Allpresan, Krem do stóp w piance

Jakiś czas temu pisałam Wam o żelu pod prysznic w piance, więc nie będę się powtarzać, że lubię takie bajery. To fajna odmiana po lejących, standardowych konsystencjach. A spotkałyście się już z kremem w piance? W pierwszej chwili nie bardzo wiedziałam jak do tego tematu podejść, wydawało mi się, że będzie to kosmetyk zbyt lekki, a co się z tym wiąże, nieskuteczny. Czy słusznie?



Allpresan, Krem do stóp w formie puszystej pianki

"Krem przeznaczony do pielęgnacji bardzo suchej i popękanej skóry stóp. Polecany jako terapia towarzysząca atopowym zapaleniu skóry i łuszczycy.
Właściwości:
– szybko i długotrwale regeneruje popękaną skórę
– uzupełnia pęknięcia i przerwy w skórze
– wygładza i uelastycznia skórę
– intensywnie nawilża
– wzmacnia barierę ochronną skóry
– szybko się wchłania i nie pozostawia nieprzyjemnego uczucia lepkości
– pozwala na założenie skarpet lub rajstop zaraz po aplikacji
– zalecamy konsultację lekarską przed zastosowaniem kremu w piance u dzieci.
Zawiera:  mocznik, alantoinę, innowacyjną, opatentowaną technologię LIPOregenerującą skórę bez użycia wazeliny i silikonów. Efektem jest szybkie gojenie i uszczelnienie naturalnej bariery, jaką jest ludzka skóra.
Sposób użycia: Wmasować niewielką ilość (wielkości orzecha włoskiego) w oczyszczoną, suchą skórę. Stosować regularnie rano i wieczorem. Wstrząsnąć przed użyciem. Aplikować w pozycji pionowej."


Kartonik zawiera informacje po niemiecku, ale dzięki naklejce w języku polskim możemy dowiedzieć się więcej. Szata graficzna jest raczej skromna, kojarzy się z dermokosmetykami aptecznymi. Można go kupić za 43zł. Pojemność 100 ml.


Skład: Zaraz po wodzie znalazł się mocznik, składnik idealny do pielęgnacji twardej i suchej skóry stóp. Tutaj mamy go 10%, czyli działa nawilżająco i osłaniająco na skórę. Krem zawiera także m.in. glicerynę, masło shea, skwalan, ceramidy, alantoinę. Nie ma za to parafiny. Szczegóły poniżej:


W kartoniku znajduje się pojemnik, trochę wyglądem przypomina niewielki dezodorant. Butelka jest wygodna i poręczna, a szata graficzna skromna, analogiczna jak na kartoniku. Napisy tylko po niemiecku.


Dozownik jest szeroki i bardzo wygodny. Wystarczy raz wcisnąć, by wydobyć odpowiednią ilość kremu-pianki. Pojemnika nie trzeba przedtem wstrząsać. Muszę przyznać, że pianka jest bardzo wydajna! Mam ją od kliku tygodni i wciąż używam z powodzeniem, a końca nie widać.


Piana jest gęsta i puszysta, pozbawiona sztucznego zapachu, choć po dokładniejszym powąchaniu wyczuwam w nim delikatny "apteczny" aromat. Dla niektórych może być to wadą, mi nie przeszkadza. Na poniższym zdjęciu ilość jaką uzyskuję po krótkim wciśnięciu dozownika - w zupełności wystarcza to na pokrycie skóry obu stóp lub dłoni, bo do dłoni także lubię używać tego kremu, szczególnie po długim zmywaniu naczyń lub sprzątaniu. Trochę trzeba uważać, by nie przytrzymać dozownika zbyt długo i nie wycisnąć absurdalnie dużej ilości kremu, ale da się tego nauczyć :)


Pianka faktycznie błyskawicznie się wchłania w skórę nie pozostawiając tłustej czy lepiącej się warstwy, a jednocześnie jest wyczuwalna, nie znika całkiem. Przyjemnie otula skórę, bez negatywnych odczuć. Doskonale zabezpiecza skórę przez utratą wilgoci, zmiękcza stwardnienia, nawilża. Przy regularnej aplikacji - raz lub dwa dziennie - pozytywnie wpływa na stan skóry stóp nawet do tego stopnia, że zdecydowanie rzadziej mogę używać tarki! Skóra stóp wygląda widocznie lepiej, jest gładsza, elastyczniejsza i przyjemniejsza w dotyku.  
Na początku kuracji dokładnie usunęłam mechanicznie zrogowaciały naskórek z pięt, a w trakcie używania kremu Allpresan zauważyłam, że widocznie mniej narasta stwardniała, popękana zazwyczaj skóra, a same pięty są gładsze i nie zahaczają np. o rajstopy.


Podsumowując jestem niesamowicie zadowolona, że ten krem to nie tylko fajna, inna niż zazwyczaj aplikacja, ale też i dobre działanie. Stopy dość szybko doszły do siebie po zimie, z przyjemnością czekam na lato.

Znacie te kremy? Jak Wam się podoba forma pianki? Miałyście już kosmetyki o takiej konsystencji?

Nacomi, Peeling do twarzy przeciwtrądzikowy

Peelingi bardzo lubię i często piszę ich recenzje. Zużywam ich sporo, bo mając tłustą, grubą skórę staram się wygładzać i złuszczać ją regularnie. Marka Nacomi posiada w swojej ofercie cztery rodzaje peelingów: nawilżający, wygładzający, przeciwzmarszczkowy i - dzisiejszy mój bohater - przeciwtrądzikowy. Czy "domowa mikrodermabrazja" działa?



Nacomi, Organic face scrub, Domowa mikrodermabrazja

"Naturalny peeling przeciwtrądzikowy do twarzy intensywnie oczyszcza pory i pomaga pozbyć się martwego naskórka. Zabieg peelingujący przy użyciu kosmetyku Nacomi aktywuje naskórek do regeneracji; oczyszczona skóra staje się lepiej dotleniona i ukrwiona. Peeling jest polecany szczególnie dla osób mających problemy ze skórą tłustą i mieszaną oraz dla tych, których skóra ma skłonności do powstawania wyprysków i zaskórników. Ekstrakt z pokrzywy i skrzypu polnego normalizują wydzielanie sebum i tonizują skórę. Olejek ze słodkich migdałów wygładza skórę i ujednolica kolor, dlatego przy długotrwałym stosowaniu blizny i niedoskonałości stają się mniej widoczne."


Niewielka tubka w zielonej kolorystyce została zabezpieczona folią, dla pewności, że nikt jej przed nami nie otwierał. Szata graficzna jest całkiem przyjemna, choć prosta, a sama tubka przezroczysta, więc łatwo możemy kontrolować zawartość.


Na opakowaniu mamy bardzo oszczędny opis działania oraz sposób użycia. Koszt waha się w granicach 20-25zł/75ml. Do kupienia m.in. w Hebe lub internecie (zdradzę Wam jeszcze sekret: ten sam peeling możecie kupić w drogerii Kontigo pod marką własną Biolove - te kosmetyki produkuje Nacomi i są identyczne lub prawie identyczne).


Wygodny korek na klik łatwo się otwiera także mokrymi rękoma, a przy tym szczelnie trzyma. Jest wygodny podczas używania.


Skład: Vitis Vinifera Seed Oil (Olej z pestek winogron), Alumina (Korund), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (Olej ze słodkich migdałów), Ricinus Communis Seed Oil (Olej rycynowy), Glycerine, Simmondsia Chinensis Oil (Olej jojoba), Tocopheryl Acetate (Wit. E), Aqua, Sucrose Laurate, Equisetum Arvense Extract (Skrzyp polny), Urtica Dioica Extract (Pokrzywa), Parfum, CI 47005, CI 42090, CI 73015.


Naturalny skład oparty o oleje i korund spodobał mi się, powoduje jednak, że przed każdym użyciem muszę delikatnie wstrząsnąć tubką, aby składniki dobrze się wymieszały. W przeciwnym wypadku najpierw wypływają oleje, a korund pozostaje w tubce.

Peeling ma postać zielonego kremu-olejku, tak bym nazwała tą konsystencję. Zatopione są w niej liczne, naprawdę liczne drobinki korundu, które są bardzo drobne i ostre. Zapach jest słodkawy i ziołowy, najmocniej przebija w nim skrzyp polny. Osobiście podoba mi się.


Po zmieszaniu produktu z wodą tworzy się delikatna biała emulsja, którą masuję skórę kilka minut. Dla mojej grubej skóry nie jest to zbyt mocny peeling, bo same drobinki są drobne, choć liczne. Poza tym reguluję siłę nacisku i w ten sposób dopasowuję ją do potrzeb. Skóra po peelingu jest gładka, drobne suche skórki znikają, a pory są ładnie przymknięte. Co najważniejsze tak dobry skład nie zostawia tłustej warstwy, przynajmniej ja jej nie wyczuwam, a jednocześnie lekko nawilża skórę. Nie powoduje uczucia ściągnięcia czy przesuszenia. Przy używaniu regularnym - czyli dwa, trzy razy w tygodniu - wystarcza na co najmniej dwa miesiące, więc ma świetną wydajność.


Jest to kolejny bardzo fajny kosmetyk Nacomi, który polecam z przyjemnością. Dobry skład idzie w parze z doskonałym działaniem. Znacie te peelingi? Miałyście inne wersje?

Eveline, Argan Oil, Przeciwzmarszczkowy odmładzający krem pod oczy

Pisałam już wielokrotnie, ale się powtórzę - nie patrzę na oznaczenia wiekowe kosmetyków. Bardzo często jest tak, że trzydziestolatka ma skórę czterdziestolatki albo na odwrót, a nasz wiek nie musi mieć faktycznego odzwierciedlenia w wieku poszczególnych narządów (a skóra to przecież narząd). Moja skóra pod oczami, zwłaszcza odkąd regularnie wstaję wcześnie, pozostawia wiele do życzenia. Staram się więc dbać o nią intensywnie.


Eveline, Argan Oil, Przeciwzmarszczkowy odmładzający krem pod oczy według producenta:
"Krem wygładzający wszystkie rodzaje zmarszczek wokół oczu. Redukuje cienie i obrzęki pod oczami oraz intensywnie nawilża i wygładza. Dzięki wysokiej koncentracji składników aktywnych o udowodnionej skuteczności działania LUXURY OF YOUTH COMPLEX™ gwarantuje natychmiastowe rezultaty:
• widoczna redukcja zmarszczek i linii mimicznych
• zmniejszenie cieni i obrzęków
• intensywnie nawilżona i wzmocniona delikatna skóra wokół oczu."


Oczywiście wszystkie te obietnice wraz z wynikami badań (jak ja to lubię, na kim i jak takie badania się przeprowadza? ktoś wie?) znajdują się na kartoniku. Opakowanie jest zafoliowane, więc z jednej strony mamy pewność, że jesteśmy pierwszymi użytkowniczkami kremu, z drugiej zaś od razu (wraz z kartonikiem) ląduje w śmieciach. Nie lubię, zwłaszcza, że kolejnym zabezpieczeniem jest naklejka z hologramem, trochę tego dużo jak dla mnie.


Na kartoniku mamy ładnie wypisane niektóre składniki aktywne kremu wraz z informacją jakie mają działanie. Na pierwszym miejscu oczywiście olejEK arganowy (mam rozumieć, że nie olej - czyli to, na czym by mi zależało, ale jakaś mieszanka czy też producent sam nie wie czego tam dodał?), następnie opatentowany peptyd, kwas hialuronowy, wyciąg ze świetlika, kofeina, proteiny pszeniczne, wosk pszczeli, wyciąg z kasztanowca, d-patnhenol i alantoina oraz witamina E. Brzmi doskonale, oprócz tej wpadki z olejKIEM.


Skład, czyli zderzenie z rzeczywistością: tuż po wodzie  mamy... filtr UV (którego max. dopuszczalne stężenie to 10%, jest to filtr przenikający do krwioobiegu, może wywołać zmiany hormonalne), a następnie parafinę (zostawia na skórze nieprzepuszczalny film). Następnie wspomniany kwas hialuronowy, który nawilża i napina skórę, glicerynę, pullulan (naturalny zagęstnik, napina skórę, wypełnia zmarszczki), emolient (tworzy film), olej sojowy, kofeina, synteteyczny wosk pszczeli, emulgator, dopiero teraz olej (olejEK?) arganowy, następnie zagęstnik i stabilizator emulsji, regulator pH, humektant, kilka ekstraktów roślinnych, konserwanty (w tym pochodna formaldehydu) i substancje zapachowe, które zapewne występują w ilościach śladowych. Szczegóły poniżej:


W ogromnym (w stosunku do kremu) kartoniku została umieszczona zgrabna tubka. Typowe opakowanie większości kremów pod oczy. Całość kosztuje 18zł/15ml.


Złota szata graficzna nie powala, przynajmniej mnie, ale przyjemnie kojarzy się z olejem arganowym, zwanym złotem Maroka.


Na tubce również zostały umieszczone podstawowe informacje na temat kremu. Odkręcany korek nie sprawia problemów. Tubka zakończona jest wygodnym dozownikiem, bardzo ułatwiającym aplikację od razu na skórę. Ja robię kilka kropek pod oczami i na powiece górnej, po czym delikatnie wklepuję krem w skórę, starając się nie naciągać skóry.


Sam krem jest biały, średnio tłusty i nie pachnie. Do konsystencji i wyglądu nie mogę się przyczepić. Dobrze się rozsmarowuje i nie wałkuje. Częściowo się wchłania, ale zostawia też tłustą warstewkę, przez co nie nadaje się na dzień czy pod makijaż. Używam go tylko na noc, raz dziennie. Krem nie podrażnił mi oczu, nie spowodował najmniejszej reakcji alergicznej.


Właśnie zużyłam całą tubkę i nie widzę najmniejszej różnicy. Skóra ani nie jest lepiej napięta, zmarszczki mimiczne nawet nie drgnęły, delikatne zasinienia też mają się wyśmienicie. Nie zauważyłam także dodatkowego nawilżenia, w ogóle nie mam wrażenia, że cokolwiek się zmieniło. Co ciekawe, efektu chłodzącego, którym producent mnie skusił nie odnotowałam także.


Podsumowując: nie zauważyłam żadnych korzyści ze stosowania tego kremu, choć na szczęście także nie pogorszył stanu skóry. Nie jest to jednak kosmetyk, jakiego szukam, więc już się nie spotkamy.

Miałam kilka ciekawych kremów na noc tej marki, kusi mnie kolorówka, ale specyfiki pod oczy chyba już sobie odpuszczę.

Lavea, Przeciwłupieżowy szampon w kostce

Wiecie, że lubię ciekawe kosmetyki i wszelkie nowości, a jeśli są made in Poland to kupuję w ciemno, choćby po to, by mieć własny pogląd w sprawie. Lavea, czyli producent dzisiejszego szamponu, to mydlarnia artystyczna znana od kilkunastu lat. Wszystkie produkty są wytwarzane ręcznie, zawierają m. in. olejki eteryczne, a receptury są starannie dobrane. Kosmetyki są wykonywane w małych partiach. Dodatkowo zakonserwowane są ekstraktem z pestek grejpfruta.


Od producenta:
"Przeciwłupieżowy szampon do włosów Drzewo herbaciane z cytryną zawiera olejek z drzewa herbacianego (Melaleuca Alternifolia), wyciąg z brzozy (Betula Pendula), ekstrakt z pestek grejpfruta i prowitaminę B5 (panthenol). Olejek eteryczny z drzewa herbacianego działa skutecznie przeciwłupieżowo i antybakteryjnie oraz odżywia włosy.
Mycie w szamponie do włosów zwiększa objętość włosów i nadaje im puszystości. Wzmacnia także cebulki włosowe, poprawia krążenie krwi w skórze głowy. W efekcie sprawia, że włosy będą lepiej rosły, będą mocniejsze i lepiej odżywione.
Sposób użycia: Kostką szamponu do włosów natrzyj mokre włosy aż do utworzenia się piany, chwilę masuj opuszkami palców i spłukaj wodą. Powtórz czynność w razie potrzeby."

Przeciwłupieżowy szampon w kostce Lavea jest kawałkiem odciętym z tzw. bloku, ważącym mniej więcej 90g, czyli wielkości mydła i kosztuje ok. 9-10zł. Ja swój kupiłam na DaWandzie u Atelier-Brocante. Kostka została dodatkowo ładnie zapakowana i przewiązania wstążeczką. Produkty tej marki można kupić w naturalnych drogeriach, mydlarniach itp.


Skład: tu miałam drobny kłopot, ponieważ moja kostka nie ma opakowania, musiałam więc pobuszować w internecie, napisałam też do producenta.
Aqua, Glycerin (gliceryna, nawilża), Propylene Glycol (nawilża, ułatwia transport skłądników wgłąb skóry), Sodium Stearate, Sucrose, Sodium Laurate, Sorbitol, Sodium Laureth Sulfate (SLES), Sodium Lauryl Supfate (SLS), Sodium Chloride (sól), Stearic Acid, Betula Pendula (ekstrakt z brzozy), Cocamidopropyl Betaine, Lauric Acid (kwas laurynowy, bakterio- i wirusobójczy, zmniejsza przetłuszczanie włosów), Melaleuca Altternifola (olejek z drzewa herbacianego, odświeża, działa przeciwbakteryjnie), Citric Acid, Parfum, Citrus Medica Limonium Oil (olejek z cytryny), Panthenol (łagodzi podrażnienia), Pentasodium Pentetate, Tetrasodium Etidronatre, Citrus Paradisi Seed Extract (konserwant z grejpfruta), Polyquaternium-7, Limonene, Citral, Hexyl Cinnamal, Linalool, Coumarin, Lilial, CI19140, CI42090 (barwniki).
Nie jest to kosmetyk w 100% naturalny.


Kostka bardzo dobrze leży w dłoni. Po kontakcie z wodą mocno się pieni, naprawdę bardzo obficie. Koniecznie trzeba uważać, by piana nie dostała się do oczu - szczypie! Posiada bardzo charakterystyczny zapach drzewa herbacianego, który jest całkiem mocny, więc jeśli nie lubicie tego aromatu nie spodoba Wam się też i szampon. Zapach jest dobrze wyczuwalny podczas mycia oraz chwilę po. Szampon dobrze oczyszcza włosy i skórę głowy, nie powodując szczypania czy podrażnień skóry. Zdecydowanie zmniejszył łupież, którego się nabawiłam ostatnio prawdopodobnie zbyt często zmieniając szampon.


Włosy po umyciu tym szamponem faktycznie nabierają niesamowitej objętości, są ładnie odbite u nasady i wydaje się, że jest ich znacznie więcej niż w rzeczywistości. Jednak, by nie było tak różowo, w dotyku są trochę dziwne, lekko chropowate. Można to wrażenie zmniejszyć używając odżywki, ale wtedy fryzura jednak traci trochę objętości. Zdecydowanie włosy się nie elektryzują.
Kostka spodobała się także mojemu mężowi zarówno dzięki ciekawej formie, jak i przez działanie oraz zapach. Taki jeden 90g kawałek wystarczy na kilkadziesiąt myć głowy, co jest niezłym wynikiem. Po każdym myciu kostka staje się jaśniejsza jak na zdjęciu powyżej.

Podsumowując jestem z niego zadowolona, ponieważ robi dokładnie to co obiecuje producent. Oczyszcza dość konkretnie, ze względu na SLS i SLES w składzie, ale nie wysusza włosów. Usuwa łupież, a włosom dodaje objętości.

Znacie jakieś inne ciekawe kosmetyki? Miałyście już coś od Lavea?

Sylveco, Lniana naturalna maska do włosów

Sylveco poznałam już całkiem nieźle i, jak do tej pory, wszystkie kosmetyki się u mnie świetnie spisywały. Ba, znalazłam spośród asortymentu marki prawdziwych ulubieńców :) Kiedy więc dorwałam maskę do włosów byłam jak najbardziej optymistycznie do niej nastawiona i spodziewałam się zachwycającego wręcz działania. Czy słusznie?



Sylveco, Lniana maska do włosów

"Hypoalergiczna maska do włosów z ekstraktem z nasion lnu zwyczajnego i olejem kokosowym przeznaczona jest do pielęgnacji włosów suchych i łamliwych. Jest bogata w składniki nawilżające i odżywcze, pozwala poprawić wygląd i kondycję włosów. Olej kokosowy, dzięki swoim wyjątkowym właściwościom, wykazuje zdolność przenikania do struktury włosa, zwiększa nawilżenie końcówek, zapobiega także ich rozdwajaniu się. Związki śluzowe, zawarte w nasionach lnu, powlekają i chronią włosy, znakomicie je wygładzając.
Nałożenie maski po umyciu ułatwia rozczesanie włosów, zapewnia efekt miękkich, lekkich i lśniących kosmyków. Stosowanie maski jako kompresu, przed myciem, zdecydowanie poprawia nawilżenie i zwiększa elastyczność włosów."


Maskę kupimy w kartoniku z elementami niebieskimi - chyba nie muszę wspominać, że mi się spodobał? Nie chodzi tylko o kolorystykę nawiązującą do uroczych kwiatów lnu, ale też o masę ciekawych informacji jak poniżej:


Kartonik jest zabezpieczony przed wścibskimi, więc mamy pewność, że otwieramy go jako pierwsze. Marka bardzo dba o szczegóły swoich opakowań, więc możemy się mile zaskoczyć takim oto obrazkiem:


Obietnice producenta są zachęcające: nawilżenie, odżywienie, wygładzenie. Warto zwrócić uwagę, że maska jest teoretycznie przeznaczona do włosów suchych i łamliwych, a ja mam cienkie, elastyczne i skłonne do przetłuszczania. Do odważnych jednak świat należy, warto ją wypróbować i na takich.


Skład: Woda,  Ekstrakt z nasion lnu,  Alkohol cetylowy,  Olej kokosowy,  Cukier,  Gliceryna,  Olej z pestek winogron,  Kwas stearynowy,  Panthenol,  Glukozyd decylowy,  Oleinian glicerolu,  Kwas mlekowy,  Guma guar,  Witamina E,  Benzoesan sodu,  Betaina kokamidopropylowa.


Wewnątrz kartonika znajduje się plastikowy słoiczek z aluminiową nakrętką. Jest to średnio wygodne rozwiązanie, jednak większość masek ma podobne opakowania, przyzwyczaiłam się. Na słoiczku mamy satynową etykietę, typową dla marki - nic się nie ściera, nie odkleja i nie odbarwia, jest niesamowicie solidna i wodoodporna.


Sama maska mnie zaskoczyła, ponieważ jest całkowicie biała i bardzo lejąca. Jest to nietypowa konsystencja, zazwyczaj podobne produkty są gęstsze. Zapachu praktycznie nie wyczuwam, więc fanki mocnych perfumowanych aromatów mogą nie być zadowolone. Mi brak zapachu odpowiada, mniej chemii w składzie.


Maskę można stosować na dwa sposoby:
- Po umyciu na wilgotne włosy - kompletnie się ten sposób u mnie nie sprawdził. Owszem, włosy były mięciutkie i wygładzone, ale w moment się przetłuszczały, były oklapnięte i wyglądały na nieświeże, a chyba się zgodzicie, że nie jest to efekt, jakiego oczekujemy po myciu. Byłam niesamowicie zaskoczona, że to pierwszy produkt Sylveco, którego nie pochwalę....
- Jako kompres, przed umyciem na 30 minut - ten sposób aplikacji, mimo wyraźnego oznaczenia na opakowaniu, uświadomiła mi dopiero Justyna. Dzięki Ci Justynka, bo to jest strzał w dziesiątkę! Maskę wcierałam w całe włosy oraz skórę głowy, która zdecydowanie wołała o nawilżenie. Nie zawijałam ich w ręcznik ani turban, bo jest mi tak niewygodnie funkcjonować. Po godzinie, zazwyczaj spędzonej przy filmie, zmywałam całość szamponem i już darowałam sobie inne kosmetyki. Włosy były lśniące, nawilżone i sypkie, ani śladu obciążenia. Skóra głowy się unormowała i nawet zauważyłam, że dłużej włosy pozostają świeże, co jest efektem nad wyraz pożądanym przy codziennej walce z przetłuszczaniem :)


Podsumowując mogę napisać tak: nie jest to maska tylko do suchych włosów! Trzeba jednak znaleźć najlepszy dla siebie sposób aplikacji, by cieszyć się pięknymi włosami bez obciążenia. 

Znacie kosmetyki do włosów Sylveco? Ja dopiero je poznaję i czuję się zachęcona do dalszych badań.

Shefoot, Krem odżywczy do stóp +shea

Mamy wiosnę, jeszcze kilka dni temu temperatury sięgały 20 stopni C, było cieplutko i słonecznie. Przy takiej pogodzie zazwyczaj wskakuję w balerinki lub wygodne trampki. Lubię to! Czekałam całą zimę na rozbudzenie się świata i powrót zieleni, którą kocham. Moje stopy jednak nie do końca są gotowe do wiosny, a o lecie nawet nie wspominam. Czas na intensywną pielęgnację.


Shefoot, Krem odżywczy do stóp to według producenta:
"Krem odżywczy do paznokci i suchej skóry stóp Shefoot opracowany by odżywiać i uelastyczniać przesuszoną skórę i zapobiegać mikropęknięciom. Formuła została wzbogacona płynną keratyną i elastyną, które wzmacniają płytkę paznokcia. Olej arganowy i witamina E nawilżają, ujędrniają i regenerują podrażniony naskórek, a masło shea tworzy na powierzchni skóry ochronny film, który zatrzymuje wodę pozostawiając skórę gładką, odżywioną i aksamitną w dotyku".


Biało-różowy kartonik skrywa wewnątrz tubkę z kremem i ulotkę z poradami. Podoba mi się ten pomysł, choć nic odkrywczego na ulotce nie znalazłam i tak warto się z nią zapoznać, by przypomnieć sobie kilka podstaw.


Tubka jest utrzymana oczywiście w tej samej kolorystyce co pudełko. Podstawowe informacje zostały przeniesione także na etykietę tubki, widocznie producent słusznie zauważył, że pudełko i tak od razu wyrzucimy. W takim razie w jakim celu jest ten kartonik? Wiecie, że nie przepadam za takim rozwiązaniem, przecież równie dobrze mogłoby go nie być!


Skład: szczegółowy poniżej. Od siebie dodam, że mamy tu sporo emolientów tłustych, w tym parafinę, które zostawiają na skórze film ochronny, dość wysoko masło shea, glicerynę, olej arganowy, elastynę, keratynę, śladowe ilości wit. E.


Różowy korek na klik jest wygodny i nie zacina się, a przy tym łatwo zamyka/otwiera. Tubka stabilnie stoi i jest całkiem zgrabna, bo nieduża. Za pojemność 75 ml musimy zapłacić od 15 do 20zł, do kupienia m.in. w Hebe czy Naturze. Ostatnio jednak nigdzie nie widziałam tego kremu, czyżby producent z niego zrezygnował?


Krem jest biały i całkiem treściwy, dobrze się rozsmarowuje. Zapach ma co najmniej dziwny, nie potrafię go z niczym innym porównać jak z... plastikiem. Nie przypadł mi do gustu, kojarzy mi się z czymś bardzo sztucznym i chemicznym, na szczęście lądował z dala od nosa. Po krótkim wsmarowywaniu kremu w skórę czułam na niej delikatną tłustawą warstewkę, z tego względu zawsze używałam go na noc. Film na skórze nie przeszkadzał mi i dość szybko znikał. Stopy do dłuższym używaniu stały się bardziej miękkie, gładsze, a skóra elastyczniejsza, jednak nie jest to do końca ten efekt, którego oczekiwałam. Czytając wcześniej liczne jego opinie spodziewałam się, że krem mnie zachwyci, a stopy będą idealne jak z reklamy, a nic takiego nie miało miejsca. Jest to przyzwoity krem do stóp i tyle. Podejrzewam, że dziewczyny z mniejszą tendencją do rogowacenia będą bardziej zadowolone.


Krem jest bardzo wydajny, ponieważ już niewielka ilość pokrywa całe stopy. Zdarzało mi się go za dużo wycisnąć, zwłaszcza na początku, więc resztą smarowałam łydki. Obecnie, po wykończeniu całej tubki, mogę śmiało napisać, że krem jest dobry, choć nieidealny. Na dłuższą metę nie poradził sobie ze sporymi przesuszeniami na podbiciu. Co ciekawe zauważyłam, że po jakimś czasie używania go znacząco zaczęły mi się rozdwajać i kruszeć paznokcie u stóp, a zawsze miałam twarde i zadbane, dlatego nie kupię go ponownie. Plus za to, że można go wycisnąć do samego końca bez rozcinania tubki.


Podsumowując mam mieszane wrażenia. Po przeczytaniu mnóstwa pozytywnych opinii czuję się zawiedziona tym, że krem praktycznie niczym szczególnym się nie wyróżnia, w dodatku nie podoba mi się jego dziwny zapach i negatywny wpływ na paznokcie u stóp. W moim odczuciu nie jest wart swojej ceny.

Miałyście go? Czy u Was też obyło się bez rewelacji? Może inne produkty marki są godniejsze uwagi?

Wykończeni w marcu

Marzec był u mnie miesiącem rozpieszczania ciała, zużyłam bowiem sporo tego typu produktów. Zrobiłam też gruntowny przegląd swoich otwartych podkładów i kremów BB, do kosza poleciały końcówki i te, które z czasem ściemniały w tubce. Zapraszam na denko.


Pielęgnacja twarzy:
Biały Jeleń, Hipoalergiczny żel domycia twarzy: w skrócie dość przeciętny żel. Nie rozumiem po co jest barwiony na niebiesko i dość silnie perfumowany. Całkiem nieźle sobie radzi z domyciem skóry, ale potrafi przesuszać. Będzie recenzja. Nie kupię.

Sylveco, Pomadka z peelingiem: KOCHAM. Tyle w temacie, pisałam o niej :) Mam kolejną.

Brillant Sparkle oraz Promise: dwie zupełnie przeciętne i "niesmaczne" pasty do zębów. Brillant Sparkle zawiera fluor i z tego powodu niesamowicie ją męczyłam, bo mocno ograniczam ten składnik. Promise z olejkiem goździkowym - jak na taki skład i słabą dostępność nie zrobiła na mnie wrażenia. Nie kupię.


Kolorówka:
Avon, Podkład: zaskoczyło mnie, że całkiem nieźle się trzyma, matuje średnio, nie zapycha. Plus za pompkę i odcień prawie idealny dla mnie. Z powodu porzucenia płynnych podkładów na rzecz BB i minerałów nie kupię. Pisałam o nim.

Soraya, Make-up matujący: bardzo szybko ściemniał i jak dla mnie jest zbyt wodnisty. Przez jakiś czas używałam go jak bronzer w płynie, a teraz ponad pół tubki wyrzucam. Na pewno nie kupię, pisałam o nim.

Eveline, Krem BB do skóry tłustej: bardzo ciekawy krem, o średniej gęstości. Ładnie się stapia ze skórą, matuje średnio, nieprzypudrowany praktycznie wcale, ale fajnie wygładza koloryt i całkiem długo utrzymuje się na skórze. Może kupię.

Delia, Henna do brwi: kolejne zużyte opakowanie. Bardzo szybko barwi włoski na pożądany kolor, niestety tylko na góra dwa tygodnie. Mimo wszystko lubię ją, bo jest tania i nie podrażnia. Kupię, pisałam.


Pielęgnacja ciała:
Ziaja, Masło kakaowe: pod względem składu przeciętniak na SLS, ale bardzo tani. Pod względem zapachu oczarował mnie kompletnie, bo pachnie czekoladą - jak wiecie, ja uwielbiam czekoladę! Nie wysuszał mi skóry, choć nie nawilżał - ale też nie oczekiwałam tego po nim. Dostępny praktycznie wszędzie. pewnie kupię.

Avon, Żel do kąpieli Hello Kitty: zapach słodkich landrynek kompletnie do mnie nie pasuje, a dodatkowy czerwony kolor zupełnie mi nie odpowiada. Gdybym go nie dostała od naszej Kochanej Interendo nawet bym na niego nie zwróciła uwagi. Niemniej ciekawy produkt, ale... bo ja wiem? Dla małych, słodkich dziewczynek ;) Nie kupię, pisałam.

Biały Jeleń, Emulsja do higieny intymnej: zupełnie mnie niczym nie zaskoczyła, myła, ale potrafiła podrażniać (zawiera SLS). Nie kupię, pisałam.

CD, żel pod prysznic granat: składowo przeciętny. Dość gęsta konsystencja sprawia, że jest wydajny, natomiast zapach mnie uwiódł bez dwóch zdań. Słodki, owocowy, ale z nutą czegoś kwaśnego w tle, ulubiony umilacz wieczorów. Kupię, pisałam.


Nacomi, Malinowy mus do ciała: cudo, cudo, cudo! Skład oparty na maśle shea otulał skórę tłustawą warstewką, za czym nie przepadam, ale za to jak nawilża i odżywia skórę. Zapach? Malinowa mamba, dzieciństwo, beztroska i szaleństwo. Wspaniały produkt, choć niespecjalnie wydajny przy smarowaniu całego ciała. Na pewno kupię, pisałam o nim.

Delawell, Masło do ciała Słodka pomarańcza: skład również oparty na masle shea, ale konsystencja inna. Denerwowało mnie to, że bardzo bieli skórę, trzeba go bardzo długo wklepywać i wmasowywać. Zapach nieszczególnie mnie przekonał, po pomarańczach, nawet słodkich, spodziewam się jakiejś kwaśnej nuty, a tu zapach był zbyt płaski i męczący. Nie kupię, pisałam.

White Tree, Scrub do ciała z mlekiem oślim: cukrowy peeling na bazie masła shea. Po jego zastosowaniu spokojnie odpuszczałam sobie balsam. Przyjemny produkt, który doskonale złuszcza, a zapach - słodki i egzotyczny - długo utrzymuje się na skórze i utula do snu. Bardzo chętnie kupię, pisałam.

Dr Organic, Krem do rąk i paznokci z miodem manuka: świetny krem, który nadawał się zarówno na dzień jak i noc. Długotrwale nawilżał, pachniał dość intensywnie, więc jeśli ktoś nie lubi zapachu miodu może czuć się zniechęcony. Całkiem ładny skład, może kupię (choć kremów do rak mam zapas na sto lat), pisałam o nim.


Pozostałe:
Chusteczki Auchan i Marion: o obu pisałam w poście nt. nawilżanych chusteczek. Auchanowskie używam dosłownie do wszystkiego, bo mają dobry skład (na oleju lnianym), czasem pzrecieram nimi nawet sanitariaty, a są tanie. Marion nic specjalnego, za mocno perfumowane, pełne chemii. Auchan mam już kolejne, Marion nie kupię.

Cleanic, Płatki kosmetyczne: stały bywalec denka, lubię, mam kolejne.

Próbki: 
spodobał mi się nawilżający krem Resibo - lekki, nie obciąża skóry, nie zapycha, nadaje się pod makijaż, nie drażni mnie zapachem i ma przyjemny skład. Oliwka Pat&Rub nic specjalnego, spodziewałam się lepszego działania, choć bobasem nie jestem ;) Przeciwzmarszczkowy krem AAeco właściwie mnie zawiódł, nie nadaje się do tłustej skóry, a skład mnie nie uwiódł. Biolaven krem na dzień to już kolejna próbka i wciąż mam mieszane uczucia co do niego, bo szybko się po nim świecę. Krem odżywczy Resibo - to samo co Biolaven, ale nadaje się na noc, bo skład ma fajny.

To tyle jeśli chodzi o wykończenia marcowe. Jak mi poszło? Nadal sukcesywnie zużywam kolorówkę, chcę zrobić trochę miejsca przed kolejnymi promocjami w Rossmannie ;)
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj