Mizon, Snail Recovery Gel Cream, Krem ze śluzem ślimaka

Śluz ślimaka jest częstym składnikiem koreańskich kosmetyków, choć i europejscy producenci wykorzystują go coraz śmielej. Pozyskiwany jest on podobno bez krzywdy dla mięczaków, ale trudno uznać życie w kartonach za ślimaczy raj. Przecież gdzieś muszą te ślimaki "mieszkać", aby być stale pod ręką, więc nie ma tu mowy o wolności czy naturalnych warunkach życia. Mam nadzieję, że branża skupi się na pozyskiwaniu śluzu w jeszcze lepszy sposób z uwzględnieniem warunków życia ślimaków. W sieci krąży też kilka filmików pokazujących tradycyjną metodę pozyskania śluzu - wygląda to średnio atrakcyjnie, choć wyraźna krzywda ślimakom się nie dzieje. Budzi we mnie jednak pewne obawy, przez które mam opory przy używaniu produktów z filtratem, dlatego postanowiłam zmniejszyć ilość kosmetyków z tym składnikiem w swojej pielęgnacji (w zapasach mam jeszcze krem pod oczy i kilka masek, nie planuję dokupywać nic więcej). Moja przygoda ze śluzem zaczęła się od Mizon, Krem ze śluzem ślimaka All In One, który wspaniale nawilżył i ukoił moją cerę. Stąd wiem, że śluz faktycznie daje niesamowite rezultaty i trzymam kciuki za nowe sposoby jego pozyskania.

Właściwości śluzu ślimaka

Znany już od czasów Starożytnej Grecji, śluz ślimaka został zapomniany i powrócił do łask w latach 80-tych XXw, dzięki czemu w latach 90-tych opracowano pierwszy nowoczesny krem z tym składnikiem. Od tamtej pory powstały całe gamy produktów, które doskonale nawilżają i regenerują skórę, a ponadto mają moc zmniejszania blizn. Wszystko dzięki temu, że śluz ślimaka zawiera:
  • mukopolisacharydy: zmniejszają podrażnienia i reakcje alergiczne, pomagają w prawidłowym krążeniu krwi i limfy. W połączeniu z kolagenem i elastyną dodają skórze elastyczności, sprężystości oraz nawilżenia;
  • alantoina: posiada właściwości przeciwzapalne i kojące, dzięki czemu  przyspiesza regenerację skóry i gojenie ran oraz łagodzi podrażnienia, a także zmiany trądzikowe. Wspomaga rozjaśnianie i likwidację blizn, rozstępów, a także wspiera usuwanie cellulitu;
  • naturalne antybiotyki: zabijają szkodliwe bakterie i grzyby (np. Escherichia Coli, Staphylococcus Aureus i Pseudomonas Aeruginosa, które najczęściej powodują infekcje skórne) oraz łagodzą stany zapalne skóry;
  • kolagen i elastyna: pomagają likwidować zmarszczki, wspierają sprężystość oraz jędrność skóry;
  • kwas glikolowy: wygładza, odświeża i regeneruje skórę, spowalnia procesy starzenia; dodatkowo usuwa martwe komórki naskórka (peelinguje), reguluje wydzielanie sebum, zwęża i oczyszcza pory skóry;
  • witaminy A,C i E: odżywiają i regenerują skórę, chronią przed działaniem wolnych rodników, wspomagają rozjaśnianie przebarwień i przywracają skórze jednolity, wyrównany koloryt.


Mizon, Żel-krem 74% śluzu ślimaka

Według producenta: "Lekki, ale dobrze nawilżający żelowy krem do twarzy z filtratem ze śluzu ślimaka. Znany jest na całym świecie, ponieważ wspomaga walkę z bliznami i niedoskonałościami skóry. Silnie regeneruje, nawilża, zmiękcza i wygładza, a także wspiera naturalną barierę ochronną skóry. Pomaga w walce ze zmarszczkami. Oprócz 74% filtratu ze śluzu ślimaka zawiera także adenozynę, peptydy, witaminy i ekstrakty roślinne. Stanowi doskonałą odpowiedź na potrzeby problematycznej cery."


Krem kupimy w kartoniku, na którym znajdziemy głównie napisy po koreańsku i angielsku. INCI na szczęście mamy w języku międzynarodowym :) Jeżeli zakupu dokonamy u polskiego dystrybutora na opakowaniu powinna znaleźć się dodatkowa informacja w języku polskim. Kosztuje ok. 40 zł/45 ml. Można go kupić w coraz liczniejszych sklepach internetowych, swój egzemplarz mam z Asian Store.


Skład: na pierwszym miejscu filtrat ze śluzu ślimaka (74%), dalej jest trochę gorzej. Mamy tu m.in. silikony, glicerynę, hialuronian sodu, kilka roślinnych ekstraktów, pod koniec adenozynę (regeneruje, działa przeciwzmarszczkowo, rozjaśnia, wygładza, przyspiesza przepływ krwi) oraz nielubiany przeze mnie konserwant. Szczegóły: Snail Secretion Filtrate, Butylene Glycol, Cyclopentasiloxane, Glycerin, Bis-peg-18 Methyl Ether, Dimethylsilane, Polysorbate2-, Sodium Hyaluronate, Carbomer, Glycosyl Trehalose, Hydrogenated Starch Hydolsyate, Triethanolamine, Dimethicone/vinyl Dimethicone Crosspolymer, Dimethicone, Hydroxyethylcellulose, Caprylyl Glyocol, Ethylhexylglycerin, Sodium Polyacrylate, Centella Asiatica Extract, Portulaca Oleracea Extract, Camellias Sinensis Leaf Extract, Nelumbo Nucifera Flower Extract, Betula Platylphylla Japonica Juice, Tropolone, Copper Tripeptide-1, Allantoin, Panthenol, Olea Europaea (olive) Fruit Oil, Helianthus Annuus (sunflower) Seed Oil, Palmitoyl Pentapeptide-4, Adenosine, Disodium Edta.


Krem znajduje się w wygodnej, miękkiej tubce. Cieszę się, że na zgrzewie mamy łatwą do rozszyfrowania datę ważności, nie zawsze jest to tak oczywiste w przypadku azjatyckich kosmetyków. Po otwarciu należy go zużyć w ciągu 12 m-cy. Korek jest odkręcany. Przed pierwszym użyciem musimy zerwać aluminiowe zabezpieczenie, więc mamy pewność, że krem nie był używany. Lubię takie rozwiązania.



Sam krem ma konsystencję dość gęstego żelu, ale jest lekki. Dzięki temu, że producent nie użył barwników, produkt jest przezroczysty i mamy mniejsze ryzyko podrażnienia skóry. Posiada bardzo delikatny zapach, ale skład nie deklaruje użycia kompozycji zapachowej, więc prawdopodobnie wynika on z użytych substancji. Najbardziej przypomina lekko kwiatowy aromat i jest do zniesienia, na skórze w ogóle go już nie wyczuwam. Należy zwrócić uwagę na dokładne omijanie okolic oczu. Na skórze bardzo, ale to bardzo delikatnie się lepi, choć nie mam zwyczaju dotykania twarzy w ciągu dnia, więc nie przeszkadza mi to za bardzo. Kremu nie używam na suchą skórę, ponieważ potrafi wtedy ją nieprzyjemnie ściągać (podobnie jak żel hialuronowy). O wiele lepiej aplikować go na skórę lekko zwilżoną np. tonikiem, hydrolatem czy wodą termalną.


Krem dobrze się rozsmarowuje i daje natychmiastowy efekt lekkiego ujędrnienia. Skóra momentalnie staje się bardziej sprężysta, jakby uniesiona i efekt ten utrzymuje się przez kilka godzin od aplikacji, po czym stopniowo znika (po zmyciu całkowicie). Żel nie wchłania się do matu, pozostawia na skórze lekko świetlisty efekt. Po kilku godzinach można zaobserwować bardziej błyszczącą powłoczkę, nie jest to jednak typowe błyszczenie (np. jak sebum na tłustej skórze) i jest do wytrzymania. Jeśli na krem nałożę makijaż (obecnie krem BB Holika Holika Cotton Candy), a całość przypudruję, błyszczenie pojawia się jeszcze później, praktycznie pod wieczór, więc mi nie przeszkadza. Krem Mizon doskonale nadaje się pod makijaż, ponieważ podkłady się na nim nie rolują, minerały też się dobrze trzymają. 
Ślimaczego żelu Mizon używam od ponad 5 m-cy, tylko na dzień, a nadal w tubce sporo zostało, więc wydajność ma niesamowitą. Przez cały ten czas nie zapchał porów, nie podrażniał i nie uczulił. Krem nawilża całkiem przeciętnie, stosowany na skórę wilgotną nie wysusza, a dodatkowo zatrzymuje dostarczoną wilgoć. Zaraz po nałożeniu daje niesamowite wrażenie nawodnienia, ochłodzenia i zmniejszenia uczucia suchości, jednak w ciągu dnia ten efekt stopniowo maleje. Stosowany regularnie rozjaśnia małe przebarwienia, co widzę po swoich pieprzykach, ujednolica koloryt cery, sprawia, że skóra jest lekko ujędrniona, gładka i miękka w dotyku. Zdecydowanie pozytywnie wpływa na suche skórki, które szybko usuwa i zapobiega powstawaniu kolejnych. Kiedy jest nałożony mam wrażenie, że zmarszczki mimiczne są mniej widoczne, niestety efekt znika po demakijażu i nie utrzymuje się nawet przy regularnym używaniu. Dodam, że krem wpływa na regulację sebum, skóra o wiele mniej się przetłuszczała, dłużej wyglądała świeżo i promiennie, choć jak wspomniałam nie była matowa.


Zauważyłam, że krem ma sporo negatywnych opinii ze względu na wysuszanie, dlatego podkreślam, że warto nakładać go na wilgotną skórę - zaraz po toniku, hydrolacie, wodzie termalnej, tonerze, lotionie.

Krem jest przyjemny w używaniu, nie zrobił krzywdy, lekko poprawił koloryt, ale jeszcze lepiej wspominam wersję All In One, która dodatkowo niesamowicie nawilżała i rozświetlała skórę na dłużej.

Znacie kosmetyki ze śluzem ślimaka? Jaki macie stosunek do tego składnika?

Przegląd kremów do rąk: Harmonique, Delawell, Avon, Verona, Nautrogena, Liv Delano

Kremy do rąk zużywam w ilościach hurtowych i gdybym miała o każdym pisać oddzielne recenzje zarzuciłabym Was takimi samymi postami. Nie jest to moim celem, więc raz na jakiś czas uraczę Was zbiorczą opinią i mam nadzieję, że mimo, iż post będzie dłuższy, to jednak przyjazny w odbiorze. Jak z łatwością zauważycie używam produktów różnych marek, z różnych półek cenowych i z różnym składem. W ciągu ostatniego roku nie kupuję już nic z Avon ze względu na to, że firma testuje na zwierzętach i raczej ma słabej jakości kosmetyki pielęgnacyjne. 

Po co używać kremu do rąk?

Skóra dłoni łatwo się wysusza, ponieważ wystawiona jest na działanie czynników zewnętrznych np. słońca, wiatru, mrozu oraz ma częsty kontakt z detergentami. W rezultacie pozbywamy skórę naturalnego płaszcza ochronnego, więc dłonie szybciej stają się suche, szorstkie, łuszczące się. Przyznajcie się, czy smarujecie dłonie filtrem UV? Wiele osób zapomina nawet o ochronie twarzy, a co dopiero innych częściach ciała. To dlatego właśnie łatwo poznać wiek po dłoniach - lata zaniedbań stają się widoczne, bo skóra szybciej się starzeje. Aby spowolnić ten efekt wystarczy co najmniej raz dziennie, najwygodniej na noc, wsmarować w ręce dobry, treściwy i odżywczy krem. W trakcie dnia sprawdzą się lżejsze konsystencje, dlatego osobiście dzielę kremy na te "na dzień" i "na noc", a ideałem jest produkt, który spisuje się przez całą dobę - takich niestety znalazłam niewiele.

Liv Delano, Oriental Touch, Balsam regenerujący do suchej skóry rąk

Według producenta: "Balsam regenerujący do suchej skóry rąk, skórek i paznokci. Naturalne składniki: olej sojowy, olej kokosowy, kwas hialuronowy, ceramidy roślinne, witamina F, ekstrakty perełkowca japońskiego, wiciokrzewu, wodorostów, dzikiej róży, moreli japońskiej, hiacyntu, olejki eteryczne pomarańczy, mandarynki, bergamotki - wzmacniają skórę rąk i płytkę paznokciową, zmiękczają, chronią przed negatywnym oddziaływaniem czynników zewnętrznych. Koją delikatną skórę rąk, stymulują jej naturalne funkcje ochronne.
0% - oleju mineralnego, gliceryny, sztucznych barwników, parabenów. 100% - naturalne oleje.".


Miękka tubka jest bardzo wygodna w używaniu, dzięki niej wyciśniemy krem praktycznie do samego końca. Korek jest odkręcany. Krem sprzedawany jest często w sklepach z kosmetykami naturalnymi i uznawany jest za naturalny, ale nie do końca się z tym zgadzam.
Skład oparty o wodę i emolienty, całkiem wysoko mamy wspomniane oleje sojowy i kokosowy (odżywiają i wzmacniają skórę, chronią przed negatywnym wpływem temperatury czy detergentów), kwas hialuronowy, ceramidy roślinne i witamina F (przywracają nawilżenie naskórka, łagodzą podrażnienia), ekstrakty roślinne i olejki eteryczne (zmiękczają i koją skórę, stymulują naturalne funkcje ochronne). Szczegóły poniżej:


Krem posiada lekką konsystencję, która szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy na skórze. Posiada bardzo silny zapach, który najbardziej kojarzy mi się z oranżadą w proszku. Zapach utrzymuje się na skórze dość długo, więc jeśli się nie spodoba niestety może męczyć. Krem całkiem nieźle nawilża i zmniejsza nieprzyjemne uczucie suchości, jednak nie poradzi sobie z większymi problemami. To dobry krem na wsparcie w ciągu dnia, kiedy zależy nam na delikatnym efekcie bez lepiącej warstwy np. w pracy czy w ciągu dnia po umyciu rąk. Na noc jest zbyt mało treściwy, rano nie pozostaje po nim ślad. Kosztuje od 4 do 12 zł za 75g, można go kupić zwłaszcza w sklepach internetowych.


Verona, Krem do rąk regenerujący, Zielona herbata i limonka

Według producenta: "Dzięki doskonale dobranym składnikom krem intensywnie pielęgnuje, odżywia i regeneruje skórę rąk. Nadaje zdrowy wygląd, wygładza, zmiękcza i uelastycznia. Dłonie zachowują piękny i młodzieńczy wygląd".


Średnio twarda tuba jest mniej wygodna w używaniu. Na początku jest ok, potem zawartość trzeba wyciskać siłą albo rozciąć plastik. Korek na klik czasem ciężej chodził, ale przynajmniej sam się nie otworzy np. w torebce, a przed pierwszym użyciem trzeba go odbezpieczyć, za to plus. Opakowanie jest półprzezroczyste, dzięki czemu widzimy ile produktu zostało.
Skład: wybitnie emolietowy, ale bez parafiny. Zawiera też m.in. masło shea (natłuszcza, odżywia skórę), olej ze słodkich migdałów (odżywia skórę, zmiękcza), ekstrakt z zielonej herbaty (odmładza skórę, działa fotoochronnie), ekstrakt z limonki (rozjaśnia, oczyszcza i lekko wybiela skórę), witaminę E (odmładza, chroni przed wolnymi rodnikami). Pod koniec cała litania konserwantów.


Krem na lekko zieloną barwę i dość lekką konsystencję. Używałam go w wersji "na dzień" ponieważ całkiem szybko się wchłaniał, praktycznie nie pozostawiając tłustej warstwy, ale wiele zależy od użytej ilości. Pachnie sztucznie, lekko herbatą i cytrusami, delikatnie, z pudrową nutą. Na noc był zbyt lekki, szybko znikał i rano nie widziałam efektów. To jeden z tych kremów, przy których trzeba uważać i kontrolować użytą ilość, ponieważ zbyt mało kremu nie wpłynie na skórę praktycznie wcale, zbyt dużo pozostawi za to uczucie "tępej" skóry, lekkiego ściągnięcia i tłustości. Trzeba wypracować sobie tą "idealną" ilość, wtedy całkiem dobrze nawilża i zmiękcza skórę, niweluje także uczucie suchości i szorstkość. Przy większych problemach skórnych jednak sobie nie poradzi. To dobry krem na dzień, na szybkie użycie w pracy. Kosztuje ok. 6-8zł za 75ml. Można go kupić w drogeriach i przez internet.


AVON, Royal Jelly, Krem do rąk z mleczkiem pszczelim

Według producenta: "Krem zawiera mleczko pszczele, wygładza i zmiękcza oraz podwaja nawilżenie skóry i utrzymuje jego poziom przez wiele godzin."


Kiedyś namiętnie kupowałam kremy do rąk z Avon, obecnie wykończyłam ten i na więcej się nie skuszę. Tubki są miękkie i wygodne, korki odkręcane - piszę w liczbie mnogiej, ponieważ wszystkie wersje miały podobne opakowania, przynajmniej kilka miesięcy temu.
Skład: oparty o wodę, glicerynę i emolient, dość krótki. Miodu mamy tu malutko, grubo po konserwantach, a mleczka pszczelego jeszcze mniej.


Krem na fajną konsystencję, bardziej przypomina żel zabarwiony na lekko żółty odcień. To co mnie urzekło to zapach przypominający słodki miód, ale bez przesady, nie mdli od niego. Krem nie pozostawia tłustej warstwy, dzięki czemu świetnie nadaje się na dzień, jednak użyty w zbyt dużej ilości klei się i lepi do wszystkiego. Niestety przy zbyt częstym stosowaniu wysusza dłonie jeszcze bardziej, jego działanie jest wybitnie doraźne i chwilowe. Kosztuje ok. 4 zł w promocji Avon za 100 ml.

DelaWell, Protection & Care Cream, Krem do rąk pielęgnacyjny i ochronny

Według producenta: "Przeznaczony do pielęgnacji domowej lub na koniec zabiegu w gabinecie kosmetycznym. Jego działanie przeciwbakteryjne i przeciwgrzybiczne ma zastosowanie u osób narażonych na zakażenia (pracownicy salonu kosmetycznego, fryzjerskiego, służby zdrowia, osoby korzystające z basenu itp.), a także w profilaktyce u osób po leczeniu np. grzybicy. Oprócz działania ochronnego krem posiada właściwości pielęgnacyjne, działając na naskórek odżywczo, regeneracyjne i łagodząco. Zawarte w kremie specjalistyczne składniki pomagają w niwelowaniu przykrego zapachu, na który często skarżą się pacjenci salonów kosmetycznych, a który może mieć wiele przyczyn np. cukrzyca, przewlekła niewydolność nerek, grzybice, nadmierna potliwość. Zastosowanie kremu podczas zabiegu i w dalszej kuracji domowej pozwoli na zniwelowanie przykrego zapachu oraz ochronie przed zakażeniami."


Jak widzicie mam miniaturkę 50 ml, która posiada opakowanie w kształcie buteleczki z twardego plastiku z korkiem na klik. Pod koniec trudno wydobyć zawartość, ale dzięki przezroczystym ściankom widać ile produktu zostało. Pełnowymiarowe opakowanie to wygodna butelka z pompką (TUTAJ możecie zobaczyć jak wygląda takie opakowanie, ponieważ mam wersję owocową). 
Skład: dość długi. Zawiera sporo emolientów i olei roślinnych, między innymi masło mango (nawilża i natłuszcza, działa silnie regenerująco), olej jojoba (odżywia, natłuszcza i nawilża skórę), masło shea (jest naturalnym filtrem przeciwsłonecznym; działa nawilżająco i natłuszczająco, opóźnia starzenie skóry) oraz inne cenne substancje, w tym trehalozę (pochłania zapachy wydzielane przez ludzką skórę, pozyskuje wilgoć z otoczenia i pomaga zachować odpowiedni poziom wody w naskórku; usprawnia odnowę i zwiększa elastyczność skóry), cobiostab (skutecznie chroni skórę przed rozwojem bakterii i grzybów, jednocześnie nie zmienia jej naturalnej fory bakteryjnej; posiada wyjątkową zgodność z powierzchnią skóry i błon śluzowych, dzięki czemu jest polecany do pielęgnacji skóry wrażliwej i delikatnej; niweluje powstawanie przykrego zapachu potu), cytrynian trójetylu (naturalna substancja hamująca rozwój bakterii odpowiedzialnych za przykry zapach potu), lanolina (reguluje gospodarkę hydrolipidową skóry; przywraca naturalną elastyczność, dzięki czemu zmniejsza jej skłonności do pęknięć), allantoina (działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia, wspomaga procesy regeneracji i odbudowy naskórka, sprzyja gojeniu się ran).


Krem jest biały i dość lekki. Pachnie bardzo specyficznie i nie do końca podobają mi się takie chemiczne nuty zapachowe, kojarzące się ze szpitalem w połączeniu z egzotycznym aromatem przypraw czy siana (kumaryna). Produkt dobrze się wchłania i pozostawia na skórze ochronną warstwę, która ani nie jest tłusta ani lepka, a mimo to czuć, że jest. Krem faktycznie dobrze nawilża i odżywia skórę, niweluje uczucie ściągnięcia czy szorstkości. Używałam go także na stopy po korzystaniu z sauny. Nie mam wielkich problemów z potliwością, więc nie wiem jak na to wpływa, ale profilaktycznie antybakteryjnie dobrze się spisywał na wyjazdach. Gdyby nie ten zapach kupiłabym całe opakowanie, które kosztuje 22zł/120 ml (widziałam tylko w internetach).


Neutrogena, Formuła norweska, Krem do rąk bezzapachowy

Według producenta: "Tylko kropla tej wzbogaconej w glicerynę formuły, przynosi natychmiastową ulgę oraz chroni suche, spierzchnięte dłonie. Nawet w najbardziej surowych warunkach sprawia, że dłonie są widocznie bardziej miękkie i gładkie. Stworzony we współpracy z dermatologami. Silnie skoncentrowany, bardzo wydajny - wystarcza na ponad 200 zastosowań."


Opakowanie koszmarnie się brudzi, więc noszenie go w torebce kończy się takim wyglądem jak na zdjęciach. Niemniej tubka jest miękka i wygodna, z odkręcanym korkiem. Warto zauważyć, że jest też malutka, jej pojemność to zaledwie 50 ml, czyli połowa standardowego opakowania kremu do rąk.
Skład: krótki, gliceryna i emolient, konserwanty.


Krem ma za zadanie chronić skórę przed zimnem i jeśli miałabym tylko na tą jedną funkcję patrzeć to byłabym zadowolona, ponieważ produkt tworzy na skórze nieprzepuszczalną tłustawą warstwę. Oczywiście używałam go zimą i wczesną wiosną. Niestety przy okazji bardzo przesusza dłonie, które są potem szorstkie, nieprzyjemne w dotyku i ściągnięte, wręcz błagają o nawilżenie i natłuszczenie. Na pewno jest bardzo wydajny - już niewielka ilość pokrywa skórę szczelną warstwą. Niestety połowę tubki wyrzuciłam, bo nie mogłam znieść tego nieprzyjemnego przesuszenia. Patrząc na skład, działanie i cenę gratuluję marketingu. Ja go więcej nie kupię i na wszelkie wypadek całą markę omijam szerokim łukiem. Kosztuje ok. 12-20 zł za małą tubkę 50ml.


Harmonque, Krem do rąk z 20% masła shea

Według producenta: "Dzięki wysokiej koncentracji  roślinnych składników dostarcza skórze  wielu cennych substancji odżywczych. Zawiera aż 20 % masła Shea, które  od wieków znane jest ze swoich cennych właściwości.  Masło shea jest niezwykle bogate w składniki odżywcze min. kwasy tłuszczowe, witaminy  E, A, naturalne woski.  Masło Shea Skutecznie wygładza, natłuszcza, nawilża skórę sprawiając, że jest ona gładka i miękka, ochrania warstwę lipidową skóry, regeneruje i chroni skórę przed starzeniem się.

Krem ma  gęstą treściwą konsystencję a mimo to łatwo się rozsmarowuje i doskonale się wchłania. Pozostawia na skórze ochronny film skutecznie zabezpieczając przed działaniem czynników zewnętrznych. Idealny do pielęgnacji suchej  i podrażnionej skóry rąk."


Opakowanie to moja ulubiona butelka z pompką typu air-less, wygodna i praktyczna. Pompka się nie zacina, działa płynnie i bezproblemowo. Przed pierwszym użyciem wymaga odbezpieczenia, za to też ogromny plus, a dodatkowo krem nie zasycha. Kosztuje 29zł/100ml. Kosmetyk uznawany za naturalny.


Skład: masło shea występuje zaraz po wodzie, co bardzo mi się podoba (ochrania warstwę lipidową skóry, wygładza, natłuszcza, nawilża), alantoina (łagodzi podrażnienia, regeneruje, wygładza i zmiękcza skórę pozostawiając ją  jedwabiście gładką), gliceryna roślinna (nawilża, wygładza, poprawia elastyczność), d-panthenol (łagodzi podrażnienia i skutecznie nawilża skórę, nadając jej miękkość i elastyczność), olej migdałowy (zmiękcza i wygładza naskórek).


Ze względu na wysoką zawartość naturalnego masła Shea krem powinien być przechowywany w temperaturze 4-25oC. Na skutek zmian temperatury otoczenia masło Shea może ulec krystalizacji, co nie wpływa na jakość ani na właściwości produktu. Produkt należy zużyć w ciągu 12 miesięcy od otwarcia.


Krem posiada dość dziwny, nie do końca naturalny zapach. Trochę karmelowo -  perfumowany aromat zaskoczył mnie przy pierwszym użyciu, ponieważ spodziewałam się czegoś bliższego masłu shea i orzechowym nutom. Produkt ma treściwą, bogatą konsystencję, jednak w kontakcie ze skórą jakby się roztapia, dobrze rozsmarowuje i po dłuższej chwili wchłania. Dzięki temu, że gliceryny jest w składzie o wiele mniej niż masła shea i emolientów nie wysusza mojej skóry, a wręcz przyjemnie nawilża, regeneruje i odżywia, pozostawiając delikatną, lekko tłustą warstwę na skórze. W ciągu dnia był trochę zbyt treściwy i odżywczy, nawet użyty w niewielkiej ilości potrafił tłuścić dotknięte przedmioty. Często stosowałam go więc na noc, smarując grubą warstwą skórę, czasem nakładając dodatkowo bawełniane rękawiczki. Jednak nie było tak idealnie, jakby się mogło wydawać. Krem po zastosowaniu zbyt grubej warstwy działał na odwrót niż powinien - po całej nocy skóra wydawała się ściągnięta i odwodniona, jak gdybym nie użyła żadnego smarowidła. Najlepsze zastosowanie zauważyłam w duecie z rękawiczkami na noc, wtedy dłonie faktycznie rano były miękkie, nawilżone i zregenerowane, a suche skórki znikały. Nie lubię jednak takiego rozdwojenia jaźni i muszę przyznać, że ten tak polecany krem, w dodatku naturalny, to moje rozczarowanie kosmetyczne ubiegłego roku. 


Najlepiej wspominam mimo wszystko lekki krem Liv Delano - za lekkość i brak tłustej warstwy, minus za dziwny, silny zapach oraz Harmonique - za fajny skład, dużo masła shea i pompkę, minus za dwojakie działanie. Żadnego z nich nie planuję jednak ponownie kupić i nadal szukam swoich perełek. Więcej o kremach do rąk możecie poczytać klikając TUTAJ. Podlinkowałam wszystkie moje recenzje, wśród nich do mojego jak na razie najlepszego kremu kakaowego KLIK

Znacie któryś z tych produktów? Czego Wy aktualnie używacie?

Vichy, Woda termalna

Nareszcie w powietrzu czuć lato, temperatury w ostatnich dniach przekroczyły 27 stopni, nie chce się siedzieć całymi dniami w domach czy biurach. W parkach, nad Wisłą czy po prostu gdzie się da popołudniami i w weekend jest pełno ludzi cieszących się słońcem, zielenią i towarzystwem. Nie zapominajmy jednak, że ze słońcem lepiej nie przesadzać, picie dużej ilości wody i stosowanie filtrów ochronnych to postawa. Sama skóra też nie lubi nadmiaru promieni słonecznych, które ją wysuszają i zmuszają do reakcji obronnych, więc pamiętajmy o chłodzeniu się i lekkim makijażu. Wieczorem dbajmy wyjątkowo starannie o oczyszczenie, zwłaszcza z lepkich kremów z filtrem oraz dobre nawilżanie, aby ułatwić skórze regenerację. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami genialnym produktem właśnie na nadchodzące gorące miesiące. Jest to woda termalna Vichy, kosmetyk wielofunkcyjny i bardzo praktyczny. 


Vichy, Woda termalna

Według producenta: "Kryje w sobie wyjątkowe właściwości 15 cennych minerałów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania skóry. Słynie ze swoich właściwości łagodzących, wzmacniająco-ochronnych oraz regenerujących. Wspiera profesjonalną pielęgnację, przywracając skórze naturalny i promienny wygląd. Dzień po dniu znikają zaczerwienienia oraz suchość i szorstkość.
Wysoka skuteczność potwierdzona badaniami klinicznymi: o 20% mniejsza widoczność zaczerwienień, o 52% zredukowane uczucie ściągnięcia i pieczenia, o 83% mniejsza suchość skóry. Jest hipoalergiczna, nie zawiera konserwantów ani środków zapachowych. Spełnia wymagania skóry wrażliwej i skłonnej do podrażnień."


Opakowanie wody to standardowa aluminiowa butelka z atomizerem (pojemnik jest pod ciśnieniem, dlatego należy chronić go przed bezpośrednim działaniem słońca i nagrzaniem powyżej 50 st. C). Design opakowania przywodzi na myśl ochłodzenie i orzeźwienie. Kosztuje ok. 25 zł/150 ml, można ją znaleźć nie tylko w drogeriach, ale i aptekach.


Skład: najkrótszy jaki kiedykolwiek widziałam - po prostu woda. Jednak o jej wyjątkowości stanowi pochodzenie, a woda termalna z Vichy wydobywana jest w sercu wulkanicznego rejonu Owernii we Francji na głębokości 4000 metrów, dzięki czemu jest mocno nasycona 15 różnymi minerałami, a przy tym zachowuje swoją czystość i dobroczynne właściwości. Zawiera m.in. wapń, żelazo, magnez, potas, krzem, sód i mangan.


Butelka jest bardzo poręczna, jednak jej największym atutem jest atomizer, który tworzy idealną mgiełkę, delikatnie otulającą skórę. Chmurka wody subtelnie osiada na twarzy, nie tworząc zacieków i nie spływając ze skóry, dzięki czemu stosowanie wody termalnej jest niezwykle przyjemne. Cieszę się, że producent nie dodał żadnych substancji zapachowych czy barwników, które mogłyby podrażniać czy uczulać. Dzięki tak prostemu składowi woda nadaje się także dla bardzo wrażliwych cer.


Producent zaleca stosowanie wody każdego dnia rano i wieczorem przed nałożeniem kremu. Na dokładnie oczyszczoną twarz wystarczy rozpylić niewielką ilość płynu, trzymając pojemnik w odległości ok. 30 cm od twarzy, odczekać chwilę, a następnie delikatnie osuszyć skórę chusteczką. Produkt można stosować także w ciągu dnia, aby odświeżyć lub ukoić skórę np. podczas wypoczynku na słońcu. Wodą można również przedłużyć trwałość makijażu czy scalić różne warstwy np. pokładu i pudru, co pomaga uniknąć efektu "płaskiego matu", dodając twarzy naturalności i promiennego wyglądu. Fanki naturalnych maseczek będą zadowolone także z możliwości użycia mgiełki do zwilżenia nałożonej na twarz glinki, co jest bardzo istotne, aby nie dopuścić do jej zaschnięcia na skórze i podrażnienia czy zaczerwienienia.


Osobiście najbardziej lubię stosować produkt Vichy jako etap porannej i wieczornej pielęgnacji. Tuż po demakijażu i przetarciu cery tonikiem spryskuję twarz wodą termalną i po odczekaniu chwili, ale wciąż na jeszcze wilgotną skórę, nakładam toner (etap koreańskiej pielęgnacji) lub serum. Dzięki temu substancje aktywne z kolejnych kosmetyków mogą dotrzeć w głębsze warstwy naskórka, lepiej je nawilżyć i odżywić. Czasem spryskuję skórę tuż po nałożeniu na nią czystego oleju np. z malin czy z pestek moreli, dzięki temu cała wilgoć wraz z cennymi minerałami zostanie w skórze, zamknięta przez warstwę okluzyjną. W ciągu upalnego dnia uwielbiam moment ochłodzenia i ukojenia, jakie przynosi ze sobą spryskanie rozgrzanej skóry tym produktem. Skóra  jest dużo lepiej nawilżona, pozbyłam się suchych skórek wokół nosa, zaczerwienienia na policzkach wizualnie wyglądają na trochę bledsze. A najlepsze jest to, że efekt jest praktycznie natychmiastowy, już od pierwszego użycia. Mój mąż lubi używać jej tuż po goleniu, gdy skóra jest podrażniona i lekko szczypie, ponieważ woda koi i przyspiesza regenerację skóry.

Woda termalna jest jednym z najbardziej uniwersalnych kosmetyków, jakie miałam. Nadaje się do każdej cery, od suchych i wrażliwych po grube, tłuste i trądzikowe. Będą z niej zadowoleni zarówno mężczyźni, jak i kobiety - te uwielbiające naturalną pielęgnację, jak i te kochające wielowarstwowy makijaż. Ponadto używania tego produktu nie ogranicza pora roku, tak samo świetnie spisze się zimą w ogrzewanych pomieszczeniach, jak i latem na zewnątrz czy w klimatyzowanym biurze. Dla mnie jest to "must have" i w pełni rozumiem liczne pozytywne opinie.

Znacie wodę termalną Vichy? Jaki Wy macie "must have" na lato?

Pielęgnacja twarzy przed weselem lub imprezą

Jeżeli śledzicie mnie na Instagramie wiecie, że dopiero co byłam na weselu, a to jeszcze nie koniec w tym roku :) Was także czeka niejedna impreza i niejedna okazja do zabawy, przynajmniej taką mam nadzieję. W tak szczególne dni my, kobiety, lubimy czuć się wyjątkowo piękne, nawet jeśli na co dzień się nie malujemy. Dodaje nam to energii oraz pewności siebie i nie ma w tym nic złego. Co więc zrobić kiedy chcemy wyglądać wyjątkowo dobrze, a nie wiemy na co zwrócić uwagę? Jak bezpiecznie zadbać o urodę, aby następnego dnia nie obudzić się z uczuleniem na twarzy albo swędzącą skórą? Przed ważnym wydarzeniem lepiej nie wykonywać nieznanych zabiegów, zwłaszcza silniej działających na skórę, bezpieczniej zrezygnować też z nowych kosmetyków. Z własnego doświadczenia zebrałam specjalnie dla Was kilka ważnych informacji, którymi chciałabym się podzielić, abyście mogły czuć się piękne każdego dnia :)


Czego unikać na dzień przed weselem?


  • Nowości, nawet bardzo polecanych przez przyjaciółki, przy czym bez znaczenia jest czy to kosmetyk drogeryjny czy naturalny. Jeden i drugi może zawierać składniki, które mogą uczulić lub podrażnić skórę. Lepiej zostawić testowanie na wolny weekend i uniknąć ewentualnych nerwów, a w dniu wesela dobrze się bawić bez zastanawiania czy już spod podkładu widać zaczerwienienie.
  • Silnych zabiegów np. kwasów, kosmetyków z retinolem lub z innymi witaminami, które zwykle dość mocno działają na skórę, często podrażniają lub wzmacniają istniejące zaczerwienienia. Bezpieczniej się skupić na jednym skutecznym składniku, o ile jest naszej cerze już znany i nie eksperymentować z mieszankami.
  • Nakładania na skórę mnóstwa różnych produktów, ponieważ kosmetyki to chemia, a poszczególne składniki mogą "się nie lubić", reagować ze sobą i katastrofa gotowa! Oczyszczenie skóry, delikatny peeling, maseczka, tonik, serum lub krem na noc w zupełności wystarczą, zwłaszcza jeśli na co dzień również nie nadużywamy kosmetyków. Nie warto obciążać skóry i ryzykować przykładowo krostek.
  • Niedokładnego demakijażu, ale przy pomocy delikatnych środków. Dobrze oczyszczona skóra lepiej przyjmie bogactwo składników aktywnych z kosmetyków, zmniejszy ryzyko krostek czy zaskórników, za to będzie rozświetlona i gładsza.
  • Braku snu. To znany i potwierdzony wielokrotnie sposób na wypoczętą, jędrniejszą i pełną blasku cerę. W miarę możliwości warto zaplanować sobie odpowiedni czas na odpoczynek, nie zostawiać zbyt wiele spraw na ostatnią chwilę.
  • Zostawiania na ostatnią chwilę wyboru kosmetyków do makijażu i perfum, żeby przed samym wyjściem nie biegać w poszukiwaniu ulubionej pomadki czy tuszu do rzęs. 

Bezpieczne zabiegi na dzień przez imprezą:


--> Peeling enzymatyczny: jest uniwersalny i dobry dla większości cer, ponieważ jest delikatniejszy niż peeling mechaniczny. Jego skład powinien być oparty na kilku enzymach owocowych np. z ananasa, papai, granatu, które rozpuszczają naskórek robiąc miejsce nowym komórkom. Rzadziej podrażnia, ułatwia głębsze oczyszczenie porów i poprawia koloryt cery. U mnie świetnie się sprawdza ten z Norela (na zdjęciu niżej) lub cytrynowy Mizon.

--> Maseczka: sklepowa, domowa lub w płachcie, byle by była sprawdzona. Przed imprezą warto zastosować tzw. multimasking czyli dobranie odpowiedniej maseczki do każdej części twarzy. Przykładowo moja cera zwykle najmocniej przetłuszcza się na czole, brodzie i w górnej części policzków (nakładam więc maskę lub glinkę oczyszczającą i regulującą wydzielanie sebum), podczas gdy nos i pozostałe partie twarzy są mocno odwodnione (nakładam nawilżającą lub ujędrniającą), natomiast pod oczy odżywczą lub nawilżającą i delikatną. Dzięki temu każdej części twarzy dostarczam dokładnie tego, czego potrzebuje. Oczywiście można na całą twarz nałożyć gotowy produkt uniwersalny, np. jedną z moich ulubionych czarną maskę Iva Natura (nie mylcie z chińskim, nieskutecznym peel-offem), która pięknie odświeża, oczyszcza i rozjaśnia cerę dodając jej blasku. Jeśli lubicie kosmetyki domowe polecam zmieszać rozdrobniony świeży ogórek z greckim jogurtem i pozostawić na 15 minut - cera będzie świeża, pory przymknięte, a cała twarz nabierze zdrowego efektu glow.


--> Plastry oczyszczające nos z wągrów: przykleja się je zwykle na zwilżoną skórę, a po 15 min.odkleja teoretycznie oczyszczając pory. Najlepsze jakie poznałam są marki Cettua (dostępne np. w Douglas). 

--> Serum najlepiej z krótkim składem, pełnym konkretnych substancji aktywnych. Serum, w zależności od potrzeb cery, można używać na noc na całą twarz i szyję lub tylko w wybrane partie. Najbardziej uniwersalnym składnikiem jest kwas hialuronowy, który nawilża i napina skórę, ułatwia także innym substancjom przenikanie wgłąb naskórka, więc doskonale nadaje się dla każdej cery. Tym tłustym i mieszanym służy wit. B3 (niacynamid lub wit. PP), która świetnie reguluje wydzielanie sebum i zwęża pory, zmniejszając błyszczenie. Cerom suchym szczególnie polecam aloes, naczynkowym wit. C oraz arnikę górską, dojrzałym granat i biotynę (np. kurację DermoFuture), wrażliwym zieloną herbatę i nagietek. 

--> Peeling i maska na usta, aby były gładkie i miękkie. Nie trzeba kupować specjalnych produktów, wystarczy nałożyć na wargi grubszą warstwę miodu, a po 10 min wmasować w nie cukier, najlepiej brązowy, potem całość zmyć. Na noc warto nałożyć naturalny balsam do ust. 

--> Delikatny krem pod oczy, ale tylko wcześniej sprawdzony. Krem pod oczy to jeden z tych kosmetyków, które najczęściej powodują problemy w postaci opuchlizny lub zaczerwienienia, dlatego lepiej nie ryzykować przed ważnym dniem. Warto pamiętać, że krem nakładamy pod oczy i w kąciki, ale nigdy na górną powiekę (wtedy krem łatwiej dostaje się pod powiekę i rano można obudzić się z opuchlizną).


--> Warto przygotować dzień wcześniej także sprawdzone kosmetyki do makijażu oraz perfumy. Szczególną uwagą darzę puder matujący, ponieważ podczas tańca często się pocimy i make up trzeba lekko odświeżyć. Osobiście dużą wagę przykładam także do trwałości pomadki, dlatego tak lubię matowe pomadki Delii, które nawet podczas jedzenia nie "zjadają się" tak szybko jak inne.


--> Zupełnie odrębną kategorię stanowią perfumy, które powinny do nas pasować, ale także być trwałe. Jednym z zapachów, na punkcie którego ostatnio oszalałam jest Roberto Cavalli Paradiso Azzurro.  Nawet nie jestem w stanie zliczyć ile dostałam komplementów na jego temat. Na samej konferencji Meet Beauty chyba z 5 razy byłam pytana czym pachnę, na weselu 2 razy i nie, nie jest to koniec :) Nie dziwię się, bo zapach jest obłędny i przede wszystkim bardzo trwały. W nucie głowy mamy bergamotkę, cytrusy i lawendę, a połączenie jest tak nieoczywiste i interesujące, że trudno je nawet nazwać. Nuta serca to słodki jaśmin, zaś nuty podstawowe stanowią cyprys, drzewo kaszmirowe, drzewo sandałowe, karmel i paczula. Zapach jest radosny, lekko wakacyjny i wprawia mnie w doskonały nastrój. Całość stanowi mieszankę marzycielską i uwodzącą, a przy tym delikatną i nienachalną. Wystarczy przymknąć oczy by przenieść się na rajską wyspę, usłyszeć szum oceanu i prawie poczuć smak egzotycznego drinka. A buteleczka? Magia, niebieski klejnot!

 
Wszystkich powyższych zasad trzymam się z powodzeniem od wielu lat i dzięki nim żadna impreza nie dostarcza mi dodatkowego stresu. Moja skóra jest w dobrej kondycji, rzadko zdarzają się podrażnienia i niemiłe niespodzianki. Udanych wesel, ślubów i imprez!

A czy Wy dodałybyście coś jeszcze do mojej listy?

Oright, Szampon z kofeiną i ziarenkiem kawy do posadzenia

Czy zastanawiacie się czasem nad obiegiem zużytych opakowań? Kupujemy kosmetyki w kolorowych kartonikach, często dodatkowo zafoliowanych, a w domu rozrywamy je, oglądamy i zwyczajnie wyrzucamy. Co się potem z nimi dzieje? Są spalane, rozdrabniane, składowane na wysypiskach, ale tylko niewielka część ponownie trafia do obiegu (np. szkło, makulatura). Według danych GUS z końca 2015 r. jedynie ok. 26% ogółu wytworzonych odpadów zostało poddanych recyklingowi. Czy nie jest to przerażające? Pomimo całej ekoświadomości, segregacji, zbiórek makulatury kraje europejskie produkują coraz więcej i więcej śmieci. Tym bardziej niezwykłą sympatią darzę producentów, którzy dbają nie tylko o składniki swoich produktów, ale także o opakowania już na etapie produkcji mając na uwadze to, co się z nimi stanie po zużyciu. A gdyby tak butelkę po szamponie... posadzić w ziemi i wyhodować młodą roślinkę? Cała ta idea niesamowicie do mnie trafia.


Organics Beauty, O'right, Coffeine Shampoo, Szampon z kofeiną do włosów normalnych

Według producenta: "Szampon wzmacniający i pobudzający do włosów normalnych. Bogaty w naturalne składniki aktywne (97,02%), które ożywiają skórę głowy i wzmacniają włosy. Cenne ekstrakty roślinne i naturalne olejki pomagają uzyskać równowagę skóry głowy i zmniejszyć dyskomfort, zapewniając zdrową skórę i naturalne, pełniejsze włosy. Zawiera  naturalną kofeinę, ekstrakt z dymnicy lekarskiej, liści wierzby i wiązówki błotnej. Najwyższej jakości aktywne składniki docierają do korzenia włosa, naprawiają, pobudzają do wzrostu."


Szampony można kupić w różnych pojemnościach. Moja standardowa wersja to 250 ml (ok. 100 zł), ale bardziej opłaca się zainwestować od razu w 400 ml (ok. 120 zł). Widziałam także wersję mini, idealną na wyjazdy 100 ml (ok. 40 zł) oraz maxi, przeznaczoną do użytku profesjonalnego 1000 ml (ok. 200 zł).

Nie, nie są to najtańsze szampony świata, ale producent zapewnia, że zostały stworzone na bazie koncepcji "Cradle do cradle" czyli "Od kołyski do kołyski". Zakłada ona, że wszelkie materiały są jednocześnie składnikami pokarmowymi krążącymi w ekosystemach, w związku z tym marka skupia się na projektowaniu kosmetyków skutecznych, ale także wolnych od odpadów. Wiąże się to z użyciem składników nieszkodliwych, których można używać w ciągłym cyklu bez utraty jakości - oznacza to, że materiały używane są w obiegu zamkniętym, a nie przetwarzane na coraz niższej jakości aż do odpadu, z którego niczego więcej nie można wytworzyć. Ogromną rolę mają także użyte składniki biologiczne, będące materiałem organicznym - mogą one w ostateczności trafić do otoczenia i rozłożyć się z glebie, dostarczając pożywki dla mikroskopijnych form życia. W skrócie - tą butelkę możecie zakopać w ziemi bez wyrzutów sumienia!

Kawa czyli sekret kosmetyków

Zastosowana w procesie produkcji technologia ultradźwięków pozwala pozyskać  najlepsze ekstrakty naturalnej kofeiny i wysokiej jakości, aktywne naturalne składniki, bez szkodliwej chemii, w sposób bezpieczny dla środowiska. Ponadto opakowania szamponów pochodzą w 100% z przetworzonych fusów kawowych, żadne barwniki nie są dodawane – kolor butelek to w 100% naturalny kolor kawy. Cudowna inicjatywa!

Ziarna kawy osadzone na dnie butelki szamponu są natomiast "zieloną nadzieją dla utrzymania równowagi lasów kawy". Nasionka kiełkują w 1-2 miesiące i w wieku 1-4 lat, w sprzyjających warunkach środowiskowych, są już pełnoprawnym drzewkiem. W piątym roku drzewko kwitnie i owocuje. U nas będzie mu zbyt zimno, ale chętnie posadzę butelkę ;) w doniczce i sprawdzę czy wykiełkuje! Dobrze przeczytaliście - posadzę butelkę, która rozkładając się dostarczy substancji odżywczych ziarenkom (kompost).


Skład: oparty na łagodnych detergentach (Sodium Laurol Methyl Isethionate, Sodium Cocoamphoacetate), wysoko znalazła się kofeina (pobudza włosy do wzrostu), za to inne ekstrakty są na samym końcu, nawet po konserwantach i kompozycji zapachowej. Szampon zawiera także substancje ułatwiające rozczesywanie oraz zapobiegające elektryzowaniu (Polyquaternium-7 oraz Polyquaternium-67). Szczegóły na zdjęciu. Warto zwrócić uwagę, że użyte w większości składniki są biodegradowalne i bezpieczne dla środowiska.


Wspomniałam wyżej, ale warto powtórzyć - opakowanie szamponu zostało w całości wykonane z przetworzonych fusów kawowych, a jego kolor jest w pełni naturalny. Butelka jest w dodatku ładna, minimalistyczna estetyczna. W dotyku lekko chropowata i przypomina miękki plastik. Korek wygląda na bambusowy. Całość tworzy spójny design.


Szampon jest dość rzadki i przezroczysty. Zaskoczyło mnie, że nie pachnie kawą, za to posiada niezwykle przyjemny i relaksujący aromat, subtelny i naturalny, jak lubię. Kojarzy się z roślinnością, soczystą trawą, trochę z zieloną herbatą. Produkt bardzo dobrze się pieni, wytwarza naprawdę duże ilości gęstej piany, nie szczypie w oczy i dobrze się spłukuje.


Szampon z kofeiną jest bardzo łagodny dla skóry, dzięki czemu głowa po nim nie swędzi. Nie zanotowałam też pojawienia się łupieżu (często mi się zdarza przy nowych szamponach). Kosmetyk jest skuteczny w swoim podstawowym działaniu, to znaczy dobrze myje. Włosy są po nim czyste, lekko lśniące i sypkie. Cieszy mnie, że świetnie odbija włosy u nasady, dzięki temu moje cienkie kosmyki wyglądają na grubsze, a fryzura ma większą objętość. Nie zauważyłam przyspieszonego wzrostu, ale nie liczyłam na to. Na pewno włosy mniej wypadają, są elastyczne, wyglądają zdrowo i nie elektryzują się. Co ciekawe jeżeli nie użyję maski albo odżywki, tylko trochę trudniej jest mi potem rozczesać włosy, ale i tak o wiele łatwiej, niż przy typowych szamponach naturalnych (np. Sylveco).


I może jest to dziwne, na pewno niezwykłe uczucie, kiedy z niecierpliwością czekam, aż skończy mi się dobry szampon, żebym mogła... posadzić butelkę. Jestem niezwykle ciekawa czy faktycznie wyrośnie roślinka, czy plastik się rozłoży i ile to potrwa. Dziękuję Michałowi z Twoje Źródło Urody za możliwość poznania całej tej idei.

Co myślicie o tej butelce? Czy Wam także podoba się idea biodegradowalnego opakowania i nasionek?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj