Eveline, Slim Extreme 4D, Złote serum antycellulit

Serum owo mam już jakiś czas (czytaj kilka miesięcy).
Moje pierwsze doświadczenia z nim były - delikatnie pisząc - nieprzyjemne. Wyglądało to tak: po wieczornym prysznicu wysmarowałam nim dokładnie odpowiednie partie ciała, założyłam spodenki i t-shirt, w których sypiam i położyłam się pod kołdrę. Było ok. godziny 23:00, luty, za oknem zimnica, ale w domu przyjemne ciepełko dzięki odkręconym na full kaloryferom. I co? Ano to, że pod kołdrą zrobiło mi się obłędnie zimno, lodowato wręcz! Trzęsłam się jak osika, zęby się o siebie obijały wydając wyjątkowo nieprzyjemny dla ucha hałas. Koszmar! Wytargałam jeszcze dwa koce, którymi szczelnie się zawinęłam niczym gąsienica przeobrażająca się w motyla i... dalej się trzęsłam z zimna! Dopiero po pół godzinie samo przeszło, ale co przeżyłam, to moje. Nie miałam wyjścia - prawie całą tubkę tego koszmarka odłożyłam jak najdalej, wepchnęłam w zakamarki kosmetycznego regału (tak, mam kosmetyczny regał - mój mąż się śmieje, że to moja osobista drogeria :) i próbowałam zapomnieć. Po drodze przeżyłam bardzo przyjemną i zaskakująco pozytywną przygodę z serum FlosLeku, o którym więcej TUTAJ. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, ale ja nie należę do osób, które łatwo się poddają. Musiałam więc wrócić do Eveline, teraz mam już na nie sposób!

Eveline
Slim Extreme 4D
Złote serum
wyszczuplająco modelujące
Antycellulit


Kosmetyk kupimy w zgrabnej, złotej tubie. Korek na klik jest bardzo wygodny, choć łatwo się brudzi. Na opakowaniu znajdziemy mnóstwo informacji dotyczących produktu, oczywiście obiecanki producenta (zdjęcie poniżej), skład i oznaczenie, że nie był testowany na zwierzętach. Kosztuje ok. 20zł/250 ml.


Skład: Aqua, Butylene Glycol (nawilża, ułatwia przenikanie innych substancji wgłąb skóry,może podrażniać, nie stosować w trakcie ciąży), Centella Asiatica Leaf Extract (ekstrakt z trawy tygrysiej, aktywuje budowę kolagenu I, poprawia elastyczność i jędrność skóry), Glycerin (nawilża), Alcohol (dezynfekuje, konserwuje, rozpuszczalnik), Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy, działa przeciwzmarszczkowo, odżywczo, natłuszczająco), Sodium Polyacrylate (tworzy film, zmiękcza skórę), Paraffinum Liquidum (emolient tłusty), Trideceth-6 (emulgator), Hyaluronic Acid (kwas hialuronowy, nawilża i napina skórę), Caffeine (kofeina, pobudza krążenie krwi, pobudza spalanie łuszczów) , Cyperus Esculentus Tuber Extract (ekstrakt z bulwy cibory, antyoksydant, uelastycznia skórę), Xanthan Gum (zagęstnik), Cetearyl Alcohol (emolient tłusty), Sodium Salicylate (konserwant), Lecithin (nawilża, emulgator), Silica (stabilizator emulsji), Laminaria Hyperborea Extract (ekstrakt z alg, nawilża), Propylene Glycol, Ginkgo Biloba Leaf Extract (ekstrakt z liści miłorzębu japońskiego, poprawia elastyczność i jędrność skóry, wzmacnia naczynia krwionośne) , Betaine (nawilża), Gold (złoto, stymuluje mikrokrążenie w tkance podskórnej, usuwa toksyny), Menthol (powoduje efekt chłodzenia), Polisilicone-11, Laureth-12, Malus Domestica Fruit Cell Culture Extract (ekstrakt z komórek macierzystych jabłoni, opóźnia procesy starzenia się skóry, stymuluje regenerację, zwalcza cellulit), Polysorbate 20, PEG-20 Glyceryl Laurate, Tocopherol (działanie przeciwstarzeniowe), Linoleic Acid (emulgator, nawilża), Retinyl Palmitate (pochodna wit. A, działanie przeciwstarzeniowe), Panthenol (nawilża, regeneruje, łagodzi podraznienia), Allantoin (łagodzi podrażnienia, regeneruje), DMDM Hydantoin (konserwant, pochodna formaldehydu), Methylchloroisothiasolinone, Methylsothiasolinon, Parfum, Mica, Cl 77491, Cl 77492. 
 

Serum ciekawie pachnie, trochę mentolowo, bardzo orzeźwiająco. Jest dość gęste, ma konsystencję bardziej żelu niż kremu, kolor jasnobeżowy. Zawiera w sobie drobinki złota, które pozostają na skórze i się skrzą. Dla jednych będzie to zaleta, dla innych wada - dla mnie różnie. Jeśli siedzę w domu to ok, ale jak mam gdzieś wyjść taka świecąca to trochę się irytuję, nie moja bajka po prostu.


Poniżej zdjęcie dłoni po aplikacji serum. Wspomnę, że na żywo tych drobinek jest znacznie więcej, w trakcie bardzo odbijają światło i pojawiają się to tu, to tam. Taki efekt choinki trochę :)


Serum bardzo ładnie się wchłania, na szczęście także bardzo szybko. Nie lepi się, nie klei, nie podostawia tłustej warstwy, na szczęście także nie zauważyłam żadnej reakcji uczuleniowej.
Daje to nieszczęsne uczucie chłodu, które mogłoby być przyjemne, gdyby nie było tak silne. Znalazłam natomiast na nie sposób: po pierwsze nie polecam używania serum w okresie zimowym! Potęguje tylko nieprzyjemne uczucie mrozu, nie wiem czy takie katowanie się faktycznie ma jakiś wpływ na skórę, ale podejrzewam, że nie watro. Po drugie: odkąd używam go tylko rano i się ruszam, uczucie niechcianego chłodu jest naprawdę minimalne! Smaruję nim wybrane partie, odczekuję chwilę, aż się wchłonie i się ubieram. Ponieważ teraz jest ciepło przez kilka sekund jestem w stanie wytrzymać niższą temperaturę, nawet uważam to za całkiem przyjemne, a potem ubieram się i chłód znika, więc problem mam z głowy :) Nie stosuję go już na noc, wystarczy mi ten pierwszy raz, trzeba uczyć się na błędach :)


Najważniejsze jest jednak działanie, a jakieś tam zauważyłam. Skóra jest zdecydowanie ładnie napięta, ujędrniona i nawilżona. Skóra jest miękka i gładsza w dotyku, ale jednocześnie stosowałam mój peeling antycellulitowy diy (w którym jestem absolutnie zakochana! KLIK). Redukcji cellulitu natomiast nie zauważyłam, a zdjęcia zrobiłam tak samo jak w przypadku serum FlosLek. Nie zmniejszyło także obwodu, niestety centymetr ani drgnął... Wydajność jest ok, stosuję je ok. 4,5 tygodnia raz dziennie i dopiero się kończy.


 Wiem, że lepsza jest dieta i ćwiczenia, ale ja jestem leniem, do tego powtarzalność ćwiczeń śmiertelnie mnie nudzi! Na szczęście na zewnątrz jest cieplutko, więc częściej wychodzę, ruszam się, spaceruję itp. Diety nie stosuję, jedyne co to ograniczam słodycze i moją ukochaną czekoladę, a czasem jestem w stanie się zmusić do... skakania na skakance, co jako jedno z nielicznych mnie nie nudzi :)

Znacie te sera Eveline? Wiem, że ta marka ma ich mnóstwo, ciekawi mnie zwłaszcza wersja do biustu. Miał ktoś? Warto?

DIY Recenzja: Mgiełka do włosów z zieloną herbatą

Ostatnio trochę zmieniłam swoją pielęgnację włosów i po kilku tygodniach różnica jest moim zdaniem ogromna. Otóż... Już nie muszę myć ich codziennie, co może wielkim osiągnięciem dla niektórych nie jest, ale dla mnie to kamień milowy. Na pewno dziewczyny, które posiadają delikatne i szybko przetłuszczające się włosy znają ten ból i wiedzą o czym piszę. 

Po pierwsze zaczęłam stosować maski... przed myciem włosów. Po prostu od pół godziny do 2h przed prysznicem delikatnie zwilżam włosy i nakładam sporą ilość maski od góry po samiuteńkie końce (omijam jednak skórę głowy). Trzymam normalnie związane w kucyk i robię swoje, nie bawię się w żadne czepki, a potem zwyczajnie myję włosy. Na koniec obficie spryskuję jeszcze wilgotne włosy moją Mgiełką DIY. Przepis macie tutaj, a dziś napiszę o niej więcej, tak jak obiecałam:)

Recenzja
Mgiełka do włosów
nawilżająca
z zieloną herbatą

 
Opakowanie jest dowolne, ale najlepsze będzie z atomizerem. Ja wykorzystałam butelkę po zużytej mgiełce Radical, szkoda tylko, że naklejki brzydko się zdarły i pozostała niezmiernie trwała warstwa kleju, ale w końcu najważniejszy jest sam produkt :) Ważne, że atomizer działa prawidłowo i równomiernie rozpyla mgiełkę.


Sama mgiełka wyszła mi dwufazowa, więc przed użyciem koniecznie trzeba ją wstrząsnąć, dla mnie to żaden problem. Kolor po zmieszaniu ma mlecznożółty. Zapach pozostawia wiele do życzenia mimo użycia olejku grejpfrutowego, który jest słabo wyczuwalny, przebija go bowiem zielona herbata i olejki, co razem tworzy lekko zgniły zapaszek. Następnym razem dodam mocniejszy olejek eteryczny. Na szczęście zapach szybko znika. Przebaczam.


Skład: zielona herbata, olej z pestek moreli, olej z wiesiołka, mleczko owsiane, olejek eteryczny grejpfrutowy.
Po kilku dniach, kiedy stwierdziłam, że w życiu nie zużyję jej w 10 dni dodałam jeszcze kilka kropel ekologicznego konserwantu, tak na wszelki wypadek.

Przechowywanie:
Trzymałam ją normalnie w łazience, bo gdy siedziała w lodówce zwyczajnie o niej zapominałam.

Stosowanie:
Na suchych włosach u mnie się zupełnie nie sprawdziła: zbyt obciążała, co u mnie naprawdę nie jest trudne. Włosy szybko zamieniały się w strąki i już myślałam, że nic z niej nie będzie.

Na wilgotnych włosach okazała się działać idealnie! Początkowo spryskiwałam włosy od połowy, starannie omijając skalp, by uniknąć ewentualnego przetłuszczania. Niepotrzebnie, nic takiego nie miało miejsca. Kończąc butelkę już spryskuję śmiało całą głowę i to dość obficie.
Używam jej także jako wcierki do skóry głowy, oczywiście przed myciem. Nic nie piecze ani nie swędzi, a mam nadzieję, że pobudza włosy do wzrostu i odżywiła cebulki. Na pewno nie powoduje przetłuszczania, wręcz przeciwnie: nawilża skórę głowy oraz reguluje pracę gruczołów łojowych i dzięki temu myję włosy już co drugi dzień. Chwała jej za to!
 

Działanie:
Włosy nabrały blasku i miękkości, widocznie się wygładziły, nawilżyły i odżywiły. Nie plączą się bez względu na użyty wcześniej szampon, wręcz łatwiej się rozczesują.
Nie mogę przestać ich bez przerwy macać i nawet mój mąż (a faceci znani są ze swojej spostrzegawczości czyż nie?) zauważył różnicę! On też zaczął częściej się nimi bawić i je głaskać, a chyba lepszego komplementu nie można dostać od faceta, z którym się jest wiele lat :)
Włosy przestały mi się także puszyć na końcach, co mnie często denerwowało. Nie wiem co jest tego przyczyną, tak czy owak problem z tą mgiełką zniknął zupełnie. Dodam, że teraz mam włosy średnioporowate. W widoczny sposób włosy są gładkie, nie odstają nierównej długości włoski oraz bardziej się błyszczą.

Fakt faktem, że włosy zaczęły rosnąć mi jak szalone. Planowałam mieć nadal włosy do ramion, ale teraz poważnie rozważam zapuszczanie. Muszę to jeszcze przemyśleć :)

Skończyły mi się oleje i mleczko owsiane, ale podczas następnych zakupów wskoczą do koszyka, bo zrobię tą mgiełkę jeszcze nie raz. Coś czuję, że to idealnie dobrane składniki dla cienkich, średnioporowatych włosów, niezbyt wydumany, krótki skład i skuteczne działanie.

Zrobicie? A może już ją zrobiłyście?

T 'e' N, Specifics, Krem do rąk

Kojarzycie ten zapach, kiedy zbliżacie się do Sephory albo Douglasa? Na pewno tak! Zmieszane perfumy, różne aromaty, nic konkretnego, ale przyjemna woń kojarząca się z luksusem i dopieszczaniem zmysłów... Przynajmniej ja tak to odbieram. A gdybym tak napisała, że znalazłam krem do rąk o takim właśnie zapachu? Zapachu Douglasa? Hę? Co Wy na to?

T'e'N
Tecnologia e Natura
Specifics
Krem do rąk


Krem kupimy w zafoliowanym kartoniku, dzięki czemu mamy pewność, że nikt go przed nami nie otwierał. Na kartoniku widnieją podstawowe informacje... po włosku i skład, wszystko to jest powtórzone także bezpośrednio na tubce, więc dla mnie to zbędne. Krem jest do kupienia w gabinetach kosmetycznych za 60 zł/75 ml. Marka T'e'N należy do koncernu Alfaparf, a kosmetyki produkowane są we Włoszech.


Tubka utrzymana jest w fioletowo-burej tonacji opakowania. Korek na klik jest w porządku, łatwo się otwiera i zamyka, choć sam na pewno tego nie zrobi. Tubka stabilnie stoi na głowie.


Skład: zaraz po wodzie znalazł się Glyceryl Stearate (emolient tzw. tłusty, tworzy film, zapobiega odparowaniu wody ze skóry, zmiękcza i wygładza), zaraz potem C12-15 Alkyl Benzoate (olej syntetyczny, emolient i konserwant, zmniejsza lepkość innych olejów, zmiękcza, uelastycznia i wygładza), masło shea (odżywia, nawilża, zmiękcza, tworzy ochronny film), gliceryna (nawilża), kilka różnych emolientów, emulgatorów, Parfum dość wysoko w składzie. Poza tym w śladowych ilościach zawiera także alantoinę, olej z borówki skandynawskiej (rozjaśnia, nawilża, zmiękcza), proteiny pszenicy, kukurydzy i soi (nawilżają, zmiękczają i wygładzają skórę), Pseudoalteromonas Ferment Extract (antarktycyna, zapobiega wysuszeniu naskórka, pomaga zwiększyć produkcję kolagenu i elastyny w skórze, zmniejsza zmarszczki), kwas hialuronowy (głęboko nawilża), lecytyna (nawilża), witamina E (antyoksydant), olej z nasion Moringa (nawilża, odżywia, stosowany w produktach przeciwstarzeniowych, bowiem wygładza zmarszczki, zapobiega wiotczeniu skóry, rozświetla skórę, działa przeciwzapalnie). Szczegółowy skład na zdjęciu.


 Krem jest biały i dość treściwy. Przepięknie pachnie perfumami, nie jest to żaden klasyczny zapach, dlatego najbardziej kojarzy mi się właśnie z Sephorą lub Douglasem. Ładnie się rozsmarowuje i nie zostawia smug ani grudek.


 Uwielbiam go używać! Ten zapach tak mi się spodobał, że mogłabym nim smarować dłonie co godzinę, ale nie ma takiej potrzeby. Mimo dość specyficznego składu krem nawilża na całkiem długo, na pewno lepiej niż kremy o składzie opartym głównie na glicerynie. Ładnie i szybko się wchłania, pozostawiając niepozorną, na szczęście nietłustą warstwę na skórze. Warstwa ta nie zmywa się szybko przy pierwszym myciu rąk.
Dłonie pozostają gładkie, a skóra miękka, nawilżona i sprężysta, a przy tym długo cudownie pachnie, nie można przestać jej wąchać :) Po wysmarowaniu nim rąk można szybko powrócić do pracy bez obawy o tłuste ślady na papierze czy klawiaturze.

Niestety niespecjalnie sprawdza się u mnie na noc, rano dłonie nie są wysuszone, ale nie mam wrażenia, że skóra się zregenerowała.
Obecnie jest to mój najulubieńszy krem na dzień, gdy wychodzę wrzucam go do torebki, aby był ze mną!


Znacie kosmetyki Alfaparf?

Niezdecydowana piątka czyli pięć szybkich recenzji

Na pewno używając kosmetyków nieraz spotykałyście się z sytuacją, gdy żel pod prysznic Was denerwował i nie zamierzacie go więcej kupować. Mam nadzieję, że nieraz był też czysty zachwyt, a nad cudownym działaniem mogłybyście się rozpływać godzinami. Są takie kosmetyki, które od razu albo kochamy albo nienawidzimy.
Są i takie, które są nam... po protu obojętne. Kompletnie, całkowicie obojętne, nie wzbudzają ani nienawiści ani zachwytu, mogłoby ich równie dobrze na tym świecie nie być. Ostatnio mam do czynienia z piątką takich kosmetyków. Są bardzo różne, choć właściwie każdy jest do twarzy. Dziś będzie o niezdecydowanej piątce, czyli krótkie i szybkie pięć recenzji. Wnioski na końcu. Zapraszam:


Marion
Plasterki punktowe na wypryski


Ostatnio coraz rzadziej mi się zdarzają tzw. niedoskonałości, ale jeśli są to chcę się ich szybko pozbyć. Kiedyś pisałam o preparatach punktowych KLIK, a o tych plasterkach całkowicie zapomniałam. No właśnie, na tym polega z nimi kłopot. 
Plasterki są bardzo tanie, opakowanie 10 sztuk kosztuje 2-3zł, można więc spróbować. 
Łatwo się ich używa, ale mam mały problem z odklejeniem ich od folii, ponieważ klej mocno trzyma. Niestety na skórze już tak ładnie się nie klei, do 2h jest w stanie wytrzymać, a potem... Potem szukaj wiatru w polu, nigdy nie udało mi się żadnego znaleźć w pościeli....


Skład mają całkiem sensowny. Jest tu olejek z drzewa herbacianego, kwas salicylowy, olej z pestek winogron.


Plasterki nie są zbyt małe, w zupełności wystarczają na przykrycie wyprysku wraz z jego najbliższą okolicą. U mnie nie wystąpiły żadne reakcje alergiczne ani podrażnienie. Trochę przyspieszają gojenie, wysuszają i niwelują zaczerwienienie, nie mogę napisać, że całkowicie są bublem. Ale... 


... dla mnie mimo skuteczności stosowanie ich jest zbyt denerwujące, a zachodzenie rano w głowę gdzie się podziały... Cóż, rano mam lepsze rzeczy do roboty! :)



 Miss Sporty
Dr Balm
Balsam do ust 03


Nie wyobrażam sobie życia bez balsamu do ust, dla mnie to jeden z podstawowych kosmetyków. Dr Balm wygląda  typowo, opakowanie ma standardowe. Ostatnio pisałam o Alterrze i Sylveco, zachwycałam się ich składem i działaniem. Cóż, tutaj tego mi zabrakło.
Po pierwsze skład pozostaje zupełnie nieznany, nie ma go na opakowaniu. Czy zdajecie sobie sprawę, że pomadki i balsamy do ust zwyczajnie zjadamy? Ja tak, a lubię wiedzieć co jem...


 Po drugie pomadka lekko maluje usta na różowawy kolor, więc jeśli wyjedzie się nią poza linię warg, o co nietrudno, to przy jasnej karnacji będzie ją widać jako nieestetyczne zaczerwienienie wokół ust. Nie wygląda to dobrze. Kosztuje ok. 6zł za nie wiadomo jaką pojemność.


Po trzecie jest jej bardzo mało! Mimo wszystko pomadka spełnia jakieś swoje zadanie, może nie nawilża, ale chroni przed wiatrem. Lepiej sprawdza się w ciepłe dni, na zimę się nie nadaje. Konsystencja jest taka jakaś "rozlazła", przez co właśnie lubi sobie wędrować poza usta. Nie ratuje jej nawet przyjemny, arbuzowy jak dla mnie, zapach. Dla mnie to za mało...



Avon
Clearskin
Tonik oczyszczający pory z 0,5% kwasem salicylowym


 Tonik jest w pielęgnacji twarzy niezbędny i paręnaście miesięcy temu nareszcie to zrozumiałam. Od tamtej pory używam go co najmniej dwa razy dziennie. Mam w tym momencie otwarte trzy sztuki, dwa poniższe na wykończeniu. Nie licząc hydrolatów, które świetnie się spisują w tej roli.


 Jako posiadaczka tłustej cery bardzo dbam o dokładne jej oczyszczenie i używam sporo produktów takich jak żele, peelingi, pianki i toniki. To się naprawdę opłaca.
Ten tonik podobno jest "opracowany przy wykorzystaniu technologii zwężania porów; dogłębnie oczyszcza skórę i kontroluje wydzielanie sebum; pozostawia skórę czystą i odświeżoną".
Poza tym producent doradza stosować go "1-3 razy dziennie na miejsca skłonne do wyprysków". Kosztuje ok. 10 zł/100 ml.


 Skład oparty jest przede wszystkim na alkoholu, który sprawia, że tonik ten niemiłosiernie śmierdzi. Używanie go na twarz to istna katorga. Stosuję go co dwa dni, przemywając policzki, nos i czoło, inaczej wysusza skórę, a jak powszechnie, mam nadzieję, wiadomo, wysuszona tłusta skóra produkuje jeszcze więcej sebum. Chyba nie o to nam chodzi? Stosowany rozsądnie oczyszcza pory jak obiecuje producent, ale to samo robi milion innych, za to bezpieczniejszych toników np. na bazie mięty czy szałwii. Do opakowania nie mam zastrzeżeń.


 CD
Krem nawilżający z lilią


Ostatnio o tej marce zrobiło się w miarę głośno na blogach. Krem nawilżający mam już kilka miesięcy, ale nie przez jego wydajność tak go męczę. Kosztuje ok. 12 zł/200 ml.
Krem ma świetną konsystencję, średnio lekką, satynową. Na skórze zostawia białe smugi, które trzeba wklepywać w nieskończoność. Zdecydowanie ładnie nawilża, ale gdyby tylko tyle...


 W składzie na samej górze mamy trójglicerydy i inne emolienty, dzięki czemu krem ten pięknie zapchał mi pory. Jest w tym naprawdę skuteczny! Gdzieś tak w środku mamy ekstrakt z lilii, poza tym masę konserwantów i mnóstwo składników kompozycji zapachowej, która jest wyjątkowo nieudana. Ten krem zwyczajnie śmierdzi skoszoną trawą i gumą... Stosuję go czasem do nóg, czasem do rąk, a teraz na opaloną skórę ramion.


 Accos
Tonik oczyszczający
Do skóry tłustej, mieszanej i skłonnej do trądziku


Tonik fajnie oczyszcza skórę, odświeża ją i redukuje świecenie. Jak dla mnie dziwnie pachnie, trochę jakby cukierkami miętowymi, słodko i rześko jednocześnie. Kosztuje ok. 20 zł/175 ml. Opakowanie jest wygodne i estetyczne.


 Skład: nawilżacze i ekstrakty roślinne oraz kilka substancji aktywnych np. kwas sebacynowy (nawilża i przywraca równowagę lipidową naskórka, zmniejsza objawy trądziku), a wszystko zakonserwowane parabenami i pochodną formaldehydu. Szczegóły poniżej.


Podsumowując tonik spełnia swoją rolę, przywraca pH i ma pozytywny wpływ na tłusta skórę. Zmniejsza świecenie i reguluje sebum, zwłaszcza używany 2x dziennie jak zaleca producent. Szczerze? Dokładnie takie samo działanie ma trzy razy tańszy tonik Ziaji, o którym pisałam TUTAJ.


Tak właśnie sprawa wygląda. Żaden z tych produktów się nie wyróżnia na tle innych, ale nie nazwałabym ich bublami, bo działają. Każdy mnie czymś denerwuje. Nie jestem w stanie wyegzekwować odpowiedzi sama od siebie czy jestem na tak czy na nie?

Mimo wszystko ja szukam ideałów i nie zadowalam się kosmetykami, które mnie nie zachwycą. Nie jestem wybredna (a może?), ale wśród gąszczu tylu innych produktów, od których wręcz uganiają się drogeryjne półki po co mam kupować średniaki?

Na koniec znów przypominam o konkursie u mnie, gdzie nagrody same sobie wybieracie :)
Wystarczy kliknąć w poniższy baner i wypełnić formularz zgłoszeniowy.
http://cosmeticosmos.blogspot.com/2015/05/konkurs-bierz-co-chcesz.html

Miałyście któryś z tych kosmetyków? Co o nich sądzicie?

Delia, Henna tradycyjna do brwi

Jakiś czas temu pisałam o Revitalash Hi-Def Tinted Brow Gel czyli żelu do brwi. Pomaga on utrzymać włoski na swoim miejscu i delikatnie je przyciemnia. Zaczęłam go ostatnio oszczędzać, malując czasem brwi kredką Misslyn, która też całkiem nieźle się spisuje. Przychodzi jednak taki czas, że zaczyna się myśleć: "Po co codziennie malować brwi? Jak trwale podkreślić brwi w domu?". Tu z pomocą przyszła mi... teściowa :) Uświadomiła mi, że w życiu nie miałam henny! A są same plusy: nie trzeba codziennie się malować, nawet rano twarz jakoś wygląda,  mimo permanentnego niedospania. Jest to moja pierwsza przygoda z henną na brwiach. Zakupiłam w tym celu najtańszą hennę Delii w Rossmannie.



Delia, Henna tradycyjna do brwi, Brązowa, w proszku


Na małym kartoniku mamy wszystkie podstawowe info, w tym bardzo ważne dotyczące próby uczuleniowej, które ja z pełną premedytacją olałam. Na szczęście nie dostałam żadnego uczulenia. Jeżeli chcecie najpierw zrobić taką próbę od razu trzeba kupić dwa opakowania, bo henna nie jest  zdatna do użycia po jakimś czasie.
Sposób wykonania wydawał mi się prosty, więc kupiłam jedno opakowanie za bodajże 2zł.


Wewnątrz mamy dwie saszetki w różnych kolorach. Obie niby mają ułatwiające otwieranie miejsca, ale w rzeczywistości tylko tą jasną bez problemu otworzyłam, brązową musiałam już rozciąć nożyczkami, inaczej się nie dało.


Skład:


Sposób użycia jest bardzo prosty i możliwy do wykonania w warunkach domowych, wiec skusił mnie do zakupu:


Przygotowałam wszystko, co jest potrzebne i do dzieła.


W jasnej saszetce był biały glut (szumnie nazwany aktywatorem), który łatwo dał się wycisnąć do miseczki. W ciemnej był proszek, który trochę rozsypałam, więc warto na niego uważać.


Hennę nakładałam zwykłym patyczkiem higienicznym, co okazało się wykonalne, ale średnio wygodne. Nie mam pojęcia czy wyszła mi dobra konsystencja gotowej do nałożenia henny, ponieważ otrzymałam gęstwą papkę w nieokreślonym szarawym kolorze. Może tak miało być, w każdym bądź razie dobrze trzymała się włosków i nie spływała.


Skórę wokół  brwi przed aplikacją zabezpieczyłam najzwyklejszym kremem Nivea i wyglądałam jakbym szykowała się do wojny. Może naprawdę tak było ;)
Nałożyłam trochę także na rzęsy, co okazało się zbędne, bo i tak nie widzę żadnej różnicy, za to zajęcie to było żmudne i długotrwałe (nie wsadzić tego do oka, nie pobrudzić skóry itp.).
Po ok. 8 minutach zerknąwszy w lusterko przeraziłam się nie na żarty, bo brwi wyglądały na całkiem czarne.



Po lewej udokumentowany cały proces :)
1. moje naturalne brwi
2. skóra zabezpieczona Nivea
3. nałożona henna
4. nałożona henna po ok. 8 minutach (przerażenia nie widać, ale było!)
5. i 6. brwi zdecydowanie ciemniejsze po zmyciu henny






Szybko pobiegłam ją zmyć zwykłą wodą z mydłem jak kazał producent, a resztki dobiłam płynem micelarnym Bandi. Zmyło się bez problemu.






Poniżej rezultat moich zabiegów (przed/po):


Mam brwi!
Moim zdaniem trochę za długo przetrzymałam i brwi wyszły odrobinę zbyt ciemne, ale to tylko moja wina, bo zajęłam się nakładaniem henny na rzęsy zamiast pilnowaniem czasu. Mam ochotę pobawić się tak jeszcze nie raz, bo efekt całkiem pozytywnie mnie zaskoczył. Myślałam, że będzie ledwo widoczny, więc i tak będę musiała bawić się żelami i kredką, a tu proszę: całkiem ciemne włosiska. Kolejnym razem potrzymam ją jednak 5-6 minut i zobaczymy.

Poniżej efekt po dokładnie dwóch tygodniach: brwi pojaśniały, nie wyglądają już na tak gęste, ale mimo wszystko nadal są widocznie ciemniejsze niż moje własne. Myślę, że za jakiś czas znów nałożę hennę, bo przyznam, że bardzo przyspiesza to poranny makijaż - wystarczy włoski przeczesać i już :)


Robicie sobie takie atrakcje?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj