DLA KOSMETYKI, Krem do rąk

DLA Kosmetyki to kolejna polska marka, która mnie zafascynowała swoim podejściem do składów. Ta nowa firma stawia na świeże napary z ziół, które są podstawą receptur i znajdują się zawsze na początku składu. Bardzo spodobał mi się ten pomysł i z chęcią sięgnęłam po krem do twarzy na noc oraz krem do rąk. Wiecie przecież, że jestem maniaczką fajnych mazideł :)


Krem do rąk od DLA KOSMETYKI kupimy w dużej, plastikowej tubie o pojemności 125 ml. Kosztuje ok. 12zł. Niestety dość trudno go znaleźć w drogeriach, ale dla chcącego nic trudnego :)


Skład: Fresh infusion of Semen Psyllii, Butyrospermum Parkii Butter, Cetearyl Alcohol/Ceteareth-18, Glycerin, Panthenol, Borago Officinalis Seed Oil, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil, Cetyl Alcohol, Allantoin, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Tocopheryl Acetate, Glyceryl Stearate, Parfum, BHA, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Citronellol, Hexyl Cinnamal.

Świeży napar z nasion babki płesznika - zawiera śluzy (ok. 12%),  olej tłusty (ok.5%),  aukubinę, garbniki, kwas galakturonowy, skrobię, ramnozę, arabinozę, ksylozę, flawonoidy, białka, sole i in., dzięki czemu zapobiega wysychaniu skóry, dobrze nawilża, odżywia oraz ujędrnia skórę (zawartość  w kremie aż 60%).
Masło Shea - ma właściwości odżywcze; zmiękcza i wygładza skórę. Jest naturalnym filtrem przeciwsłonecznym (zawartość w kremie 10%).
Gliceryna - działa zmiękczająco i nawilżająco na skórę.
Alantoina i d-pantenol – działają łagodząco i kojąco, przyspieszają regenerację i gojenie podrażnień.
Olej lniany bogaty w NNKT – doskonale nawilża, przyspiesza regenerację naskórka, skutecznie poprawia kondycję skóry. Jest bardzo dobrze tolerowany przez skórę.
Olej z ogórecznika – naturalne źródło kwasu gamma-linolenowego, witamin i fosfolipidów gwarantuje długotrwałe nawilżenie.
Witamina E  - niszczy wolne rodniki, zapobiega powstawaniu podrażnień i spowalnia proces starzenia się skóry.


Opakowanie jest miękkie i wygodne, co bardzo ułatwia wydobycie kremu do samego końca. Do odkręcanego korka trzeba się przyzwyczaić, wolę takie "na klik", bo są praktyczniejsze.


Krem jest biały, dość gęsty i puszysty. Ma treściwą konsystencję, a mimo to szybko się wchłania i nie zostawia tłustej warstwy na skórze. Zapach jest dosyć specyficzny, niby ziołowy i mimo, że zazwyczaj lubię takie aromaty, ten jest dla mnie średnio przyjemny. Z wielkim zaskoczeniem znalazłam w składzie Citronellol (zapach róży i geranium) oraz Hexyl Cinnamal (zapach jaśminu). Obie substancje mogą uczulać i szczerze pisząc, na miejscu producenta zupełnie bym z nich zrezygnowała. Na szczęście zapach nie jest intensywny, więc czuję go jedynie, gdy przybliżam nos do skóry.


Kremu używam głównie na noc i muszę przyznać, że bardzo dobrze nawilża dłonie. Mamy późną jesień i na zewnątrz jest zimno, więc szczególnie warto zadbać o swoje spracowane ręce. Krem świetnie się sprawdza także pod rękawiczki, dzięki temu, że szybko się wchłania i głęboko wnika w skórę. Pozostawia ją miękką, lekko natłuszczoną (ale nie wyczuwam nieprzyjemnej warstwy), nawilżoną i ukojoną. Wszelkie podrażnienia spowodowane zimnem bardzo szybko znikają i to bezpowrotnie. Byłby idealny, gdyby nie ten dziwny zapach....


Z całą przyjemnością, jaką mam z używania kremu DLA, polecam go wszystkim tym osobom, które o smarowaniu dłoni zapominają w ciągu dnia i przypominają sobie o tym dopiero wieczorem. Wystarczy jednorazowe użycie w ciągu dnia, aby pomóc swoim dłoniom przetrwać ten trudny okres zimna, wiatru, śniegu i deszczu. 

Znacie te kosmetyki? Niedługo napiszę o kremie na noc Niszcz pryszcz. Ciekawe?

DIY: Serum z kwasem migdałowym 10%

Chyba nie jest już tajemnicą, że mam tłustą skórę, rozszerzone pory, skłonność do wyprysków, a w dodatku pierwsze zmarszczki. Od dawna chodziło za mną serum z kwasem migdałowym, więc jak tylko znalazłam wolną chwilę - od razu je sobie ukręciłam. W moich domowych zapasach miałam wszystko co trzeba, jedynie kwas migdałowy musiałam dokupić. Czy warto było?


Kwas migdałowy to białe drobinki o delikatnym, migdałowym zapachu. Rozpuszcza się w wodzie na gorąco oraz w alkoholu etylowym. Kwas migdałowy poprawia poziom nawilżenia oraz elastyczności skóry, zwiększa produkcję kolagenu oraz przyspiesza odnowę komórkową - dlatego jest cennym składnikiem kosmetyków do praktycznie każdej cery, zwłaszcza z pierwszymi oznakami starzenia. Potrafi wyrównywać zmarszczki, spłycać blizny (np. potrądzikowe), rozjaśniać plamy pigmentacyjne i inne przebarwienia, poprawić koloryt oraz likwidować zrogowacenie skóry. Ponadto wspaniale zmiękcza i wygładza skórę, poprawiając jej fakturę i domykając pory. Takie działanie wspaniale sprawdzi się zarówno przy skórze suchej jak i tłustej.


Serum z kwasem migdałowym 10% oraz kwasem hialuronowym

Składniki na 30 g serum:
- 15 g kwas hialuronowy 1,5 % roztwór
- 9 g woda demineralizowana
- 3 g kwas migdałowy
- 2,4 g mleczan sodu
- 0,9 g witamina B3 (niacynamid)
- 3 krople ekologiczny konserwant FEOG
- miarki, mieszadełko, naczynie do mieszania (zlewka lub słoik), opakowanie z pompką na gotowe serum - oczywiście wszystko czyste i odkażone
- paski do mierzenia pH.


Wykonanie:
Do słoiczka lub innego naczynia odpornego na temperaturę (np. zlewki) wsypujemy odmierzoną ilość kwasu migdałowego i zalewamy go wodą destylowaną, a następnie wstawiamy naczynie do łaźni wodnej i podgrzewamy (u mnie garnek z gorącą wodą).  Można lekko mieszać, by kwas szybciej się rozpuścił. Gdy już kryształki kwasu przestaną być widoczne wyjmujemy słoiczek i pozostawiamy do ostygnięcia do temp. pokojowej, a następnie dolewamy odpowiednią ilość mleczanu sodu, dokładnie mieszany, dosypujemy witaminę B3 i mieszamy, aż się rozpuści. Następnie dodajemy odmierzoną ilość kwasu hialuronowego oraz trzy krople konserwantu i całość dokładnie mieszamy. Prawda, że łatwe? Całość trwa góra 10 minut.


Gotowe serum przelewamy do buteleczki z pompką i czekamy 1,5h aż ustali się pH naszego kosmetyku.  Po tym czasie najlepiej sprawdzić pH papierkiem, prawidłowe powinno wynosić ok. 4 czyli być kwaśne. Termin przydatności z konserwantem to ok. 5-6 m-cy, nie trzeba trzymać go w lodówce.


Butelka z pompką zdecydowanie ułatwi użytkowanie naszego serum, zwłaszcza, że konsystencja jest podobna do konsystencji lekko rozrzedzonego kwasu hialuronowego czyli trochę lejąca.


Zapach jest lekko migdałowy, a konsystencja, jak wspomniałam, lekko lejąca się.


Serum szybko się wchłania w skórę, dosłownie po chwili można wklepać w nią krem. Oczywiście wklepujemy je w oczyszczoną skórę, czasem najpierw zwilżam ją jeszcze tonikiem lub hydrolatem. Bardzo ważne jest, by nie nakładać serum na uszkodzoną i podrażnioną skórę.


Najważniejsze jest jednak działanie, a tego nie mogę mu odmówić po miesiącu stosowania!

Doskonale nawilża i regeneruje skórę, to działanie najłatwiej i najszybciej można zaobserwować. Wprost zachwyca mnie jego działanie domykające pory, dzięki temu skóra jest równa i gładka, nawet pod światło. Serum delikatnie złuszcza warstwę rogową naskórka i pobudza komórki do odnowy, więc w dotyku skóra jest miękka, delikatna i wydaje się młodsza. Zdecydowanie zauważyłam także wyrównanie kolorytu i zmniejszoną ilość wyprysków czy innych niedoskonałości. Doskonale spisuje się przy mojej tłustej cerze, ale myślę, że równie dobrze sprawdzi się przy mieszanej, dojrzałej czy suchej.


Jest to moje pierwsze serum z kwasem migdałowym dlatego postawiłam na niskie stężenie. 10% wystarczy, aby zauważyć efekt i nie zrobić nikomu krzywdy. Jestem niesamowicie zadowolona z efektów.

Używacie kosmetyków z kwasami? Wiem, że niezłą furorę robi Bielenda :)

Alaffia, Mydło w kostce Pineapple Coconut Shea Butter Soap (Ananas i kokos)

Dawno, dawno temu, kiedy to dziecięciem byłam i nic do gadania nie miałam, a w Polsce w najlepsze panoszyła się komuna, zaradne matki myły swe latorośle mydłem szarym w kostce. Zaiste piękne to czasy były, kiedy... pfu, zagalopowałam się! Wcale nie piękne! Niczego w sklepach nie było, jeno ocet i papier toaletowy! Co w tym pięknego? Że eko, to może, ale wcale niefajne eko. Konieczne eko. Ale o czym to ja... 

Aha, mydła w kostce. Kiedyś popularne, swojego czasu wyparte przez wszelkie żele i mydła w płynie. Obecnie chyba wracają do łask, moich na pewno. Co mi się podoba? Podoba mi się, że coraz popularniejsze są mydła NIE TYLKO z tłuszczu zwierzęcego (Białego Jelenia mydeł nie tykam! nie bez kozery marka ma taką nazwę...), w składzie SODIUM TOLLOWATE (jeśli więc macie w swoim sercu upodobanie do braci mniejszych nie godzi Wam się używać mydła odzwierzęcego, amen). W tym miejscu zaznaczam, że absolutnie nikogo do niczego nie zmuszam - jeśli komuś nie przeszkadza smarowanie się smalcem, proszę bardzo, nie moja rzecz, jednak ja dziękuję.

Dzisiejszy bohater przywędrował do mnie od Anuli, której blog chętnie nawiedzam i podpatruję, co też ciekawego Anula testowała. Jeśli lubicie naturalne kosmetyki serdecznie polecam. Istna encyklopedia wiedzy :)


Alaffia to ciekawa marka, pochodząca z Afryki. Zaczęło się od tego, że założyciel, niejaki Tchala, zbierał jako dziecko orzechy shea i sprzedawał je na rynku, by wspomóc swoją biedną rodzinę. Obecnie marka się rozrosła i ma w swoim asortymencie mnóstwo cennych kosmetyków na bazie shea właśnie. Bierze czynny udział w wielu inicjatywach dla mieszkańców Afryki jak np. w zbiórce rowerów dla biednych studentów czy przyborów szkolnych w Togo.

Mydło Alaffia Pineapple Coconut Shea Butter 

Jest całkiem duże, przynajmniej w porównaniu z drogeryjnymi Palmolive (które swoją drogą też są na Sodium Tollowate...). Kostka kosztuje 4,49 $ (ok. 18zł) i waży aż 142 g (przykładowe Palmolive 90 g). Ta wielkość początkowo mnie przeraziła.


Kostka zapakowana jest w ładny papierek z podstawowymi informacjami. Dowiemy się z niego m.in., że mydło posiada Certyfikat Sprawiedliwego Handlu (Fair Trade), co oznacza, że pracownicy otrzymali godziwą zapłatę za swoja pracę, odpowiednie warunki socjalne, a sama produkcja jest bezpieczna dla środowiska naturalnego i wspiera lokalna społeczność. Warto zwrócić na to uwagę, bo w tzw. krajach Trzeciego Świata nagminnie łamane są wszelkie możliwe zasady i standardy, co przejawia się np. tym, że pracują tam nawet małe dzieci w niebezpiecznych warunkach (np. z maczetami).


Sama kostka oczywiście także jest duża i dość twarda. Posiada lekko beżową barwę i delikatny, nawet bardzo delikatny zapach. Wrażliwsze nosy wyczują tu subtelną nutę ananasa z kokosem w tle.


Skład: Sodium Palmate (sól sodowa oleju palmowego), Sodium Palm Kernelate (naturalne sole z nasion palm, dzięki nim mydło jest gładsze i lepiej się rozsmarowuje), Water, Glycerin (gliceryna, nawilża i zatrzymuje wodę w naskórku), Masło Shea (nawilża, uelastycznia skórę, łagodzi podrażnienia, wygładza), Olej Kokosowy (natłuszcza, łagodzi podrażnienia, odżywia skórę, wydłuża okres trwałości mydła, zapewnia powstawanie gęstej piany, dobrze oczyszcza skórę), Natural Fragrance (naturalny zapach), Sodium Citrate (cytrynian sodu; regulator pH), Titanium Dioxide (filtr UV), Iron Oxides (tlenek żelaza; naturalny pigment czerwonobrązowy). 
Masło shea oraz olej kokosowy z upraw Fair Trade.


Mydełko podczas kontaktu z wodą delikatnie mięknie, co ułatwia mycie, jednak nie na tyle, by się"ślimaczyło" i uciekało z dłoni. Po odłożeniu szybko twardnieje i nie zmienia swojego kształtuŁatwo się pieni, daje średnio gęstą pianę, bardzo przyjemną. Podczas używania zapach jest delikatniejszy, prawie niewyczuwalny, co dla mnie nie jest wadą.


Spodobało mi się to, że skóra po nim jest naprawdę miękka, czysta i aksamitna w dotyku. Nie potrzebuję już balsamów, nie odczuwam suchości czy ściągnięcia. Zauważyłam jednak, że skóra jest mimo wszystko trochę inna w dotyku, mniej śliska niż po żelu, bardziej "tępa", podczas przejeżdżania po niej palcem wyczuwam opór. Nie wiem na ile jest to spowodowane faktem, że od dawna nie używałam mydeł w kostce (może wszystkie tak mają?), a składem tego konkretnego mydełka. Nie przeszkadza mi to jednak na tyle, by nazwać to wadą, po prostu daje inne uczucie i tyle.


Bałam się trochę, że mydło może wysuszać skórę, ale niepotrzebnie. Nie zaobserwowałam takiego działania, jednak masło shea i olej kokosowy robią swoje. Bez problemu myję nim całe ciało, włącznie z miejscami intymnymi i nie zdarzyła mi się z tego tytułu ani jedna niedogodność. Jest bardzo łagodne nawet dla delikatnej skóry. Jedynie do twarzy i włosów używałam innych specyfików.


Aby nie było jednak tak kolorowo ma też jedną wadę - bardzo brudzi wannę. Postawia na niej szarawy osad, który trzeba dokładnie zmywać. Niestety jest to normalne, jak wynika z chemii: występujące w wodzie jony metali wapnia i magnezu łączą się z resztą kwasową wyższych kwasów tłuszczowych z mydła i tworzą nierozpuszczalne sole czyli nasz kochany osad. Taki ich urok. Trochę ruchu po prysznicu nikomu nie zaszkodzi :)

To moje pierwsze mydło w kostce od baaardzo dawna, jak wynika z początku tego posta. Mam już w zapasach kolejne. A Wy? Używacie mydeł w kostce czy unikacie? Sprawdzacie ich składy?

Eveline, Face Therapy Professional, Nawilżający płyn micelarny

Płyny micelarne zużywam hurtowo i na stałe wpisały się one w mój blog. Przewinęło się tutaj kilka naprawdę dobrych i kilka raczej słabych sztuk, ale chyba jeszcze nie było micela od Eveline. Jak się spisała nasza rodzima marka?


Eveline Nawilżający płyn micelarny, a jakże 4w1 (o co chodzi z tą marką? czy każdy produkt musi być 100w1?) ma za zadanie "skutecznie usuwać makijaż oraz wszelkie zanieczyszczenia, doskonale zastępując mleczko i tonik. Usuwa nawet wodoodporny i trwały makijaż bez konieczności pocierania skóry wacikiem. Dzięki specjalistycznej formule bogatej w składniki nawilżające i łagodzące preparat daje uczucie natychmiastowego ukojenia i komfortu , bez uczucia ściągnięcia. Poprawia kondycję i wygląd skóry oraz sprawia, że staje się ona doskonale oczyszczona, gładka i miękka w dotyku. Nie narusza warstwy hydrolipidowej naskórka. Nie wysusza skóry."


Przezroczysta butla kryje w sobie 240 ml płynu i kosztuje ok. 15zł. Nie majątek, ale w tej cenie mogę już nabyć ukochany Lipowy płyn micelarny Sylveco. Po co o tym piszę? Bo gdzieś tam w tyłu głowy ciągle kołacze mi się taka myśl i nie mogę się jej pozbyć. Póki co nadal Sylveco u mnie rządzi i będzie następny w kolejce po Eveline.


Butla spora, ale stabilna. Korek na klik chroni dziwną pompkę, podobną do tych ze zmywaczy do paznokci. Teoretycznie wystarczy wziąć płatek i przycisnąć. Niby ma to ułatwić użytkowanie i pomóc zachować higienę, ale czy na pewno? Mnie głównie denerwowała, ponieważ potrafiła rozchlapywać płyn na boki, zwłaszcza na początku. Pod koniec natomiast nie wyłapywała już micela, trzeba było ją odkręcać i wylewać go bezpośrednio na płatek. Bez zarzutu działała jedynie gdzieś tak od połowy butelki do prawie końca, ale może to być także kwestia wprawy, jakiej chcąc nie chcąc nabywamy. Generalnie wolałabym normalną, klasyczną pompkę i problem byłby załatwiony.


Skład: Podoba mi się, że tuż po wodzie mamy kwas hialuronowy, który doskonale nawilża skórę i faktycznie czuć to podczas stosowania płynu. Jest też kilka cennych substancji np. betaina (nawilża), ekstrakt z alg (nawilża, odżywia, napina i rewitalizuje skórę), panthenol (nawilża, regeneruje, wygładza), komórki macierzyste z jabłek (opróżniają starzenie skóry, odżywiają), lecytyna (nawilża), alantoina (łagodzi podrażnienia, regeneruje), tocopherol (witamina E, antyoksydant, hamuje starzenie skóry, poprawia nawilżenie i wzmacnia naczynia krwionośne), kwas linolenowy (zatrzymuje wodę w skórze, poprawia funkcjonowanie bariery ochronnej naskórka, hamuje procesy starzenia). Szczegóły na zdjęciu.


Konsystencja micela jest standardowa - przezroczysty płyn, który nie pachnie. Tutaj jak dla mnie plus - brak sztucznej kompozycji zapachowej to mniejsze ryzyko podrażnienia skóry. Micelek dobrze sobie radzi z makijażem, zarówno mineralnym jak i standardowym, silikonowym podkładem. Ładnie zbiera tusz, cienie, wszelkie róże. Mogę się jedynie przyczepić do wodoodpornej kredki do oczu, bywało, że jednak - mimo zapewnień producenta - muszę się namachać wacikami.  
Płyn ma jednak jedną, ogromną zaletę - nie wysusza skóry i nie powoduje jej nieprzyjemnego ściągnięcia. Faktycznie przyjemnie nawilża skórę, koi podrażnienia, a sam ich nie wywołuje. W dodatku zupełnie nie szczypie w oczy, bez problemu i strachu zmywałam nim makijaż całej twarzy.

Podsumowując: bardzo dobry micel, który ładnie oczyszcza skórę, a przy tym ją nawilża. Śmiem twierdzić, że nadaje się do każdego typu cery: od suchej po tłustą, taką jak moja. Zdarza mu się jednak nie domyć wodoodpornych kredek, a opakowanie jest trochę denerwujące, jeśli się nie ma wprawy. Bardzo wydajny, miałam go na pewno dłużej niż zazwyczaj, ale też jego pojemność była odrobinę większa.

Znacie micele Eveline? Jestem pozytywnie zaskoczona i polecam.

Wykończeni w październiku/listopadzie

Mamy koniec listopada, a ja wyskakuję z październikowym denkiem... rychło w czas, jak to się mówi :) W dodatku to chyba moje najmniejsze denko, ale to dlatego, że w ostatnim miesiącu znacznie ograniczyłam swoją pielęgnację. Zapomniałam praktycznie o balsamie, nie pamiętam o codziennym smarowaniu rąk czy stóp, staram się myć włosy raz na dwa dni, a nie codziennie. Dlaczego? Odpowiedź jest trywialna: nie mam czasu. Wstaję po 6, zasuwam do pracy, wracam ok. 18-19. Zanin coś ugotuję, zjem, posprzątam, wystarcza mi resztek sił jedynie na szybki prysznic zanim rąbnę głową o kant wanny, a nie w miękką poduszkę. Jednym słowem: zasypiam na stojąco. Zachciało mi się pracować to mam. Dlatego mnie tutaj mało, choć staram się nadrabiać w weekendy... 

Zapraszam na październikowe denko.


Therme Skincare, Flower Beauty, Scrub pod prysznic: posiada genialny, długo utrzymujący się na skórze, relaksujący zapach oraz niezłe peelingujące właściwości, ale to jedyne jego zalety. W składzie ma sles, więc używałam go już zamiast żelu. Jak na taką cenę stanowczo ma zbyt słaby skład, ale przyjemny z niego umilacz wieczorów. Gdybym miała dostęp do holenderskich kosmetyków w promocji chętnie bym kupiła inny zapach, raz na jakiś czas nie zaszkodzi. Więcej KLIK

Radox, Żel pod prysznic Soothe: zapach ma bardzo przyjemny, niby jest to połączenie wanilii i imbiru, ale ja wyraźnie wyczuwam tutaj budyń waniliowy. Zapach jest delikatny i otulający, idealny na wieczór, wyciszający zmysły i pędzące myśli, odprężający. Skład ma bardzo przeciętny, a konsystencję średnio gęstą, na pewno nie przeciekającą przez palce. Kremowy i dobrze się pieni. Chętnie kiedyś go jeszcze kupię.

BingoSpa, Żel do higieny intymnej Silk: mam nadzieję, że to już ostatni produkt tej firmy, który miałam w zapasach. Nie byłam w pełni zadowolona z ani jednego! Ten też się nie nadaje do mycia delikatnych miejsc intymnych, a jak macie skłonność do podrażnień - wzmaga pieczenie, nie koi, nie łagodzi. Koszmar! Użyłam kilka razy zgodnie z przeznaczeniem, a resztą myłam już tylko nogi. Zapach ma dziwny, nie wiem z czym miałby mi się kojarzyć. Różowy kolor dla mnie to kolejna wada, nie potrzebuję barwników, które mogą dodatkowo alergizować miejsca intymne. Podsumowując: dobrze, że się skończył, nigdy więcej! Pompka jest wygodna, a opakowanie przezroczyste, ale to jedyne plusy tego żelu. Nigdy więcej!

Avon, Foot works, Pedikiur doskonały: nazwa mocno przesadzona, gdyż co najwyżej jest to peeling. Posiada dość dużo sensownych drobinek, natomiast lejąca konsystencja denerwuje bardziej niż nawilża. W cenie standardowej zupełnie nie do przyjęcia. Raczej nie kupię. Więcej KLIK


Avon, Planet Spa, Maska do włosów z kawiorem: całkiem fajnie wpływa na włosy i ma gęstą konsystencję, dzięki czemu jest niesamowicie wydajna. Niestety zapach ma niesamowicie, niewiarygodnie wręcz intensywny i długo utrzymujący się na włosach, co było meczące i irytujące jednocześnie. Raczej nie kupię, mimo że włosy po niej były miękkie, gładkie i sypkie. Pisałam o niej TUTAJ

Garnier, Fructis, Gęste i zachwycające, Odżywka do włosów: genialny zapach, identycznie owocowy jak w przypadku innych produktów serii. Działanie... słabe. Nie zauważyłam dosłownie niczego ciekawego, chyba ze za takie uznać przetłuszczenie i przesuszeniem na zmianę. Do cienkich włosów nie polecam i na pewno nie kupie więcej. KLIK

SVR, Xerial P, Szampon: nie pisałam pełnej recenzji, ponieważ jest to szampon przeznaczony przede wszystkim dla osób dla stanami łuskowymi skóry głowy, przewlekłym łupieżem, łuszczycą. Nie borykam się na co dzień z żadnym z tych problemów i uważam, że taka recenzja nie byłaby sensowna. Używałam go tylko wtedy, gdy pojawił się u mnie łupież (mam tak przy zmianie szamponów albo w okresie noszenia czapek), co któreś mycie w celu lepszego oczyszczenia skóry głowy. Muszę przyznać, że zapach jest dziwny i raczej nieprzyjemny, a konsystencja bardzo lejąca. Ponadto opakowanie utrudnia sensowne wydobycie szamponu. Poza tym dobrze sie pieni i oczyszcza włosy. Faktycznie pomaga szybciej pozbyć się krótkotrwałego łupieżu, ale nie mam pojęcia jak się sprawdza w przypadku np. łuszczycy. Nie kupię.


Cleanic, Płatki kosmetyczne: bardzo dobre płatki, nie rozwarstwiają się, a są delikatne i miękkie. Ostatnio ciągle trafiam na ich promocje w Auchan i mam spory zapas. Lubię je, ale czasem kupuję też inne.

Biały Jelen, Hipoalergiczny płyn micelarny: bardzo skuteczny płyn, idealny do zabrania w podróż. Świetnie radzi sobie z makijażem, a jedyne zastrzeżenia można mieć do zbyt intensywnego zapachu, który po jakimś czasie zwyczajnie meczy. Nie wspomnę nawet, ze zapach może uczulać, więc co z tą hipoalergicznoscią? Tak czy owak mnie nie uczulił, na pewno jeszcze kupię. Więcej KLIK

Floslek, Anti-aging, Przeciwzmarszczkowy krem pod oczy: absolutnie genialny! Obecnie mój ulubieniec, który zmniejsza zmarszczki uelastycznia skórę, rozjaśnia spojrzenie. Przy tym tubka jest niesamowicie wydajna, wystarcza na kilka miesięcy codziennego używania, ponieważ zawiera aż 30 ml kremu. Kosztuje grosze, szybko się wchłania, nadaje się pod makijaż i nie podrażnia. Na bank kupię. Więcej KLIK

Malwa, Krem do rąk i paznokci z algami: pachnie perfumowo, ma lekką konsystencję i bardzo szybko się wchłania. Polubił go zwłaszcza moj mąż i używał czasem na noc. To już kolejna zużyta tubka i pewnie będą następne. Pisałam o nim TUTAJ

Maybelline, Maskara: jedna z moich ulubionych. Klasyczna, spora szczotka idealnie rozdziela rzęsy, pogrubia i podkręca je. Nie zasycha po miesiącu jak niektóre, miałam ją przez pół roku i cały ten czas utrzymała dobrą konsystencję. Na pewno kupię. Więcej KLIK

PRÓBKA, The Secret Soap Store, Krem do rąk z masłem shea: coś cudownego! Świetny skład, zapach, działanie. To zdecydowanie taki produkt jakich stale szukam i mam ochotę na pełną wersję po zużyciu moich mega zapasów.

To by było na tyle. W porównaniu z moimi poprzednimi denkami raczej skromnie. Znacie coś? :)

Therme Skincare, Scrub pod prysznic, Bali Flower

Jakiś czas temu pisałam Wam o żelu pod prysznic Nivea, który przywiozła mi koleżanka z Holandii. Nie był to jedyny produkt, który otrzymałam, tak więc co jakiś czas uraczę Was ciekawostką z tego kraju. Dziś napiszę o peelingu marki Therme Skincare. Jest to holenderska marka kosmetyków, która szczyci się łączeniem bogactwa natury z najnowszymi odkryciami naukowymi z dziedziny pielęgnacji skóry. Marka oferuje produkty do domowego spa i urzeka orientalnymi zapachami.

Therme Skincare
Shower Scrub
Peeling pod prysznic
Bali Flower


Peeling znajduje się w miękkiej tubie z korkiem na zatrzask. Jest to bardzo wygodne opakowanie, które łatwo otworzyć pod prysznicem. Po jakimś czasie niestety coś się zablokowało i korek nie dał się domknąć do samego końca, na szczęście niewiele mi go już wtedy zostało.


200 ml kosztuje 9 euro (ok. 36 zł), a więc niemało. Na szczęście w Holandii także są promocje, tak więc mój scrub kosztował 2 euro (8 zł), co zresztą widać :)


Skład: nie powala. Zaraz po wodzie silny detergent, który może wysuszyć i podrażnić skórę. Następnie plastikowe drobinki, które mają peelingować oraz pozostałe łagodniejsze detergenty i środki konstencjotwórcze. Gdzieś tam pod koniec, grubo za zapachem, są śladowe ilości oleju sojowego, ekstraktu z wanilii czy protein mlecznych. Szczegóły powyżej.


Scrub ma barwę stonowanego różu z wyraźnie zanurzonymi drobinkami. To, co wyróżnia ten produkt to zapach, o którym napiszę później. Pod prysznicem delikatnie się pieni, zawiera bowiem SLES, dlatego często używałam go zamiast żelu, a nie tuż po nim. Oczyszcza skórę i przyjemnie ją masuje. W moim odczuciu jest w sam raz, ponieważ czułam jego działanie, ale też nie było to mocne drapanie aż do krwi. Obyło się bez płaczu ;)


Peeling doskonale wygładza, oczyszcza i zmiękcza skórę. Mojej skóry nie wysusza mimo SLES w składzie. To, co szczególnie mnie urzekło to zapach, który dość długo utrzymuje się na skórze i uprzyjemnia mi zasypianie czy wieczorny relaks. Zapach ten jest rodem ze spa czy gabinetów odnowy, przyjemny, ale nie nachalny. Kojarzy mi się z wanilią i jaśminem, ale przełamanymi piżmem i lekką goryczką, która tonuje zbyt słodkie nuty. Coś wspaniałego!


Jeżeli macie możliwość zakupów w Holandii polecam wypróbować kosmetyki tej marki, mogą być np. fajną pamiątką z wycieczki do tego kraju. Znacie te kosmetyki?

Kosmetyki na nadmierną potliwość stóp

Może się przydarzyć każdemu, nie tylko nałogowemu biegaczowi czy alpiniście. Zwłaszcza latem, gdy temperatury przekraczają 30 stopni, a my jesteśmy zmuszeni do porządnego obuwia (np. podczas górskich wędrówek) oraz zimą, gdy zazwyczaj dusimy stopy w ultra ciepłych buciorach rodem z bieguna północnego. Problem z nadmierną potliwością stóp. Dla niektórych to zjawisko incydentalne, dla innych zmora dnia codziennego. W tej drugiej grupie, nie oszukujmy się, więcej jest mężczyzn. Przyznaję, że problemu praktycznie nie znałam, dopóki nie zaczęłam uczęszczać na siłownię.

Pocenie to całkowicie naturalny proces, zaś na stopach i dłoniach znajduje się najwięcej gruczołów potowych. Przyczyn nadpotliwości może być wiele: stres, wysiłek, choroby metaboliczne (cukrzyca, tarczyca), ale także nieodpowiednia odzież, np. skarpety ze sztucznych włókien, nieprzepuszczalne obuwie czy też niewłaściwa higiena. Podstawą jest codzienne mycie stóp i częste ścieranie naskórka, w którym gromadzą się bakterie oraz częsta zmiana skarpet czy rajstop, dezynfekcja obuwia.

Z pomocą przychodzą także kosmetyki.
Na rynku istnieje mnóstwo preparatów obiecujących suchość stóp, niwelowanie niechcianych zapachów, zabicie bakterii i dezynfekcję.
Podzieliłam je na kategorie: dezodoranty, kremy i żele, talki oraz wkładki do butów. 


1. Dezodoranty
Są to aerozole, które głównie maskują niepożądany zapach i lekko dezynfekują, ale nie mają najmniejszego wpływu na pocenie. Zazwyczaj podstawą ich działania jest skład oparty na alkoholu i kompozycji zapachowej. Jest to rozwiązanie szybkie i proste, ale niestety doraźne. Na dłuższą metę nie sprawdza się.
Znam trzy takie produkty. Avon, Kiwi i Farmona. 


Farmona, Nivelazione, Dezodorant do stóp 4w1
150 ml dezodorantu jest całkiem wydajne, a pachnie bardzo przyjemnie, choć niczym konkretnym. Kojarzy mi się trochę ze starymi dezodorantami typu Bac czy Fa (pamięta ktoś??). Butelka jest raczej spora, więc nie do zabrania ze sobą np. na siłownię. Podobno chroni przed grzybicą. Nie zgodzę się z zapewnieniem producenta, że zapewnia suchość i świeżość do 12 h, raczej rozmawiamy tu o 3-4h, a tyle na siłownię wystarcza. Kosztuje ok. 10zł.


Avon, Foot Works, Odświeżający dezodorant do stóp
Mała buteleczka o pojemności 100 ml zachęca, by zabrać ją ze sobą w razie potrzeby np. do torebki. Zapach jest wyraźnie miętowy i słodki, idealny na letnie upały. Zdecydowanie chłodzi i odświeża, ale na bardzo krótko. Fajnie dezodoruje za to buty. Właściwie używałam go nie tylko do stóp, ale także do odświeżenia ubrań np. po wizycie w domu, w którym się pali. Cena katalogowa 20zł, czasem bywa w promocji.


Kiwi, Deo Fresh, Odświeżacz do obuwia
Najskuteczniejszy z tej trójki jeśli chodzi o moc działania. Posiada fajny sposób aplikacji, gdyż ma dyszę rozpylającą u dołu butelki - wystarczy włożyć go do buta i nacisnąć od góry, aby dokładnie spryskać dezodorantem wnętrze obuwia. Bez brudzenia rąk i z zachowaniem pełnej higieny. Niestety ma małą pojemność, bo jedynie 100 ml i bardzo szybko się kończy. Nadrabia to skutecznością, bo faktycznie neutralizuje nieprzyjemne zapachy, a obuwie pachnie nim co najmniej dobę. Wierzcie mi, mam ochotę go sprezentować niektórym znajomym... Kosztuje 15-20zł.


2. Kremy i żele
Kremy - zazwyczaj do standardowego kremu do stóp dodawane są substancje mające zmniejszyć potliwość oraz silnie dezodoryzujące i dezynfekujące. Warto szukać w składzie szałwi, kory wierzby, drzewa herbacianego, orzecha włoskiego, kory dębu, rozmarynu, tymianku, jaskółczego ziela, lawendy. Najlepiej działają używane systematycznie i przez dłuższy okres czasu. Inne substancje zawarte w kremie (np. mocznik) powinny jednocześnie nawilżać i zmiękczać naskórek, by stopy były jak najbardziej odporne np. na grzybicę.


Żele - znam tylko jeden tego typu produkt z Biedronki. Jest to specjalny żel na bazie alkoholu i aluminium. Działa podobnie jak drogeryjne antyperspiranty pod pachy - zatyka pory, przez co hamuje wydzielanie potu. Zawiera także szałwię, odświeżający i chłodzący menthol, łagodzący panthenol i kamforę, która działa przeciwzapalnie, dezynfekująco, antygrzybicznie. Kosztuje 4zł, a jest niesamowicie skuteczny! Należy jednak używać go systematycznie, aby uzyskać lepszy rezultat. Aluminium niestety jest dość kontrowersyjne ze względu na badania, w których dowiedziono odkładanie się tego pierwiastka w tkankach.



 Skład:


 Oba produkty znacząco różnią się konsystencją i wyglądem. 

Green Pharmacy, Krem do stóp odświeżający, ochronny
W kremie zdecydowanie wyczuwam zapach olejku z drzewa herbacianego. Kremu używam na noc, zwłaszcza dzień przed treningiem, gdyż zwykle kończę go w saunie. Krem obiecuje wspomagać odporność skóry na infekcje grzybiczne i bakteryjne. Faktycznie go polubiłam, mimo zawartości parafiny, bo zmiękcza skórę i nadaje jej przyjemny zapach (przynajmniej dla mnie), ale wymaga dokładnego wklepania i to niewielkiej ilości. Nie zawiera alkoholu ani aluminium. Kosztuje ok. 4 zł/100 ml.


Be Beauty, Żel przeciw poceniu stóp
Pachnie ziołową szałwią z delikatnym tłem alkoholu. Obecnie ma nowe opakowanie (to już chyba trzecia szata graficzna) - zdjęcie poniżej. Jest bardzo wydajny i skuteczny, działa na identycznej zasadzie jak antyperspirant. Kosztuje 4zł/75ml. Więcej o nim napisałam wyżej.


3. Talki
Znane od dawana pochłaniacze wilgoci. Dzięki nim stopa dłużej pozostaje sucha, świeża i przez dłuższy czas nie poczujemy nieprzyjemnych zapachów. Niestety używanie ich jest dosyć niekomfortowe, codziennie rano należy rozsmarować proszek na stopie i uważać przy tym, by nie rozsypać go dookoła. Warto wsypywać je także do samego buta, zwłaszcza latem, zapobiegnie to dodatkowo ślizganiu się stopy w obuwiu. Czasem talk uważany jest za szkodliwy, choć jest to minerał. Dostępne są także talki perfumowane albo wzbogacone np. o olejek z drzewa herbacianego.


Felce Azzurra, Talk klasyczny
Zapachowy talk prosto z Włoch. Jest bardzo drobny i posiada przyjemny aromat. Duże opakowanie wystarczy mi chyba do końca życia, tak jest wydajny. Wydobywa się go przez niewielkie otwory, lubi się niestety trochę rozsypywać, trzeba więc z nim uważać.


Tea Tree, Zasypka do stóp
Kupiona w aptece z przeznaczeniem specjalnie dla potliwych stóp. Zawiera w składzie olejek z drzewa herbacianego i faktycznie lekko nim pachnie. Dzięki takiemu składowi ma działanie antybakteryjne i lepiej chroni skórę przed niechcianymi bakteriami. Jest bardzo skuteczna. Warto wsypać trochę proszku także do samego buta np. na noc, a rano go usunąć.



4. Wkładki do butów
Wygodne, choć nie są tanie. Wystarczy włożyć je do buta i już. Niestety ich działanie jest bardzo krótkotrwałe, szybko bowiem tracą zapach, a co za tym idzie i właściwości. Jeżeli nawet posiadają jakieś substancje antybakteryjne to niestety nie przeszkodzi to rozmnażać się bakteriom, znajdującym się w innych częściach buta, więc problem szybko powraca.


Bardzo skuteczne, a przy tym odprężające są kąpiele stóp w letniej wodzie z dodatkiem np. olejku z drzewa herbacianego lub sosny. Działają one ściągająco, odświeżająco, antybakteryjnie i antygrzybiczo.

Warto zadbać także o buty. Domowym i skutecznym sposobem jest... soda. Wystarczy wsypać 1-2 łyżeczki sody do buta, rozprowadzić ją i pozostawić np. na noc. Rano usunąć i cieszyć się odświeżonym i zdezynfekowanym butem bez bakterii.

Najlepsze rezultaty daje kombinacja wyżej wymienionych środków. 
Bardzo wiele osób ma tego typu problem, wystarczy wsiąść w lecie do autobusu lub choćby do windy, by się o tym przekonać. Dlatego uważam, że warto o tym pisać, być może rozmawiać się wstydzimy, ale liczę, że ktoś znajdzie tu coś ciekawego dla siebie. Warto zacząć dbać o swoje stopy i nie traktować ich po macoszemu, bo zaniedbania odczuwa nie tylko osoba zainteresowana, ale i jej otoczenie, problem zaś sam nie zniknie.
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj