Dr. Organic, Krem do rąk i paznokci z miodem Manuka

Wiecie, że lubię ciekawe kosmetyki, zwłaszcza jeśli spodoba mi się ich skład. Odkąd więc usłyszałam o brytyjskiej marce Dr. Organic byłam jej bardzo ciekawa, gdyż podstawą ich produktów jest organiczny sok z aloesu, niemal w każdym kosmetyku znajduje się on na pierwszym miejscu w INCI. Kosmetyki są odpowiednie dla wegetarian, nie są testowane na zwierzętach, poza tym cechują się brakiem silikonów, substancji ropopochodnych, SLS, SLES, parabenów i sztucznych substancji zapachowych. Konserwanty posiadają, ale jedynie te, które dopuszczone są do stosowania w żywności. Kupiłam krem do rąk z miodem manuka, więc jeśli jesteście ciekawe co o nim sądzę zapraszam.


Dr. Organic, Organiczny krem do rąk i paznokci z miodem Manuka

Od producenta:
"Intensywny, przeciwutleniający i ochronny krem z organicznym miodem Manuka, aloesem, oliwą z oliwek, propolisem, olejem słonecznikowym i witaminą E, który wygładza i wspomaga suchą i szorstką skórę dłoni. Lecznicze i nawilżające właściwości tej formuły sprawiają, że dłonie stają się gładkie i delikatne. Krem wnika w skórę i płytkę paznokci, poprawiając elastyczność i nawilżenie skórek, przez co znacznie poprawia wygląd dłoni".


Krem kupimy w kartoniku, który osobiście uważam za zbędny. Skoro marka tak się integruje ze składnikami jakości organicznej, ochroną zwierząt itp. to po co zwiększa produkcję śmieci? Być może się czepiam, ale zwróciło to moją uwagę, bo jest niespójne z eko wizerunkiem. Sama tubka wygląda bardzo dobrze, w zupełności można by zrezygnować z kartonika, który po 5 sekundach musiałam wyrzucić... Za krem zapłacimy 37zł/125 ml.


Skład:  na pierwszym miejscu faktycznie znajduje się sok z aloesu, następnie m.in. woda, gliceryna, trójglicerydy, kilka emolientów, oliwa z oliwek, propolis, miód Manuka, wit. E, olej słonecznikowy, kompozycję zapachową, konserwanty. Szczegółowy skład poniżej:


Tubka kremu jest dość niska i szeroka, trochę większa niż standardowo, o poj. 125 ml. Szata graficzna przemawia do wyobraźni, utrzymana jest w estetycznej harmonii i kolorystycznie nawiązuje do miodu. Miękki plastik gwarantuje wydobycie kremu do samego końca, a jakby ktoś miał ochotę z łatwością można go rozciąć.


Korek na klik bardzo lubię, ułatwia wydobycie produktu. Nie zacina się, a dzięki temu, że jest szeroki ułatwia postawienie tubki do góry nogami. Jednocześnie łatwo go otworzyć i zamknąć, nie blokuje się nawet pod koniec. 


Krem jest dość treściwy, biały i obłędnie pachnie miodem. Nie jest to jednak zapach przesadnie słodki i mdlący, a ciekawy, z nutą roślinną z tle. Bardzo przypadł mi do gustu, zwłaszcza, że dłuższą chwilę utrzymuje się na skórze.


Krem dobrze się rozsmarowuje i błyskawicznie wchłania, nie pozostawiając ani tłustej ani lepiącej warstwy. Po chwili uzyskujemy nawilżoną, miękką skórę dłoni, przyjemną w dotyku i elastyczną. Znika uczucie ściągnięcia i suchości skóry. Bardzo fajnie wpływa też na paznokcie, po kilku dniach regularnego wcierania nabierają blasku, zdrowego wyglądu, nawilżenia, a skórki wokół są odżywione i nie zadzierają się. Podoba mi się, że jest to krem, którego nie muszę używać co godzinę, by poczuć, że działa. Krem jest bardzo wydajny dzięki temu, że nie trzeba go dużo wyciskać, by poczuć ulgę.


Polubiliśmy się, choć początkowo obawiałam się gliceryny tak wysoko w składzie. Przyjemny zapach, szybkie wchłanianie bez uczucia lepkości, a przede wszystkim długotrwałe działanie zdobyły moje serce. Chętnie poznam kolejne produkty marki.

A Wy znacie kosmetyki Dr. Organic? Słyszałyście już o nich?

Bandi, Zestaw Female 35+, Jedwabisty olejek do demakijażu oraz Delikatna pianka myjąca

Demakijaż to dla mnie podstawa pielęgnacji, bo przy tłustej cerze dokładne jej oczyszczenie jest fundamentalnym zabiegiem, o którym nigdy nie zapominam. Do tej pory królowały u mnie micele (i w sumie królują nadal), ale ponieważ lubię eksperymentować musiałam wypróbować jak się spisuje w tej roli olejek. Padło na zestaw Bandi.


Od producenta:
"Japoński rytuał oczyszczania twarzy. Linia Female 35+ to kosmetyki o intensywnym działaniu przeciwstarzeniowym, przeznaczone szczególnie dla kobiet prowadzących aktywny, mało regularny tryb życia, narażonych na szkodliwy wpływ toksyn i zanieczyszczeń środowiska. 
Krok 1: Jedwabisty olejek do demakijażu (100 ml)
Bogaty w drogocenne oleje i antyutleniacze preparat, przeznaczony do oczyszczania każdego typu cery. Doskonale usuwa nawet trudny do zmycia makijaż oraz zanieczyszczenia. Odbudowuje warstwę hydrolipidową naskórka, zapobiega nadmiernej utracie wody i wysuszeniu skóry.
Krok 2: Delikatna pianka myjąca (150 ml)
Lekki preparat o właściwościach myjąco-nawilżających. Łagodnie oczyszcza cerę z warstwy olejowej pozostałej po pierwszym etapie demakijażu, nie powoduje wysuszenia i ściągnięcia skóry. Odpowiedni dla każdego typu cery. Sposób użycia: Delikatnymi, okrężnymi ruchami rozprowadź piankę na skórze okolic oczu, twarzy, szyi i dekoltu. Następnie zmyj letnią wodą."


Zestaw kupimy w kartoniku w kolorze fioletu z perłowym połyskiem. Złote napisy i minimalna ilość informacji sprawiają, że opakowanie jest estetyczne i po prostu ładne. U góry mamy naklejkę z hologramem, która gwarantuje nam, że jesteśmy pierwszymi użytkowniczkami kosmetyków. Zestaw kosztuje 77zł.


Skład: szczegóły poniżej. W olejku mamy m.in. oliwę z oliwek, olej ryżowy, olej arganowy, skwalan, witamina E. W piance oliwę z oliwek, łagodną betainę, olej arganowy, kwas mlekowy.


Wewnątrz opakowania znajdują się dwie butelki. Obie są przezroczyste, więc można śledzić stan zużycia. Plastik jest porządny, etykiety nie ścierają się ani nie odklejają. Różnią się sposobem dozowania.


Pianka posiada specjalną spieniającą pompkę, dzięki której nie jest konieczne wstrząsanie zawartości prze użyciem, choć ja i tak to robię, bo mam wrażenie, że wtedy pianka jest bardziej puszysta. Olejek ma korek typu "press", za którym nie przepadam, ale tutaj nic się nie blokuję, a sama butelka jest poręczna.


Olejek jest złocisty i posiada bardzo delikatny zapach rodem ze SPA. Nie jestem w stanie go dokładniej opisać, bo nie znam niczego, z czym mogłabym go porównać. Olejek jest średnio gęsty, troszkę ścieka, ale dzięki temu dobrze rozprowadza się na skórze, także oczach.


Olejek świetnie rozpuszcza makijaż i to bez względu na to czy jest wodoodporny czy też nie.  Kilka chwil delikatnego masażu twarzy uprzyjemnia demakijaż, a dodatkowo dotlenia i ujędrnia skórę, dzięki czemu dłużej pozostanie młoda i pozbawiona zmarszczek. Olejek najbardziej lubię zmywać ciepłą wodą i specjalnie do tego celu kupioną celulozową gąbeczką do twarzy. Dwa machnięcia i po tuszu nie pozostaje zbyt wiele, to samo z podkładem, cieniami i resztą ferajny. Skóra po tym etapie jest miękka, tylko lekko tłustawa, a pory są pootwierane.


Pianka jest śnieżnobiała i bardzo puszysta, zwłaszcza jeśli wcześniej dokładnie wstrząsnę butelką. Zapach odrobinę różni się od zapachu olejku, ale jest podobny. Przyjemnie nakłada się ją na skórę, po delikatnym masażu z łatwością się spłukuje, pozostawiając skórę doskonale oczyszczoną, gładką i gotową na kolejne etapy. Pianka usuwa resztki makijażu, zanieczyszczeń oraz olejku z poprzedniego etapu. Pozostawia przymknięte pory.


Zauważyłam jednak, że pianka potrafi lekko ściągnąć skórę, dlatego dość szybko po takim demakijażu stawiam na tonik, który to działanie niweluje i mogę cieszyć się dobrze oczyszczonymi porami.  Zestaw Female 35+ naprawdę dobrze sobie radzi z zaskórnikami, które u mnie lokują się na nosie, przy regularnym stosowaniu, czyli u mnie 2x w tygodniu, praktycznie całkiem zniknęły. Zauważyłam, że rzadziej wyskakują mi niedoskonałości, zwłaszcza przed okresem jest to widoczne, po prostu ujścia porów są dobrze oczyszczone i się nie czopują.


Po takim zabiegu skóra wręcz spija serum czy tonik, zauważyłam, że dużo szybciej wchłaniają się kremy. Bardzo lubię ten sposób demakijażu ponieważ zmusza mnie do rytualnego podejścia do tego zagadnienia, mam wrażenie, że robię dla swojej skóry znacznie więcej niż zwykłe zmycie makijażu.


A Wy używanie olejków do demakijażu? Osobiście po bardzo negatywnych doświadczeniach z olejkiem Bielendy trochę się bałam, ale kto nie ryzykuje nie odkrywa :)

Krótka piłka, czyli odpadają w pierwszej rundzie... cz.1.

Dziś napiszę o sześciu kosmetykach, których z różnych względów do tej pory nie recenzowałam. Nie są to kosmetyki złe, ale takie, którym nawet niespecjalnie chciało mi się robić zdjęcia. Będą już wymiętoszone, wyciśnięte i prawie wykończone, bo zużywam je na bieżąco z nadzieją, że szybciej się skończą...


Promise, Goździkowa pasta do zębów bez fluoru. Kupiłam ją dość dawno temu w tzw. sklepie zielarskim po namowach sprzedawczyni. Miała być delikatna dla dziąseł i zawierać olejek goździkowy, być inna niż wszystkie. Kosztowała 6,90zł.


Do dziś pluję sobie w brodę, że nie spojrzałam w skład, bo na pewno bym jej nie kupiła. Nie różni się praktycznie od mojej pasty za 2zł (którą kupuję, bo jest tania i nie zawiera fluoru, a nie muszę jej szukać po małych sklepikach). W skrócie - ta pasta to nic ciekawego!


Pasta jak to pasta - biała, delikatnie pachnie goździkami. W smaku nie jest zbyt przyjemna, wyczuwam w niej też trochę drobinek. Dobrze się pieni, zęby myje przeciętnie, jak większość past. Może się spodobać osobom, które nie lubią smaku mięty.


Sanex, Antyperspirant Dermo Extra Control, Micro Talc. Dostałam go od koleżanki z Holandii, która jest z niego zadowolona. Podoba mi się opakowanie stojące na głowie i kolorystyka. U nas także jest dostępny.


Skład: oparty na aluminium, zawiera też talk.


Nie mam szczególnych problemów z poceniem się, ale ten antyperspirant kompletnie sobie nie radzi! Szybko czuję się nieświeża, a talk potrafi wybrudzić ubrania. Jego jedyną zaletą jest brak podrażnienia np. po goleniu. Myślę, że może się spodobać osobom, które lubują się w białych ubraniach.




Biały Jeleń, Emulsja do higieny intymnej hipoalergiczna. Kupiłam ją w tym samym czasie co genialny micel Białego Jelenia. Podoba mi się, że opakowanie jest przezroczyste i posiada pompkę, dzięki czemu bardzo wygodnie się używa tego kosmetyku.


Skład: przeciętniutki, oparty na SLES, za to zawiera także kwas mlekowy i panthenol oraz inne fajne składniki dość wysoko.


Niestety jest to rzadki i zielony płyn, czyli zawiera barwniki. Zapach ma delikatny i przyjemny, dobrze się pieni, ale z tą hipoalergicznością bym nie przesadzała, bo niestety potrafi także podrażnić. Właściwie nigdy z nim nie wiadomo, raz jest ok, a raz nie i to mi się nie podoba! Myślę, że sprawdzi się u osób, które nie mają zbyt dużych wymagań co do płynów do higieny intymnej.


Avon, Hello Kitty, Płyn do kąpieli. Różowa, urocza kula świetnie wygląda w łazience i zawsze kojarzy mi się z Interendo, wielką fanką kotki, od której płyn do mnie przywędrował ;)


Skład: SLES czyli standard, natomiast bardzo wysoko jest kompozycja zapachowa. Zawiera też barwniki.


Płyn jest średnio gęsty, różowo-czerwony i intensywnie pachnie landrynkami. Tak, landrynkami właśnie, to jest najlepsze skojarzenie jakie przychodzi mi do głowy. Jest słodki, słodziuni, słitaśny, że aż mdlący, natomiast na szczęście nie utrzymuje się na skórze. Dobrze się pieni,czasem używam go także do mycia gąbką. Myślę, że spodoba się dziewczynom zakochanym w bardzo słodkich i dziewczęcych gadżetach, lubiących róż i już.


Syoss, Balsam do włosów. Ogromna butla nie kosztuje dużo, ale nie ułatwia użytkowania. Jest za wielka, toporna i potrafi się przewracać.


Skład: poniżej szczegóły. Niby zawiera sporo ciekawych składników, jednak moje włosy jakoś za nim nie przepadają.


Średnio gęsta konsystencja, nie spływa z włosów, ale koszmarnie źle się go spłukuje. Muszę to robić wielokrotnie. Działanie zależy od tego, jak dużo uda mi się go pozbyć z włosów. Jeśli zostanie go zbyt wiele - bardzo szybko przeciąży włosy, które w ciągu kilku godzin staną się oklapnięte, bez życia i wyglądające na nieumyte. Jeżeli zmyję go zbyt dokładnie - spusza włosy, końcówki dziwnie odstają od reszty i wyglądam nieciekawie. Myślę, że lepiej się sprawdzi na włosach suchych lub zniszczonych.


Delawell, Pomarańczowe masło do ciała. Jak widzicie posiadam tester, więc nie będę komentować krzywej etykiety. Opakowanie jest solidne, kosztuje 25zł. Kosmetyk ma całkiem ładny skład.


Skład: Aqua, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter, Coco-Caprylate Caprate, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Citrate, Makadamia Ternifolia Oil,  Isoamyl Cocoate, Ricinus Communis (Castor) Oil, Prunus Amygdalus Dulcis ( Sweet Almond) Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Cera Alba, Glycerin, Argania Spinosa Kernel Oil, Adansonia Digitata Seed Oil, Xylitylglucoside, Glyceryl Caprylate, Xanthan Gum, Hydrogenated Castor Oil, Anhydroxylitol , Copernicia Cerifera ( Carnauba) Wax, Xylitol, Benzyl Alcohol, Tocopherol, Sorbitan Oleate, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Dehydroacetic Acid, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Daucus Carota Sativa Root Extract; Mangifera Indica Fruit Extract, Daucus Carota Sativa Seed Oil, Beta-Carotene, Parfum, Citral, Linalool, Limonene.



Masło jest gęste i treściwe, ale po rozsmarowaniu bieli skórę i trzeba je dość długo wmasowywać. Zapach natomiast mnie zawiódł - gdzie jest obiecana pomarańcza? Bardziej wyczuwam tu wanilię i jakieś słodkie, mdlące nuty niż kwaskowatą energię cytrusów. Masło dość dobrze nawilża, pozostawia delikatną warstwę na skórze, która mi nie przeszkadza. Myślę, że spodoba się fankom delikatnych zapachów i długiego masowania skóry.


Żadnego zakupu z powyższych nie planuję powtórzyć. Z różnych względów nie polubiliśmy się na tyle, by ponownie się spotkać. Niemniej kosmetyki te krzywdy mi się zrobiły, nie mogę napisać, że są złe. Po prostu nie są dla mnie, dlatego starałam się też wskazać, komu lepiej mogłyby posłużyć. Większość jest już na wykończeniu, więc szybko o nich zapomnę i poszukam perełek :)

Macie czasami takie wrażenia po bliższym poznaniu jakichś produktów?

Pielęgnacja podczas grypy czyli co dobrego zrobić dla skóry mimo choroby

Gorączka, osłabienie, katar, kaszel... to tylko niektóre z przykrych konsekwencji chorowania. Kiedy siedzisz w domu, chora i zdemotywowana, nie masz ani sił ani ochoty na obowiązki, zbędne ruchy, ba, nawet na oglądanie TV. Jesteś zła, że marnujesz czas, boli Cię głowa, a w pracy robią się zaległości, które potem będziesz musiała nadganiać.... Niestety nie da się cały czas leżeć w łóżku i zdrowieć, a skoro już wstajesz z łoża boleści zawsze myj ręce i wykorzystaj każdą chwilę na pielęgnację, bo złe samopoczucie nie zwalnia z potrzeby dbania o siebie.


Pielęgnacja w chorobie powinna być szybka i treściwa, by móc prędko wrócić do łóżka, pod ciepły kocyk i się wygrzewać. Ograniczam się więc to podstaw, ale za to regularnie się ich trzymam.

 Źródło Pixabay

1.  Demakijaż choćby samym płynem micelarnym, obowiązkowo rano i wieczorem, a nawet częściej. Konieczne jest oczyszczenie skóry z bakterii i zarazków, by usuwać ich jak najwięcej ze swojego najbliższego środowiska. Oczywiście równie ważne jest usunięcie potu, sebum i zanieczyszczeń. Jeśli masz siłę na mycie buzi olejkiem, żelem czy pianką to oczywiście jak najbardziej możesz, jednak ja się zwykle ograniczam do minimum, bo lepsze to niż nic.

2. Krem na noc, najlepiej treściwy i tłusty, nakładam na dzień. Skoro i tak nigdzie się nie wybieram, niepotrzebne są filtry, a cera chorująca jest poszarzała, pogrubiona i szorstka, coś jej się więc należy. Treściwy krem dodatkowo odżywi zmęczoną cerę i pomoże jej chronić się przed podrażnieniem, szczególnie w okolicach nosa.


3. Krem do rąk. Ponieważ często myję ręce, także one potrzebują uwagi. Najlepszy będzie treściwy, z dużą zawartością masła shea i olejów, które zregenerują skórę i ochronią ją przed utratą wilgoci.

4. Paznokcie. To jest też czas, gdy zmywam kolorowe lakiery i wszelkie bezbarwne odżywki, a paznokcie traktuję tłustymi oliwkami, trzymam w ciepłym oleju z sokiem z cytryny lub smaruję np. balsamem 2x5 (nie jest naturalny, ale skuteczny). Po takim chorowaniu mam dużo ładniejsze paznokcie niż przed :)



5. Krem do stóp. Zawsze podczas choroby mam na stopach grube skarpety, dzięki czemu nie tracę ciepła, a przy okazji robię sobie kurację kremem do stóp. Po kilku dniach stopy mam jak po wizycie w salonie kosmetycznym, a przecież tylko leżałam i to chora! Smarowanie stóp trwa pięć sekund, a efekt utrzymuje się długo.

6. Okolice nosa traktuję masłem shea lub kremem Kailas na oleju kokosowym. Od ciągłego kataru i częstego pocierania tych wrażliwych okolic chusteczkami odczuwam pieczenie i widzę nieładne zaczerwienienie. Nie ma potrzeby się z tym męczyć, więc warto zastosować prosty, naturalny trick, który zmniejszy dolegliwości i nam ulży.


7. Włosy natomiast odpoczywają od nadmiaru pielęgnacji, raz na kilka dni myję je łagodnym szamponem bez odżywek czy masek, suszę suszarką, aby nie siedzieć z mokrą głową i uciekam do łóżka. Prysznic też biorę szybki i gorący, rezygnuję z maseł czy balsamów, bo nie będę przecież czekać aż się wchłoną. Gdy już opuszczą mnie wysokie temperatury lubię za to zrobić gorącą kąpiel, najlepiej z olejkami eterycznymi :)

8. Nie zapominamy o zębach! Znam wiele osób, które podczas chorowania darują sobie mycie zębów, u mnie to nie przejdzie. Warto sobie nie odpuszczać, choć przyznaję, że nie wstaję specjalnie po to, ale myję je przy okazji np. wizyty w łazience.

A Wy jakie macie patenty na pielęgnację podczas choroby?

Przegląd moich podkładów: AM, Avon, Dermacol, Soraya, Eveline

Cześć, mam na imię Aneta i mam problem. Jestem podkładoholiczką i korektoroholiczką. Posiadam do użytku własnego masę pootwieranych podkładów oraz kremów BB (o tym innym razem), a w zapasie czekają następne... Jednakże teraz już wiem, że mam z tym problem i zaczynam z nim nierówną walkę. Nie otwieram kolejnych dopóki nie zużyję (do ostatniej kropelki!) lub nie wyrzucę ostatniego (no dobra, na początek większości) z poniższych. A w zapasach koreańskie BB oraz minerały, więc kusi mnie, oj kusi...


Najwięcej w kolekcji posiadam podkładów płynnych, ale znajdzie się także mineralny oraz w musie. Kremami BB też nie gardzę, ale o nich więcej napiszę w innym wpisie....
Marki też są różne, od najtańszych Eveline czy Soraya, przez Avon, do Dermacol i Annabelle Minerals. Choć zasadniczo lubię pompki, wśród dzisiejszych bohaterów znajduje się tylko jeden taki podkład, z Avonu.


Avon, Podkład matująco-antystresowy

Od producenta:
"Matujący podkład z rumiankiem i aloesem dla naturalnie pięknej i gładkiej skóry. Długotrwale matuje, łagodzi oznaki stresu i zmęczenia na skórze, zapewnia cerze naturalny wygląd, bez efektu maski, nadaje średnie krycie. 
Długotrwała formuła idealnie matuje skórę, kontrolując jej błyszczenie oraz koi i odświeża, łagodząc oznaki napięcia i zmęczenia. Do skóry normalnej, tłustej i wrażliwej. Testowany dermatologicznie".

Wygodna szklana buteleczka zaopatrzona jest w pompkę, co jest niesamowicie wygodne i higieniczne. Jak widzicie napisy bardzo szybko się starły, ale pamiętam, że jest to odcień NUDE, czyli dość jasny z żółtymi tonami. Odcień ten jest w sam raz dla mnie, gdy nie jestem opalona. Kosztuje od 22zł w promocji, jak to w Avon.


Podkład nie jest zbyt lejący, łatwo go wydobyć z buteleczki. Ładnie stapia się ze skórą, dając naturalne, średnio kryjące wykończenie. Z zaczerwieniami sobie nie radzi, konieczny jest korektor. Nie zapycha, nie podrażnia. Idealnie nadaje się na dzień, kiedy marzymy o makijażu "no make up", pod warunkiem, że nie mamy zbyt dużych problemów skórnych. Jest trwały, matuje odrobinę dłużej niż przeciętne podkłady, aby przedłużyć ten efekt lepiej go przypudrować. Na skórze wydaje się być lekki, w ogóle nie czuć go na skórze. Co najważniejsze nie zmienia odcienia na skórze, nie ciemnieje. Czasem się zdarza, że źle się nakłada na kremo-żele. Łatwo się zmywa ze skóry. Całkiem fajny podkład, mimo że za marką nie przepadam.


Soraya, Make-up matujący.

Od producenta:
"Matujący make-up oparty na formule zawierającej cząsteczki absorbujące nadmiar sebum zapewnia matowe wykończenie makijażu na wiele godzin. Make-up doskonale kryje niedoskonałości skóry z zachowaniem idealnie gładkiej, naturalnie wyglądającej cery. Nawilża skórę nie powodując jej przesuszenia. Pozostawia twarz matową na wiele godzin, dzięki cząsteczkom absorbującym nadmiar sebum, idealnie kryje niedoskonałości, zachowując naturalny wygląd cery oraz optymalnie nawilża skórę. Idealny do skóry normalnej i mieszanej."

Klasyczna tubka z nakrętką nie jest moim ulubionym rozwiązaniem, ale daje radę. Przynajmniej napisy się nie ścierają. Posiadam odcień 01 JASNY BEŻ, który bardzo szybko ściemniał! Już po jakimś miesiącu od otwarcia był nie do poznania. Formuła jest lejąca się, wodnista, szybko ścieka z dłoni. Kosztuje ok. 13zł.


Gdybym wiedziała, że tak szybko ściemnieje w ogóle bym go nie kupowała, bo nie potrzebowałam takiego odcienia. Zostawiłam go sobie jednak do mieszania ze zbyt jasnymi odcieniami, dzięki temu mogę uzyskać odpowiedni kolor bez wyrzucania niedobranych podkładów. Czasem używam go także jako bronzera w płynie. Make-up jest wyjątkowo lekki, słabo kryje, więc nie da się ukryć pod nim niedoskonałości. Jedno muszę mu przyznać - naprawdę na długo matuje, nawet nie przypudrowany. Jest dość kapryśny, np. nie współpracuje ze zbyt tłustymi kremami czy żelowymi konsystencjami. Łatwo się zmywa. Szkoda, że nie do końca można mu ufać i z tego powodu nie polecam, chyba że do ciemnych karnacji.


Eveline, MATT Professional, Fluid długotrwale matujący

Od producenta:
"Zapewnia perfekcyjne krycie niedoskonałości i niezawodną trwałość makijażu przez 12h. Innowacyjna formuła bogata w kompleks ANTI-SHINE COMPLEXTM reguluje wydzielanie sebum, gwarantuje długotrwały efekt matowego wykończenia i naturalny wygląd skóry – bez efektu maski! Kwas hialuronowy intensywnie nawilża i wygładza. Witaminy C + E odmładzają skórę i chronią ją przed wolnymi rodnikami. Lekka konsystencja idealnie wtapia się w cerę, nie zatyka porów i pozwala skórze oddychać."

Znów klasyczna tubka z odkręcanym, różowym korkiem. Napisy bez zarzutu, nic się nie ściera. Mój odcień to najjaśniejszy 41 MEDIUM BEIGE, z dość sporą ilością żółtych tonów. Konsystencja jest dość gęsta, lepiej kryjąca, więc łatwo z nim przesadzić i otrzymać efekt odwrotny do oczekiwanego. Zdecydowanie nie nadaje się dla bladziochów, bo ten najjaśniejszy odcień z gamy jest dla mnie w sam raz dopiero w lecie, gdy moja skóra jest już opalona.


Jak wspomniałam jest to fluid dobrze kryjący, ukryje niewielkie niedoskonałości bez konieczności użycia korektora. Ma całkiem niezłe działanie matujące, spokojnie na kilka godzin sobie poradzi nawet solo. Mam zastrzeżenia co do ilości wydobywanego podkładu z tubki - zawsze, ale to zawsze wylatuje zbyt dużo, przez to masę się go marnuje. Tym bardziej, że warto kontrolować ilość fluidu na skórze, żeby jej zbytnio nie obciążyć, co może skutkować sztucznym wyglądem i wypryskami. Można narobić nim smug. Trochę trudno się zmywa, ale dobry żel i micel sobie radzą. Całkiem się polubiliśmy, ale na co dzień rzadko go używam, wolę naturalniejsze wykończenie.


Dermacol, Mousse Make-Up COVER

Od producenta:
"Delikatny, lekki mus make-up bardzo łatwo się nanosi. Ujednolica kolorystycznie nierówności i matuje cerę. Pigmenty, które posiada dają rozjaśniający efekt, co sprawia, że skóra wygląda młodziej".

Opakowanie to szklany słoiczek, więc wydobywamy produkt szpatułką lub palcem. Napisy się nie ścierają. Posiadam odcień 7, jasny beż z różowymi tonami. Konsystencja mnie urzekła, jest lekka, piankowa, zgodnie z obietnicą - konsystencja napowietrzonego musu. Kosztuje ok. 35zł.


Pięknie się stapia ze skórą, łatwo ukrywa wszelkie niedoskonałości i rozszerzone pory. Na twarzy wygląda na lekko silikonowy, ale nie zapycha i dość dobrze się zmywa. Jedyne co mi się nie podoba to podkreślanie suchych skórek, ale na szczęście ostatnio coraz rzadziej je mam. Dość dobrze kryje, wyrównuje koloryt, a odcień 7 idealnie stapia się z moim odcieniem skóry w okresie zimowo-wiosennym, czyli teraz. Obecnie używam go nałogowo, zwłaszcza, że rano mam mało czasu, a z nim nie muszę się bawić. Szybko się nakłada, nie tworzy smug. Niesamowicie się polubiliśmy! W dodatku te musy mają odcienie dla najprawdziwszych bladolicych dziewczyn (nr 5). Jest to podkład, który najdłużej matuje moją tłustą skórę, nawet do 8h. Polecam!


Poniżej porównanie czterech moich podkładów. Różne konsystencje, odcienie.


Podkłady najczęściej nakładam palcami, tak jest mi zdecydowanie najłatwiej i najszybciej, a rano każda sekunda się liczy. Próbowałam pędzlami i Beauty Blenderem, ale to nie to samo. Palce lekko rozgrzewają podkład, przez co lepiej się stapia ze skórą i z nią współpracuje. Oczywiście zawsze dbam o czyste ręce, to się rozumie samo przez się!


Annabelle Minerals, Podkład mineralny matujący

Od producenta:
"Formuła matująca to skuteczne zmatowienie cery na długi czas oraz możliwość stopniowania krycia od średniego po pełne. Ukrywa niedoskonałości, działa antybakteryjnie oraz regulująco. Zwiększona zawartość tlenku cynku pomaga w leczeniu cery dotkniętej trądzikiem".

Jakiś czas temu zachorowałam na minerały. Skoro patrzę na składy kosmetyków pielęgnacyjnych chciałam przenieść ten zwyczaj także na kolorówkę. Postawiłam na AM, podkład matujący w odcieniu NATURAL LIGHT. Podkład znajduje się w plastikowym słoiczku z dozownikiem, który bardzo mi się spodobał. Sam podkład jest w formie sypkiej, dość mocno się pyli. Nabieram niewielką ilość na pędzel kabuki (też od AM) i kolistymi ruchami wcieram w skórę. Kosztuje 35zł.


Odcień, który wybrałam po przejrzeniu miliona porad na stronie jest w 90% zbliżony do mojej skóry, ale dobór podkładu w ten sposób jest dość trudny. Musimy się posiłkować opisami jak ten ze strony producenta dotyczący odcienia Natural Light: "Odcienie natural są idealne dla kobiet o karnacji wpadającej w odcienie szarości i beżu. W pigmencie nie przeważają różowe, czy żółte tony, odcień utrzymany jest w neutralnej tonacji. Podkład matujący Natural Light spodoba się kobietom o promiennej cerze, wpadającej w delikatny odcień beżu. Łatwy w aplikacji, daje poczucie lekkości i naturalny wygląd". W sklepie można zamówić próbki i zdecydowanie polecam to zrobić.


Podoba mi się, że wystarczy trochę wprawy i już można wyczyniać z nim cuda. Możemy stopniować krycie od średniego do dość mocnego, choć warto uważać, by nie przesadzić i nie wyglądać jak przyprószona mąką. Byłam zaskoczona, że podkład mineralny tak dobrze radzi sobie z ukryciem zaczerwienienia, niedoskonałości czy nawet pieprzyków! U mnie tylko na początku daje płaski mat, potem przechodzi w fajne, satynowe wykończenie. Do minusów zaliczam czas nakładania, zdecydowanie więcej minut mi to zajmuje niż rozsmarowanie podkładu w musie czy płynie, ale w weekendy zawsze daję swojej skórze oddychać pod minerałami. Nigdy mnie nie zapchał ani nie podrażnił, choć warto dodać, że bardzo podkreśla suche skórki, jeśli się takie znajdą. Zawsze nakładam go na dobrze nawilżoną skórę. Podkład mineralny jest niesamowicie wydajny, nie wiem kiedy go zużyję do końca, na szczęście nie ma daty ważności :) Polecam!




O żadnym z tym produktów nie powiem nawilżający, bo mimo obietnic różnych producentów nawet tego nie oczekuję od podkładu. Podkład ma ujednolicić kolor mojej skóry, nawet gdy jestem niewyspana i ledwo żywa mam w nim wyglądać promiennie, dziewczęco i świeżo, a przy tym ma mnie nie zapchać i wyglądać dość naturalnie.

A jakie są Wasze ulubione podkłady? Miałyście coś z moich zbiorów?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj