Cuda od Mineralnej Kasi + dermokonsultacje Eris

Zakładam, że znacie Kasię? Jak nie to zachęcam do zajrzenia KLIK. Kasia jest niespożytym źródłem energii i bombą pomysłów DIY. Bardzo dużo publikuje, pisze recenzje, tworzy własne samoróbki. Normalnie człowiek-orkiestra. Przy tym jest bardzo sympatyczna. I nie piszę tak dlatego, że dostałam od niej zupełnie bez powodu już dwie paczki w kosmetykami jej roboty, o nie. Piszę tak, bo taka jest prawda :)
A co dostałam? Same wspaniałości!

Pierwsza paczka zawierała:


Mydełko ze spiruliną i kulę do kąpieli z różą zostawiłam sobie "na potem", bo szkoda mi było je psuć, takie są śliczne!
Za to do "Małpich baków" czyli kostki do masażu o zapachu owoców oraz Oliwkowego mydła w paście dorwałam się bardzo szybko.

Oliwkowe mydło w paście ma bardzo ciekawą konsystencję. Jest ciągnące się, trochę jak guma i ma w sobie grubsze drobinki różnej wielkości i koloru, których nie zidentyfikowałam. jakieś zioła? Pasta jest koloru oliwkowego i jest półprzezroczysta. Bardzo ładnie naturalnie pachnie, lekko ziołowo. Podczas mycia/pocierania zmienia barwę na jasną, natomiast z wodą tworzy delikatniutką piankę, która dokładnie myje skórę i nie wysusza jej. Trzeba je trochę dłużej zmywać z rąk niż zwykłe mydło, ponieważ tworzy na skórze jakby śliską warstwę. Skóra jest potem fajnie odświeżona i czysta. Ogólnie podoba mi się takie mydełko.



"Małpie bąki" czyli kostka do masażu o zapachu owoców. Podejrzewam, że chodzi o TEN przepis. Moja kostka ma kształt kwiatuszka i pachnie absolutnie obłędnie! Owoce, owoce i jeszcze raz owoce. Kostka jest dość twarda, dlatego muszę mnóstwo razy pocierać nią skórę, aby coś na niej zostało, prawdopodobnie jest tak dlatego, że moja kostka zrobiona jest z resztek i masełka zebrały się na spodzie, stąd taka konsystencja. Poradziłam się więc Kasi i postanowiłam lekko przerobić "Małpie bąki". W najbliższym czasie się tym zajmę :)


Druga paczka była jeszcze bardziej zaskakująca. Zawierała:


Kule i żel peelingujący zostawiłam sobie na kiedy indziej, natomiast maskę i peeling zużyłam już następnego dnia. Musze przyznać, że wpisały się czasowo w sam raz, ponieważ staram się w miarę regularnie robić takie zabiegi i był już na to czas. 

Scrub/peeling był bardzo dobrze zabezpieczony. Założyłam, że jest to peeling do twarzy, ale nie wiem czy słusznie, bo mnóstwo mi go zostało, więc resztę wykorzystałam do ciała. Zawiera dużo drobinek, pachnie jak dla mnie kakao, aż chciałabym go zjeść. Ma fajną konsystencję, trochę lepiącą się, przez co dobrze trzyma się skóry. Świetnie złuszcza martwy naskórek. Podejrzewam, że zawiera jakieś masło albo treściwy olej, bo skóra po nim była gładziutka, dopieszczona i mięciutka. Świetny peeling, bardzo konkretny, ale jednocześnie nie drapiący. Kasiu jeśli to możliwe apeluję o przepis, bo u Ciebie nie znalazłam :)


Maseczka ogórkowa: podejrzewam, że Kasia dodała tu zieloną glinkę albo algi, bo maseczka ma intensywnie zielony kolor. Fajna konsystencja sprawia, że maska trzyma się skóry. Zapach ma zdecydowanie ogórkowy z domieszką nie wiem czego. Nie wiedziałam, ile mogę ją trzymać, więc założyłam, że 15 minut powinno być bezpieczne. Saszetka wystarczyła do nałożenia jednej grubej warstwy, a w masce na twarzy można poczuć się jak Hulk ;) Zmywając najpierw starłam nadmiar ręcznikiem jednorazowym, następnie resztki dobiłam płatkami kosmetycznymi. Podczas zmywania jakieś drobinki wykonały dodatkowy peeling. Maska pięknie domknęła pory, dzięki czemu skóra wygląda doskonale, jak po Photoshopie. Zauważyłam też, że zaczerwienienia zdecydowanie się zmniejszyły, skóra jest oczyszczona i nawilżona, gładka i przyjemna w dotyku. Mogłabym taką maseczkę robić sobie częściej. Bardzo przyjemna sprawa :)


Serum arganowo-jedwabne: znajduje się w przepięknej ciemnej buteleczce z pipetką. Dozowanie dzięki temu jest bardzo łatwe i higieniczne. Pachnie ziółkami, niezwykle przyjemnie jak dla mnie, delikatnie. Serum ma lekko żółtawy i mleczny kolor oraz żelową konsystencję. Nie spływa ze skóry. Nie jest jednorodne, ma maleńkie "glutki", które jednak rozcierają się na skórze. Bardzo szybko się wchłania, nie lepi się i nie klei. Pozostawia skórę lekko rozświetloną, jakby muśniętą rozświetlaczem, taki efekt uzyskałam przy moim musie owocowym do twarzy, o którym niedawno pisałam. Podoba mi się!


Krem ogórkowy: lekko zielony, przepięknie pachnący świeżym ogórkiem kremik. Ma przyjemną puszystą konsystencję, typową dla średnio lekkich kremów. Ładnie rozprowadza się na skórze, przy rozcieraniu jednak bieli, lepiej jest go wklepywać. Krem ładnie się wchłania, choć nie całkiem do matu, pozostawia świetlistą poświatę, czego nie należy mylić z błyszczeniem. Nie powoduje świecenia. Sprawia, że twarz wygląda młodziej, piękniej, jest pełna blasku, tak bym to ujęła. Jestem bardzo zadowolona. Jeżeli macie ochotę zrobić sobie taki krem to poczytajcie u Kasi TUTAJ jak zrobić średnio lekką wersję z ogórkiem albo u mnie TUTAJ jak zrobić wersję lekką.



Na koniec przytoczę pytanie, które zadał mi mój mąż:
"Czy nie boisz się tego używać?"
Odpowiadam: Nie, nie boję się. Zakładam, że Kasia nie chce mnie zabić czy otruć, ale rozciągam to pytanie na wszystkie inne samoróbki, w tym robione przeze mnie osobiście.
Czyż nie jest tak, że kupując jakikolwiek gotowy krem w drogerii także ryzykujemy, że nas zapcha, uczuli lub zrobi jakąś inną krzywdę? Ja bardzo często tak miałam z kupnymi kremami, które po kilkukrotnym użyciu okazywały się do niczego, napchane parafiną i innymi kwiatkami, które robiły mi kuku. Długo dochodziłam do punktu, w którym jestem obecnie, uważam się za świadomą konsumentkę, sprawdzam składy i to na ich podstawie podejmuję decyzje zakupowe. Was też do tego zachęcam, bo to procentuje. Moja skóra znacznie się poprawiła, o czym przekonałam się ostatnio na dermokonsultacjach z Dr Eris.

Na dermokonsultacje trafiłam całkiem przypadkiem będąc w drogerii. Zdecydowanie różniły się one od dermokonsultacji z Sylveco, tutaj Pani miała komputer i mnostwo końcówek do sprawdzania stanu cery.
Czego się dowiedziałam?
Że moje zmarszczki mimiczne wokół oczu, które mam od śmiechu (tak sobie tłumaczę) od 10 lat są bardzo, bardzo płytkie.
Że powinnam uważać na podskórne przebarwienia i dbać o ochronę skóry twarzy przed UV.
Że moja skóra jest bardzo gładka i sprężysta, jak u dwudziestolatki.
Że mam bardzo rozszerzone pory i co ciekawe mieszaną cerę, bo przetłuszczanie wyszło mi tylko na czole (ja to rozumiem w ten sposób, że na policzkach przetłuszczanie się normuje, juuuupiiii). Na zdjęciu poniżej nie ma "wskaźnika tłustości", ponieważ była ona sprawdzana innym sprzętem.
Że mam lekko wrażliwą cerę, trochę odwodnioną.
Czy to nie cenne wskazówki dla osób dbających o cerę?

Poniżej macie zdjęcie zrobione w trakcie badania, więc nie wszystkie parametry są naniesione.


Co myślicie o takich eksperymentach na ludziach?

DIY: Owocowy mus do twarzy ujędrniający i zwężający pory + recenzja

Uwielbiam owoce! A na co mamy teraz sezon? Na truskawki oczywiście! Mogłabym je zjadać codziennie kilogramami, bo są pyszne i mają mnóstwo cennych witamin, minerałów oraz antyoksydantów. Świetnie zaspokajają apetyt, wpływają od wewnątrz na skórę i pomagają utrzymać figurę w dobrej formie (podobno nawet pomagają schudnąć). Uwielbiam je!
Postanowiłam więc sprawdzić czy dają radę wpłynąć na skórę także... od zewnątrz :)
Zapraszam na mus truskawkowy... do skóry!

Owocowy mus do twarzy
ujędrniający i zwężający pory


Na początku chciałabym wspomnieć, że podczas kręcenia własnych kosmetyków należy bezwzględnie zachować higienę. Bardzo pomocny jest w tym zwykły spirytus kosmetyczny, dostępny praktycznie wszędzie. Wtedy mamy pewność, że nasz kosmetyk nie zepsuje się i nie napchamy do niego więcej bakterii niż to konieczne ;) Oczywiście inną sprawą jest użycie konserwantu (dostępne są także ekologiczne), przechowywanie i tempo zużycia.

Gdy już przygotujemy sobie czyste stanowisko pracy i zbierzemy w jedno miejsce wszystkie niezbędne półprodukty dokładnie myjemy ręce (można także używać rękawiczek jednorazowych, ale mi jest w nich niewygodnie). Wcześniej starannie myjemy, wycieramy, a następnie przecieramy spirytusem i znów wycieramy do sucha (najlepiej ręcznikiem jednorazowym) wszelkie miarki, łyżeczki do mieszania, pipetki, naczynka oraz pojemnik na nasz kosmetyk. Dopiero wtedy przystępujemy do pracy/zabawy :)


Składniki (na 50 ml musu):

A. 20 % Faza olejowa (10 ml)
15 % dowolny olej - u mnie jest to macerat z fiołków (7,5 ml)
3 % dowolne masło - u mnie masło shea (1,5 ml)
2 % GSC - emulgator (1 ml)

B. 80 % Faza wodna (40 ml)
64 % hydrolat lub hydrolat + sok z truskawki (razem ma być 32 ml) - u mnie 25 ml hydrolat z pomarańczy słodkiej + 7 ml sok ze świeżych truskawek, a dokładnie 5 sztuk :)
4 % niacynamid - wit. B3 (2 ml)
4 % d-panthenol czyli witamina B5 (2 ml)
4 % ekstrakt z owoców malin (2 ml)
4 % ekstrakt z owocu granatu (2 ml)

C. Faza dodatków
1% konserwant ekologiczny FEOG (10 kropel)
niewielka ilość kwasu hialuronowego (ok. 30 kropel)


Wykonanie:
W pierwszym pojemniczku odmierzamy składniki na fazę A - olejową. Czyli masło, olej (macerat olejowy) oraz emulgator.
W drugim (większym) pojemniczku (u mnie odkażona szklanka) odmierzamy odpowiednie ilości składników fazy B - wodnej. Sok z truskawki uzyskałam rozgniatając 6 świeżych truskawek tłuczkiem do ziemniaków, następnie przecedziłam go przez gazę, odmierzyłam 7 ml i dodałam do 25 ml hydrolatu ze słodkiej pomarańczy (który kompletnie nie pachnie, co mnie zawiodło...). Następnie dodajemy po 2 ml wit. B5, B3 oraz ekstraktu z malin i granatu. Fazę C na razie zostawiamy w spokoju.
Robimy łaźnię wodną (wlewamy do sporego garnka 3 cm wody, gotujemy, po zagotowaniu do większego garnka wkładamy mniejszy - tak, aby nie dotykał wody, można użyć także metalowego durszlaka) i w tym mniejszym garnku (durszlaku) podgrzewamy nasze fazy do temp. ok 60 stopni. 
Gdy fazy nam się podgrzeją wyjmujemy je z łaźni, po czym powoli dodajemy fazę olejową do wodnej cały czas mieszając np. spieniaczem do mleka (tani i przydatny gadżet, ja swój kupiłam w Empiku na wyprzedaży za jakieś 2,50 zł). Dokładnie miksujemy zawartość tuż pod powierzchnią, czasem schodząc głębiej. Robimy to dopóki nasza mieszanina nie przestygnie. Dopiero wtedy dodajemy fazę C, czyli dodatki: konserwant i kwas hialuronowy, następnie ponownie mieszamy.
Przelewamy do pojemniczka na gotowy kremik. Czekamy aż fazy się trwale zwiążą. pH wyszło idealne, ok. 5,5 - 6. 
Jeżeli nie lubicie lekkich musów czy raczej pianek można ustabilizować emulsję alkoholem cetylowym, którego ja osobiście unikam, ponieważ mnie zapycha, a nie o to mi chodzi i nie po to robię sama kremy, aby mi nie służyły :)

Mus:
Gotowy kosmetyk wyszedł mi bardzo, bardzo lekki i puszysty, napowietrzony. Kolor ma lekko wiśniowy, podobny do domowego soku truskawkowego, jaki robi moja mama :) Myślałam jednak, że będzie różowy, zwłaszcza, że dodałam ekstrakt z granatu. No cóż.
Zapach jest bardzo owocowy, najbardziej jednak wyczuwam tu truskawkę, lekko granat, pozostałych składników wcale nie czuję.


Przechowywanie:
Początkowo trzymałam go normalnie w łazience, jako że dodałam do niego konserwant. Niestety po kilku dniach mus się rozwarstwił, więc został porządnie wstrząśnięty i od tamtej pory trzymam go w lodówce. Myślę, że gdyby dodać więcej masła shea albo inny emulgator nie byłoby tego problemu. Zawsze można trzymać go w łazience i raz na jakiś czas wstrząsnąć.
 
Dlaczego takie składniki:
 Macerat z fiołków: zrobiłam sama zalewając fiołki (niestety niepachnące, w odmianie białej) olejem z pestek brzoskwini. Macerat wyszedł mi bezwonny, delikatnie żółty, bardzo lekki i nie zostawiający tłustej warstwy na skórze. Macerat wygładza i rozjaśnia cerę, oczyszcza ją i zwęża pory. Idealny jest do cery tłustej, mieszanej, z rozszerzonymi porami i trądzikowej.

Masło shea: natłuszcza i nawilża skórę. Sprawia, że skóra jest miękka i gładka. Przyspiesza regenerację podrażnień i gojenie się ran. Tworzy na skórze delikatny film chroniąc ją przed szkodliwymi czynnikami np. słońcem, wiatrem. Chroni przed wysuszeniem, starzeniem i wspiera utrzymywanie wody w skórze.

GSC (emulgator): emulgator pochodzenia roślinnego, ma za zadanie zmieszać obie fazy i stworzyć emulsję. Dodatkowo zmiękcza skórę. Nie zapycha mnie.

Hydrolat z pomarańczy słodkiej: działa antyseptycznie, odświeża skórę i nawilża ją. Wzmacnia naczynka. Poprawia elastyczność, sprężystość i miękkość skóry. Polecany do kosmetyków antystarzeniowych. Niestety jak dla mnie wcale nie pachnie...

Sok z truskawek: zawiera mnóstwo witamin m.in. A, C, E, B1, B2, B3, B6 oraz minerałów np. wapń, żelazo, magnez, fosfor, potas, sód i cynk. Zawiera także kwasy organiczne. Działa ściągająco i oczyszczająco na skórę, zwęża pory oraz pozytywnie wpływa na trądzik i wypryski. Odżywia, ujędrnia i rozjaśnia skórę. Polepsza ukrwienie skóry, stymuluje proces syntezy kolageny, przez co zmniejsza zmarszczki

Niacynamid (wit. B3): silny antyoksydant, chroni skórę przed działaniem promieniowania UVB oraz wolnych rodników, rozjaśnia przebarwienia posłoneczne oraz zapobiega powstawaniu nowych, działa nawilżająco oraz reguluje poziom nawilżenia skóry,  redukuje wydzielanie sebum, działa przeciwzapalnie oraz przyspiesza gojenie się ran, działa także przeciwbakteryjnie, przyspiesza leczenie oparzeń, wygładza i uelastycznia blizny. Zwęża pory.

D-panthenol (wit. B5): wnika bardzo głęboko w skórę, poprawia nawilżenie, ujędrnienie, uelastycznia. Łagodzi stany zapalne i podrażnienia. Przyspiesza regenerację skóry i gojenie ran.

Ekstrakt z owoców malin: odświeża, wygładza i wzmacnia skórę. Zapobiega nadmiernemu wydzielaniu sebum. Łagodzi podrażnienia.

Ekstrakt z owocu granatu: silny antyoksydant. Regeneruje skórę i przyspiesza gojenie podrażnień. Stymuluje syntezę kolagenu i elastyny przyczyniając się do wygładzenia zmarszczek. Nawilża, zwiększa elastyczność i jędrność skóry. Odżywia i rewitalizuje skórę zmęczoną i przedwcześnie starzejącą się. Działa delikatnie ściągająco, zmniejsza pory, działa przeciwzapalnie i antybakteryjnie.Wspomaga gojenie trądzikowych stanów zapalnych. Poprawia ukrwienie i koloryt skóry.

Konserwant ekologiczny FEOG: zabezpiecza krem przed bakteriami, drożdżami i grzybami, bezpieczny także dla dzieci, alergików, w okolicach oczu i ust.

Kwas hialuronowy: głęboko nawilża i zapobiega wysychaniu skóry. Uelastycznia, napręża skórę, ujędrnia. Łagodzi podrażnienia i chroni skórę.

RECENZJA
Owocowy mus do twarzy
ujędrniający i zwężający pory

Mój mus ma opakowanie szklane 50 ml, ale jest ono dowolne. Myślę, że dzięki takiej konsystencji świetnie by się sprawdzał w opakowaniu z pompką, szkoda, że aktualnie takiego nie mam pod ręką.


Przybliżony koszt półproduktów:
(Macerat: fiołki 0zł, olej z pestek brzoskwiń ok. 2zł = 2zł) + (Masło shea: 0,10zł) + (Emulgator GSC: 0,17zł) + (Hydrolat 1,50zł) + (Sok z truskawek 0,30zł) + (Wit. B3 0,45zł) + (Wit. B5 0,60zł) + (Esktrakt z malin 1zł) + (Ekstrakt z granatu 0,30zł) + (Konserwant 0,20zł) + (Kwas hialuronowy 0,50zł)
RAZEM: 7,12zł/50 ml
Nieźle :)

 

Konsystencja jest dość rzadka, bardzo lekka, trochę żelowa. Warto go raz na jakiś czas wstrząsnąć i zmieszać, aby ją poprawić, jako że nie dałam tam żadnego zapychającego skórę stabilizatora.
Na skórze nie spływa, nie klei się i nie lepi.


Kolor ma dość charakterystyczny, coś pomiędzy wiśniowym i beżowym. Zapach owocowy, najbardziej czuję truskawki, ale takie z soku lub kompotu, a nie świeże. Zapach jest delikatny i podoba mi się :)


  Po włożeniu w niego palca czujemy bardziej piankę czy mus niż krem. Nie jest w dotyku śliski ani tłusty, raczej wodnisty.

 

Szybko się wchłania w skórę, choć nie do całkowitego matu - lekko rozświetla skórę, ale nie powoduje błyszczenia. Wygląda to bardzo korzystnie.


Co ciekawe bardzo ładnie współpracuje z kremem BB Eveline, którego używałam dotąd sporadycznie, jako że moja skora szybko i obficie się po nim świeciła. Jest to ostatnio mój ulubiony duet do makijażu :)


Zależało mi, aby był to krem na dzień i świetnie się w tej roli spisuje. 

Skóra po nałożeniu musu jest rozświetlona, co widać mam nadzieję na drugim zdjęciu powyżej. Mus zdecydowanie przedłuża żywot makijażowi i fajnie się spisuje w połączeniu z różnymi podkładami, nie roluje się, wręcz ułatwia aplikację. Makijaż przypudrowany pudrem sypkim lub w kamieniu dłużej pozostaje w stanie idealnym, a efekt matu jest stanowczo przedłużony (wcześniejsze 2-3h rozciągnęły się do 5-6h bez poprawek!).
Świetnie zwęża pory, dzięki czemu twarz dużo dłużej pozostaje świeża, nietłusta i niebłyszcząca, wygląda po prostu zdrowo i młodo, nabierając kolorytu i blasku. Mam podejrzenie, że w jakiś sposób wyrównuje delikatnie koloryt oraz zmniejsza przebarwienia np. zaczerwienienia po niedoskonałościach.

Wyraźnie ujędrnia, uelastycznia i wygładza skórę, a przy regularnym stosowaniu sprawia, że efekt ten utrzymuje się dłużej niż tylko podczas noszenia go na twarzy. Reguluje wydzielanie sebum i nie wysusza, dzięki czemu łój dozowany jest w odpowiednich ilościach, mimo mojej tendencji do nadmiernego jego wydzielania. Absolutnie nie zapycha porów, nie zauważyłam żadnych nowych niespodzianek odkąd go stosuję. Nie podrażnia, nie uczula, nie powoduje pieczenia.
Ostatnio trochę przesadziłam ze słońcem, mus bardzo ładnie złagodził pieczenie skóry na delikatnym dekolcie.


Na koniec przypominam o konkursie u mnie. Ten krem także można sobie zażyczyć w razie wygranej :)

http://cosmeticosmos.blogspot.com/2015/05/konkurs-bierz-co-chcesz.html

Wykończeni w maju

Zapraszam Was na wykończonych w maju :)
Udało mi się wreszcie zachęcić bloggera do współpracy (po wielu, naprawdę wieeelu różnych kombinacjach okazało się, że wystarczy wyczyścić pamięć podręczną i cookies w Mozilli, wszystko śmiga jak powinno!).
Co do treści posta: w końcu będzie coś z kolorówki, a konkretnie cztery tusze, które nie przetrwały porządków w kosmetyczkach (tak, tak w liczbie mnogiej). Oczywiście będą także półprodukty, ostatnio w końcu trochę "kręciłam". Zapraszam
 

Ziaja, Pomarańczowe mydło pod prysznic: jedno z moich ulubionych tanich myjadeł. Fajnie pachnie pomarańczą, pobudza rano, a wieczorem relaksuje. Dość gęste, nie wysusza mojej normalnej skóry. Więcej TUTAJ. Nie pierwsza i nie ostatnia butla kupiona przeze mnie :)

FlosLek, Lipo Detox, Intensywne serum antycellulitowe: najlepsze jakie miałam do tej pory i jedyne, po którym widziałam jakiś rezultat! Skóra zrobiła się gładsza, wgłębienia się zmniejszyły, a mniejsze nawet całkiem znikły. Do tego cudnie pachnie i wchłania się w mig. Więcej TU. Na pewno kupię!

Cien (Lidl), Krem do rąk nawilżający: moje zaskoczenie. Bardzo dobre działanie przy tak niskiej cenie nieczęsto się zdarza. Zawiera m.in. masło shea i olej z migdałów. Nadaje się na dzień i na noc, niestety niezbyt pięknie pachnie, dla mnie tanim proszkiem do prania. Więcej TUTAJ. Nie wiem czy kupię.

Lactacyd, Żel do higieny intymnej Acti-Fresh: jakaś pomyłka! Powoduje pieczenie, swędzenie i wysusza śluzówkę. Wcale nie odświeża. Nie polecam. Zużył go do końca mój mąż, który również stwierdził, że trzeba go jak najszybciej zmywać, czyli nie tylko ja źle na niego reaguję. Więcej TUTAJ. Żegnam i nie chcę widzieć go więcej na oczy!

Akuna, Mleczko do demakijażu, miniaturka: dotarło do mnie przeterminowane, więc zużyłam go do... mycia stóp. Ślicznie pachnie, ale moim zdaniem stanowczo zbyt intensywnie, nie wyobrażam sobie nakładać go na skórę twarzy. Nie kupię.



Barwa naturalna, Szampon żurawinowy: nie zmieniłam o nim zdania do końca. Bardzo dobry, oczyszczający i tani szampon, w dodatku cudownie pachnie! Włosy po nim są ładnie uniesione, co w przypadku mojej cienizny jest pożądane. Więcej TUTAJ. Kupię na pewno!

Yves Rocher, Żel pod prysznic mandarynkowy: uwielbiałam go, ale chyba jest już niestety niedostępny. Miał tak cudowny i naturalny zapach, wręcz wibrujący mandarynkową energią, że po prysznicu z nim mogłam myśleć tylko pozytywnie! W dodatku był bardzo wydajny i gęsty. Gdyby znów był dostępny na pewno bym kupiła!

Vitea, Krem do rąk z kozim mlekiem: cóż, nic specjalnego. Dużo emolientów w składzie sprawia, że na dłoniach pozostawia tłustawą warstwę, która szybko znika i problem suchej skóry powraca. Kompletnie nie nadaje się na noc. Więcej TU. Nie kupię.

Lula, Chusteczki odświeżające: Bardzo, bardzo tanie. Silny zapach umila ich stosowanie i świetnie sobie radziły w nagłych sytuacjach. potrafiły jednak przesuszyć skórę. Więcej TU. Nie wiem czy kupię.


Sylveco, Pomadka do ust z peelingiem: bez owijania w bawełnę: uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam! Świetnie pielęgnuje skórę ust, nawilża na długo i głęboko. Polecam! Więcej TU. Na bank kupię.

Alterra, Pomadka do ust z bio-rumiankiem: kolejne opakowanie, z którego jestem tak samo zadowolona. Nawilża usta i ma bardzo dobry skład, a kosztuje nawet 3zł. Więcej TU. Kupię.

DIY, Mój balsam do ust: bardzo szybki w wykonaniu, wielofunkcyjny kosmetyk. Bardzo go lubię, robiłam go już kilka razy. Nakładam na usta (tylko na dzień, bo znika po ok. 2h), na łokcie, dłonie, końcówki włosów. Więcej o nim przeczytacie TUTAJ. Zrobię na pewno jeszcze nieraz :)

DIY, Moje serum przeciwzmarszczkowe do tłustej cery: skończyło się kilka dni temu, a już za nim tęsknię! Świetny skład i doskonałe działanie, robi się je momencik. Używałam go tylko na noc. Doskonale nawilżało i dożywiało moją skórę, która następnie w ciągu dnia mniej się świeciła. Póki co skończyły mi się składniki na nie, ale przy następnych zakupach kupię ponownie te oleje i znów je zrobię. Więcej TU.

DIY, Moja mgiełka nawilżająca do twarzy: kolejny kosmetyk, którego już mi brakuje. Dzięki niej polubiłam zapach Neroli, bo działała świetnie. Silnie nawilżała skórę, która potem dużo mniej się błyszczała. Stosowałam ją na dzień i na noc jako tonik, bo słońca póki co mamy jak na lekarstwo. Idealna pod serum. Więcej TUTAJ. Zrobię na 1000%.

Delia, Henna do brwi brązowa: moja pierwsza w życiu henna, bardzo mi się spodobał efekt. Robiłam ją dopiero 3 dni temu i chcę zobaczyć przez ile takie efekt się utrzyma. Na pewno będzie post! Mega łatwo się ją nakłada, choć trzeba uważać ;) Kupię.


Yves Rocher, szampon do włosów odbudowujący z olejkiem jojoba: jakże on pachnie! Cudownie, do tej pory ten zapach pamiętam. Fajnie sobie radził z moimi włosami, nie obciążał i może nawet lekko odżywiał. Więcej TU. Kupię :)

DIY, Moja mgiełka do włosów z zieloną herbatą: kolejny kosmetyk, który mi się udał :) Mgiełka wygładzała włosy, nabłyszczała i zdecydowanie poprawiała ich kondycję. Aplikowana na suche włosy niestety obciążała, natomiast zaraz po umyciu, na wilgotnych działała cudownie. Post już jest, czeka na publikację. Jak ją zrobić przeczytacie TUTAJ. Na pewno zrobię jak będę miała składniki!


Wibo, Tusz do rzęs XXL Lift Lash Volume: jakaś pomyłka, ten tusz zupełnie nic nie robił z moimi rzęsami. W życiu nie miałam takich beznadziejnych rzęs jak po nim! Proste, czarne druty to efekt jaki po nim uzyskałam. Masakra i nie kupię go never!

Bourjois, Mascara Push UP Volume Glamour: początkowo mi się nie spodobał, ale po kilku użyciach polubiłam tego naturalny efekt. Nie powiedziałabym, że zrobił z moich rzęs wachlarz, efektu Push Up tez nie zauważyłam. Natomiast ładnie podkreśla rzęsy, idealnie je rozdziela i pokrywa równomiernie. Nie kruszy się i nie spływa, natomiast łatwo się zmywa. Być może jeszcze kiedyś kupię :)

T'e'N, Alfaparf, Tusz do rzęs Summer WonderLashes: beznadziejny tusz i beznadziejna szczoteczka. Okropnie się kruszy zarówno podczas nakładania jak i potem. Z rzęsami nie robi nic ciekawego, lekko je przyczernia i tyle. Nie wydłuża, nie pogrubia, nie podkręca. Nie kupię.

Yves Rocher, Sexy Pulp, kolor brązowy: uwielbiam ten tusz! Przepięknie podkreśla rzęsy, podkręca i idealnie je rozdziela. Delikatnie pogrubia, ale wygląda to ładnie i lekko.Brązowy kolor wygląda bardzo naturalnie, idealny na dzień. Nie skleja rzęs. Kupię!


Yves Rocher, Woda do demakijażu: ciekawy skład, ale okropnie szczypie w oczy! Nie wiem jak produkt przeznaczony do wrażliwej cery i do demakijażu oczu może aż tak podrażniać! Zmęczyłam go i teraz chętnie o nim zapomnę. Raz na zawsze. Więcej TUTAJ.

Timotei, Szampon z różą z Jerycha, miniaturka: bardzo go lubię, ładnie oczyszcza i nie powoduje, że mam sianko na głowie. Jednocześnie nie obciąża włosów i nie wysusza zbytnio. Cudownie pachnie. Kolejna zużyta miniaturka, idealna na wyjazdy. Pewnie kupię :)


Próbki:
Biolaven, Krem na noc i na dzień: pięknie pachną winogronem, ale nieszczególnie mnie kręcą te kremy. Wersja na dzień zupełnie nie nadaje się do mojej tłustej cery, która dość szybko się po nim świeci. Wersja na noc jest dla mnie ciekawsza, ale chyba nie na tyle, aby kupować pełnowymiarowe opakowanie. Ale kto wie, kto wie...

Sylveco, Lekkie kremy: znam i lubię wszystkie, próbeczki zabieram na wyjazdy. Posiadam pełnowymiarowe opakowanie wersji z rokitnikiem, niedługo o nim napiszę. Warte uwagi i zakupu!

SuperTan, Moisturizer, Balsam po opalaniu: mój absolutny ulubieniec! Wspaniale nawilża, a jak pachnie... wanilią, ale nie taką mdlącą, tylko delikatną i ożywczą. Szybko się wchłania, a na drugim miejscu w INCI znajduje się aloes. Używam go nie tylko po opalaniu, ale i na co dzień, gdy moja skóra potrzebuje nawilżenia. Świetny. Mam całe opakowanie :)

SuperTan, Banana & Caramel, Karmelowy bronzer do opalania z olejem szafranowym: wspaniale pachnący bronzer, który świetnie opala moje nogi... bez opalania :) Używam raz na jakiś czas, bo daje bardzo delikatny efekt, który dla mnie jest na plus - nie boję się, ze zrobię sobie nim plamy czy smugi. Równomiernie przyciemnia skórę i cudownie pachnie karmelem, mniam. Mam jeszcze kilka saszetek. Na drugim miejscu w INCi znów jest aloes, czyli w dodatku nawilża skórę.

Palmers, Cocoa, nawilżający balsam do ciała: beznadziejny! Tłusta warstwa, którą zostawiał na skórze nawet przy małej ilości była nie do zniesienia. Zużyłam do rąk, ale niezbyt chętnie. Pięknie natomiast pachnie kakao, ale dla mnie to za mało, abym się skusiła na pełną wersję.

T'e'N, No-Stop Slim, Krem na noc i Krem-żel na dzień: wszystkie saszetki zużyłam na noc, ponieważ na dzień smaruję się Eveline. Fajnie pachną i mają ciekawą konsystencję, zwłaszcza wersja na dzień, która do złudzenia przypomina mus pomarańczowy :) Nie mam pojęcia czy coś mi dają, ale szybko się wchłaniają i przyjemnie aplikują. Być może kupię.

Półprodukty:
Mydlandia.pl, Olej kokosowy: moje włosy go pokochały. Skórę trochę mi zapychał, więc w całości zużyłam go do olejowania włosy, a rezultaty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. I pomyśleć, że kiedyś pisałam, iż siedzenie z takimi produktami to nie dla mnie... Odszczekuję każde słowo! Teraz siedzę, a moje włosy codziennie mi dziękują! Kupię!

Calaya, Olej z pestek winogron: bardzo przyjemny, szybko wchłaniający się olej. Doskonały do różnych formuł na twarz i ciało. Świetny do masażu, a także jako serum, nawet w 100% stężeniu. Bardzo uniwersalny, praktycznie do każdej cery. Nie uczula. Może kupię.

Mydlandia.pl, Olej arganowy: bardzo specyficzny olej. Ja go polubiłam, ale nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia. Nadaje się do każdej cery, ale trzeba go testować, ponieważ potrafi zapchać. Bardzo uniwersalny, ale moim zdaniem lekko przereklamowany, kanapek Wam nie zrobi ;) Trochę się z niego śmieję, bo teraz praktycznie każda marka ma w swoim asortymencie serię z jego zawartością. Myślę, że pokochają go zwłaszcza cery dojrzałe, ze zmarszczka i suche.Może kupię.

ZSK, Rafinowany olej z pestek brzoskwiń: bardzo tani, zużyłam go w całości do macerowania roślinek :) Pierwszy raz go kupiłam, nic jeszcze o nim nie wiem, nie używałam maceratów z jego udziałem. Zobaczymy jak się sprawdzi.

e-naturalne.pl, Olej z pestek moreli: zdecydowanie mój ulubiony ostatnio olej! Doskonały do tłustej cery, ponieważ szybko się wchłania i nie zostawia żadnej tłustej warstwy. Świetny do włosów, ponieważ nabłyszcza i wygładza. Zdecydowanie warto go kupić, ja na pewno to zrobię :)

Znacie coś z moich wykończonych kosmetyków?

Lavera, Krem z liposomami oraz bio-różą i bio-olejem z awokado

Kupując krem patrzę na skład, a nie jego przeznaczenie, dlatego czasem świetnie się u mnie spisują kremy przeznaczone do cery suchej, naczynkowej lub wrażliwej (po trochu każdą z tych cer przecież mam). Ładne opakowanie, znany producent, niska cena - fajnie, ale to zawartość składników aktywnych, cennych olejów i masełek jest w stanie przekonać mnie do nałożenia kosmetyku na swoją skórę. Taka ostrożność owocuje: oglądając zdjęcia jeszcze sprzed roku widzę ogromną różnicę, zwłaszcza na skórze twarzy i włosach :) Ale do rzeczy, dziś o kremie do cery suchej i wymagającej testowanym na cerze tłustej, więc teoretycznie nieprawidłowo, ale czy na pewno?

Lavera
Krem z liposomami
z bio-różą i bio-olejem z awokado


Krem kupimy w kartoniku i tu nie marudzę na ten temat, inaczej nic bym o nim nie wiedziała. Na dole jest bowiem naklejona informacja w języku polskim, a na samym słoiczku info jest szczątkowe. Oczywiście można posiłkować się internetem.
Krem jest do kupienia np. w sklepie internetowym econaturals.pl TUTAJ za ok. 60zł/30 ml (na szczęściach bywa w promocjach, wyprzedażach itp.). Stacjonarnie nigdzie go nie widziałam.


Słoiczek jest szklany, mały i zgrabny. Posiada plastikową zakrętkę. Wszystko jest bardzo trwałe, obecnie krem już kończę, a opakowanie nadal wygląda idealnie. Jak już wspomniałam z samego słoiczka niewiele się dowiemy.


Przed pierwszym użyciem należy zerwać aluminiowe zabezpieczenie, co bardzo lubię - mam pewność, że nikt przede mną nie gmerał paluchami w kremie ;) Tym bardziej, że sam kartonik nie był zabezpieczony folią.


Skład: wodno-alkoholowy wyciąg z dzikiej róży, masło kakaowe, tricaprilin (mieszanka olejów roślinnych), roślinna gliceryna, masło shea, olej z jojoby, hartowany olej kokosowy, olej migdałowy, squalan, wosk jagodowy, kwas stearynowy, olej awokado, olej z pestek brzoskwini, witamina E, guma ksantanowa, lecytyna, liposomy, ekstrakt z bio-dzikiej róży, ekstrakt z czarnego bzu, olej z oliwek, sterole roślinne, lecytyna, liposomy, witamina E, olej z kwiatu słonecznika, kwas hialuronowy, witamina C, mieszanka naturalnych olejków eterycznych.
 Skład bardzo przyzwoity, napakowany naturalnymi olejami oraz ekstraktami pochodzącymi z upraw ekologicznych. Nie zawiera za to parabenów, glikolu, sztucznych barwników, silikonów, PEG-ów i SLS. Jest hypoalergiczny, posiada naturalny zapach i fizjologiczne pH.
Liposomy - lipidowe kuleczki zawierające delikatne substancje czynne. Są nośnikami transportującymi substancje aktywne wgłąb skóry i dopiero wewnątrz niej uwalniają niesiony przez siebie cenne składniki.


Krem ma barwę kości słoniowej i okropny zapach. Tak, tak - zapach jest dla mnie nie do zniesienia, ale jest to bardzo indywidualna kwestia, komuś może się spodobać tym bardziej, że jest naturalny. Czym pachnie? Dla mnie jest to połączenie smalcu i ryby z różą oraz polnymi kwiatami, zupełnie nie pasuje mi taki aromat. Niestety jak na złość zapach utrzymuję się nawet do pół godziny na skórze...


Kremik ma konsystencję masełka, jest trochę tępawy podczas aplikacji, potrafi lekko się bielić. Szybko się wchłania, zwłaszcza jeśli porządnie go wklepię. Wystarczy już niewielka ilość, aby pokryć całą twarz, szyję i dekolt, dzięki czemu w sumie mały słoiczek jest niesamowicie wydajny!


Konsystencja jest dość treściwa, ale nie jest to wadą, wręcz przeciwnie. Myślę, ze cery suche ją pokochają! Daje konkretną dawkę witamin i nawilżenia.


U mnie nie nadaje się niestety na dzień, ponieważ mimo iż szybko się wchłania, to nie całkiem do matu. Od razu po rozsmarowaniu skóra jest rozświetlona i promienna. Natomiast na mojej tłustej skórze już po godzinie powoduje świecenie i szybsze przetłuszczanie skóry.  Nie wygląda to dobrze. Postanowiłam więc zużyć go na noc, tym bardziej, że jest bogaty w wiele cennych, odżywczych substancji. W tej wersji spisał się u mnie doskonale!

Aplikuję go na noc, a rano skóra jest długotrwale i głęboko nawilżona. Nawet po całym dniu nadal odczuwam tego efekty. Zawsze używam go, gdy moja skóra potrzebuje ukojenia np. po serum z alkoholem lub kwasem salicylowym oraz gdy dopada mnie punkowa suchość i szorstkość. Już po jednej aplikacji po suchych skórkach nie ma nawet śladu!
Buzia jest rano gładziutka i mięciutka, w dotyku jak płatki róż, tak mi się kojarzy, czyli aksamitna. Na szczęście mimo takiego bogactwa olei wcale nie zapycha porów, nie zauważyłam po nim żadnego wysypu, a mam do tego ogromne skłonności. Co ciekawe jeśli używam go na noc wcale nie przyspiesza przetłuszczania skóry, wręcz przeciwnie - dobrze nawilżona skóra nie potrzebuje wytwarzać ogromnych ilości sebum. To działa!

Wybaczam mu ten okropny dla mnie zapach, bo to najlepszy kupny krem długotrwale nawilżający, z jakim miałam do tej pory przyjemność się zapoznać. Cena może odstraszać, ale jest naprawdę wydajny i wielozadaniowy, trzeba tylko odpowiednio do niego podejść.

Znacie tą markę? To mój pierwszy produkt Lavera, ale mam ochotę na więcej!

PS. Dziś miał być post denkowy, ale nie mogę wgrać zdjęć, blogger odmawia współpracy. W dodatku nie mogę zaobserwować żadnych blogów, nie widzę przycisku "Dołącz się do tej witryny", jest tak zarówno u mnie jak i na każdym blogu, na który wchodzę. Czy tylko ja mam z tym problem? Ktoś wie o co tu chodzi?

Bandi, Płyn micelarny do demakijażu twarzy, oczu i ust

Lubię polskie firmy i chcę wspierać naszą rodzimą gospodarkę poprzez swoje codzienne, z pozoru nieistotne wybory konsumenckie. Jest kilka takich polskich marek, których produkty znam, polecam i lubię. Czas więc powiększyć kolekcję o kolejną, godną uwagi markę - Bandi. Moim pierwszym produktem tej firmy jest zestaw do demakijażu Female 35+ (olejek + pianka), o którym na pewno napiszę. Drugim produktem jest dzisiejszy bohater, a mianowicie:

Bandi
Płyn micelarny
do demakijażu twarzy, oczu i ust


 Płyn kupimy w kartoniku, który od razu zwraca uwagę swoją estetyką - podoba mi się! Nie krzyczy na mnie, nie narzuca się, jest delikatne i w jakiś sposób bardzo kobiece. Mimo to na opakowaniu znajdziemy wszelkie ważne informacje (także w języku angielskim), których sama butelka już nie posiada. Płyn kosztuje 48 zł/200 ml i można go nabyć np. w Hebe lub przez internet.

Płyn przeznaczony jest do skóry ze skłonnością do zaczerwienienia, czyli takiej jak moja. Obiecuje m.in. zapobiegać występowaniu rumienia na twarzy. Resztę obietnic możecie przeczytać poniżej :)
 

Wewnątrz znajdziemy płyn, ulotkę (zawiera opis wszystkich produktów marki) oraz próbkę (nie wiem czy próbki są losowe, ja dostałam Krem wyrównujący koloryt do skóry naczynkowej). 


Butelka jest półprzezroczysta, bardzo estetyczna i całkiem spora. Posiada trochę niewygodny korek, który wylewa jak dla mnie zbyt dużą ilość produktu naraz. Dodatkowo butelka posiada zamknięcie, więc korek nie zbiera kurzu i zawsze jest nienagannie czysty.


Skład: bardzo krótki. Zaraz  po wodzie mamy glicerynę (nawilża), zaraz potem Propylene Glycol (hydrofilowa substancja nawilżająca, ułatwia transport substancji wgłąb skóry), Olive Oil PEG-7 Esters (emulgator z oliwy z oliwek), Panthenol (łagodzi podrażnienia), Urea (mocznik, nawilża), Disodium Phosphate (środek buforujący), Biotin (biotyna, wzmacnia skórę, nawilża, reguluje gospodarkę lipidową), Citric Acid (kwas cytrynowy, kwas AHA, złuszcza, rozjaśnia skórę, reguluje pH), Disodium EDTA (konserwant), Cetylpyridinium Chloride (konserwant).


Płyn nie zawiera żadnych substancji zapachowych ani barwników. Mimo wszystko posiada specyficzny zapach, który kojarzy mi się z salą chemiczną w szkole, na szczęście jest bardzo delikatny i szybko znika. Jest całkowicie bezbarwny.


Płyn świetnie radzi sobie z makijażem! Szybko zmywa podkład, puder i cienie, ale z tuszem i kredką wodoodporną też łatwo się rozprawi.Właściwie gdy przytrzymam kilka sekund wacik nawilżony w płynie przy rzęsach tusz schodzi prawie całkowicie już za pierwszym pociągnięciem! To bardzo dobry wynik, bo zawsze nakładam dwie warstwy maskary. Pierwszy raz się spotkałam z aż tak skutecznym działaniem.
Preparat w ogóle nie powoduje uczulenia, podrażnienia, swędzenia czy pieczenia, także oczu. Jest bardzo delikatny, mimo że tak skuteczny. Nie wysusza skóry, choć nie powiedziałabym, że nawilża. Raczej pozostawia ją w stanie neutralnym, przygotowaną na kolejne zabiegi pielęgnacyjne. 
 Dobrze sobie radzi z moją tłustą cerą, nie zostawia żadnej nieprzyjemnej warstwy, nie przyspiesza przetłuszczania, nawet mam wrażenie, że skóra dłużej jest zmatowiona.

Trudno jest mi stwierdzić czy to faktycznie jego sprawka, ale moja skóra rzeczywiście mniej się czerwieni, mniej przetłuszcza i jest ładnie oczyszczona.


Zastrzeżenia mam za to do wydajności, ponieważ przez ten nieszczęsny korek płyn zbyt szybko znika, szybciej niż inne tego typu produkty.
Mimo wszystko pierwszy raz spotkałam aż tak skuteczny i szybko działający płyn micelarny. 

Znacie kosmetyki Bandi? Co polecacie?

Recenzja DIY: Serum przeciwzmarszczkowe do cery tłustej i mieszanej

Serum to skoncentrowany kosmetyk, który powinien działać silniej niż krem i mieć lżejszą konsystencję. Serum powinno różnić się od kremu większym stężeniem składników aktywnych, a jego działanie powinno być mocniejsze i konkretniejsze. Tak mniej więcej wygląda definicja (mniej więcej, ponieważ ścisłej definicji nie ma). Ja najbardziej lubię stosować takie serum na noc pod krem. Czasem solo. Na dzień bardzo rzadko mi się zdarza, chyba że mowa o mojej diy Silnie nawilżającej mgiełce, która zamieniła się w serum. Ponad miesiąc temu zrobiłam Serum przeciwzmarszczkowe, mam już na jego temat opinię. Zapraszam do czytania.


Serum przeciwzmarszczkowe do cery tłustej i mieszanej



Opakowanie jest dowolne, u mnie jest to szklana buteleczka (po kupnym serum) z pompką. Pojemność 30 ml wystarcza na ok. 1,5 m-ca codziennego stosowania.

Serum jest dwufazowe, przezroczysto-żółte. Praktycznie nie posiada zapachu, ale bardziej wrażliwe nosy wyczują delikatną charakterystyczną woń zielonej herbaty. Bardzo przyjemną woń, dodam. Konsystencja jest lekko żelowa, łatwo się wsmarowuje w skórę, nie spływa.

Skład: zielona herbata, kwas hialuronowy, olej abisyński, olej z pestek moreli, olej z wiesiołka, ekstrakt z owoców malin.

 Ponieważ serum jest dwufazowe, przed użyciem koniecznie trzeba je wstrząsnąć. Mimo wszystko mieszanina nie jest idealnie jednorodna, można zauważyć pływające w niej oka olejów - mi to nie przeszkadza. Po zmieszaniu serum jest mleczno-żółte, tak bym nazwała ten specyficzny kolor. Niewielka ilość kilku kropel wystarcza, aby pokryć nim całą twarz oraz szyję i dekolt.  


Serum chwilę się wchłania, ale mimo wszystko zostawia bardzo delikatną warstewkę ochronną na skórze. Nie lepi się. Skóra po nim lekko się świeci, dlatego niespecjalnie nadaje się na dzień. Absolutnie nie zapycha porów. Pozostawiona warstwa nie jest tłusta i nawet ja, która nie lubię takich filmów, bez problemu idę z nią spać. 
Dlaczego?
Dlatego, że rano skóra jest wypoczęta, promienna, pełna blasku.
Dlatego, że rano twarz wygląda na wypoczętą, zregenerowaną i świeżą.
Dlatego, że rano skóra jest nawilżona, naprężona, a niespodzianki wyskakują o wiele rzadziej niż zazwyczaj.
Jedyne czego nie mogę napisać to jak jest z działaniem przeciwzmarszczkowym - nie wiem przecież czy zapobiega powstawaniu nowych zmarszczek, ale na te już powstałe, zwłaszcza na czole ma pewien wpływ - mam wrażenie, że je lekko spłyca i wyrównuje. 

 Idealnie uzupełniało nawilżające działanie mojej diy Mgiełki do twarzy.

Podsumowując: polecam! Prosty skład to najlepszy skład. Serum działa, a im dłużej je stosowałam tym miałam wrażenie, że mocniej, zupełnie jakby to działanie się kumulowało. Na pewno zrobię podobne, jeśli nie identyczne.

Lubicie takie sera diy?

Essie, All in one, 3-way Glaze, Baza pielęgnacyjna do paznokci 3w1

Po przeżyciach ze słynną "odżywką" Eveline 8w1 unikam formaldehydu w preparatach do paznokci. Potrzebuję czegoś, co mogę bezpiecznie nałożyć bezpośrednio na płytkę bez szkody dla niej i dla mnie całej. Czegoś, co ochroni paznokcie przed ewentualnym odbarwieniem i przedłuży żywot kolorowemu lakierowi. A jeśli przy okazji pozytywnie wpływa na same paznokcie i nadaje się w dodatku na top coat to chyba ideał :)
Czyżbym właśnie taki produkt znalazła?


 Essie
All in one
3w1
base + top coat + strengthener
 Baza pielęgnacyjna do paznokci


Zachęcający opis, pobieżnie przeczytany skład oraz magiczne słowa "3w1" i już preparat był w moim koszyku. Zapłaciłam 25zł w jakiejś promocji w Hebe, normalna cena wynosi chyba ponad 40zł/13,5ml.


Właściwie nie przepadam za zbędnymi kartonikami w takich produktach, a już zwłaszcza plastikowymi. Wiadomo, że zaraz je wyrzucę. Mimo to preparat wygląda dzięki temu bardziej profesjonalnie. Nie bez znaczenia jest także fakt, że producent ma gdzie napisać swoje obietnice i dokładny skład.


Słoiczek jest tradycyjnie...ładny. Wypukłe literki i te sprawy. Do tego jest dość spory, bo zawiera aż 13,5ml bazy. Ładnie.



















Pędzelek jest idealny: szerokość, długość i twardość jest po prostu w sam raz. Dwa machnięcia i odżywka pokrywa cały paznokieć szybko i sprawnie. To lubię.


Konsystencja również bardzo mi odpowiada. Nie jest zbyt rzadka ani zbyt gęsta, idealnie pokrywa płytkę paznokcia. Nie ścieka na skórki, nie tworzy pęcherzyków ani zgrubień. Schnie bardzo, bardzo szybko.


Skład: Szczegóły na foto. Dodam, że zawiera m.in. olej arganowy, witaminę E, olej słonecznikowy.


Podoba mi się wielofunkcyjność tego kosmetyku. Chroni płytkę przed odbarwieniem i być może nawet lekko odżywia (choć nie łudzę się, że tak jak Najlepsza na świecie odżywka KLIK), w każdym bądź razie nie szkodzi. Zdecydowanie przedłuża życie lakierom kolorowym! Nałożona na wierzch jako top coat chroni lakier przed odpryskiwaniem i pękaniem. Nie bąbelkuje.
Najbardziej lubię używać jej jako bazę pod lakier. Zużyłam ponad połowę buteleczki i póki co nie zgęstniała, nie ciągnie się, nadal ma idealną konsystencję jak na początku.

Znacie? Może polecicie jakieś tańsze alternatywy bez formaldehydu?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj