przynajmniej rozpylany nad krótką, męską fryzurą. Nie kupimy.


Greenland, Żel pod prysznic w piance: fajny pomysł na umilenie sobie prysznica! Delikatny zapach, otulający zmysły, choć krótkotrwały i dobre działanie myjące, skład oparty o SLES. jako odskocznia od codzienności świetny! Pisałam o nim, jak spotkam w dobrej cenie kupię.

Biolaven, Żel myjący do ciała: winogronowy zapach, dobre pienienie i działanie, a przy tym nie wysusza skóry. Czego chcieć więcej? Aha i skład delikatny, bez SLS. Kupię i pisałam o nim.

CD, Cytrynowy żel pod prysznic: mój ulubieniec na siłownię! Fajny zapach, bardzo orzeźwiający, gęsta konsystencja. Dobrze się pieni i myje. Skład oparty na SLS, więc jeśli ten składnik nie wysusza Wam skóry polecam. Będzie post.

Evree, Olejek do ciała: fajny produkt, choć zdecydowanie lepiej się u mnie spisywał nakładany od razu na wilgotną skórę po prysznicu. Trochę natłuszcza skórę, nawilża, odżywia. Pisałam, może kupię.


DLA, Krem do rąk: świetnie nawilżający bez uczucia lepkości czy tłustych rąk krem. Skład przyjemny, ale niestety nie przypadł mi do gustu jego zapach. Dla takiego działania przymykałam jednak oko, a zużywałam go głównie na noc, bo szkoda mi było go zmywać w ciągu dnia. Jest mega wydajny. Pisałam o nim, chętnie jeszcze kupię.

Green Pharmacy, Krem do stóp ochronny: bardzo fajny, świetnie się wchłania i nawilża stopy. Ma działanie ochronne, więc kupiłam go, by chronić się przed ewentualnym zarażeniem się grzybicą w saunie czy na siłowni. Wzmacnia skórę i jej zdolność do obrony przed infekcjami. Pisałam, kupię.

Loko-Kolor, Zmywacz do paznokci: kolejna buteleczka taniutkiego zmywacza, który uwielbiam. ładnie pachnie, nie niszczy paznokci i dobrze zmywa. Mam kolejną butelkę.


Zazwyczaj podaję linki do recenzowanych już produktów, ale myślę, że łatwo je znaleźć używając etykiet na dole :)

Przypominam też o konkursie, w którym do wygrania jest zestaw świeczek. Zostały tylko 3 dni na zgłoszenie się, wystarczy kliknąć w baner.

http://cosmeticosmos.blogspot.com/2016/02/konkurs-wygraj-swiece-bispol.html

Znacie coś z mojego denka? Jak tam wasze zużycia?

Ziaja, Liście Manuka, Tonik zwężający pory

O toniku Ziaji zostało już sporo napisane i opowiedziane, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wtrąciła swoich trzech groszy. Niektóre dziewczyny go kochają, inne nienawidzą, a pozostałym, za przeproszeniem, zwisa i powiewa. Jak jest ze mną?


Od producenta: "Tonizująco - uzupełniający preparat do demakijażu i oczyszczania skóry normalnej, tłustej i mieszanej. Przywraca skórze naturalną równowagę i świeżość. Zawiera substancje czynne głęboko oczyszczające: ekstrakt z liści Manuka o działaniu antybakteryjnym, ściągająco-łagodzący glukonian cynku, złuszczający kwas migdałowy, nawilżający kwas laktobionowy oraz łagodzącą prowitaminę B5. Zapewnia czystą i świeżą skórę, łagodnie oczyszcza i usuwa pozostałości makijażu, działa ściągająco na rozszerzone pory skóry, wspomaga łagodzenie zmian trądzikowych oraz przygotowuje skórę do zabiegów pielęgnacyjnych. Zawiera organiczne kwasy o działaniu mikrozłuszczającym."


Tonik Liście Manuka Ziaji zdecydowanie rzuca się w oczy dzięki opakowaniu, a raczej jego kolorowi. Do mnie przemawiają takie barwy. Butelka klasyczna, czyli jak to u Ziaji minimalizm, zero zbędnych informacji. Kosztuje max. 10 zł/200 ml i swojego czasu łatwo było kupić go w promocji. Za swój zapłaciłam całe 6 zł.


Skład: drogeryjny, ale całkiem przyjemny. Wysoko mamy nawilżającą glicerynę, łagodzący podrażnienia panthenol, nawilżający glikol propylenowy, regulujący wydzielanie sebum glukonian cynku, nawilżający kwas laktobionowy, złuszczający kwas migdałowy, antybakteryjny ekstrakt z liści Manuka, emulgator, konserwanty (w tym jeden będący niestety pochodną formaldehydu), kompozycja zapachowa.


Butelka jest wygodna i poręczna, ale sposób dozowania wymyślił jakiś kosmetyczny sadysta. Spryskiwanie wacika mija się z celem, jest niewygodne i bardzo niewydajne! Masę toniku rozchlapuje się po całej łazience, w rezultacie marnuje i denerwuje mnie to. Po kilkukrotnym przemęczeniu się zaczęłam spryskiwać po prostu skórę twarzy bezpośrednio, z pominięciem wacika.  Staram się jednak omijać okolice oczu. Część przelałam sobie nawet do małej buteleczki z atomizerem i noszę za sobą. W ten sposób zdecydowanie mniej się marnuje.


Tonik jest przezroczysty i obłędnie pachnie, tak samo jak cała seria - świeżo, pobudzająco, energetycznie. Przyjemnie nawilża skórę, na pewno nie przesusza i nie powoduje nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. U mnie nie wywołał najmniejszego podrażnienia czy zaczerwienienia. Faktycznie pozostawia skórę lepiej oczyszczoną, odświeżoną i ujarzmioną - mniej się przetłuszcza, pory są lekko przymknięte, choć znam lepsze na to sposoby. Dobrze przygotowuje cerę na każdy krem czy serum.


Jestem bardzo zadowolona. Obecnie jest to mój ulubiony drogeryjny tonik, w dodatku łatwo dostępny i śmiesznie tani :)

A Wy go miałyście? Może coś innego z tej serii?

Wykończeni w grudniu

Dzisiaj same konkrety: zapraszam na grudniowe denko.


Eveline, Nawilżający płyn micelarny: bardzo dobrze zmywa makijaż, nie podrażnia oczu i zostawia skórę lekko nawilżoną. Nie wysusza, nie powoduje uczucia ściągnięcia i jest dość tani. Jedyny minus to niewygodna i niepraktyczna pompka a'la zmywacz do paznokci. Być może kiedyś kupię. Więcej KLIK

Monotheme, ioECO, Żel do mycia twarzy: mój absolutny ulubieniec. Dobry skład, skuteczne, ale delikatne działanie, nie podrażnia oczu (myłam nim cała twarz łącznie z rzęsami i nigdy nie piekły mnie po nim oczy). Jedyny minus to dostępność i cena, ale jest niesamowicie wręcz wydajny, miałam go kilka miesięcy! Fajna konsystencja i delikatny, naturalny zapach. Jak spotkam w dobrej cenie kupię! Więcej KLIK

Herbal, Pasta do zębów ziołowa: kolejna zużyta tubka taniej pasty bez fluoru. Nie jest pozbawiona wad, ale ostatnio nie kręciłam swojej własnej wersji diy, a czymś myć zęby muszę :) Mam już kolejną w zapasach.

Próbka toniku Herbfarmacy organic skin care, Rose & Echinacea: cudowny, różany zapach i bardzo przyjemne działanie nawilżająco-odświeżające. Niewiele więcej ponadto jestem w stanie napisać, ale cena całego opakowania mnie poraziła :) Wolę hydrolat różany.

Próbka Klapp, Krem pod oczy: straszny tłuścioch o dziwnej konsystencji, paskudny zapach. Okolice oczu świecą się po nim długo i wytrwale, więc nie nadaje się na dzień. Nie urzekł mnie, nie kupię.

Próbka T'e'N, Krem do twarzy na dzień Pure do skóry tłustej: bardzo fajny o przyjemnym, delikatnym zapachu. Fajnie odświeża i oczyszcza skórę, nie zapycha. Dobry na dzień i na noc, choć raczej na okres jesienny lub wiosenny. Mam jeszcze kilka próbek.


Mój diy, Cytrusowy peeling do ciała: kolejna wersja, tym razem dałam więcej oleju kokosowego, w związku z czym zostawiał tłustawą warstwę na skórze. Na zimę w sam raz, ale w lecie zdecydowanie bym tego nie zniosła. W kolejnej partii dodam jednak więcej masła shea. Co do działania: kocham! Złuszcza, wygładza, nawilża, odżywia, natłuszcza i nie trzeba już po nim używać balsamu. W składzie 100% naturalny, szybki w przygotowaniu i skuteczny. Cytrusowy, naturalny zapach uwodzi. Dodatkowo pomarańcza ma działanie antycellulitowe! Niedługo kręcę koleją partię :) Podstawowy przepis KLIK

Ziaja, Sopot Spa, Mydło pod prysznic: duże a tanie, pięknie pachnące mydło na SLS. Nie zauważyłam u siebie wysuszenia, ale moja skóra jest ostatnio w dobrej kondycji dzięki masłu shea i różniastym olejkom. Kupię jeszcze, teraz mam KAKAOWE, cudnie pachnie. Więcej KLIK

Bentley Organic, Delikatny żel do higieny intymnej: świetny, naturalny i delikatny skład, choć zawiera kilka odkażających olejków eterycznych, mogących niektórych podrażniać. U mnie spisywał się idealnie, nie wysuszał, nie powodował szczypania ani pieczenia, ładnie pachniał i mył. Kupię. Więcej KLIK

Isana, Olejek pod prysznic: mój pierwszy olejek, od niego zaczynałam przygodę. Ma całkiem ciekawy skład, dostępny w każdym Rossmannie, ale zapach jest nie do zniesienia! Strasznie długo go męczyłam, najczęściej mieszałam ze zmieloną kawą, która odrobinę zabijała jego dziwny aromat i peelingowałam tą mieszanką skórę. Natłuszcza i lekko nawilża skórę, ale więcej go nie kupię.



Loko-Kolor, Zmywacz do paznokci Róża: tani i dobry, nie śmierdzi jak inne. Szybko zmywa wszelkie lakiery, nie wysusza płytki. Mam już kolejny.

e-FIORE, 100% Masło Babassu: bardzo przyjemne masełko, praktycznie bezzapachowe, szybko rozpuszcza się pod wpływem ciepła skóry do postaci oleju. Natłuszcza, nawilża, odżywia i świetnie się sprawdza w różnych diy. Bardzo chętnie kiedyś jeszcze kupię.

Yves Rocher, Woda toaletowa Owoce leśne: zapach porażka, dla mnie to przesłodzone landrynki, a nie soczyste, lekko kwaśne np. jeżyny. Zupełnie do mnie nie pasował i spodziewałam się całkiem innej nuty zapachowej. Woda dla małych dziewczynek, tak bym ją nazwała. Bardzo płaski zapach, nie rozwijał się z czasem, choć na ubraniach całkiem długo się utrzymywał. Całe szczęście nabyłam miniaturkę, więcej nie kupię.

Próbka Jean Vidal, Krem do rąk: nowa polska marka na rynku, widziałam już kilka opinii na temat tych kosmetyków na blogach. Dla mnie nic ciekawego! Zapach cytrusowy, owszem - obłędnie piękny, ale działania brak, a nawet lekko przesusza. Na pewno nie kupię.

Babuszka Agafia, Szampon do włosów z serwatką: mam już zarys posta na ten temat, ale zdradzę, że obędzie się bez zachwytów... Nie kupię.

Emil, Krem do rąk glicerynowo-rumiankowy: zakupiony m/w rok temu w kiosku, gdy skończył  się mój torebkowy krem, a dłonie wołały o nawilżenie. Trochę go męczyłam i nie powiem, że zapach mnie zachwycał, ale całkiem szybko się wchłaniał i dawał ulgę spierzchniętej skórze. Na pewno jest to polska produkcja i rzadko go można spotkać. Bardzo tani, w sytuacji kryzysowej sobie poradził.


Isana, Mydło w płynie Sommerseife o zapachu kwiatów pomarańczy: znam prawdziwy zapach kwiatów pomarańczy dość dobrze i mydło w przybliżeniu go przypomina. Zapach jest dość intensywny, żeby nie rzec zbyt mocny. Tworzy średnią ilość piany i dość dobrze myje, niestety jednak koszmarnie wysusza dłonie, co jest katastrofą  dla mnie, gdyż ręce myję sto razy dziennie. Mam jeszcze jedno opakowanie, bo od razu kupiłam parkę, więcej się nie skuszę.

Cleanic, Płatki kosmetyczne: stały bywalec denka, moje ulubione.

Auchan, Sensitive, Chusteczki nawilżane: bardzo dobre. Skład oparty na olejach, delikatny i skuteczny. Są bezzapachowe, dzięki temu nie podrażniają skóry. Nawet nie ma co porównywać z nimi Nivea czy Pampers, napchanych chemią. Używam ich do wszystkiego. Więcej KLIK.

To by było na tyle. Znacie coś?

Wykończeni w lipcu i sierpniu czyli mega denko wakacyjne

Jak pamiętacie (lub nie) na początku sierpnia miałam długi urlop i mało mnie było na blogu. Cieszyłam się piękną pogodą, wolnym czasem i mężem. Nie zdążyłam napisać denkowej notki z lipca, więc dziś będzie wpis na temat dwumiesięcznego zbierania pudełek. Ponieważ robię to na raty (zbieram kilka opakowań, robię fotę i je wyrzucam) zdjęć będzie sporo. Post raczej dla wytrwałych ;) Zapraszam


Babuszka Agafia, Maska do włosów "Siedmiu sił": bardzo polubiłam te opakowania, są idealne na wyjazdy albo siłownię, lekkie, poręczne i nic z nich się nie wyleje. Maskę nakładałam od połowy włosów, ponieważ potrafiła obciążać, a dość trudno się ja spłukuje. Przyjemna maska, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym, na pewno nie wzmocniła włosów. Być może kupię. Więcej TUTAJ.

Marion, 7 efektów, Kuracja z olejkiem arganowym: całkiem fajnie pachnący, tani olejek. U mnie sprawdzał się w ilościach minimalnych nakładany jedynie na końcówki, ponieważ bardzo obciążał moje delikatne włosięta. Zabezpieczał przed rozdwajaniem, wygładzał, ale tylko kiedy był nałożony. Mega wydajny! Raczej nie kupię. Więcej TUTAJ.


Sylveco, Lekki krem rokitnikowy: być może pamiętacie moją przygodę z tym kremem. Jeśli nie, w skrócie przypomnę: okazało się, że zakupiłam krem niewłaściwie przechowywany, przez co miał on niewłaściwą konsystencję (oddzielała się od niego woda). Mimo wszystko byłam z niego bardzo zadowolona, bo krem świetnie się wchłaniał, nie zapychał, za to nawilżał i odżywiał moją tłustą skórę na długo. Napisałam na Facebooku marki informację na temat mojej przygody, ponieważ nie chciałam, aby ktokolwiek nadział się jak ja, a firma zaproponowała, że wyśle mi pełnowartościowe opakowanie. Uważam, że to bardzo miłe z ich strony - tym bardziej, że ja się niczego nie domagałam. Tak więc za jakiś czas czekają mnie kolejne testy tego kremu. Info dla fanek samoróbek: opakowanie z łatwością da się otworzyć, umyć i ponownie napełnić, a ponieważ jest to butelka typu air less warto ją sobie zachować na diy :) Na pewno kupię! Więcej KLIK.

Himalaya, Wybielająca pasta do zębów: nie będę się rozpisywać: jest świetna! Wybiela, a ma całkiem przyjemny skład. Jedyne co mi nie podeszło to słodki smak, ale może są miłośniczki takich? Na bank kupię! Więcej KLIK.

Mazidla.com, Brazylijska glinka czarna: całkiem przyjemna, dość mocna glinka. Mam zastrzeżenia do opakowania, które jest nieszczelne, w związku z czym połowa glinki wysypała się podczas transportu. Bardzo dobrze oczyszcza cerę i redukuje zaczerwienienia. Jeśli istnieje możliwość zamówienia jej w innym opakowaniu - chętnie kupię. Więcej KLIK.

Be Organic, Żel peelingujący, odlewka od Mineralnej Kasi: bardzo przyjemny żel ze świetnym składem, ładnie oczyszcza skórę. Nie zauważyłam natomiast działania pilingującego, drobinek jest bowiem zbyt mało, aby miały szansę coś zdziałać. Fajny na co dzień. Być może kupię.


Avon, Planet Spa, Scrub do ciała z jagodami Acai: świetnie pachnie, a wygląda jak jagodowy budyń. Niestety w działaniu jest dla mnie tragiczny: zwyczajnie nic nie robi, chyba że brudzi skórę i łazienkę na fioletowo. W dodatku w składzie ma mnóstwo parafiny, wiem, że nie wszystkim to przeszkadza, ale mnie akurat tak, nie lubię tej tłustej warstwy na skórze, bo czuję się przez nią brudna. Nigdy więcej. Pełna recenzja KLIK.

Planeta Organica, Krem do stóp z mango: bardzo fajny krem, obłędnie pachnie owocami, ale lepszy okazał się... do rąk! Być może kupię. Więcej KLIK.

BingoSpa, Żel pod prysznic z minerałami z Morza Martwego: na stronie producenta można go kupić już za 2,50zł. Kiedys już chyba był w jakimś denku. Całkiem zwyczajny żel, składowo też przeciętny. Zapach ma raczej męski, więc zużył go mój mąż. Raczej nie kupię.

Auchan, Mydło w płynie marsylskie: całkiem ciekawe mydło, skład oparty jest na potasie. Zupełnie nie wysusza skóry, co dla mnie jest bardzo istotne, jako że ręce myję sto razy dziennie. Ma świetny, cytrusowy zapach, polecany szczególnie do kuchni - faktycznie, bardzo skutecznie zmywa wszelkie kuchenne zapachy (np. czosnek). Kosztuje ok. 3,50zł. Kupię na 100%!


ioECO, Peeling do ciała z karczochem: ma całkiem przyjemny skład, ale niestety poległ w działaniu, jako że uwielbiam mocne zdzieraki. Ten jest bardzo, ale to bardzo delikatny, żeby nie napisać - nieskuteczny. Zostawia dziwną, śliską warstwę na skórze, co też nieszczególnie przypadło mi do gustu. Kosztuje za to ponad 50zł. Nie kupię. Więcej KLIK.

Eveline, Złote serum antycellulitowe: no cóż, cellulitu nie usunęło, ale skóra była ujędrniona, nawilżona i wygładzona. Nie podobały mi się złote drobinki oraz uczucie przejmującego chłodu. Zapach i konsystencja za to były bardzo fajne. Raczej nie kupię. Więcej KLIK.

Kostka do masażu od Mineralnej Kasi o zapachu "Małpich bąków" (czyli owoców): była to końcówka, w której skumulowało się wszelkie dobro napchane tam przez Kasię. W związku z taką koncentracją kostka była trochę za twarda do masażu, ale nie zmarnowała się. Przerobiłam ją na moje domowe peelingi do ciała oraz balsamy do ust o wspaniałym, owocowym aromacie. Kasia potrafi inspirować jak nikt!



Mixa, Tonik do demakijażu: używałam go także do demakijażu oczu, ponieważ nie powodował szczypania. Delikatny makijaż ładnie domywa, natomiast z mocniejszym zupełnie sobie nie radzi. Najlepiej spisywał się rano, do porannego przemywania skóry. Nawilżał na długo, ale jak dla mnie posiada zbyt intensywny, sztuczny zapach.W dodatku ma dziwną pompkę, która psika tonikiem wszędzie, byle nie na wacik :) Nie kupię. Więcej KLIK.

Ziaja, Oliwkowy płyn micelarny: całkiem przyjemny płyn, który nie powodował podrażnienia, choć czasem zdarzało mu się zaszczypać w oczy. Z makijażem radził sobie średnio, wodoodporny zazwyczaj musiałam domywać długo i nerwowo, zużywając przy tym mnóstwo wacików. Jest dosyć tani i łatwo dostępny, można więc go wypróbować. Nie powodował wysuszania skóry, choć sam też nie nawilżał. Taki średniaczek. Być może kupię.

T'e'N, Scrub do twarzy, miniaturka: dostałam kilka miniaturek tej marki na targach kosmetycznych. Piling był całkiem przyjemny, dość delikatny, choć wyraźnie wyczuwałam w nim drobinki. Barwę miał delikatnie różową oraz przyjemny, subtelny, lekko słodki zapach. Mył skórę bez podrażnień i wysuszenia. Pozostawiał ją odświeżoną i gładką. Nie wiem czy kupię pełne opakowanie.

Avon, Żel do mycia twarzy z glistnikiem: bubelek na SLS-ie. U mnie powodował pieczenie oczu, wysuszenie skóry i podrażnienie. Zmęczyłam i nie zamierzam się do niego więcej zbliżać. Więcej KLIK.

Delia, Henna do brwi: świetna i bardzo łatwa w obsłudze! jestem z niej niesamowicie zadowolona, nakładałam ją już dwa razy. Daje bardzo naturalny efekt, który utrzymuje się u mnie ok. 2 tygodnie. Przed urlopem świetne rozwiązanie! Na pewno kupię. Więcej KLIK.


Ziaja, Mydło pod prysznic z algami: wspaniały zapach! Składowo przeciętny, natomiast bardzo wydajny żel pod prysznic. Duża butla, półlitrowa, kosztuje nawet 4,50zł. Mojej skóry nie wysusza, za to otula swoim morskim aromatem. Kupię. Więcej KLIK.

Intimea, Emulsja do higieny intymnej: skład oparty jest na SLS, mimo to u mnie nie powoduje wysuszenia ani podrażnienia. Jest bardzo wydajna i tania, kosztuje 3-4zł, dostępna w każdej Biedronce. Dla mnie trochę zbyt intensywnie pachnie. Zużyłam drugą butelkę i przerzuciłam się na delikatniejsze składy. Być może kupię kiedyś w wersji bez SLS. Więcej KLIK.

Farmona, Tutti Frutti, Peeling do ciała z jeżyną i maliną: ulubieniec wielu dziewczyn, a kto wie, może nawet i mężczyzn? Skład nie powala, natomiast zapach i działanie zdecydowanie tak! Jeden z moich ulubionych zdzieraków umilających mi prysznic. Zapach utrzymuje się dłuższy czas na skórze. Obecnie namiętnie kręcę własne pilingi, ale ten zdecydowanie jeszcze kiedyś kupię.

Nivea, Invisible, Antyperspirant z kulce: na pewno nie zostawia śladów na ubraniach, to muszę mu przyznać. Natomiast co do działania mam bardzo mieszane uczucia. Kiedyś działał doskonale, dzięki czemu czułam się z nim świeżo i komfortowo przez cały dzień, natomiast ostatnio zupełnie sobie nie radził. Nie jest to kwestia upałów, bo używam tych deo od bardzo dawna, w lecie również. Może zmienili skład? Może u mnie się coś zmieniło? Zapach ma przyjemny, lubię obie wersje: niebieską i różową, używałam ich naprzemiennie. Póki co nie planuję ponownego zakupu.

Sally Hansen, Dries Instantly, Wysuszacz lakieru: mój pierwszy wysuszacz, przez który uzależniłam się od tego typu topów. Absolutnie genialny produkt - wystarczy pomalować paznokcie lakierem, a następnie nim i cieszyć się szybkim manicure. W dodatku przedłuża trwałość. Niestety, w połowie buteleczki zaczyna gęstnieć, aż dochodzi do momentu, w którym nie da się go dłużej używać i (u mnie ok 1/8 butelki, czyli samo dno). Wyrzucam bez żalu, bo przez ten czas służył mi wiernie i cieszył niesamowicie, gdyż lubię często zmieniać kolor na pazurkach. Kupiłam inna wersję, w czerwonej buteleczce, zobaczymy jak będzie z gęstnieniem. Więcej KLIK.


Pilarix, Krem mocznikowy: absolutnie genialny krem do zadań specjalnych! Świetnie sobie radzi z przesuszeniem czy podrażnieniem, genialny na stopy czy dłonie, po depilacji, na łokcie. Szkoda, że się skończył, muszę go poszukać w aptekach. Więcej KLIK.

FussWohl, Krem do stóp z mocznikiem: bardzo przyjemny krem, który radził sobie z moimi stopami, kiedy nie potrzebowały nie wiadomo jakiej opieki. Zawiera 10% mocznika, a moje stopy bardzo lubią ten składnik. Czasem nakładałam go także na dłonie, zwłaszcza jeśli zauważyłam suche skórki. Jest tani i dostępny w każdym Rossmannie. Pewnie kiedyś kupię. Więcej KLIK.

Garnier Fructis, Maska do włosów, Gęste i zachwycające: zdecydowanie najbardziej przypadła mi do gustu z całej serii, toteż najszybciej ją zużyłam. Przepięknie pachnie, owocowo i dosyć intensywnie. Dzięki niej włosy były miękkie i lśniące. Być może kupię. Więcej KLIK.

DIY, Cytrusowy peeling do ciała: co mam napisać? Uwielbiam go za wszystko! Ponieważ robię go sama mam absolutną kontrolę nad składem, a produkuje się go szybko i przyjemnie. Posiada cudowny zapach i świetnie wygładza skórę. Jestem uzależniona, dziś zrobiłam kolejną porcję. Więcej KLIK.

DIY, Krem ogórkowy od Mineralnej Kasi: bardzo przyjemny krem wykonany zdolnymi rączkami Kasi. Posiadał świeży zapach ogórka i nie zapychał. Dla mnie był jednak zbyt tłusty na dzień, okazał się za to doskonały jako wersja nocna. Rano buźka była nawilżona, odświeżona i wygładzona. Jestem z niego bardzo zadowolona.

Essie, Baza 3w1: fajny produkt, który nadawał się zarówno jako baza pod kolorowy lakier, jak i top coat. Przedłużał trwałość praktycznie każdego lakieru. Idealny pędzelek i konsystencja ułatwiały nakładanie. Bardzo szybko sechł i nie zawierał formaldehydu. Niestety pod koniec gęstnieje i produkuje długie, przyklejające się do wszystkiego nitki. Nie zużyłam go więc do samego końca, zostało go ok. 1/8 buteleczki, ale służył mi baaardzo długo. Kupię. Więcej KLIK.

Loko-Kolor, Zmywacz do paznokci z różą: mój absolutny hit za 1zł z kiosku. Szybko zmywa lakiery, także brokatowe, a robi to delikatnie i nie wysusza płytki. W dodatku praktycznie nie śmierdzi, za to pachnie różą. Lubię i mam już kolejną buteleczkę, gdyż kupuje je hurtowo jak tylko spotykam.


Spirytus salicylowy: niezbędny przy DIY do utrzymania odpowiedniej higieny opakowań, miseczek, miarek czy mieszadełek. Kupuję hurtowo ;)

ZSK, Potrójny kwas hialuronowy 1,5%: kolejna buteleczka wykończona, jako że jest to mój ulubieniec. Doskonale nawilża w połączeniu z dowolnym olejem, świetnie się sprawdza praktycznie w każdej formulacji. Mam już kolejną butlę, ale od innego producenta. Właściwie zawsze mam jakiś kwas hialuronowy w domu!

Dabur, Woda różana: ta, woda na pewno! Osobiście nie polecam, bo to jest perfumowane oszustwo! Poniżej macie skład. Zużyłam do maseczek i nie zamierzam więcej kupować.



Mnóstwo różnych chusteczek nawilżanych, o których rozpisywałam się TUTAJ. Wspomnę tylko, że moje ulubione to te z Auchan za 4 zł, które zawierają głównie olej lniany :)

Cleanic, Płatki kosmetyczne: stały bywalec mojego denka. Bardzo dobre, nie rozwarstwiają się i są często w promocji w Auchan, wychodzą wtedy za 2 zł. Kupuję hurtowo i tak też zużywam.

Herbal, Pasta do zębów ziołowa: kosztuje 2 zł, a nie zawiera fluoru. Kiedyś napiszę o niej więcej, bo nawet ją lubię. Mam obecnie wersję wybielającą, również bez fluoru.


La Rive, Woda toaletowa: kupiłam ją w promocji, bo wydawała mi się świeża i zaskakująca. Niestety, podczas użytkowania stała się męcząca, jakby gorzka, zupełnie przestała mi się podobać. Trudno jest mi opisać jej zapach, bo nie potrafię go do niczego porównać. Na skórze ma bardzo, ale to bardzo małą trwałość, na ubraniu średnią. Zmęczyłam i dziękuję.

Avon, Wish of Happiness: moja ukochana! Pomstuję na Avon od dawna za to, że przestał ją produkować i zostawił mnie z ręką w nocniku. Zapach jest bardzo świeży, soczysty, najbardziej przypomina mi słodkie grejpfruty. Z nim czuję się jak na wiecznych wakacjach i to wakacjach na rajskiej wyspie, pełnej tajemniczych, pociągających aromatów. Wiecie przecież jaki mam pociąg do cytrusów! Zapach absolutnie czarujący i nie do podrobienia. Mam jeszcze jedną, zapewne ostatnią na świecie buteleczkę i oszczędzam ją na specjalne okazje, a potem się chyba popłaczę!

Yves Rocher, Woda perfumowana Vanille Noire, miniaturka: jedno muszę jej przyznać, ma bardzo dobrą trwałość. Zapach jest bardzo słodki, właściwie mdlący jak dla mnie i zmienia się wraz z czasem na jeszcze bardziej duszący. Najbardziej podoba mi się pierwsza nuta wanilii, która otula mnie i relaksuje, z czasem jednak zaczyna mnie denerwować i przyprawiać o ból głowy. producent obiecuje przełamanie słodyczy mandarynką. Gdzie ona jest ja się pytam? Nie kupię.

Peace & Love, próbka: ok, ja wiem, że są różne gusta, ale ten zapach nie trafił w moje nawet w 1%. Dla mnie pachną paskudnie, jak ruskie perfumy sprzedawane na targu 20 lat temu. Żaden tam "pokój i miłość", raczej "idź stąd i nie wracaj" :) Żeby było ciekawiej, mają niesamowitą wręcz trwałość i intensywność. Zupełnie nie moja bajka.


Próbki i saszetki:
Sylveco - lubię wszystkie i kiedyś zakupię pełne wersje.
Bandi - dla mnie trochę zbyt tłusty, nadaje się tylko na noc, na szczęście nie zapchał mnie, nie wiem czy kupię.
LPM - żel przyjemnie pachnie, tworzy sporo piany i nic ponad to, nie wiem czy kupię.
Eveline, Peeling do twarz z koenzymem Q10 - jak dla mnie przeciętny, coś tam ściera, ale bez szału. Zawiera średnią ilość bardzo drobnych ziarenek, dziwnie pachnie, dla mnie nieprzyjemnie. Sprawdził się podczas urlopu, ale nie widzę powodu, dla którego miałabym go kupować w normalnych warunkach.
Biomaris, Krem do twarzy - identyczny zarówno w składzie, zapachu jak i działaniu do zwykłego kremu Nivea. Zużyłam do rąk ze względu na parafinę i nie kupię.
SkinLite, Maska liftingująca brodę - niedługo pełna recenzja, więc zostawię Was w niepewności ;)

To by było na tyle, ciekawe czy ktokolwiek dotarł do końca tego trochę przydługiego denka :)

Znacie coś? Jak Wam poszło z pustakami?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj