Klairs, Mask sheet, Intensywnie nawilżająca maska w płachcie

Uwielbiam maski w płachcie, nic na to nie poradzę. Kiedy nadchodzi weekend, moje myśli płyną ku gorącemu, leniwemu popołudniu, a wtedy od razu mam ochotę ochłodzić się płachtą i zrelaksować. Maski poznałam już różne. Jedne kosztowały 2,99 zł, inne 30 zł i nie mogę powiedzieć, że cena stanowi wyznacznik działania. Choć każda skóra jest inna i potrzebuje trochę innej pielęgnacji oraz dostarczenia perfekcyjnie dobranych składników, praktycznie każda będzie wdzięczna za nawilżenie. Zwłaszcza takie długotrwałe i przyjemne, jakie może zapewnić Rich Moist Soothing Mask Sheet.


Klairs, Rich Moist Soothing Sheet Mask, Intensywnie nawilżająca maska w płachcie

"Maska, którą wypełnia serum Klairs. Łagodzi, odżywia i nawadnia skórę. Zawiera duże stężenie kwasu hialuronowego. Maska wykonana jest z bawełny. Idealna dla skóry wrażliwej, która potrzebuje dodatkowej dawki nawilżenia."


Skład: Szczegółowy poniżej. Zaraz po wodzie znajdziemy kwas hialuronowy, który dobrze nawilża, ujędrnia i zatrzymuje wilgoć w skórze. Dalej mamy też cały arsenał roślinnych ekstraktów i witamin.


Jest to koreańska maska, która kosztuje 8-10zł, do kupienia np. na juui.pl. Opakowanie łatwo się otwiera. Muszę wspomnieć, że wielu osobom azjatyckie mask sheety kojarzą się wyłącznie z zabawnymi nadrukami, zwierzątkami, kolorami. Tutaj nic takiego nie znajdziemy, opakowanie jest wręcz niepozorne, choć kryje taki skarb.


W środku znajdziemy dobrze nasączony, bawełniany płat, w którym oczywiście wycięto otwory na oczy, nos oraz usta. Materiał jest niezwykle delikatny i przyjemny w dotyku. Mając porównanie do innych koreańskich marek widzę, że tkanina jest trochę mniejsza, co mi osobiście odpowiada - nie zachodzi tak mocno na włosy i mniej się marszczy, choć nie znaczy to, że wcale. Generalnie nie znalazłam jeszcze idealnie dopasowanej maski, więc nie przeszkadza mi to. Płachta bardzo dobrze trzyma się twarzy, nie zsuwa się, można w niej swobodnie chodzić. Pachnie bardzo przyjemnie, delikatnie i subtelnie, cytrusowo, ożywczo i nienachalnie.

Zobacz też Mizon, Nawadniająca maska w płachcie
Zobacz też SkinFood, Maseczka głęboko oczyszczająca pory
Zobacz też Skin79, Maska bąbelkująca 


Producent zaleca trzymać maskę 20 minut na skórze. Osobiście lekko ją przetrzymałam do 25 minut. Podczas całego zabiegu towarzyszyło mi bardzo miłe, delikatne uczucie chłodu i orzeźwienia, jakże pożądane w letnie dni. Przez cały zabieg nie odnotowałam najmniejszego pieczenia czy łzawienia oczu. Po 20 minutach miałam wrażenie, że skóra wypiła całe serum i maska lekko przeschła, ale po dotknięciu palcami wciąż wyczuwałam delikatną wilgoć i miękkość tkaniny. Po 25 minutach zdjęłam ją, nadmiar wtarłam w szyję i dekolt (zawsze tak robię), po czym wyrzuciłam, ponieważ płachty są oczywiście jednorazowe.


Moja skóra po zdjęciu płachty wyglądała doskonale! Przede wszystkim pory zostały mocno przymknięte, przez co cera wydawała się gładka i jednolita. Gołym okiem widać, że skóra jest mocno nawilżona, wręcz napojona, w dotyku zaś mięciutka, delikatna i jędrna. Całkowicie zniknęły zaczerwieniania na policzkach, zostały wręcz rozjaśnione i niewidoczne. Serum, które pozostało na skórze bardzo szybko się wchłonęło nie pozostawiając lepkiej warstwy, choć miałam uczucie, że coś na niej jest, skóra nie jest "naga". Twarz po tej masce została delikatnie rozświetlona, przez co wyglądała młodziej i zdrowiej. Ale to nie wszystko! Efekt, który opisuję utrzymał się bardzo długo. Przez kilka bitych godzin skóra była w doskonałym stanie. Myślę, że intensywnie nawilżająca maska Klairs stosowana regularnie potrafi zdziałać niesamowite rzeczy i na pewno kupię cały zapas.

Jestem pozytywnie zaskoczona działaniem tej maski w płachcie. W tym momencie mogę śmiało i z całą stanowczością stwierdzić, że to najlepszy koreański mask sheet jaki miałam! Do tego z łatwością można go kupić już za 8zł, więc nie jest wcale drogi, a efekt utrzymuje się długo.

Znacie tą lub podobnie działającą maskę na tkaninie?

Mask sheet Mizon: nawadniająca i bąbelkująca oraz plaster na nos

Bardzo lubię maski w płachcie, są wygodne w stosowaniu i zwykle bezproblemowe. Staram się regularnie ich używać, a że stały się niesamowicie wręcz popularne, obecnie można je łatwo kupić, także w sklepach stacjonarnych. Najlepszy wybór jednak wciąż jest on-line, ale w Polsce mamy obecnie już kilka sklepów z typowo azjatyckimi kosmetykami. Jeśli chodzi o markę Mizon lubię ją, choć nie jest jakaś wyjątkowo naturalna, a ceny w Polsce są podobno zawyżone. Cała sympatia zaczęła się od kremu ze śluzem ślimaka, który faktycznie genialnie się spisał na mojej cerze, dobrze nawilżał i nie zapychał zwykle kapryśnej skóry. Oczywiście, zdarzają się też i gorzej działające produkty. Zapraszam na recenzję trzech tanich kosmetyków Mizona. Nie wszystkie kupię ponownie, sprawdź dlaczego.



Mizon, Maska nawadniająca, Enjoy Vital-Up Time Watery Moisture Mask 

Według producenta: "Produkt jest idealny dla skóry odwodnionej i suchej. Doskonale nawilża skórę. Zawiera ekstrakt z zielonej herbaty, alantoinę i nawilżający kwas hialuronowy. Maska koi skórę, a także poprawia jej elastyczność, dzięki zawartości witaminy A i B. Po zastosowaniu maski skóra staję się dogłębnie i długotrwale nawilżona oraz widocznie zdrowsza."


Kosztuje ok. 7-8zł.
Skład: Water, Butylene Glycol, Glycerin, Dipropylene Glycol, Propanediol, 1,2-hexanediol, Bis-peg-18 Methyl Ether Dimethyl Silane, Acrylates/c10-13 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine (regulator pH), Trehalose (cukier, doskonale i na długo nawilża skórę), Peg-60 Hydrogenated Castor Oil, Xanthan Gum (zagęstnik), Fragrance (kompozycja zapachowa), Disodium Edta (konserwant), Allantoin (koi podrażnienia), Sodium Hyaluronate, Camellia Sinensis Leaf Extract, Beta-glucan.
Moim zdaniem:  Bardzo dużo gliceryny i butylene glycol (promotora przenikania), trochę mniej cennej Trehalozy - wszystkie nawilżają. Trochę kojacej alantoiny. Niestety dwa inne ciekawe składniki, czyli kwas hialuronowy oraz ekstrakt z herbaty występują na samym końcu składu, nawet po kompozycji zapachowej i konserwantach.


Maska jest dobrze nasączona płynem, trochę nawet zostaje w opakowaniu (zużywam ten nadmiar na szyję i dekolt), mimo to z maski nic nie kapie podczas noszenia. Płachta jest trochę za duża na moją głowę, przez co lekko się marszczy w kilku miejscach i odstaje, jednak problem ten występuje w większości masksheetów, bez względu na producenta. Tkanina jest bardzo miękka i niesamowicie przyjemna w dotyku. Pachnie obłędnie brzoskwiniową herbatą! Trzymałam ją 20 minut, przez ten czas nie spływała, dobrze przylegała do skóry, mogłam też bez problemu w niej chodzić. Po tym czasie maska nadal była nasączona, moja skóra nie wchłonęła całego płynu. Skóra po zdjęciu płachty była mocno nawodniona, wręcz mokra, pory przymknięte, ale bez nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Pozostałe na skórze serum zostawiłam do wchłonięcia, co trwało dość długo, ok. godziny. Skóra po tym czasie nabrała dodatkowego blasku, choć leciutko się też kleiła. Była dobrze napięta, jędrna i nawilżona. Maska nie podrażniła moich oczu, nie spowodowała szczypania czy łzawienia. Jestem zachwycona jej działaniem! To idealna maska na lato, gdy skóra jest mocniej odwodniona, przesuszona od słońca i szorstka. Następnym razem włożę ją na chwilę do lodówki :)


Mizon, Maska dogłębnie oczyszczająca, Dust Clean Up Deep Cleansing Mask

Według producenta: "Innowacyjna forma oczyszczania skóry - maska w płacie z bawełny. Doskonale usuwa martwy naskórek oraz kurz i pyły osiadające na skórze. Delikatnie złuszcza naskórek. Pozostawia uczucie świeżości. Zawiera wyciąg z drzewa Moringa, który ma właściwości silnie antyoksydacyjne, przez co hamuje starzenie się komórek."


Kosztuje ok. 13-15zł/sztukę.
Skład: Szczegółowy jest dobrze widoczny na zdjęciu. Mamy tu o wiele więcej ciekawych ekstraktów w połowie składu (moringa - kondycjonuje, oregano - antybakteryjny, cyprysik - antyseptyczny, wierzba - oczyszczający, sfermentowana soja - nawilża, portulaka - uelastycznia, cynamon - pobudza krążenie, tarczyca bajkalska - rozjaśnia), alantoinę (łagodzi podrażnienia) i argininę (aminokwas, który dobrze nawilża skórę), mocznik (nawilża), kwas mlekowy i glikolowy (kwas AHA, oczyszcza).


Maska na białej, bawełnianej tkaninie, tradycyjnie odrobinę zbyt dużej. Od razu po otwarciu opakowania uderza piękny, cytrusowy i świeży zapach. Maska jest dobrze nasączona i od razu zaczyna się delikatnie pienić podobnie jak Maska bąbelkująca Skin79. Tutaj jednak pianka jest inna, gęstsza, bardziej zbita i mniej odstaje od maski, dzięki czemu nie wchodzi w oczy. Samo bąbelkowanie też jest delikatniejsze, przez cały zabieg czuję subtelne łaskotanie i słyszę pękanie licznych bąbelków, ale jest to subtelniejsze niż w przypadku Skin79. Po 10 min, czyli maksymalnym czasie jaki zaleca producent, zdejmuję masksheet, a pozostałą na skórze pianką robię delikatny masaż skóry. Podczas takiego masowania wytwarza się jeszcze więcej piany, którą można np. zrobić demakijaż oraz usunąć ewentualnie pozostałe jeszcze zanieczyszczenia. Resztki zmywam letnią wodą, przy czym trzeba bardzo uważać, aby produkt nie dostał się do oka (bardzo wygodnie zrobić to pod prysznicem).


Skóra po oczyszczaniu tą maską zdecydowanie jest rozjaśniona, moje zaczerwienia są delikatniejsze i mniej widoczne. Pory delikatnie przymknięte. Skóra jest odświeżona i wyraźnie oczyszczona, jednak po ok. 5 min odczuwam ściągnięcie skóry - bardzo delikatne, ale jednak. Nie jest to uczucie, przez które od razu mam ochotę nałożyć coś nawilżającego, choć po jakimś czasie faktycznie przetarłam skórę naturalnym tonikiem hibiskusowym Sylveco. Maska przede wszystkim warta uwagi ze względu na fun, jaki daje podczas noszenia. Poszczególne etapy bąbelkowania przedstawiam poniżej.


Mizon, Plaster oczyszczający na nos, Let Me Out, Blackhead Peel-Off Mask

Według producenta: "Plaster oczyszczający na nos przeznaczony do pielęgnacji skóry z problemami, takimi jak : zanieczyszczenia, wągry i zaskórniki. Produkt stanowi aktywną formułę pielęgnacji ratunkowej, która skutecznie zadziała, kiedy niedoskonałości stają się już widoczne. Głęboko oczyszczający plaster na nos intensywnie działa w kierunku wnętrza skóry i usuwa zanieczyszczenia. Formuła produktu została wzbogacona o sproszkowany węgiel drzewny. Po zastosowaniu plastra skóra na nosie zostanie oczyszczona."


Kosztuje ok. 3,50zł/sztukę.
Skład: Water (woda), pvp (polimer; lepiszcze czyli wiąże składniki w formie stałej; zmiękcza i wygładza skórę, lekko nawilża), dimethicone copolymer (silikon, wiąże wodę, zmiękcza skórę, tworzy na jej powierzchni film), propylene glycol (promotor przenikania, nawilża, może powodować podrażnienia nałożony na skaleczoną skórę), charocal powder (węgiel aktywny; posiada zdolności absorpcyjne, wchłania zanieczyszczenia, obumarłe komórki naskórka, nadmiar sebum, toksyny), vp/va copolymer (zwiększa lepkość, wygładza i zmiękcza skórę), kaolin (glinka biała; wypełniacz, oczyszcza, remineralizuje, odświeża, łagodzi podrażnienia, wygładza, matuje), methylparaben (konserwant).
Sposób użycia : Dokładnie umyj twarz i osusz skórę. Zaleca się wykonanie "parówki". Zwilż nos. Odklej folię zabezpieczającą  i przyklej plasterek na nos. Pozostaw na około 10-15 minut. Po tym czasie plasterek powinien być już suchy. Oderwij plasterek i przetrzyj nos zimnym tonikiem. Zaleca się stosowanie razem z zestawem BlackHead Out.


Plasterek na nos jest wyprofilowany, dzięki czemu łatwo się domyślić w jaki sposób należy go przykleić. Najpierw jednak należy odkleić właściwą, czarną część plastra na tkaninie od folii zabezpieczającej.  Najpierw zwilżamy nos np. wodą lub hydrolatem, a potem naklejamy plasterek i czekamy 15 minut aż zaschnie. Niestety za pierwszym razem chciałam wzmocnić działanie plastra i namoczyłam go także od zewnątrz - nie jest to dobry pomysł, ponieważ plasterek wtedy nie schnie i trzeba czekać dużo dłużej. Plasterek idealnie dopasowuje się do kształtu nosa. Po zdjęciu go na skórze zostają ciemne ślady, które na szczęście schodzą podczas przemywania skóry tonikiem lub płynem micelarnym. 
Zobacz też:


Cała zabawa z plasterkiem polega na tym, że musimy poczekać, aż wyschnie, dopiero wtedy należy go zerwać, najlepiej jednym, płynnym ruchem. Na szczęście wyraźnie czuję, gdy plaster jest już "gotowy", ponieważ robi się sztywny i trudno zmarszczyć nos. Zdejmowanie go troszkę boli, ale spokojnie można wytrzymać. Niestety wszystkie te zabiegi niewiele dają, nie zauważyłam wpływu na zaskórniki. Może wyrwałam kilka włosków, ale czarne punkciki jak były, tak i są. Możliwe, że trzy plastry, bo tyle miałam, to za mało, aby uzyskać jakiś efekt, ale obecnie testuję już plastry jeszcze innej marki.
To już lepiej działały plastry Holika Holika, choć też nie były idealne, o czym możecie poczytać klikając:


Jak widzicie lubię tę markę, choć nie wszystkie produkty się u mnie sprawdzają. Mam do niej ogromny sentyment, ponieważ od kosmetyków Mizona zaczęłam interesować się azjatyckimi rytuałami pielęgnacyjnymi, dzięki czemu poznałam sporo ciekawych tricków urodowych.

A Wy używałyście już masek w płachcie? Jakie są Wasze doświadczenia z tego typu pielęgnacją?

Body Club, Tanie maski w płachcie z pianką i serum

Masksheety na dobre zadomowiły się w mojej pielęgnacji, rozsiadły się wygodnie na półkach i nie zamierzają mnie opuszczać. I fajnie! Dzięki temu co najmniej raz w tygodniu mogę delektować się przyjemną, chłodzącą płachtą nasączoną serum, a potem zwyczajnie ją wyrzucić bez zbędnych ceregieli. Nic nie trzeba zmywać, mieszać czy pilnować, ale też niektóre obietnice producentów lepiej traktować z przymrużeniem oka. Dzisiaj chciałabym napisać więcej o maskach polskiego producenta, ale produkowanych w Korei Południowej (info potwierdzone). Maski te są bardzo tanie w porównaniu do innych. Zapłaciłam za każdą dokładnie 3,99 zł (w Auchan).


Body Club, Facial Mask, Oczyszczająca maska do twarzy Tea Tree

Według producenta: "Kuracja pielęgnacyjna do samodzielnej aplikacji w domu. Nie zawiera oleju mineralnego, silikonów, barwników, parabenów. Maseczka wykonana z biodegradowalnych włókien celulozowych. Unikać kontaktu z oczami. W zestawie znajduje się pianka do mycia twarzy, głęboko oczyszczająca skórę oraz skoncentrowane serum, które wspomaga działanie maski.
Tea Tree, maska oczyszczająca eliminuje zanieczyszczenia i toksyny z powierzchni skóry, ogranicza wydzielanie sebum i normalizuje skórę twarzy oraz wygładza i wzmacnia barierę ochronną naskórka."


Maskę kupimy w saszetce podzielonej na trzy części. W każdej znajduje się inny produkt, po raz pierwszy się spotykam z takim rozwiązaniem. Na opakowaniu mamy mnóstwo informacji o przeznaczeniu, działaniu i składzie. Saszetka jest porządna, ale przez to trudno się ją otwiera, wygodniej zrobić to nożyczkami.


Skład maski: dość wysoko mamy wit. B3 (niacinamide; reguluje wydzielanie sebum, matuje, przymyka pory), ekstrakt z drzewa herbacianego (Melaleuca Alternifolia Tea Tree; działa antybakteryjnie), adenozynę (działa przeciwzmarszczkowo), sporo cennych ekstraktów roślinnych, a pod koniec hialuronian sodu (Sodium Hyaluronate; wiąże wodę i ogranicza TEWL). Szczegółowy skład poniżej:


Skład pianki do mycia: Water, Glycerin, Myristic Acid, Srearic Acid, Potassium Hydroxide, Lauric Acid, TEA-Lauryl Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Glycol Stearate, Sodium Methyl Cocoyl Taurate, Volcanic Ash Extract, Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Extract, Camelia Sinensis Leaf Extract, Citrus Limon (Lemon) Peel Oil, Citrus Aurantifolia (Lime) Oil, Citrus Paradisi (Grapefruit) Peel Oil, Citrus Nobilis (Mandarin) Peel Oil, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Oil, Lavandula Augustifolia (Lavender) Oil, Sodium Chloride, Benzyl Glycol, Butoxydiglycol, Raspberry Ketone, Phenoxyethanol.
Moim zdaniem: kilka substancji myjących, oczyszczającego pyłu wulkanicznego oraz mieszanina kilku olejków eterycznych z cytrusów.

Skład serum: Water, Butylene Glycol, Niacinamide, Glycerin, Alcohol, Snail Secretion Filtrate (filtrowany śluz ślimaka), Centella Asiatica Extract, Adenosine (adenozyna; działa przeciwzmarszczkowo), Sodium Hyaluronate, Lavandula Augustifolia (Lavender) Oil, Rosmarinus Officinalis (Rosemary) Extract, Thymus Vulgaris (Thyme) Extract, Mentha Arvensis Leaf Extract, Borago Officinalis Extract (ogórecznik), Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract, Jasminum Officinale (Jasmine) Extract, Anthemis Nobilis Flower Extract (olejek z rumianku szlachetnego), Benzyl Glycol, Butoxydiglycol, Raspberry Ketone, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Carbomer, Potassium Hydroxide, Parfum.
Moim zdaniem: wysoko wit. B3, filtrat ze śluzu ślimaka, mnóstwo roślinnych ekstraktów, kwas hialuronowy oraz adenozyna, działająca przeciwzmarszczkowo.


KROK 1. Pianka do mycia twarzy "głęboko oczyszcza powierzchnię skóry z zanieczyszczeń, toksyn i pozostałości makijażu, odblokowuje pory i normalizuje skórę twarzy". 
Pianka jest biało-perłowa, bardzo dobrze rozprowadza się i pieni przy kontakcie z wodą. Delikatnie pachnie cytrusami.  Należy wycisnąć ją z opakowania na zwilżoną dłoń, a następnie nakładać na wilgotną skórę twarzy, masując kolistymi ruchami. Bardzo ważne, aby omijać okolice oczu i ust. Pianka dobrze oczyszcza i łatwo się spłukuje. Jeżeli nie nałożę w miarę szybko kolejnego kosmetyku, po ok. 5 minutach czuję ściągnięcie skóry.


KROK 2. Skoncentrowane serum wspomagające działanie maski "kompleksowo poprawia wygląd skóry, ułatwia przenikanie substancji aktywnych do głębszych warstw skóry, zapewnia optymalne nawilżenie, zmniejsza widoczność porów i poprawia koloryt skóry."
Serum to bezbarwny, bezzapachowy, dość gęsty żel. Najlepiej wycisnąć je bezpośrednio na  skórę twarzy i dokładnie rozprowadzić. Po ok. 5 minutach powinno się całkowicie wchłonąć. Niweluje uczucie ściągnięcia po piance, delikatnie nawilża skórę i nie klei się.


KROK 3. Maska do twarzy wykonana z biodegradowalnych włókien celulozowych. Producent zaleca systematyczne stosowanie, najlepiej regularnie 2-3 razy w tygodniu. 
Maska została wykonana z naprawdę przyjemnego, mięciutkiego materiału. Pierwszy raz spotkałam się z aż tak delikatną tkaniną. Płachta jest bardzo mocno nasączona, więc trzeba uważać przy wyjmowaniu jej z opakowania. Maska jest trochę za duża dla mojej twarzy, ale tak samo jest w przypadku praktycznie każdej innej marki. Najlepiej nakładać ją od czoła, delikatnie wygładzając, by dobrze przylegała do skóry. Serum z opakowania starałam się wklepać w maseczkę, aby niczego nie zmarnować, nadmiar wtarłam w szyję i dekolt. Po 20 minutach zdjęłam ją, przetarłam skórę raz jeszcze i wyrzuciłam. Nie nakładałam na skórę nic więcej przez pół godziny, aby dać czas płynowi na maksymalne wchłonięcie się.


Maska Tea Tree nie pachnie właściwie niczym, a już na pewno nie olejkiem z drzewa herbacianego, więc jeśli nie lubicie tego zapachu - bez obawy. Po nałożeniu na skórę czułam przyjemne chłodzenie. Nie podrażniła mnie, nie spowodowała łzawienia czy szczypania oczu. Cały zabieg był przyjemny, a dzięki temu, że maska dobrze się trzyma mogłam bez obaw zająć się czym tylko chciałam.


Po zdjęciu maski zauważyłam delikatnie rozjaśnienie zaczerwienienia na policzkach i przymknięcie porów. Jest to maska oczyszczająca, ale trudno zauważyć takie działanie przy jednorazowej aplikacji. Na pewno nieźle nawilża, ale pozostałe na skórze serum po jakimś czasie zaczyna lekko się lepić, więc po ok. 30 minutach od zdjęcia maski przetarłam skórę tonikiem. Podsumowując było przyjemnie, ale bez szału.



Body Club, Facial Mask, Rozjaśniająca maska do twarzy Vitamin C+E

Według producenta: "Rozjaśniająca maska w płachcie do twarzy. Rozjaśnia i poprawia koloryt skóry, zmniejsza przebarwienia i przywraca blask. Wzmacnia barierę ochronną i opóźnia procesy starzenia."


Skład pianki i serum jest taki sam jak w wersji Tea Tree (zobacz wyżej). W masce wysoko w składzie znajdziemy Lactobacillus (koi, łagodzi i wzmacnia naczynia krwionośne) oraz bogaty w witaminy wyciąg z rokitnika, dalej przeciwzmarszczkową adenozynę i mnóstwo ekstraktów roślinnych. Szczegóły poniżej:


Przed nałożeniem maski użyłam pianki i serum z zestawu, są identyczne jak w Tea Tree. Maska w wersji rozjaśniającej również wykonana jest z mięciutkiego materiału, z przyjemnością nakłada się ją na skórę. Miałam natomiast wrażenie, że rozmiarowo jest odrobinę większa niż poprzedniczka, ponieważ przez cały czas uparcie spadała mi na noc i utrudniała oddychanie. Musiałam kawałek zawinąć do góry.


Przez cały zabieg nie czułam szczypania czy podrażnienia, jednak po odczekaniu 20 min. i jej zdjęciu okazało się, że skóra jest lekko zaczerwieniona. Efekt ten zniknął samoistnie po ok. 5 minutach, ale miałam wrażenie, że na dłużej podkreślił zaczerwienienie drobnych niedoskonałości i naczynek. Maska lekko przymknęła pory i delikatnie nawilżyła skórę. Dodała cerze blasku, lekkiego rozświetlenia. Efektu rozjaśnienia absolutnie nie zauważyłam. Podobnie jak w przypadku poprzedniej płachty po kilku minutach pozostałe na skórze serum zaczęło się lepić, więc po 30 min. przetarłam skórę tonikiem. Ta wersja zupełnie nie przypadła mi do gustu, ponieważ zadziałała odwrotnie niż powinna.



Body Club, Facial Mask, Regenerująca maska do twarzy Snail Extract

Według producenta: "Regenerująca maska do twarzy w płachcie. Zmniejsza widoczność drobnych blizn i przyspiesza regenerację skóry. Uelastycznia i hamuje procesy starzenia się skóry." 


Skład pianki i serum jest identyczny jak w poprzednich wersjach (patrz powyżej). W masce bardzo wysoko znajduje się filtrowany śluz ślimaka, dopiero potem adenozyna i ekstrakty roślinne. Szczegóły poniżej:


Przed nałożeniem maski oczyściłam skórę pianką z zestawu i nałożyłam serum, po czym po 5 minutach zabrałam się za płachtę. Miękka i przyjemna w dotyku płachta również jest mocno nasączona serum. Po nałożeniu na skórę przyjemnie ją chłodzi i relaksuje. Dobrze się trzyma. Nie podrażniła mnie i nie spowodowała łzawienia oczu. Po 20 minutach zdjęłam ją i resztę serum wklepałam w twarz, szyję i dekolt.


Maska nie spowodowała zaczerwienienia, jak witaminowa. Lekko przymknęła pory, ale zauważyłam, że na krótko. Wersja regenerująca najlepiej nawilża i napina skórę, efekt był szybko widoczny. Nawet po jej zdjęciu skóra wygląda jakby nadal "piła" płyn. Niestety po jakimś czasie także zaczyna się lepić, jednak o wiele mniej niż w przypadku poprzedniczek. Pozostawia skórę jędrną, lekko rozświetloną nawet po wchłonięciu się serum. Cera wygląda po niej naprawdę ładnie i zdrowo, nie musiałam przecierać jej tonikiem. Po odczekaniu 30 minut można spokojnie nałożyć makijaż. Z tych trzech masek najbardziej spodobało mi się jej działanie.


Podsumowując: maski są tanie, ale produkowane w Korei. Zawierają całą masę substancji aktywnych, choć składy nie są w 100% naturalne. Oczyszczająca krzywdy mi nie zrobiła, jest przeciętna. Witaminowa spowodowała zaczerwienienie, więc więcej jej nie kupię. Najbardziej przypadła mi do gustu wersja regenerująca ze śluzem ślimaka, który moja skóra bardzo lubi. Na pewno kupię inne maski z tej serii, bo cena jest zachęcająca. Moim zdaniem to dobry sposób na sprawdzenie, czy polubicie płachty, bo wiem, że nie każdy jest przekonany do takiej pielęgnacji.

Znacie te maski w płachcie? Swojego czasu były dostępne w Biedronce, może za jakiś czas znowu się pojawią :)

DIY: Zrób sama maseczkę w płachcie Mask Sheet

Uwielbiam domowe kosmetyki, zarówno te wymagające całej gamy dziwnie brzmiących składników, jak i te jadalne, prosto z lodówki. Zrobienie domowej maseczki nie jest żadnym problemem, jeśli się oczywiście ma do tego zapał i lubi wiedzieć, co nakłada się na własną skórę. Wiem, że dla sporej ilości dziewczyn zniechęcające jest natomiast zmycie takiej tradycyjnej maski-papki, więc ich unikają. Jest jednak rozwiązanie! Proste, skuteczne i szybkie. Dziś zapraszam Was na przygodę z maseczkami w płachcie domowej roboty!


Jak zrobić własną maskę z płachcie DIY

Przede wszystkim do domowej maski w płachcie potrzebujemy... płachty. W Hebe można kupić gotowe do nasączenia bawełniane sheety, które kosztują kilkanaście złotych. Można także wykorzystać do tego celu grubszą bawełnianą serwetkę, wyciąć w niej otwory na oczy, nos i usta. Ja natomiast wykorzystam... papier ryżowy, który kupiłam w sklepie za 1,99zł i który wystarczy na kilkanaście maseczek. Pomysł na użycie papieru przyszedł do mnie od Czarszki, którą uwielbiam oglądać i od której zaczęła się cała moja przygoda z kręceniem własnych kosmetyków :) 


Kiedy mam już papier ryżowy zastanawiam się jaki chcę uzyskać efekt, komponuję więc składniki. Dzisiaj zależy mi na dobrym oczyszczeniu skóry z zaskórników, zwężeniu porów i nawilżeniu, dlatego stawiam na:
- hydrolat z lawendy (m.in. oczyszcza, odświeża, tonizuje skórę, reguluje wydzielanie sebum, działa antyseptycznie i ściągająco)
- srebro koloidalne (posiada doskonałe działanie antybakteryjne, grzybo- i wirusobójcze, regenerujące, przeciwzapalne i oczyszczające)
- D-panthenol (wit. B5, nawilża, łagodzi podrażnienia, goi ranki)
- niacynamid (wit. B3, m.in. doskonale zwęża pory, rozjaśnia przebarwienia, działa antytrądzikowo oraz antyoksydacyjnie oraz przeciwzapalnie, wspomaga produkcję kolagenu).

Przygotowanie maski w płachcie

Wszystkie te substancje są rozpuszczalne w wodzie. Wsypuję więc czubek łyżeczki wit. B3, która jest w postaci kryształów do miseczki z hydrolatem (ok. 10 łyżek), 1 łyżką srebra koloidalnego oraz kilkunastoma kroplami wit. B5. Mieszam bez podgrzewania.


Następnie wyciągam jedną sztukę papieru ryżowego, który z łatwością można pociąć nożyczkami. Na sucho jest twardawy i może pękać, ale w niczym to nie przeszkadza.


Papier tnę na ćwiartki według poniższego schematu. Zazwyczaj na jedną maskę wykorzystuję trzy takie kawałki, dwa na policzki i jeden na czoło. Ostatnią ćwiartkę można pociąć na jeszcze mniejsze kawałeczki i nałożyć je na nos czy brodę. Następnie każdą ćwiartkę z osobna delikatnie zanurzam w miseczce z hydrolatem i pozostałymi substancjami aktywnymi, aż do lekkiego zmiękczenia, zazwyczaj trwa to kilka-kilkanaście sekund (jeśli robiliście np. sajgonki to na pewno wiecie o co chodzi). Od razu nakładam na skórę lekko wygładzając.



Zaczynam od policzków i nakładam pierwszy kawałek tak jak na zdjęciu poniżej. Potem drugi policzek analogicznie, na końcu czoło - okrągłą częścią ku górze. Maskę trzymam ok. 20-25 minut. Dobrze się trzyma skóry, nie osuwa się, nie odpada, spokojnie można w niej chodzić i robić co tylko chcemy. Warto ją czasem delikatnie zwilżyć hydrolatem lub resztką naszej mieszaniny. Do odczekaniu odpowiedniego czasu, gdy chcemy ją zdjąć, wystarczy podważyć koniec i zerwać za jednym razem. Maska nie przykleja się do skóry zbyt mocno, więc to nie boli, nigdy nie miałam z tym najmniejszego problemu.

Dlaczego papier ryżowy?


Papier ryżowy nie tylko jest tani i wydajny, jest też przecież jadalny, a więc bezpieczny dla zdrowia. Poza tym ryż znany jest ze swoim właściwości nawilżających, rozjaśniających przebarwienia, wygładzających, napinających i zmiękczających. Zyskujemy więc podwójnie :)

Fajnie, ale być może nie posiadasz hydrolatów i witamin. Co wtedy?
Nic nie szkodzi! Zapewniam Cię, że we własnej kuchni znajdziesz równie dobre i skuteczne składniki na maskę. Szczególnie polecam zieloną herbatę i napary ziołowe np. ze skrzypu polnego czy pokrzywy. 

Poza tym polecam:
- wszelkie warzywne lub owocowe soki, które są bombą witaminową i genialnie wpływają na skórę: ogórkowy, jabłkowy, pomarańczowy, z pomidora, truskawkowy itp., koniecznie niesłodzony i świeżo wyciśnięty,
- mleko, maślanka, mleko sojowe lub kokosowe,
- czerwone wino (anty age),
- woda ryżowa,
- miód z wodą,
- jako dodatki wzbogacające dodawane do powyższych w niewielkich ilościach: aloes, wyciśnięte kapsułki wit. A+E, oliwa, sok z cytryny, ocet jabłkowy, jogurt,
- dowolne mieszanki powyższych.


Jak Wam się podoba taka domowa maska w płachcie? Zachęciłam Was do eksperymentów?

Skin79, Pore Bubble Cleansing Mask, Nowa maska w płachcie bąbelkująca

Maski w płachcie na stałe zawitały w mojej pielęgnacji. Nie ma chyba tygodnia, w którym nie stosuję co najmniej jednej, zazwyczaj nowej płachty i nie planuję tego zmieniać :) Choć nadal jestem wielką fanką glinek i nie zrezygnuję  z nich za skarby świata, to jednak jako osoba dość aktywna cenię sobie szybkość i skuteczność mask sheetów. A że nowości ukochałam sobie szczególnie, nie mogłam odmówić przetestowania nowej maski Skin79. Zupełnie innej niż pozostałe, bo... bąbelkującej.


Skin79,  Pore Bubble Cleansing Mask, Nowa maska w płachcie bąbelkująca

Według producenta: "Absolutna Nowość na Polskim Rynku! Pierwsza maseczka w płacie zapewniająca efekt masażu jednocześnie. Maska, dzięki drobnym pęcherzykom powietrza, wnika głęboko w pory, dokładnie je oczyszczając. Ekstrakt z jeżówki pobudza wytwarzanie nowych włókien kolagenowych i silnie regeneruje. Proteiny mleka nawilżają i wygładzają skórę. Wąkrota azjatycka wykazuje działanie przeciwzapalne, poprawia gęstość i elastyczność skóry. Twarz staje się silnie nawilżona i wyraźnie rozjaśniona. Stosować minimum raz w tygodniu."


Czarne opakowanie maski łatwo się otwiera, a jednocześnie dobrze chroni zawartość choćby przed wyschnięciem czy dostępem powietrza. Z tyłu mamy etykietę po polsku oraz skład INCI.


Skład: Water, Glycerin, Sodium Cocoyl Apple Amino Acids, Cocamidopropyl Betaine, Dipropylene Głycol, Disloxane, Methyl Perfluoarobutyl Ether, Methyl Perfluoroisobutyl Ether, Hydroxyethyloellulose, Phenoxyethanol, Sodium Chloride, Ethylhexylglcerin, Disodium EDTA, Fragrance, Butylene Głycol, Ethyl Hexanediol, Echinacea Angustifolia Extract, Mentha Piperita (peppermint), Leaf Extract, Milk Protein Extract, 1,2-Hexanediol, Centella Asiatica Extract, Gaultheria Procumbens (Wintergreen) Leaf Extract, Camellia Siensis Leaf Extract, Houttuynia Cordata exstract.


Sposób użycia:
1. Umyć i stonizować twarz.
2. Rozmasować maskę przez opakowanie, aby równomiernie rozprowadzić składniki aktywne.
3. Rozłożyć maskę na suchej skórze, dopasowując do oczu i ust.
4. Po około 10 minutach zdjąć maskę.
5. Umyć i stonizować twarz


Maska ma postać czarnej tkaniny z tradycyjnie wyciętymi miejscami na oczy, usta i nos. Jest mięciutka i łatwo się nakłada oraz dopasowuje do twarzy, choć dla mnie (jak i zapewne dla większości z Was) jest odrobinę zbyt duża, przez co delikatnie się marszczy. Nie przeszkadza to jednak w używaniu. Maska dobrze trzyma się skóry, nie spada. Zapach posiada przyjemny, dość intensywny, skojarzył mi si trochę z płynem do płukania tkanin.


Warto pamiętać o delikatnym pomasowaniu maski jeszcze przed wyjęciem jej z opakowania, aby dobrze rozprowadzić składniki. Po opuszczeniu opakowania od razu można zauważyć tworzące się bąbelki, co wygląda dość zaskakująco. Po nałożeniu maski na suchą skórę i dokładnym jej rozłożeniu wystarczy odczekać 2 minuty, aby zaczęła "się pienić". Wygląda się w niej hmmm... interesująco. Trochę kojarzy mi się z puchatym zwierzątkiem z jakiejś produkcji dla dzieci. Naprawdę żałuję, że nie odwiedził mnie wtedy mój ulubiony listonosz - ten sam od niebieskiej glinki i czarnej, węglowej maski. Chciałabym zobaczyć jego minę :D
Po 10 minutach wyglądałam już tak:


Bąbelkowanie nie jest tylko ciekawym dodatkiem i efektem odróżniającym maskę od innych. Zapewnia ono bowiem skórze delikatny, acz skuteczny masaż. Jest to bardzo przyjemne uczucie lekkiego łaskotania, wręcz uzależniające. W dodatku trwa przez całe 10 minut, a pewnie nawet dłużej. Po prostu ta maska cieszy, wywołuje uśmiech na mojej twarzy i to mi się podoba :)


Maska nie podrażniła mojej skóry, nie spowodowała szczypania czy łzawienia oczu. Po zdjęciu zostawia na skórze delikatną, śliską powłokę, którą należy zmyć. Skóra była natomiast dobrze oczyszczona, wydaje mi się też, że część zaskórników z nosa zniknęła, choć przyznaję, że miałam ich niewiele. Spodobało mi się, że twarz po jej użyciu nie błyszczała się przez kilkanaście godzin, więc pokusiłabym się o stwierdzenie, że reguluje wydzielanie sebum. I to wszystko bez nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Maska pozostawiła skórę gładszą, miękką, elastyczną, milszą z dotyku, nawilżoną, a pory lekko przymknięte. Najbardziej zauważalne jednak było rozjaśnienie skóry, zwłaszcza moich zaczerwienionych policzków - wreszcie kolor cery ujednolicił się jak po cienkiej warstwie podkładu. Resztki maski (pianki) domyłam płynem micelarnym, a następnie skórę stonizowałam według wskazań producenta, wtedy była już gotowa na kolejne etapy pielęgnacji np. toner czy serum.


Standardowa cena Pore Bubble Cleansing Mask to 25zł/szt. (23ml), obecnie jest w promocji za 16,90zł. Często można ją także spotkać w różnorodnych zestawach maskowych. Pamiętajcie, aby produkty marki kupować u polskiego dystrybutora, by nie nabrać się na liczne podróbki.

Planuję zakup kolejnych sztuk, bo nie zamierzam się pozbawiać tak przyjemnego efektu masującego. Znacie podobnie działające mask sheety? 
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj