Eveline, Argan Oil, Przeciwzmarszczkowy odmładzający krem pod oczy

Pisałam już wielokrotnie, ale się powtórzę - nie patrzę na oznaczenia wiekowe kosmetyków. Bardzo często jest tak, że trzydziestolatka ma skórę czterdziestolatki albo na odwrót, a nasz wiek nie musi mieć faktycznego odzwierciedlenia w wieku poszczególnych narządów (a skóra to przecież narząd). Moja skóra pod oczami, zwłaszcza odkąd regularnie wstaję wcześnie, pozostawia wiele do życzenia. Staram się więc dbać o nią intensywnie.


Eveline, Argan Oil, Przeciwzmarszczkowy odmładzający krem pod oczy według producenta:
"Krem wygładzający wszystkie rodzaje zmarszczek wokół oczu. Redukuje cienie i obrzęki pod oczami oraz intensywnie nawilża i wygładza. Dzięki wysokiej koncentracji składników aktywnych o udowodnionej skuteczności działania LUXURY OF YOUTH COMPLEX™ gwarantuje natychmiastowe rezultaty:
• widoczna redukcja zmarszczek i linii mimicznych
• zmniejszenie cieni i obrzęków
• intensywnie nawilżona i wzmocniona delikatna skóra wokół oczu."


Oczywiście wszystkie te obietnice wraz z wynikami badań (jak ja to lubię, na kim i jak takie badania się przeprowadza? ktoś wie?) znajdują się na kartoniku. Opakowanie jest zafoliowane, więc z jednej strony mamy pewność, że jesteśmy pierwszymi użytkowniczkami kremu, z drugiej zaś od razu (wraz z kartonikiem) ląduje w śmieciach. Nie lubię, zwłaszcza, że kolejnym zabezpieczeniem jest naklejka z hologramem, trochę tego dużo jak dla mnie.


Na kartoniku mamy ładnie wypisane niektóre składniki aktywne kremu wraz z informacją jakie mają działanie. Na pierwszym miejscu oczywiście olejEK arganowy (mam rozumieć, że nie olej - czyli to, na czym by mi zależało, ale jakaś mieszanka czy też producent sam nie wie czego tam dodał?), następnie opatentowany peptyd, kwas hialuronowy, wyciąg ze świetlika, kofeina, proteiny pszeniczne, wosk pszczeli, wyciąg z kasztanowca, d-patnhenol i alantoina oraz witamina E. Brzmi doskonale, oprócz tej wpadki z olejKIEM.


Skład, czyli zderzenie z rzeczywistością: tuż po wodzie  mamy... filtr UV (którego max. dopuszczalne stężenie to 10%, jest to filtr przenikający do krwioobiegu, może wywołać zmiany hormonalne), a następnie parafinę (zostawia na skórze nieprzepuszczalny film). Następnie wspomniany kwas hialuronowy, który nawilża i napina skórę, glicerynę, pullulan (naturalny zagęstnik, napina skórę, wypełnia zmarszczki), emolient (tworzy film), olej sojowy, kofeina, synteteyczny wosk pszczeli, emulgator, dopiero teraz olej (olejEK?) arganowy, następnie zagęstnik i stabilizator emulsji, regulator pH, humektant, kilka ekstraktów roślinnych, konserwanty (w tym pochodna formaldehydu) i substancje zapachowe, które zapewne występują w ilościach śladowych. Szczegóły poniżej:


W ogromnym (w stosunku do kremu) kartoniku została umieszczona zgrabna tubka. Typowe opakowanie większości kremów pod oczy. Całość kosztuje 18zł/15ml.


Złota szata graficzna nie powala, przynajmniej mnie, ale przyjemnie kojarzy się z olejem arganowym, zwanym złotem Maroka.


Na tubce również zostały umieszczone podstawowe informacje na temat kremu. Odkręcany korek nie sprawia problemów. Tubka zakończona jest wygodnym dozownikiem, bardzo ułatwiającym aplikację od razu na skórę. Ja robię kilka kropek pod oczami i na powiece górnej, po czym delikatnie wklepuję krem w skórę, starając się nie naciągać skóry.


Sam krem jest biały, średnio tłusty i nie pachnie. Do konsystencji i wyglądu nie mogę się przyczepić. Dobrze się rozsmarowuje i nie wałkuje. Częściowo się wchłania, ale zostawia też tłustą warstewkę, przez co nie nadaje się na dzień czy pod makijaż. Używam go tylko na noc, raz dziennie. Krem nie podrażnił mi oczu, nie spowodował najmniejszej reakcji alergicznej.


Właśnie zużyłam całą tubkę i nie widzę najmniejszej różnicy. Skóra ani nie jest lepiej napięta, zmarszczki mimiczne nawet nie drgnęły, delikatne zasinienia też mają się wyśmienicie. Nie zauważyłam także dodatkowego nawilżenia, w ogóle nie mam wrażenia, że cokolwiek się zmieniło. Co ciekawe, efektu chłodzącego, którym producent mnie skusił nie odnotowałam także.


Podsumowując: nie zauważyłam żadnych korzyści ze stosowania tego kremu, choć na szczęście także nie pogorszył stanu skóry. Nie jest to jednak kosmetyk, jakiego szukam, więc już się nie spotkamy.

Miałam kilka ciekawych kremów na noc tej marki, kusi mnie kolorówka, ale specyfiki pod oczy chyba już sobie odpuszczę.

Lavea, Przeciwłupieżowy szampon w kostce

Wiecie, że lubię ciekawe kosmetyki i wszelkie nowości, a jeśli są made in Poland to kupuję w ciemno, choćby po to, by mieć własny pogląd w sprawie. Lavea, czyli producent dzisiejszego szamponu, to mydlarnia artystyczna znana od kilkunastu lat. Wszystkie produkty są wytwarzane ręcznie, zawierają m. in. olejki eteryczne, a receptury są starannie dobrane. Kosmetyki są wykonywane w małych partiach. Dodatkowo zakonserwowane są ekstraktem z pestek grejpfruta.


Od producenta:
"Przeciwłupieżowy szampon do włosów Drzewo herbaciane z cytryną zawiera olejek z drzewa herbacianego (Melaleuca Alternifolia), wyciąg z brzozy (Betula Pendula), ekstrakt z pestek grejpfruta i prowitaminę B5 (panthenol). Olejek eteryczny z drzewa herbacianego działa skutecznie przeciwłupieżowo i antybakteryjnie oraz odżywia włosy.
Mycie w szamponie do włosów zwiększa objętość włosów i nadaje im puszystości. Wzmacnia także cebulki włosowe, poprawia krążenie krwi w skórze głowy. W efekcie sprawia, że włosy będą lepiej rosły, będą mocniejsze i lepiej odżywione.
Sposób użycia: Kostką szamponu do włosów natrzyj mokre włosy aż do utworzenia się piany, chwilę masuj opuszkami palców i spłukaj wodą. Powtórz czynność w razie potrzeby."

Przeciwłupieżowy szampon w kostce Lavea jest kawałkiem odciętym z tzw. bloku, ważącym mniej więcej 90g, czyli wielkości mydła i kosztuje ok. 9-10zł. Ja swój kupiłam na DaWandzie u Atelier-Brocante. Kostka została dodatkowo ładnie zapakowana i przewiązania wstążeczką. Produkty tej marki można kupić w naturalnych drogeriach, mydlarniach itp.


Skład: tu miałam drobny kłopot, ponieważ moja kostka nie ma opakowania, musiałam więc pobuszować w internecie, napisałam też do producenta.
Aqua, Glycerin (gliceryna, nawilża), Propylene Glycol (nawilża, ułatwia transport skłądników wgłąb skóry), Sodium Stearate, Sucrose, Sodium Laurate, Sorbitol, Sodium Laureth Sulfate (SLES), Sodium Lauryl Supfate (SLS), Sodium Chloride (sól), Stearic Acid, Betula Pendula (ekstrakt z brzozy), Cocamidopropyl Betaine, Lauric Acid (kwas laurynowy, bakterio- i wirusobójczy, zmniejsza przetłuszczanie włosów), Melaleuca Altternifola (olejek z drzewa herbacianego, odświeża, działa przeciwbakteryjnie), Citric Acid, Parfum, Citrus Medica Limonium Oil (olejek z cytryny), Panthenol (łagodzi podrażnienia), Pentasodium Pentetate, Tetrasodium Etidronatre, Citrus Paradisi Seed Extract (konserwant z grejpfruta), Polyquaternium-7, Limonene, Citral, Hexyl Cinnamal, Linalool, Coumarin, Lilial, CI19140, CI42090 (barwniki).
Nie jest to kosmetyk w 100% naturalny.


Kostka bardzo dobrze leży w dłoni. Po kontakcie z wodą mocno się pieni, naprawdę bardzo obficie. Koniecznie trzeba uważać, by piana nie dostała się do oczu - szczypie! Posiada bardzo charakterystyczny zapach drzewa herbacianego, który jest całkiem mocny, więc jeśli nie lubicie tego aromatu nie spodoba Wam się też i szampon. Zapach jest dobrze wyczuwalny podczas mycia oraz chwilę po. Szampon dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy, nie powodując szczypania czy podrażnień skóry. Zdecydowanie zmniejszył łupież, którego się nabawiłam ostatnio prawdopodobnie zbyt często zmieniając szampon.


Włosy po umyciu tym szamponem faktycznie nabierają niesamowitej objętości, są ładnie odbite u nasady i wydaje się, że jest ich znacznie więcej niż w rzeczywistości. Jednak, by nie było tak różowo, w dotyku są trochę dziwne, lekko chropowate. Można to wrażenie zmniejszyć używając odżywki, ale wtedy fryzura jednak traci trochę objętości. Zdecydowanie włosy się nie elektryzują.
Kostka spodobała się także mojemu mężowi zarówno dzięki ciekawej formie, jak i przez działanie oraz zapach. Taki jeden 90g kawałek wystarczy na kilkadziesiąt myć głowy, co jest niezłym wynikiem. Po każdym myciu kostka staje się jaśniejsza jak na zdjęciu powyżej.

Podsumowując jestem z niego zadowolona, ponieważ robi dokładnie to co obiecuje producent. Oczyszcza dość konkretnie, ze względu na SLS i SLES w składzie, ale nie wysusza włosów. Usuwa łupież, a włosom dodaje objętości.

Znacie jakieś inne ciekawe kosmetyki? Miałyście już coś od Lavea?

Sylveco, Lniana naturalna maska do włosów

Sylveco poznałam już całkiem nieźle i, jak do tej pory, wszystkie kosmetyki się u mnie świetnie spisywały. Ba, znalazłam spośród asortymentu marki prawdziwych ulubieńców :) Kiedy więc dorwałam maskę do włosów byłam jak najbardziej optymistycznie do niej nastawiona i spodziewałam się zachwycającego wręcz działania. Czy słusznie?



Sylveco, Lniana maska do włosów

"Hypoalergiczna maska do włosów z ekstraktem z nasion lnu zwyczajnego i olejem kokosowym przeznaczona jest do pielęgnacji włosów suchych i łamliwych. Jest bogata w składniki nawilżające i odżywcze, pozwala poprawić wygląd i kondycję włosów. Olej kokosowy, dzięki swoim wyjątkowym właściwościom, wykazuje zdolność przenikania do struktury włosa, zwiększa nawilżenie końcówek, zapobiega także ich rozdwajaniu się. Związki śluzowe, zawarte w nasionach lnu, powlekają i chronią włosy, znakomicie je wygładzając.
Nałożenie maski po umyciu ułatwia rozczesanie włosów, zapewnia efekt miękkich, lekkich i lśniących kosmyków. Stosowanie maski jako kompresu, przed myciem, zdecydowanie poprawia nawilżenie i zwiększa elastyczność włosów."


Maskę kupimy w kartoniku z elementami niebieskimi - chyba nie muszę wspominać, że mi się spodobał? Nie chodzi tylko o kolorystykę nawiązującą do uroczych kwiatów lnu, ale też o masę ciekawych informacji jak poniżej:


Kartonik jest zabezpieczony przed wścibskimi, więc mamy pewność, że otwieramy go jako pierwsze. Marka bardzo dba o szczegóły swoich opakowań, więc możemy się mile zaskoczyć takim oto obrazkiem:


Obietnice producenta są zachęcające: nawilżenie, odżywienie, wygładzenie. Warto zwrócić uwagę, że maska jest teoretycznie przeznaczona do włosów suchych i łamliwych, a ja mam cienkie, elastyczne i skłonne do przetłuszczania. Do odważnych jednak świat należy, warto ją wypróbować i na takich.


Skład: Woda,  Ekstrakt z nasion lnu,  Alkohol cetylowy,  Olej kokosowy,  Cukier,  Gliceryna,  Olej z pestek winogron,  Kwas stearynowy,  Panthenol,  Glukozyd decylowy,  Oleinian glicerolu,  Kwas mlekowy,  Guma guar,  Witamina E,  Benzoesan sodu,  Betaina kokamidopropylowa.


Wewnątrz kartonika znajduje się plastikowy słoiczek z aluminiową nakrętką. Jest to średnio wygodne rozwiązanie, jednak większość masek ma podobne opakowania, przyzwyczaiłam się. Na słoiczku mamy satynową etykietę, typową dla marki - nic się nie ściera, nie odkleja i nie odbarwia, jest niesamowicie solidna i wodoodporna.


Sama maska mnie zaskoczyła, ponieważ jest całkowicie biała i bardzo lejąca. Jest to nietypowa konsystencja, zazwyczaj podobne produkty są gęstsze. Zapachu praktycznie nie wyczuwam, więc fanki mocnych perfumowanych aromatów mogą nie być zadowolone. Mi brak zapachu odpowiada, mniej chemii w składzie.


Maskę można stosować na dwa sposoby:
- Po umyciu na wilgotne włosy - kompletnie się ten sposób u mnie nie sprawdził. Owszem, włosy były mięciutkie i wygładzone, ale w moment się przetłuszczały, były oklapnięte i wyglądały na nieświeże, a chyba się zgodzicie, że nie jest to efekt, jakiego oczekujemy po myciu. Byłam niesamowicie zaskoczona, że to pierwszy produkt Sylveco, którego nie pochwalę....
- Jako kompres, przed umyciem na 30 minut - ten sposób aplikacji, mimo wyraźnego oznaczenia na opakowaniu, uświadomiła mi dopiero Justyna. Dzięki Ci Justynka, bo to jest strzał w dziesiątkę! Maskę wcierałam w całe włosy oraz skórę głowy, która zdecydowanie wołała o nawilżenie. Nie zawijałam ich w ręcznik ani turban, bo jest mi tak niewygodnie funkcjonować. Po godzinie, zazwyczaj spędzonej przy filmie, zmywałam całość szamponem i już darowałam sobie inne kosmetyki. Włosy były lśniące, nawilżone i sypkie, ani śladu obciążenia. Skóra głowy się unormowała i nawet zauważyłam, że dłużej włosy pozostają świeże, co jest efektem nad wyraz pożądanym przy codziennej walce z przetłuszczaniem :)


Podsumowując mogę napisać tak: nie jest to maska tylko do suchych włosów! Trzeba jednak znaleźć najlepszy dla siebie sposób aplikacji, by cieszyć się pięknymi włosami bez obciążenia. 

Znacie kosmetyki do włosów Sylveco? Ja dopiero je poznaję i czuję się zachęcona do dalszych badań.

Shefoot, Krem odżywczy do stóp +shea

Mamy wiosnę, jeszcze kilka dni temu temperatury sięgały 20 stopni C, było cieplutko i słonecznie. Przy takiej pogodzie zazwyczaj wskakuję w balerinki lub wygodne trampki. Lubię to! Czekałam całą zimę na rozbudzenie się świata i powrót zieleni, którą kocham. Moje stopy jednak nie do końca są gotowe do wiosny, a o lecie nawet nie wspominam. Czas na intensywną pielęgnację.


Shefoot, Krem odżywczy do stóp to według producenta:
"Krem odżywczy do paznokci i suchej skóry stóp Shefoot opracowany by odżywiać i uelastyczniać przesuszoną skórę i zapobiegać mikropęknięciom. Formuła została wzbogacona płynną keratyną i elastyną, które wzmacniają płytkę paznokcia. Olej arganowy i witamina E nawilżają, ujędrniają i regenerują podrażniony naskórek, a masło shea tworzy na powierzchni skóry ochronny film, który zatrzymuje wodę pozostawiając skórę gładką, odżywioną i aksamitną w dotyku".


Biało-różowy kartonik skrywa wewnątrz tubkę z kremem i ulotkę z poradami. Podoba mi się ten pomysł, choć nic odkrywczego na ulotce nie znalazłam i tak warto się z nią zapoznać, by przypomnieć sobie kilka podstaw.


Tubka jest utrzymana oczywiście w tej samej kolorystyce co pudełko. Podstawowe informacje zostały przeniesione także na etykietę tubki, widocznie producent słusznie zauważył, że pudełko i tak od razu wyrzucimy. W takim razie w jakim celu jest ten kartonik? Wiecie, że nie przepadam za takim rozwiązaniem, przecież równie dobrze mogłoby go nie być!


Skład: szczegółowy poniżej. Od siebie dodam, że mamy tu sporo emolientów tłustych, w tym parafinę, które zostawiają na skórze film ochronny, dość wysoko masło shea, glicerynę, olej arganowy, elastynę, keratynę, śladowe ilości wit. E.


Różowy korek na klik jest wygodny i nie zacina się, a przy tym łatwo zamyka/otwiera. Tubka stabilnie stoi i jest całkiem zgrabna, bo nieduża. Za pojemność 75 ml musimy zapłacić od 15 do 20zł, do kupienia m.in. w Hebe czy Naturze. Ostatnio jednak nigdzie nie widziałam tego kremu, czyżby producent z niego zrezygnował?


Krem jest biały i całkiem treściwy, dobrze się rozsmarowuje. Zapach ma co najmniej dziwny, nie potrafię go z niczym innym porównać jak z... plastikiem. Nie przypadł mi do gustu, kojarzy mi się z czymś bardzo sztucznym i chemicznym, na szczęście lądował z dala od nosa. Po krótkim wsmarowywaniu kremu w skórę czułam na niej delikatną tłustawą warstewkę, z tego względu zawsze używałam go na noc. Film na skórze nie przeszkadzał mi i dość szybko znikał. Stopy do dłuższym używaniu stały się bardziej miękkie, gładsze, a skóra elastyczniejsza, jednak nie jest to do końca ten efekt, którego oczekiwałam. Czytając wcześniej liczne jego opinie spodziewałam się, że krem mnie zachwyci, a stopy będą idealne jak z reklamy, a nic takiego nie miało miejsca. Jest to przyzwoity krem do stóp i tyle. Podejrzewam, że dziewczyny z mniejszą tendencją do rogowacenia będą bardziej zadowolone.


Krem jest bardzo wydajny, ponieważ już niewielka ilość pokrywa całe stopy. Zdarzało mi się go za dużo wycisnąć, zwłaszcza na początku, więc resztą smarowałam łydki. Obecnie, po wykończeniu całej tubki, mogę śmiało napisać, że krem jest dobry, choć nieidealny. Na dłuższą metę nie poradził sobie ze sporymi przesuszeniami na podbiciu. Co ciekawe zauważyłam, że po jakimś czasie używania go znacząco zaczęły mi się rozdwajać i kruszeć paznokcie u stóp, a zawsze miałam twarde i zadbane, dlatego nie kupię go ponownie. Plus za to, że można go wycisnąć do samego końca bez rozcinania tubki.


Podsumowując mam mieszane wrażenia. Po przeczytaniu mnóstwa pozytywnych opinii czuję się zawiedziona tym, że krem praktycznie niczym szczególnym się nie wyróżnia, w dodatku nie podoba mi się jego dziwny zapach i negatywny wpływ na paznokcie u stóp. W moim odczuciu nie jest wart swojej ceny.

Miałyście go? Czy u Was też obyło się bez rewelacji? Może inne produkty marki są godniejsze uwagi?

Wykończeni w marcu

Marzec był u mnie miesiącem rozpieszczania ciała, zużyłam bowiem sporo tego typu produktów. Zrobiłam też gruntowny przegląd swoich otwartych podkładów i kremów BB, do kosza poleciały końcówki i te, które z czasem ściemniały w tubce. Zapraszam na denko.


Pielęgnacja twarzy:
Biały Jeleń, Hipoalergiczny żel domycia twarzy: w skrócie dość przeciętny żel. Nie rozumiem po co jest barwiony na niebiesko i dość silnie perfumowany. Całkiem nieźle sobie radzi z domyciem skóry, ale potrafi przesuszać. Będzie recenzja. Nie kupię.

Sylveco, Pomadka z peelingiem: KOCHAM. Tyle w temacie, pisałam o niej :) Mam kolejną.

Brillant Sparkle oraz Promise: dwie zupełnie przeciętne i "niesmaczne" pasty do zębów. Brillant Sparkle zawiera fluor i z tego powodu niesamowicie ją męczyłam, bo mocno ograniczam ten składnik. Promise z olejkiem goździkowym - jak na taki skład i słabą dostępność nie zrobiła na mnie wrażenia. Nie kupię.


Kolorówka:
Avon, Podkład: zaskoczyło mnie, że całkiem nieźle się trzyma, matuje średnio, nie zapycha. Plus za pompkę i odcień prawie idealny dla mnie. Z powodu porzucenia płynnych podkładów na rzecz BB i minerałów nie kupię. Pisałam o nim.

Soraya, Make-up matujący: bardzo szybko ściemniał i jak dla mnie jest zbyt wodnisty. Przez jakiś czas używałam go jak bronzer w płynie, a teraz ponad pół tubki wyrzucam. Na pewno nie kupię, pisałam o nim.

Eveline, Krem BB do skóry tłustej: bardzo ciekawy krem, o średniej gęstości. Ładnie się stapia ze skórą, matuje średnio, nieprzypudrowany praktycznie wcale, ale fajnie wygładza koloryt i całkiem długo utrzymuje się na skórze. Może kupię.

Delia, Henna do brwi: kolejne zużyte opakowanie. Bardzo szybko barwi włoski na pożądany kolor, niestety tylko na góra dwa tygodnie. Mimo wszystko lubię ją, bo jest tania i nie podrażnia. Kupię, pisałam.


Pielęgnacja ciała:
Ziaja, Masło kakaowe: pod względem składu przeciętniak na SLS, ale bardzo tani. Pod względem zapachu oczarował mnie kompletnie, bo pachnie czekoladą - jak wiecie, ja uwielbiam czekoladę! Nie wysuszał mi skóry, choć nie nawilżał - ale też nie oczekiwałam tego po nim. Dostępny praktycznie wszędzie. pewnie kupię.

Avon, Żel do kąpieli Hello Kitty: zapach słodkich landrynek kompletnie do mnie nie pasuje, a dodatkowy czerwony kolor zupełnie mi nie odpowiada. Gdybym go nie dostała od naszej Kochanej Interendo nawet bym na niego nie zwróciła uwagi. Niemniej ciekawy produkt, ale... bo ja wiem? Dla małych, słodkich dziewczynek ;) Nie kupię, pisałam.

Biały Jeleń, Emulsja do higieny intymnej: zupełnie mnie niczym nie zaskoczyła, myła, ale potrafiła podrażniać (zawiera SLS). Nie kupię, pisałam.

CD, żel pod prysznic granat: składowo przeciętny. Dość gęsta konsystencja sprawia, że jest wydajny, natomiast zapach mnie uwiódł bez dwóch zdań. Słodki, owocowy, ale z nutą czegoś kwaśnego w tle, ulubiony umilacz wieczorów. Kupię, pisałam.


Nacomi, Malinowy mus do ciała: cudo, cudo, cudo! Skład oparty na maśle shea otulał skórę tłustawą warstewką, za czym nie przepadam, ale za to jak nawilża i odżywia skórę. Zapach? Malinowa mamba, dzieciństwo, beztroska i szaleństwo. Wspaniały produkt, choć niespecjalnie wydajny przy smarowaniu całego ciała. Na pewno kupię, pisałam o nim.

Delawell, Masło do ciała Słodka pomarańcza: skład również oparty na masle shea, ale konsystencja inna. Denerwowało mnie to, że bardzo bieli skórę, trzeba go bardzo długo wklepywać i wmasowywać. Zapach nieszczególnie mnie przekonał, po pomarańczach, nawet słodkich, spodziewam się jakiejś kwaśnej nuty, a tu zapach był zbyt płaski i męczący. Nie kupię, pisałam.

White Tree, Scrub do ciała z mlekiem oślim: cukrowy peeling na bazie masła shea. Po jego zastosowaniu spokojnie odpuszczałam sobie balsam. Przyjemny produkt, który doskonale złuszcza, a zapach - słodki i egzotyczny - długo utrzymuje się na skórze i utula do snu. Bardzo chętnie kupię, pisałam.

Dr Organic, Krem do rąk i paznokci z miodem manuka: świetny krem, który nadawał się zarówno na dzień jak i noc. Długotrwale nawilżał, pachniał dość intensywnie, więc jeśli ktoś nie lubi zapachu miodu może czuć się zniechęcony. Całkiem ładny skład, może kupię (choć kremów do rak mam zapas na sto lat), pisałam o nim.


Pozostałe:
Chusteczki Auchan i Marion: o obu pisałam w poście nt. nawilżanych chusteczek. Auchanowskie używam dosłownie do wszystkiego, bo mają dobry skład (na oleju lnianym), czasem pzrecieram nimi nawet sanitariaty, a są tanie. Marion nic specjalnego, za mocno perfumowane, pełne chemii. Auchan mam już kolejne, Marion nie kupię.

Cleanic, Płatki kosmetyczne: stały bywalec denka, lubię, mam kolejne.

Próbki: 
spodobał mi się nawilżający krem Resibo - lekki, nie obciąża skóry, nie zapycha, nadaje się pod makijaż, nie drażni mnie zapachem i ma przyjemny skład. Oliwka Pat&Rub nic specjalnego, spodziewałam się lepszego działania, choć bobasem nie jestem ;) Przeciwzmarszczkowy krem AAeco właściwie mnie zawiódł, nie nadaje się do tłustej skóry, a skład mnie nie uwiódł. Biolaven krem na dzień to już kolejna próbka i wciąż mam mieszane uczucia co do niego, bo szybko się po nim świecę. Krem odżywczy Resibo - to samo co Biolaven, ale nadaje się na noc, bo skład ma fajny.

To tyle jeśli chodzi o wykończenia marcowe. Jak mi poszło? Nadal sukcesywnie zużywam kolorówkę, chcę zrobić trochę miejsca przed kolejnymi promocjami w Rossmannie ;)

Sukin, Woda micelarna

Sukin to australijska marka kosmetyków z fajnymi składami. Szukając informacji o marce na polskich stronach zdałam sobie sprawę, że nie ma ich zbyt wiele. A szkoda, mam nadzieję, że te kosmetyki wkrótce będą bardziej dostępne. Obecnie część możemy dostać w sieci TK Maxx, ale to zawsze loteria.



Sukin, Woda micelarna do demakijażu

"Delikatny płyn micelarny na bazie aloesu, który dokładnie usuwa makijaż i zanieczyszczenia jednocześnie kojąc skórę. Mieszanka rumianku i orzeźwiającego ogórka pozostawia cerę uspokojoną i miękką w dotyku. Nadaje się także do wodoodpornego makijażu. Nie zawiera SLS i parabenów."

Czego jeszcze nie zawiera możecie przeczytać poniżej:


Ciemna, plastikowa butelka okryta jest prostą, estetyczną etykietą. Znajdziemy tu same podstawowe, najważniejsze informacje, zero zbędnych słów. Muszę wspomnieć, że bardzo lubię takie etykiety, które nazywam satynowymi, podobne ma Sylveco i Biolaven - są trwałe i ładne. Korek na klik się nie zacina i łatwo otwiera jednocześnie. Troszkę mnie denerwowało, że aby go użyć trzeba podnosić i przechylać całą buteleczkę, jestem rozpieszczona pompkami :) Na stronie producenta kosztuje 10$/250ml. W Polsce kosmetyki tej marki można kupić na zamówienie np. na iwos.pl.


Skład: faktycznie zaraz po wodzie mamy sok z aloesu i glicerynę, dalej m.in. ekstrakt z ogórka oraz rumianku. Zdziwiła mnie trochę obecność waniliny i alkoholu. Szczegóły powyżej.


Płyn ma postać bezbarwnej cieczy o charakterystycznym, lekko słodkawym zapachu waniliny czyli sztucznej wanilii. Pierwszy raz się spotkałam z takim aromatem w produkcie do demakijażu, więc początkowo nie bardzo mi się to spodobało, potem przywykłam. Zwłaszcza, że działanie ma świetne! Szybko, naprawdę szybko zmywa każdy makijaż. Nie ma problemu ani z podkładem, ani z miękką kredką do oczu czy tuszem. Rano nie widzę żadnych śladów kosmetyków kolorowych wokół oczu. Dodatkowo nie ściąga skóry i nie wysusza, pozostawia ją wręcz mięciutką i nawilżoną. Nie podrażnia, nie powoduje pieczenia oczu czy zaczerwienienia.


Podsumowując to świetny płyn micelarny! Zgrabna buteleczka i genialne działanie rekompensują fakt, że trzeba go trochę poszukać.

Znacie tą markę? Zetknęłyście się już z kosmetykami australijskimi?

Superszybka dekoracja Wielkanocnego stołu i garść inspiracji

Podłogi umyte, okna wytarte, że aż lśnią, kwiaty przesadzone, podłogi na mokro wypucowane, wszystkie kąty i dywany odkurzone... Zaraz, zaraz, to nie koniec, jeszcze milion ciast zostało do upieczenia, muszę też zrobić trzy sałatki, sześć rodzai faszerowanych jajek (serio!), przygotować Święconkę... Chyba o niczym nie zapomniałam... Czyżby? A gdzie dekoracje?? Choćby jeden niewielki akcent wiosennej świeżości, zieleni, koloru! Lecę do sklepu po zapomniane wafle (no tak! jeszcze wafle zrobić!) i śmietanę kremówkę do ptysi (wiem, jestem szalona, kto to wszystko zje??), gdy nagle mym oczom ukazuje się żółte urocze maleństwo. Nie, na szczęście nikt nie sprzedawał żywych kurcząt, a jedynie maleńkie, słodkie bratki. Za 2 zł. Jak mogłam nie kupić? Przytargałam jednego wybrańca do domu i obejrzałam ze wszystkich stron - doniczka nie grzeszyła urodą, trzeba coś wymyślić... Czasu jednak niewiele (ptysie! wafle! sałatki!), ale 20 minut zamiast przesiedzieć przed TV można podziałać.

Wystarczą trzy pędy dowolnego krzewu, drut, ozdobna wstążka, sekator, wspomniany bratek i 20 minut.


Pędy tniemy na mniej więcej taką samą długość, po czym związujemy je drutem tworząc coś w rodzaju płotka. Następnie płotek przykładamy do doniczki, przymierzamy czy mamy dobrą długość i związujemy ciasno wstążką (ja miałam tasiemkę grubości 6 mm, więc owinęłam całość trzykrotnie), po czym robimy małą kokardkę. Gotowe!


Jak się Wam podoba efekt?  Lubię takie naturalne ozdoby i ciekawe połączenia kolorystyczne. Moim zdaniem wyszło kolorowo, wiosennie, nieskomplikowanie i uroczo, tak jak lubię :)


Poniżej ręcznie robiona pisanka oraz małe gniazdka z zeszłego roku :) Wszystko kolorystycznie idealnie do siebie pasuje, bo wiosna powinna tryskać barwami i zielenią, zarażać optymizmem i wibrować radością.


Poniżej kilka inspiracji, które do mnie przemawiają.

Wieniec Wielkanocny królował u mnie dwa lata temu (całkiem podobny do tego na zdjęciu, tylko kolorystyka inna). Wymaga zdecydowanie więcej pracy i materiału, ale efekt był zachwycający:

Rośliny cebulowe ślicznie wyglądają w takich kompozycjach jak poniżej. Nie wymaga to dużo czasu, ale podstawą jest dobre naczynie, które idealnie podkreśli charakter kompozycji. Kiedyś zrobię coś podobnego:


Świeże tulipany zawsze i wszędzie, uwielbiam je!  Niby zwykły bukiet, a od razu się na jego widok uśmiecham. Prawdziwa wiosna w moim salonie, nareszcie!


Kolejna moja miłość: szafirki. Maleńkie, a tak urocze, w dodatku niebieskie! Prawda, że nie trzeba wiele, by stworzyć coś niesamowitego? Do tego świece i klimat gwarantowany.


W zeszłym roku królowały u mnie identyczne dekoracje. Banalnie proste, a jakie efektowne! Dodałam tylko trochę zieleni, bo to podstawowy kolor, który mi się z wiosną kojarzy i musi być, po prostu musi!


Życzę wszystkim wiosennej radości w sercu oraz spokojnych i przede wszystkim rodzinnych Świąt w serdecznej atmosferze!

A czy do Waszych salonów zawitała już wiosenna, świąteczna atmosfera?

CD, Żele pod prysznic Granat i Cytryna

Z marką CD miałam już bliskie spotkanie w postaci kremu nawilżającego z serii z lilią i miałam co do niego mieszane uczucia :) Pisałam o tym daaawno temu, łatwo można znaleźć posta dzięki etykietom na dole bloga. Niestety, nic na to nie poradzę, że zapach lilii wodnej kompletnie mi nie odpowiada, nie ma sensu się więcej nad tym rozwodzić. Dużo lepiej toleruję cytrynę i granat. Zapraszam.


CD, Żel pod prysznic Granat
Od producenta:
"Pielęgnacyjny żel pod prysznic z owocem granatu intensywnie pielęgnuje i nawilża, pozostawiając na skórze uczucie relaksu."
CD, Żel pod prysznic Cytryna
Od producenta:
"Odświeżający żel pod prysznic CD, zawierający naturalne wyciągi z kwiatu lipy pielęgnuje i intensywnie nawilża skórę, wywołując eksplozję cytrusowej świeżości".


Warto wspomnieć, że żele te mają pH neutralne dla skóry, są przebadane dermatologicznie i odpowiednie dla skóry wrażliwej. Bardzo podoba mi się, że marka jest przeciw testom na zwierzętach. Dla mnie temat jest kontrowersyjny, bo jak wiadomo w UE od 2013 r. w życie weszło rozporządzenie zabraniające testowania surowców kosmetycznych (wcześniej zabronione zostały testy kosmetyków gotowych) - i teraz uwaga - jeśli sprzedaż tych kosmetyków ma się odbywać na terenie UE. Dlatego masa znanych marek nadal prowadzi testy, szczególnie te istniejące na rynkach azjatyckich...

Osobiście nie jestem w stanie pilnować każdej marki osobno, choć bardzo się staram. Natomiast łatwo zapamiętuję te, które się czynnie angażują w działania przeciwko testom na zwierzętach i mają one u mnie fory. Jeżeli wiecie coś o AKTUALNEJ liście dotyczącej takich marek chętnie się z nią zapoznam!


Żele mają bardzo wygodne i estetyczne opakowania. Dzięki temu, że są przezroczyste łatwo możemy kontrolować zużycie. Korki na klik są praktyczne, nie zacinają się. Kosztują ok. 10zł/250 ml, do kupienia np. w Hebe.


Składy są przeciętne, nie ma się tu co czarować, oparte są na tanim SLES. Warto zwrócić uwagę na glicerynę i zawartość ekstraktów oraz sporą ilość składników kompozycji zapachowej, które mogą uczulać.


Żele są przezroczyste i gęste, co ma pozytywny wpływ na wydajność. Jednocześnie można je zużyć do samego końca, wystarczy, że pod koniec postawimy je na głowie, żeby spłynęły. Nie zauważyłam działania przesuszającego, ale nie mam ostatnio do tego skłonności, więc nie wiem jak podziałają na prawdziwych wrażliwców. Oba żele dobrze się pienią i spłukują. Dają uczucie świeżości i czystości.


GRANAT to zapach słodkawy, ale z przyjemną owocową nutą. Absolutnie mnie uwiódł i jest obecnie moim wieczornym ulubieńcem, ponieważ relaksuje i wycisza po ciężkim dniu. Trochę przypomina mi perfumy owocowo-kwiatowe. Zapach nie utrzymuje się na skórze zbyt długo, umila jednak prysznic i dla mnie to wystarczy. 

CYTRYNA to mój must have po siłowni! Zapach odświeża, odpręża i energetyzuje mnie po ćwiczeniach, a jest to bardzo pożądany efekt. Nie jest to kwaśny aromat, od którego się krzywię, w tle wyczuwam lekką słodycz, która harmonizuje z cytryną. Zapach trochę dłużej utrzymuje się na ciele niż w wersji granatu.


Oba żele polubiłam, chętnie je jeszcze kupię, ale w promocji. Zapachy są bardzo przyjemne, ale cena nie współgra ze składem tych kosmetyków. Znacie produkty CD? Jak się u Was spisały?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj