Sylveco, Odżywcza pomadka z peelingiem

O Sylveco już pisałam i moja opinia się nie zmieniła: czego się nie dotknę tej firmy nieustannie mnie zachwyca! Tak było z Lipowym płynem micelarnym, kremem i tonikiem (wkrótce recenzje), tak też jest z pomadką. Nie byle jaką, dla mnie całkowicie innowacyjną, bo pomadką z peelingiem. Zapraszam :)




Sylveco, Pomadka do ust z peelingiem

Pomadkę kupiłam w kartoniku, na którym było mnóstwo informacji odnośnie zawartych w niej składników. Mam wrażenie, że to jakaś tajna misja firmy - edukacja. Popieram i podpisuję się pod tym obiema rękami i nogami! Im większa wiedza konsumentów tym lepiej, bo tym mocniej muszą się strać producenci.


Zakupu dokonałam podczas dermokonsultacji z marką, które bardzo polecam (na FP Sylveco znajduje się info gdzie i kiedy się odbywają). Można pomacać każdy produkt, powąchać, wypróbować. Można pomęczyć konsultantkę pytaniami, a także sprawdzić poziom nawilżenia skóry. Zapłaciłam 9,50 zł, co nie jest wygórowaną kwotą za taki skład, ale o tym później.


Samo opakowanie jest standardowo plastikowe, bardzo skromne, może nie jakoś wyjątkowo piękne, ale praktyczne, nie zacina się, a napisy się nie ścierają. Po intensywnym użytkowaniu przez kilka tygodni wygląda idealnie, jak nowe. Co ciekawe na opakowaniu znów mamy powtórzony skład i słusznie, nie ma się czego wstydzić ;) 


Skład: olej sojowy, wosk pszczeli, olej z wiesiołka, cukier trzcinowy, lanolina, masło kakaowe, masło karite (shea), betulina, wosk carnauba, olejek z gorzkich migdałów. Ładnie!

 
Pomadka się nie łamie, jest zwarta, ale łatwo rozprowadza się na ustach, nie jest tępa. Podczas aplikacji lekko drapie i wykonuje wstępny peeling, pozostawia natomiast drobinki cukru, więc pocierając wargami wykonujemy nimi już dokładniejszy piling. Gdyby je zostawić w spokoju pobędą chwilę, po czym się rozpuszczą. Niestety ja nie mogę się powstrzymać, aby ich nie zjadać (łasuch!).


Balsam zostawia na wargach przyjemną, nie klejącą się warstewkę ochronną. Pachnie słodko, lekko migdałowo, "jadalnie" i naturalnie. Bardzo mi to odpowiada. 
Zdjęcia zrobiłam jeszcze przed użyciem, teraz pomadka jest wklęsła i bardziej widoczne są drobinki cukru. Nie zmieniła barwy ani zapachu przez cały okres użytkowania.


Nie trzeba nakładać jej dużo, wystarczą max dwie warstwy, co sprawia, że pomadka jest niesamowicie wręcz wydajna - mam ją kilka tygodni, używam codziennie i dopiero się kończy. Odkąd ją posiadam moje usta są mięciutkie, nawilżone, nie spierzchnięte i co ciekawe mogę sobie pozwolić na rzadsze używanie balsamów niż zazwyczaj.  
Usta "same z siebie" lepiej sobie radzą z wszelkim wiatrem, deszczem czy chłodem, nawet jak zapomnę jej użyć nie ma tragedii. Kiedyś to było nie do pomyślenia! Stąd mój wniosek, że pomadka faktycznie głębiej wpływa na skórę ust, regeneruje ją na dłużej niż tylko na ten moment, gdy się na nich znajduje.


Nie wiem jak działa na opryszczkę, bo jej zwyczajnie nie mam.
Polecam ją każdej z Was, jeśli jeszcze jej nie miałyście kupcie i same się przekonajcie. Ja jestem zachwycona, bo jako maniaczka mazideł do ust pierwszy raz się spotykam z tak dogłębnym działaniem i to wcale nie krótkofalowym.

Znacie?

Recenzja ZTS/DIY: Silnie nawilżająca mgiełka do twarzy i/lub włosów

Jakiś czas temu zrobiłam Silnie nawilżającą mgiełkę do twarzy i/lub włosów oraz Serum przeciwzmarszczkowe do cery tłustej i mieszanej. Mgiełkę testowałam równo miesiąc, bo dokładnie po takim czasie się skończyła, a serum dobija do dna. Biorąc pod uwagę pojemność uważam, że wydajność jest bardzo dobra, ale związane jest to także z intensywnością użytkowania, zrozumiałe. Zapraszam Was dzisiaj na recenzję Mgiełki, o Serum napiszę wkrótce.

Silnie nawilżająca mgiełka do twarzy i/lub włosów


Opakowanie jest dowolne, u mnie jest to zwykła plastikowa buteleczka z atomizerem o pojemności 30 ml.

Mgiełka jest całkowicie przezroczysta, początkowo miała wodnistą, a następnie leciutko żelową konsystencję. Pachnie hydrolatem z gorzkiej pomarańczy, całkiem przyjemnie - na początku nie podobał mi się ten zapach, ale z biegiem czasu doceniłam, że jest całkowicie naturalny i stwierdziłam nawet, że mnie relaksuje, odpręża. 
Mgiełka szybko się wchłania praktycznie do matu i nie pozostawia żadnej nieprzyjemnej warstwy na skórze.

Skład: hydrolat z kwiatów gorzkiej pomarańczy, kwas hialuronowy, witamina B3, witamina B5,  mleczan sodu. 


Mgiełka początkowo miała rzadszą konsystencję i atomizer ładnie rozpylał całość na twarz lub włosy. Z biegiem czasu konsystencja lekko zgęstniała, zrobiła się bardziej żelowa (bardzo delikatnie, ale jednak zauważalnie), przez co atomizer już nie dawał rady, rozpylał jednym strumieniem. Musiałam więc aplikować ją na dłonie lub płatek, a następnie wsmarowywać w twarz lub włosy, więc zrobiło mi się coś w stylu serum nawilżającego. Dla mnie to mała wada, myślę, że wystarczyłoby dodać trochę hydrolatu i wstrząsać przed użyciem, aby atomizer znów ładnie rozpylał mgiełkę. Ja zużyłam do końca już jako serum.

Mgiełkę trzymałam w łazience normalnie na półeczce. Stosowałam codziennie rano po przemyciu twarzy, czekałam aż wyschnie i nakładałam krem. Wieczorem po demakijażu i umyciu skóry ponownie ją aplikowałam, czekałam aż wyschnie i używałam mojego Serum diy. Kilkakrotnie spryskiwałam nią twarz, na której miałam maseczkę z glinki (oczywiście w tej roli także się sprawdza, ale po jakimś czasie było mi jej szkoda i używałam w tym celu wody różanej). 2-3 razy użyłam jej do włosów, ale nie zauważyłam jakiegoś szczególnego działania, być może powinnam częściej/więcej, ale wolałam do włosów zużyć moją Mgiełkę z zieloną herbatą.


Najważniejsze co można zobaczyć podczas używania tego kosmetyku to mega nawilżenie skóry! Na takie właśnie działanie liczyłam najbardziej, ponieważ kwas hialuronowy solo działa na mnie nawilżająco-ściągająco (to takie uczucie jakby zamiast nawilżać wysuszał, nieprzyjemne doznanie, dlatego unikam nakładania go w 100% stężeniu na skórę, mam na myśli roztwór oczywiście). 
Nie miałam najmniejszych problemów z przesuszeniem czy łuszczeniem skóry, a używałam raz na jakiś czas kosmetyków z alkoholem, trochę z premedytacją, aby wystawić mgiełkę na próbę. Skóra stała się bardziej promienna, odświeżona i, co ogromnie mnie cieszy, mniej się przetłuszcza i błyszczy. Nie miałam najmniejszych problemów z podrażnieniami i stanami zapalnymi, a niewielka ilość niedoskonałości (jak to się ładnie eufemistycznie określa) znikała w tempie ekspresowym tak, że nawet nie miałam po co szukać preparatów punktowych! Cera zdecydowanie się wygładziła, nawilżyła, zregenerowała, koloryt zaczął się wyrównywać.

Oszacowałam koszt na mniej więcej 5zł:
3 zł hydrolat,
1,50 zł kwas hialuronowy,
0,50 zł mleczan sodu oraz witaminy B3 i B5.

Podsumowując: warto pokusić się o takie zmieszanie raptem pięciu składników. Koszt nie wychodzi wysoki, a wydajność jest bardzo dobra. Działanie bajeczne! Zrobię ją jeszcze nie raz i nie dwa, bardzo ją polubiłam. Myślę, że mogę ją wręcz pokochać kiedy w końcu nastaną iście słoneczne dni, a temperatury nie będą spadać poniżej 25 stopni :)

Może robiłyście już taką mgiełkę? A może podobną?

Yves Rocher, Szampon odbudowujący z olejkiem jojoba

Codzienne mycie głowy powoduje dużą rotację szamponów, że się tak wyrażę. Od lat nie zdarzyło mi się mieć otwartej tylko jednej butelki, ponieważ zauważyłam, że zmiany bardzo służą moim tłustym włosom. Co prawda szampon ma za zadanie je oczyścić i właściwie nic więcej, ale może to zrobić lepiej lub gorzej, może to nawet zrobić "za dobrze" (czytaj: przesuszyć skalp, a potem są opłakane skutki, zwłaszcza przy tendencji do tłustych włosów). Ostatnio dzięki moim szalonym eksperymentom mogę sobie pozwolić na mycie głowy co drugi dzień, ale o tym kiedy indziej. Dziś napiszę o szamponie, który obiecuje wiele, choć nie wiem po co....

Yves Rocher
Szampon odbudowujący
z olejkiem jojoba
do włosów bardzo suchych lub kręconych


 Szampon kupiłam po farbowaniu końcówek na blond (tak, mam delikatne ombre) w celu nawilżenia i odbudowania tychże. Wiadomo jak farba, zwłaszcza ta rozjaśniająca potrafi wpływać na włosy. Producent obiecuje, że "włosy będą zdrowe, bardziej odporne, gładkie, miękkie i błyszczące". Tyle gwoli wyjaśnienia.

Zielona, półprzezroczysta butelka właściwie niewiele zawiera informacji. Z tyłu mamy zdawkową naklejkę w języku ojczystym i skład, praktycznie nic więcej się nie dowiemy. Korek na klik czasem trudno otworzyć, a już zwłaszcza mokrymi rękoma.
Szampon można nabyć wysyłkowo, w sklepie stacjonarnym lub internetowym (tak było w moim wypadku). Za butelkę 300 ml zapłaciłam ok. 10 zł. 


Konsystencja moim zdaniem jest w porządku, nie za bardzo wodnista, choć i gęstą jej bym nie nazwała. Podoba mi się biały kolor szamponu z perłowym blaskiem, wygląda to bardzo efektownie. 
Najprzyjemniejszy jest jednak zapach - cudowny, przypomina mi dziką plażę pełną nieznanych acz przyjemnych aromatów, zamykając oczy łatwo można przenieść się myślami do Afryki czy na Daleki Wschód i uruchomić wyobraźnię... a to wszystko podczas mycia włosów! Pewnie domyślacie się, że bardzo lubię ten zapach, zdecydowanie umila on tak zwyczajną czynność, do tego trochę się utrzymuje na włosach. Duży plus!


Skład: oparty na SLS, czyli nie do użytku codziennego (w końcu się tego nauczyłam), całkiem wysoko mamy też mój ulubiony hydrolat z bławatka oraz olej jojoba. Wysoko jest także kompozycja zapachowa. Szczegóły na zdjęciu wyżej.


Szampon nie szczypie w oczy. Tworzy dużą pianę, przez co jest niesamowicie wydajny (wystarczy niewielka ilość, choć to na pewno też kwestia długości włosów). O zapachu już wspomniałam, ale nadmienię jeszcze, że po prysznicu pachnie nim cała łazienka :) 
Co do działania to jest, czyli potwierdzam - szampon myje włosy ;) Nie obciąża ich zbytnio, czego się trochę obawiałam, za to sprawia, że są niesamowicie miękkie, lśniące i wygładzone (zwłaszcza jeśli poprawię moją mgiełką diy KLIK). Czy są zdrowe i bardziej odporne nie wiem, ale powątpiewam, aby miał w to jakiś wielki wkład zwykły szampon.

W skrócie polecam, bo może to 8 cud świata nie jest, ale faktycznie ładnie wpływa na włosy.
 Znacie szampony YR?
Mój ulubieńcem jest ten z malwą, zwiększający objętość. Kiedyś o nim napiszę :)

Maseczka z ogórka odświeżająca do skóry tłustej

Niedawno robiłam lekki krem ogórkowy, który mnie zachwycił swoim działaniem. Jest idealny do cery tłustej lub mieszanej i łatwo go zrobić w domu, choć przedtem trzeba się zaopatrzyć w kilka nietypowych składników. Podczas produkcji tego kremu zostają resztki startego ogórka. Resztki te warto zostawić i wykorzystać np. na maseczkę do twarzy.




Maseczka z ogórka odświeżająca i tonizująca

Składniki na maseczkę ogórkową  

Pół startego ogórka
Łyżka jogurtu naturalnego
Kilka kropel oleju arganowego lub dowolnego innego
Łyżka mąki (jako zagęstnik)

Ewentualnie dwa plasterki ogórka na oczy ;)


Wszystkie składniki (oprócz plasterków) mieszamy na papkę. Chcemy uzyskać gęstawą konsystencję, nie spływającą ze skóry. Nakładamy na twarz i szyję, a jeśli wystarczy także na dekolt. Na oczy kładziemy plasterki i relaksujemy się na leżąco przy dobrej muzyce (ja miałam ochotę na Nirvanę ;) ok 20 min. Następnie wszystko zmywamy (używam do tego w/w plasterków z ogórka, które jednocześnie dodatkowo tonizują skórę). Resztę przecieramy tonikiem, ja użyłam hibiskusowego Sylveco.


Cieszymy się piękną, promienną skórą. Wszelkie podrażnienia są złagodzone, a skóra nawilżona, odświeżona, gładka i sprężysta. Będzie się także mniej przetłuszczać i świecić.

Robicie domowe maseczki? Są bardzo szybkie i łatwe w przygotowaniu, a równie skuteczne jak gotowe.

FlosLek, Slim Line Lipodetox Serum, Intensywna walka z cellulitem

Aksamitna i gładka, miękka i ciepła, aż nie można oderwać od niej dłoni... Skóra oczywiście! :D Taka mi się właśnie marzy, zwłaszcza gładka i równa, czyli cellulitowi mówię "sio"! Mam to szczęście w nieszczęściu, że mimo posiadania cellulitu mam go niewiele (czytaj: mogło być gorzej) i ulokował się "jedynie" z tyłu na udach. Ale walczę, walczę dzielnie niczym Don Kichot z wiatrakami. Dziś już jest o wiele lepiej i mimo, że wygrałam dopiero bitwę to wiem, że idę w dobrym kierunku. Przedstawię Wam dziś jeden z lepszych kosmetyków w tym temacie, z jakimi miałam ostatnio do czynienia.

Floslek
Slim Line
Intensywne serum antycellulit


Serum kupimy w kartoniku. Wiecie, że nie przepadam za takimi rozwiązaniami, dla mnie to zbędne, ale nie będę się znów o to czepiać (czy właśnie tego nie zrobiłam? hmmm). Szata graficzna do mnie przemawia, ładny odcień fioletu i kość słoniowa. Wszystkie niezbędne informacje dotyczące produktu oraz obiecanki producenta co do jego działania są na opakowaniu. Mamy tu m.in. info, że produkt jest bezpieczny dla kobiet w ciąży i po porodzie.


Wewnątrz kartonika znajduje się duża fioletowa tuba z wygodnym, nie zacinającym się korkiem na klik. Tu znów podstawowe info, ale np. już bez składu. Koszt ok. 35-45 zł/200 ml.


Tuba zabezpieczona jest folią, dzięki czemu mamy pewność, iż jesteśmy pierwszymi użytkowniczkami serum. To lubię.


Serum jest przezroczyste z lekko różowym zabarwieniem. Pachnie wręcz obłędnie, co bardzo umila aplikację - aromaty kwiatowo-świeże, wystarczająco intensywne, ale nie przytłaczające. Nie mogłam się wręcz doczekać wieczorów, aby znów je powąchać ;)


Skład: Po wodzie mamy nawilżającą glicerynę, a zaraz po niej ekstrakt z czerwonych alg Jania Rubens (mocno nawilża, wzmacnia strukturę skóry, niweluje nierówności tłuszczowe), następnie Hydrolized Cucurbita Pepo Seedcake (proteiny z dyni zwyczajnej - poprawia mikrokrążenie, wzmacnia włókna kolagenowe, redukuje rozstępy), Methylsilanol Hydroxyproline Aspartate (ekstrakt z liści Manuka - łagodzi podrażnienia, regeneruje, ujędrnia, działa antybakteryjnie), Soduium Acrylate.... (zagęstnik, tworzy odpowiednią konsystencję), następnie emolient tzw. suchy, emulgatory, konserwanty (w tym parabeny), gdzieś tam dalej ekstrakty z arniki i aceroli. Szczegóły na zdjęciu.


Serum używałam codziennie wieczorem przez okres 45 dni, bo na tyle wystarczyła zawartość tubki. Producent zaleca minimum 40 dni kuracji. To mi się więc udało. Zrobiłam sobie zdjęcia "przed", ale nie martwcie się, nie będę nimi straszyć. Zostawię je dla siebie, chciałam mieć jedynie punkt odniesienia, bo pamięć bywa zwodnicza. Ach i zapewniam Was, że przez ten okres jak byłam leniwa tak zostałam: żadnym dodatkowych ćwiczeń nie robiłam, więc jeśli jest jakaś zmiana to dzięki serum.
Ale zaraz... Czy jest?

Nie odpowiem tak od razu. Najpierw moje wrażenia. Serum nie wywołuje uczucia chłodu ani gorąca, za co ma u mnie ogromnego plusa. Nie znoszę ich! Nie ma nic gorszego niż trząść się z zimna pod kołdrą i dwoma kocami albo chcieć obedrzeć ze skóry, która parzy. Jedno i drugie przerabiałam... Nie podrażnia i nie uczula, nie powoduje zaczerwienienia.
Serum cudownie pachnie, jak już wspomniałam i co niezwykle istotne, bardzo szybko się wchłania! Dosłownie po kilku sekundach można śmiało wskoczyć w piżamkę i pójść spać czy coś ;) 


Skóra po aplikacji jest napięta i przyjemna w dotyku, ale właściwie nic poza tym. Za to po 45 dniach codziennej kuracji... są efekty! A wierzcie mi, nigdy nie wierzyłam, że sam kosmetyk może zrobić cokolwiek! Oczywiście nie usunął całego cellulitu, to byłoby zbyt piękne, ale skóra zdecydowanie się wygładziła, mniejsze nierówności wręcz całkiem zniknęły! Sama z niedowierzania przecierałam oczy porównując zdjęcia. Skóra do tej pory pozostaje miękka i nawilżona, czuję, że zdecydowanie jest milsza w dotyku niż zazwyczaj. Podejrzewam, że druga tuba mogłaby zdziałać już istne cuda.

Jeśli szukacie serum na cellulit to polecam. Próbowałam z Eveline, ale nie było aż takich efektów, za to było zimno (brrr) i złote drobinki. 

Znacie? Kusi mnie jeszcze produkt FlosLek do biustu z tej serii...

Zakupione na promocjach: Rossmann, Natura, Hebe

Czyżbym już wielokrotnie z uporem maniaka wspominała, że nie jestem odporna na promocje? Tak? A, to dziś już nie wspomnę ;) Nie mogłam się oprzeć tym wszystkim -49%, -40%, 2za1 itp. więc wielokrotnie moje nogi same gnały do różnych drogerii. W ciągu ok. dwóch tygodni byłam 7 razy w 5 różnych Rossmannach, 2 razy w Naturze i raz w Hebe. Że przesada? A co ja poradzę? Moje nogi postanowiły same sobie pożyć przez ten czas, moje oczy robiły się okrągłe jak spodki na widok % (nie, nie alkoholu), a i głowa chyba całkiem zapomniała do czego służy... Kupiłam sporo rzeczy jak na kogoś kto potrzebował, uwaga, tylko pudru... Niektóre są nietrafione, o czym wiem już teraz, a z niektórych jestem niesamowicie zadowolona. Zapraszam.



Zakupy Rossmann


Drugiego dnia promocji na produkty do makijażu twarzy poszłam tylko po puder... A kupiłam trochę więcej.  
- Puder Wibo o nieznanym składzie, którego przez to trochę się boję, zostawiłam sobie na potem, póki co tylko się nim dwa razy "maźnęłam", co wystarczyło, aby stwierdzić, że ten silny zapach będzie mnie irytował. 
- Drugi puder Manhattan w odcieniu Wanilia wypada zdecydowanie lepiej, przede wszystkim dlatego, że ma wypisany skład, a w nim brak parafiny (tak, tak - zauważyłam ostatnio, że w pudrach często jest parafina, a ja się zastanawiałam co mnie zapycha....). Puder ładnie i na długo matuje skórę, a i odcień wybierany w sumie w ciemno okazał się odpowiedni. Do tego jest antybakteryjny. 
- Następnie do koszyka powędrowały chusteczki matujące Wibo, które może nie są rewelacyjne, ale przydadzą się w zapasie. No i są różowe!
- Korektor Lovely pod oczy okazał się wielką pomyłką - sam sposób aplikacji mnie denerwuje, wykręcanie odpowiedniej ilości jest chyba niemożliwe, zawsze jest za dużo, więc całe opakowanie od wewnątrz jest wysmarowane kosmetykiem. Niezbyt to higieniczne i na pewno odbije się na wydajności. W dodatku już po kilku dniach napisy z opakowania się wytarły prawie całkowicie. Sam korektor jest poniżej przeciętnej, praktycznie nic nie zakrywa, a po jakimś czasie zbiera się w załamaniach. Żałuję, że go kupiłam.
- Korektor Wibo 4in1, o którym wielokrotnie czytałam same ochy i achy, na mnie nie zrobił większego wrażenia. Użyłam kilka razy i rzuciłam w kąt, podejrzewam go o zapychanie porów... Powtarza się historia z pudrem: dlaczego producent nie wypisał składu?
- Kolejna pomadka do ust Alterra z granatem, była po 2,99zł. Uwielbiam ją, jest świetna. Ma naturalny skład, jest tania i pięknie pachnie.


W kolejnych dniach promocji, tym razem na produkty do makijażu oczu, w Rossmannie byłam aż trzy razy, za każdym razem kupując po 2-3 produkty. Najpierw kupiłam:
- Dwie kredki automatyczne Lovely, granatową i brązową. Cóż, z nich też nie jestem zadowolona. Kredki bardzo szybko znikają ze skóry, nie pomaga pokrycie cieniem ani baza, po której po prostu nie da się nimi malować. Były bardzo tanie, ale i tak żałuję, że je kupiłam. EDIT: Brązowa całkiem nieźle radzi sobie z brwiami, jeśli oczywiście jej kolor współgra z cerą.
- Wibo Eyebrow Stylist, na razie trafił do zapasów, mam nadzieje, że znalazłam dużo tańszego zastępcę Revitalasha, czas pokaże. EDIT: jest naprawdę w porządku! Za tą cenę mogę mu jedynie zarzucić, że szczoteczka nabiera zbyt dużo produktu i kilkakrotnie muszę ją wycierać. Ładnie utrwala włoski i nadaje im lekki kolor.
 

Przy kolejnym podejściu zdecydowałam się na:
- Tusze do rzęs Wibo: Panoramic Lashes oraz Growing Lashes. O obu czytałam bardzo dobre opinie, a moje obecne tusze są na wykończeniu, więc daruję sobie wyrzuty sumienia dotyczące nieplanowanych zakupów ;) (o tym, że w zapasie mam dwa inne tusze ciiiiś). EDIT: Oba są raczej słabe, przy czym tak wychwalany pod niebiosa Growing Lashes nic nie robi, zupełnie nie widać go na rzęsach. Nie tego oczekiwałam, nie pomaga kilkakrotne nałożenie produktu, za to można porobić malownicze grudki :(
- Wibo baza pod cienie - zdecydowanie z niej jestem póki co najbardziej zadowolona! Cienie trzymają się calutki dzień, a zawsze miałam z tym problem, nie zbierają się w załamaniach powieki, nie ścierają i mają intensywniejsze odcienie.


Podczas kolejnych odwiedzin w Rossmannie od razu wrzuciłam do koszyka kolejną bazę pod cienie Wibo i dodałam jeszcze szybkoschnący eyeliner Lovely, mam nadzieje, że uratuje honor tej marki...

Wiem od dziewczyn, że w niektórych Rossmannach promocja obejmowała także odżywki do rzęs, niestety w tych trzech, w których byłam ja - nie. Jak pech to pech.
 
W ostatnich dniach promocji, tym razem na produkty do ust i paznokci, postawiłam na paznokcie z premedytacja omijając temat ust. Niby nie ma nic bardziej kobiecego niż pomalowane wargi, ale cóż mogę poradzić na to, że ja na co dzień tego nie lubię? Oczywiście mam kilka pomadek i błyszczyków, ale leżą sobie spokojnie i konają śmiercią porzuconych i niechcianych... Czasem je odwiedzam, od wielkiego dzwonu, maznę nimi usta i znów porzucam na pastwę czasu i kurzu. Taka już jestem nieczuła ;)


Do Rossmanna polazłam głownie po jeden lakier, mianowicie Sally Hansen 240 Babe Blue (fota wyżej). Kolor, w którym się zakochałam widząc go u kogoś na paznokciach na moich wyglądał, cóż, jeszcze lepiej! Niestety jego trwałość pozostawia wiele do życzenia... Chyba jeszcze nigdy nie natrafiłam na lakier, który odpryskuje kilka godzin po pomalowaniu i to z top coatem! Muszę go jeszcze potestować, ale pierwsze wrażenie było ambiwalentne. Bywa.

Dorzuciłam do koszyka także:
- Wibo Diamond hard oraz Top coat Like Gel, nie użyłam ich jeszcze, zobaczymy czy są coś warte. EDIT: To zwykłe przezroczyste lakiery, nie widzę w nich nic szczególnego. Utwardzają i nadają delikatny połysk, który z czasem się wyciera.
- Miss Sporty, zielony odcień, bo takiego jeszcze nie mam. Strasznie farbuje podczas zmywania, ale łatwo się nakłada i w miarę szybko schnie. Trzyma się max. 3 dni.
- Lovely, żółty pastelowy odcień, który pięknie wygląda latem przy opalonych dłoniach. Dość długo trzyma się pazurków, ok. 5 dni.
- Sally Hansen Insta-Dri, miałam poprzednią wersję, o której napiszę posta. Mam nadzieje, że ta będzie jeszcze lepsza! EDIT: Są identyczne! 
- Sally Hansen Hard as nails, odżywka wzmacniająca, jeszcze nie używałam.




Do Hebe zaszłam niezobowiązująco, czekając na męża, który buszował w innym sklepie. Podeszłam do szafy Eveline (-40%), wzdrygnęłam się na widok odżywek do paznokci po czym ujrzałam te do rzęs... Szybki rekonesans i wrzuciłam do koszyka wersję z olejem arganowym. Gdy skończę kurację Belcilsem będę miała już kolejna odżywkę w zapasie, taka ze mnie spryciara ;) Po chwili dołożyłam jeszcze fajnie wyglądającą tarkę do stóp, szeroką i wyprofilowaną, ale obiecałam ją już mamie, mam nadzieję, że jej posłuży :)



W Naturze też bardzo nie szalałam, w promocji na akcesoria 1+1 chciałam kupić pędzel do cieni i mój wybór padł na Elite models, z czego jestem bardzo zadowolona. Pędzel kosztował 9 zł, a bardzo ładnie nakłada cienie, blenduje i co tam jeszcze wymyślę, łatwo się pierze. Jako gratis dorzuciłam szczotkę do włosów Reed Professional, która kosztowała 10 zł po jakiejś obniżce (ostatnia sztuka, wcześniej 25zł). Z niej jestem również zadowolona, ładnie rozczesuje włosy, także mokre, nie wyrywając ich. Zainwestowałam także w zwykłą opaskę do włosów, przyda się podczas nakładania maseczek :)


Innego dnia zaszłam do Natury trochę dla zabicia czasu i nacieszenia oczu głupotami, po czym wyszłam z dwoma cieniami i dwoma kredkami Kobo. Ujmę to tak: po cieniach spodziewałam się czegoś więcej, są poprawne i całkiem ładne, ale nic poza tym, przeciętne cienie, które w dodatku bez bazy szybko się zbierały w załamaniach powieki. Za to kredki są świetne, ładnie się trzymają, nie znikają w ciągu dnia i mają śliczne odcienie. Mogę się przyczepić jedynie do tego, że podczas makijażu same się wkręcają do środka, ale są na to sposoby. EDIT. Po kilku tygodniach kredki jakby wysychają i same się łamią, przez co niemożliwe jest wykonanie makijażu :(


W Auchan kupiłam najzwyklejszą na świecie temperówkę do kredek, bo poprzednia gdzieś zaginęła. Oczywiście niebieską ;)


Z przyjemnością czytałam podobne posty, porównywałam zakupy itp. Ciekawa jestem czy kupiłyście coś podobnego do moich nabytków?

Lactacyd Femina, Żel do higieny intymnej Acti-Fresh

Od kilku ładnych lat używam do higieny intymnej osobnych płynów i żeli, ale czasami zastanawiam się po co? Większość z nich tylko minimalnie różni się od żeli pod prysznic i coś mi się  wydaje, że niektórzy producenci nabijają nas - konsumentów - w butelkę. Mimo to robię to nadal łudząc się, że z pożytkiem dla siebie. Dziś o moim pierwszym żelu Lactacyd, żelu już właściwie słynnym w swojej kategorii. Ale czy mnie także zachwycił?

Lactacyd Femina
Acti-Fresh
Żel do higieny intymnej
Świeżość Cały Dzień


Żel kupujemy w kartoniku, moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Po co marnować tyle papieru dla opakowania żelu? Nie rozumiem tego zupełnie. Ostatecznie zgadzam się na to przy kremach, które mają ograniczoną powierzchnię, na której można wypisać skład, działanie itp, ale tutaj? Tutaj wszystko można by spokojnie umieścić bezpośrednio na etykiecie, a z kartonika zrezygnować.


Kolorystyka buteleczki bardzo mi się podoba - lekko morska zieleń. Przywodzi na myśl świeżość właśnie... miętę, morze... Buteleczka jest przezroczysta i posiada wygodny korek na klik, który łatwo się otwiera także mokrymi rękoma. Z tyłu na etykiecie są wszystkie ważne informacje (i znów: po co w takim razie ten kartonik??).


Kupiłam go, a jakże w promocji, za 8 zł, cena regularna to ok. 12 zł/200 ml.


Sam żel nie jest wybitnie gęsty, ale i nie lejący. Można by napisać: w sam raz. W buteleczce wygląda na zielonkawy, a na dłoni jest przezroczysty. Zapach ma orzeźwiający, lekko słodkawy, trochę mdły jak dla mnie. Troszkę kojarzy mi się z męskimi perfumami. Jest w nim coś, co nie do końca mi odpowiada. Jest intensywny i trzeba się z tym liczyć. Na dłoniach długo się utrzymuje.


Skład: Oparty na Magnesium Laureth Sulfate czyli detergencie troszkę tylko delikatniejszym niż SLS i innych detergentach do towarzystwa. Zawiera także Copper Usnate (substancja antybakteryjna, najczęściej pochodzenia roślinnego), a gdzieś tam pod sam koniec kwas mlekowy. Szczegóły na zdjęciu:


Żel myje to co ma myć ;) Tworzy niską pianę, mi taka wystarczy. Poza tym do umycia wystarczy niewielka ilość, co sprawia, że w sumie małe opakowanie jest dość wydajne.
Odświeża, ale nie na długo, kogoś tutaj poniosło! Właściwie to działanie jest zupełnie przeciętne.
Niestety powoduje też nieprzyjemne szczypanie i pieczenie. Aby go uniknąć muszę w tempie ekspresowym go zmyć i to bardzo dokładnie. Inaczej grozi mi szaleństwo. I gdzie tu miejsce na relaks pod prysznicem? 
Sprawia to, że na bajki z opakowania patrzę przez palce - gdzie ta niby delikatność, gdzie długotrwałe uczucie świeżości?


Zużyję go do końca, wyrzucę opakowanie i zapomnę raz na zawsze o Lactacyd. Widocznie ja jestem odporna na jego wdzięk i czar. Szukam dalej ideału...

  Znacie żele Lactacyd?

Wykończeni w kwietniu

W tym miesiącu za bardzo nie zaszalałam z denkowaniem. Sporo zużyłam próbek, bo sporo podróżowałam (teraz też jestem w trakcie weekendu majowego, a co! Należy mi się czasem ;)
Zapraszam.


Mitia, Mydło w płynie Papaya: właściwie nie wiem, skąd się tu wzięło, bo zazwyczaj mydeł w płynie nie pokazuję, ale skoro jest, to napiszę: przeciętne w kierunku dobrego. Litr kosztuje ok. 4-8zł, pachnie obłędnie, myje i co najważniejsze - nie wysusza skóry. W promo kupię jak najbardziej.

Biedronka, Oceania, Żel pod prysznic Drzewo sandałowe i imbir: przeciętniaczek. Potrafi lekko przesuszać skórę. Bardzo orzeźwiający zapach, który w butelce mi się spodobał podczas prysznica okazał się zbyt intensywny, przez co trochę go męczyłam. Zapach jest trochę męski, na szczęście na skórze nie utrzymuje się bardzo długo. Kosztuje ok.4zł/500ml. Raczej nie kupię.

La Joie, Zmywacz do paznokci bezacetonowy Truskawka: pompka bardzo ułatwia nabieranie produktu na wacik, jednak opakowanie jest nieszczelne! Po pierwsze cała szafka śmierdzi tą "truskawką", po drugie zmywacz w ekspresowym tempie traci "moc". Pod koniec konieczne było pompowanie go co sekunda, aby zmyć lakier. Irytujące. Apeluję do producenta o uszczelnienie buteleczki i będzie ok. Kosztuje ok. 10zł/200ml. Nie kupię.

Olej ze słodkich migdałów: jeden z moich pierwszych olei i mam do niego niesamowity sentyment. Raz na jakiś czas kupuję kolejną buteleczkę. Bardzo uniwersalny  i wydajny. Do twarzy, włosów i ciała, nie zapycha i szybko się wchłania. Idealny do masażu. Cena bardzo różna w zależności od producenta i dystrybutora. Za ten zapłaciłam ok. 12 zł. Kupię na pewno!

Bioluxe, Krem do rąk Oliwka: nie będę się powtarzać - mi nie pasuje. Nic ciekawego nie robi, a skład ma prawie identyczny jak ten do stóp (różni się tylko ta oliwką gdzieś pod końcem składu). Never ever. Więcej możecie poczytać TU i TU.

Próbki: 

FlosLek, Żel do powiek i pod oczy dla mężczyzn: nie wiem skąd się wziął na zdjęciu, używał go mój małżonek. Fajny, wydajny, bezzapachowy. Nawilża i nie uczula. Nie kupimy pełnego opakowania tylko z jednego powodu: po prostu mnóstwo by się go zmarnowało biorąc pod uwagę, że ciągle musiałam małżowi o nim przypominać ;) Próbki są mniej narażone na przeterminowanie.

Natura Siberica, szampon i maska: nie pamiętam dokładnie jakie było ich przeznaczenie itp, ale zdecydowanie jestem na tak! Włosy po tym zestawie były miękkie, lejące i się nie puszyły. Kupię kiedyś na pewno!


Soraya, Pelling morelowy: mój ulubieniec. Bardzo duża tubka 150 ml sprawia, że jest bardzo wydajny. Nie zapycha i czuć, że pilinguje skórę. Zużyłam kilka opakowań i na pewno jeszcze kupię. Więcej KLIK

Taft, Lakier do włosów: jeśli już jakiegoś używam to tylko tego. Nie skleja włosów, nie zostawia białych paprochów i łatwo się zmywa. Jednocześnie utrwala fryzurę jak trzeba i nie jest drogi, za to często można go spotkać w promocjach. Kupię.

Biosilk, Jedwab do włosów: polecony przez koleżankę, raczej nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia. Ładnie "skleja" końcówki, ale nie stosuję go zbyt często, bo potrafi wysuszyć włosy. Całkiem przyjemnie pachnie. Mam kolejną buteleczkę, bo kupiłam od razu dwie, ale na następne raczej się już nie skuszę, tym bardziej, że zaczęłam "kręcić" własne miksturki ;)


Półprodukty do przepisów Zrób to sama (DIY)

Mleczko owsiane: długo zastanawiałam się po co je w ogóle kupiłam? Nie miałam na nie pomysłu. Okazało się, że genialnie się sprawdza w produktach do włosów, np. TUTAJ. Być może jeszcze kupię.

Olej abisyński: zdecydowanie jeden z moich ulubionych, ponieważ nie zostawia tłustej warstwy na skórze. Używałam go z kilku/kilkunastu recepturach, a także używałam solo jako serum na noc. Kupię! Przykładowe kosmetyki diy z jego udziałem: KREM DO SKÓRY TŁUSTEJ i SERUM PRZECIWZMARSZCZKOWE.

Olej z wiesiołka: fajny olej do tłustej skóry, ponieważ reguluje pracę gruczołów łojowych, a dodatkowo łagodzi wypryski i regeneruje. Świetnie sprawdza się w produktach do włosów, które m.in. nabłyszcza. Na bank kupię! Użyłam go np. w SERUM i MGIEŁCE DO WŁOSÓW.

GSC: emulgator, mój pierwszy i w sumie ostatni. Zamówiłam kolejne opakowanie. Bardzo uniwersalny, tworzy stabilne emulsje. Idealny do kremów np. KREM DO SKÓRY TŁUSTEJ.


Biedronka, Oceania, Żel pod prysznic Lemon: ładnie pachnie, ale na dłuższą metę jest męczący, niestety jest nieznośnie wydajny. Tani, na bazie SLS, ot, zwykły żel pod prysznic. Nie wiem czy kupię.

Herbal, Ziołowa pasta do zębów: wypatrzyłam, że nie zawiera fluoru, a kosztuje 2 zł. Przyjemnie smakuje szałwią i produkowana jest podobno według indyjskiej receptury. To już chyba 5 opakowanie tej kupnej pasty, kolejne są w szufladzie już dawno kupione.

Płatki kosmetyczne: kupuję je w Auchan, nie mam pojęcia czy to jakaś marka czy są robione dla marketu. Dobrze się sprawdzają, nie są zbyt cienkie i są tanie, a ja naprawdę dużo ich zużywam. Kupię na pewno.

Auchan, Waniliowy balsam do ust: całkiem niezły balsam, długo się utrzymuje na wargach i nie zjada zbyt szybko. Jest taniutki i bardzo przyjemnie pachnie. Być może jeszcze kupię.

Biolaven, Krem na dzień: pachnie winogronem, naprawdę pięknie! Ma dość lejącą konsystencję, ale zdecydowanie powoduje u mnie świecenie się skóry, raz użyłam go na dzień i niestety u mnie się nie sprawdza. Mam jeszcze kilka próbek, zużyję je na noc. Nie kupię mimo całej mojej sympatii do marki.


Próbki: Jak wspomniałam lubię podróżować i często to robię, a w wojaże zabieram ze sobą bardzo często próbki. Tutaj pokazuje pojedyncze, ale niektórych takich samych zużyłam po kilka opakowań.

Sylveco, Lekki krem rokitnikowy: mam pełne opakowanie i polecam. Trochę długo się przyzwyczajałam, że jest żółto-pomarańczowy, ale teraz mi to nie przeszkadza. Wkrótce recenzja.

Sylveco, Lekki krem brzozowy i nagietkowy: już wiem, że będą kiedyś moje! Świetnie nawilżają i nie powodują świecenia się skóry. Nie podrażniają. 

Sylveco, Krem pod oczy: podobny do kremów do twarzy, ale jego bardzo lekka konsystencja trochę mnie denerwowała. Nie wiem czy kupię.

FlosLek, Przeciwzmarszczkowy krem pod oczy Mineral Therapy: lubię kremy pod oczy tej marki, ten pewnie też bym polubiła. Są w sumie podobne w działaniu i konsystencji. Być może kupię.

FlosLek, Nawilżający krem arnikowy: świetnie ukrywa naczynka i zaczerwienienia, jest lekko zielonkawy. Super nawilża i nie powoduje świecenia się. Mam ochotę kupić!

Delia, 100% serum z kwasem hialuronowym: taka próbka to zbyt mało, aby sprawdzić jego działanie. Mnie nie zachwyciło, zdecydowanie wolę własną wersję DIY. Raczej nie kupię.

Absolute Organic, Krem na noc: dziwny zapach, ale skład i działanie marzenie! Rano twarz wyglądała na wypoczętą i odżywioną. Być może kupię.

LPM, Mleczko nawilżające: obłędny zapach, trzeba mu to przyznać, ale działanie poniżej przeciętnej. Szybko się wchłaniało i to tyle. Nic więcej nie zauważyłam. Kolejne próbki zużyłam już do rąk, przez chwilę był efekt, ale szybo znikał. Nie kupię na pewno, bo i po co?

Bandi, 35+, Krem nocny oraz Krem pod oczy: bardzo fajna, treściwa konsystencja, trochę dziwny zapach. Pasuje mi zwłaszcza krem pod oczy, który daje długotrwały efekt nawilżenia i zmiękczenia skóry. krem nocny jest lekko zbyt tłusty, ale rano twarz promienieje, na pewno nie zapycha, co jest dla mnie istotne. Być może kupię.

Timotei, Szampon z różą z Jerycha: bardzo go lubię, ładnie oczyszcza i nie powoduje, że mam sianko na głowie. Jednocześnie nie obciąża włosów i nie wysusza zbytnio. Cudownie pachnie. Być może kupię.

Znacie coś z moich wykończonych kosmetyków?

Zrób to sama: Lekki krem ogórkowy na dzień do cery tłustej i mieszanej + Recenzja

Ogórek, ogórek, ogórek, zielony ma garniturek, na na na. Kto pamięta taką piosenkę z dzieciństwa? Ja pamiętam. Ogórki lubię, ale świeże jem bardzo rzadko ze względu na zawartość enzymu rozkładającego witaminę C. Pamiętajcie, że nie warto łączyć ogórka np. z papryką czy pomidorem, bo tracimy cenną witaminę C, a co za tym idzie zmniejszamy wchłanialność wielu innych ważnych pierwiastków np. żelaza. Jadam ogórki najczęściej kiszone - takie to mogłabym słoikami zajadać!
Świeże też kupuję. Po co, skoro ich nie jadam? Do przepisów... kosmetycznych. Ogórek jest naprawdę cennym sprzymierzeńcem skóry, zwłaszcza tłustej i mieszanej. Co można z niego zrobić? Mnóstwo! Na przykład lekki krem do skóry tłustej i to w domu!



Lekki krem na dzień ogórkowy do cery tłustej i mieszanej
nawilżający, oczyszczający i przymykający pory


Receptura na ok. 45 ml kremu


Składniki:
Ogórek (sok z połowy ogórka, ok. 36 ml)
Olej z nasion truskawki (4 ml)
Olej abisyński (3 ml)
emulgator (5% czyli 2,5 ml)


Podział na fazy:
Faza olejowa 20% (oleje + emulgator)
Faza wodna 80% (sok z ogórka)


Przepis na krem ogórkowy

Ogórka kroimy na plasterki, a następnie na mniejsze cząstki. Blendujemy, aby jak najbardziej rozdrobnić ogórka i wydobyć z niego jak najwięcej cennego soku. Teraz przecieramy powstały miąższ przez sitko, zbierając sok do miseczki. Faza wodna gotowa.
Faza olejowa: do miseczki wlewamy odmierzone ilości olejów i dodajemy emulgator (u mnie uniwersalny Glyceryl Stearate Citrate).
Podgrzewamy obie fazy (oczywiście oddzielnie) do temp. ok 50-60 stopni, emulgator musi się roztopić. Następnie przelewamy fazę olejową do wodnej i mieszamy, najlepiej spieniaczem do mleka. Gdy ostygnie znów mieszamy. Przelewamy do pojemniczka.

Dlaczego takie składniki?
Sok z ogórka: oczyszcza, rozjaśnia, odświeża skórę i dodaje jej blasku. Dodatkowo nawilża, odżywia i zmiękcza, tonizuje, działa także przeciwzmarszczkowo. Przymyka pory!


Olej z nasion truskawki: wspaniałe źródło antyoksydantów i cennych składników odżywiających i nawilżających skórę. Łatwo wchłania się przez skórę. Działa ochronnie, antybakteryjnie i lekko ściągająco.


Olej abisyński: intensywnie nawilża i poprawia kondycje skóry. Redukuje zmarszczki, pielęgnuje i odżywia. Szybko penetruje naskórek i nie pozostawia tłustej warstwy. Niewrażliwy na temperaturę. 

Glyceryl Stearate Citrate: emulgator pochodzenia roślinnego, ma za zadanie zmieszać obie fazy i stworzyć emulsję. Dodatkowo zmiękcza skórę.

Recenzja domowego kremu z ogórkiem


Krem zrobiłam już ponad miesiąc temu, więc myślę, że mogę się pokusić o opisanie swoich wrażeń.

Krem jest zielony i delikatnie pachnie ogórkiem. Ma bardzo lekką konsystencję. Łatwo się nabiera i wsmarowuje w skórę. Nie pozostawia smug.

Krem jest leciutki, od razu się wchłania i nie pozostawia żadnej tłustej warstwy. Cera jest gładka, nie całkiem matowa, ale i nie tłusta, powiedziałabym, że promienna. Wygląda świeżo i jakoś tak młodo, dziewczęco.
Nie powoduje uczucia ściągnięcia. Delikatnie nawilża, tonizuje i łagodzi podrażnienia.
Najciekawsze jest to, że krem pięknie przymyka pory. Wiadomo, że nie znikną całkowicie, ale różnica jest bez problemu zauważalna gołym okiem. Dodatkowo zdecydowanie reguluje wydzielanie sebum, bo już po tygodniu regularnego stosowania na dzień cera mniej się świeci, a podkład dłużej się utrzymuje.


Minusem jest w moim przypadku wydajność - dość szybko się skończył. Myślę, że to przez naprawdę lekką konsystencję - przyzwyczajona do kremów, które "czuć" na skórze, aplikowałam go większą ilość albo wręcz dwie warstwy, bo miałam wrażenie, że szybko znika. Sądząc po przymkniętych porach i spółce krem oczywiście był i działał, ale jakoś polubiłam tą podwójną aplikację, więc tak go stosowałam. Porcję ok. 45 ml zużyłam w kilka tygodni, na oko 3-4. Jak dla mnie ok, bo nie dodałam konserwantów, więc i tak pewnie powinnam zużyć go szybciej. W każdym bądź razie przez cały ten okres nie rozwarstwił się, nie zmienił wyglądu ani zapachu i nie zrobił krzywdy. Właściwie za nim tęsknię i na pewno jeszcze nie raz go ukręcę!

I to wszystko bez alkoholu, parabenów, parafiny i innych "fajnych" substancji. Jak widać są one zbędne, a nawet niepożądane.

Zrobicie sobie? Krem kręci się szybciutko, najdłużej chyba rozdrabniałam ogórka, ale powiem Wam, że warto było!

Lefrosch, Pilarix, Krem mocznikowy mocno nawilżający

Czasami przesuszenie skóry jest tak silne, że trudno sobie z nim poradzić. Czasami, zwłaszcza w zimie, kiedy działa ogrzewanie i klimatyzacja, skóra nie nadąża z regeneracją i zatrzymywaniem wody w naskórku, przez co brzydko się łuszczy i wygląda nieestetycznie. Czasami nasze łokcie czy stopy są szorstkie i nieprzyjemne w dotyku. Czasami potrzebujemy złagodzenia skóry po depilacji. Czasami potrzebujemy po prostu kremu do zadań specjalnych! O takim właśnie kremie napiszę dzisiaj - kremie, którego używam w najdziwniejszych sytuacjach i co najważniejsze, który jest skuteczny!



Lefrosch Pilarix, Krem mocznikowy

Krem kupimy w kartoniku, na którym mamy wszelkie niezbędne informacje. Ładne, estetyczne opakowanie w tonacji biało-błękitnej sugeruje, że jest to krem apteczny i oczywiście krem możemy kupić w aptekach w cenie 10-20 zł. Ceny są mocno rozbieżne, dlatego warto poszukać najlepszej.

Tubka z odkręcanym korkiem stabilnie stoi na głowie. Kolorystyka pudełka utrzymana została również na tubce, która jest miękka i wygodna.


Tubka z odkręcanym korkiem stabilnie stoi na głowie. Co prawda wolę korki typu klik, ale daję radę. 
Skład: Już na drugim miejscu jest mocznik (20% całego składu), następnie emolienty tłuste, gdzieś dalej gliceryna, masło shea, 2% kwasu salicylowego, alantoina i panthenol. Szczegóły na zdjęciu powyżej.


Krem jest dość gęsty, nie spływa ze skóry. Jest treściwy i dzięki temu niesamowicie wydajny. Jednocześnie szybko się wchłania, pozostawiając pielęgnującą warstewkę na skórze, która nie jest tłusta. Zapach ma lekko apteczny, z niczym konkretnym mi się nie kojarzy, ale jest do zniesienia.



Krem najczęściej służy mi za genialny krem ratunkowy dla dłoni (np. w zimie, kiedy raz zapomniałam posmarować ręce i oczywiście wziąć rękawiczki - po nocy z Pilarixem po suchej skórze nie było nawet śladu). Czasami mam ręce podrażnione i spierzchnięte od detergentów, ale wystarczy, że posmaruję je tym kremem i po kłopocie. Krem szybko się wchłania, więc nadaje się także na dzień. Moim ulubionym sposobem jest natomiast konkretniejsza warstwa na noc - rano wstaję z gładkimi i mięciutkimi dłońmi.
Świetny na stopy, kolana i łokcie, które po nim są miękkie, nawilżone i gładkie. Warto posmarować nim skórę po depilacji, co złagodzi podrażnienia (zwłaszcza po maszynce!) i zapobiegnie wrastaniu włosków. 
Niedawno miałam problem z bardzo przesuszoną i łuszczącą się skórą pod brwiami, a niewielka ilość tego kremu pomogła mi przywrócić te miejsca do normy, przy czym nic się złego nie stało. Producent na opakowaniu nie wspomina czy można go stosować na twarzy, ale patrząc na skład nie widzę przeciwwskazań.
Podobno pomaga także na rogowacenie okołomieszkowe, z którym ja osobiście się nie borykam, więc nie jestem w stanie tego sprawdzić.


Pilarix to mój ulubiony krem do zadań specjalnych. Myślę, że warto go mieć, w nagłych przypadkach bardzo się przydaje. 

Znacie?  Macie takie sprawdzone kremy "prawie do wszystkiego"?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj