Akcja "Zadbaj o siebie, naturalnie!"

Wiecie, że lubię naturalne kosmetyki, dobre składy nafaszerowane ekstraktami roślinnymi i olejami zamiast chemii, delikatne zapachy rodem z lasu czy łąki i działanie subtelne, ale po dłuższym czasie fenomenalnie wpływające na skórę? Wiecie? Mam nadzieję, że tak!

Dziś odkryłam bardzo fajnego bloga (i to nie jednego!), którego filozofia jest mi niezwykle bliska. Mowa o http://www.cosmeticmix.pl. Sama staram się znaleźć wśród drogeryjnych półek fajne produkty, z jak najlepszym składem i wiem, że na szczęście jest to coraz łatwiejsze. Bardzo mnie podtrzymuje na duchu także fakt, że coraz więcej polskich firm stawia na naturalność i minimalizowanie chemii w swoich kosmetykach. Szkoda, że nie zauważam takiej tendencji odnośnie pożywienia....

Daria "Majka mix" Majewska, autorka wspomnianego bloga wpadła na genialny pomysł, a mianowicie na zorganizowanie akcji pt. "Zadbaj o siebie, naturalnie".

Na czym polega akcja możecie przeczytać na plakacie poniżej:

 

Postanowiłam przyłączyć się do akcji, niestety z małymi wyjątkami, które wynikają ze wcześniejszych zobowiązań, co, mam nadzieję, zostanie mi wybaczone. 

Zachęcam także każdą z Was do propagowania wzmiankowanych powyżej celów akcji, choćby w minimalnym stopniu, dla dobra siebie samych i nas wszystkich - kobiet.
Oczywiście będę zachwycona jeśli także przyłączycie się do akcji :)

Więcej możecie przeczytać na blogu autorki TUTAJ
Podrzucam Wam banerek, który znajdziecie także na stronie cosmeticmix.pl


Kto chętny? Ręka do góry! :)

e-naturalne.pl: Peeling enzymatyczny i maska algowa z kakao

Ostatnio popularne są kosmetyki ze sklepów z półproduktami np. z e-naturalne.pl. Sklep bardzo lubię, często robię w nim zakupy, bo mają dobre ceny i wysoką jakość półproduktów. Ostatnio kupiłam m.in. peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych oraz cudowną kakaową maskę algową do twarzy. Zapraszam

  
peeling-enzymatyczny

e-naturalne.pl, Peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych

Od producenta: "Peeling z enzymami owocowymi działa oczyszczająco na powierzchnię skóry, usuwa martwe komórki naskórka oraz stymuluje procesy odnowy skóry.
Połączenie enzymów papainy (zawartej w owocach papai) i bromelainy (pozyskiwanej z owoców ananasa) pozwoliło uzyskać produkt o dużej skuteczności działania, będącej efektem komplementarnego działania proteolitycznego obu enzymów, natomiast zawarte w peelingu oligosacharydy zapewniają utrzymanie właściwego nawilżenia skóry.
Aromatyczny peeling enzymatyczny połączony z mączką ryżową delikatnie oczyszcza, rozświetla skórę, stymulując zmysły zapachem tropikalnych owoców dojrzewających w promieniach gorącego słońca. Peeling działa łagodnie i tonizująco - również dla bardzo wrażliwej skóry."


Opakowanie to biały, plastikowy pojemniczek z solidnym zamknięciem. 30g kosztuje 14,60zł i wystarcza na wiele pilingów. Można także kupić na próbę mniejszą pojemność 10g za 6,50zł.


Sam peeling ma postać białego proszku i posiada delikatny owocowy zapach. Właściwie zapachu się nie spodziewałam, a jest on tak przyjemny i subtelny, że uważam to za dodatkowy bonus. Przy otwieraniu warto uważać, bo proszek potrafi pylić i można go rozsypać. Odrobina zdolności manualnych wskazana ;)

Skład: Spray dried seawater (sproszkowane algi), Thalisource, Papaya and bromelain (wyciąg z papai i ananasa), Rice starch (mączka ryżowa).

enzymatyczny-peeling-owocowy
 
Stosowanie:
Wymieszać proszek z letnią wodą (ok. 35 stp. C) do uzyskania jednolitej masy.
Ilość proszku:
- na twarz 10 g z 20 ml wody;
- na ciało 200 g z 400 ml wody.
Peeling można stosować na całym ciele lub twarzy i szyi, unikając okolic oczu. Po nałożeniu peelingu po 10 do 15 minut spłukać wodą.


Stosuję go tylko na twarz, czasem także i na szyję. Rozrabiam go na oko, ponieważ moim zdaniem podane wyżej proporcje ze strony są mocno przesadzone. Powyżej zużyłam ok. 5g i spokojnie taka ilość wystarcza na pokrycie całej twarzy, oczywiście spełnia też swoje zadanie. Lubię w połowie czasu sobie pomasować skórę, co polepsza usuwanie martwych komórek i zanieczyszczeń., dodatkowo zapobiega przysychaniu pilingu, a potem łatwiej jest go zmyć ze skóry samą wodą. Podczas aplikacji zapach owocowy jest jak najbardziej wyczuwalny i bardzo umila cały zabieg. Po wskazanym czasie tj. 10-15 min peeling lekko zasycha na skórze, ale nie ma problemów z domyciem go.


Skóra po peelingu jest delikatna, gładka, zmiękczona i oczyszczona. Zauważyłam także ładne rozświetlenie skóry, a cała twarz nabrała ładnego blasku, który nie ma nic wspólnego z błyszczeniem. Wygląda zdrowo i młodziej. Pory zdecydowanie są przymknięte. Peeling wcale nie wysusza cery, wręcz mam wrażenie, że ją nawilża i pozostawia jakby wilgotną, napitą. Nie wywołał najmniejszego podrażnienia, zaczerwienienia czy łzawienia oczu. Peeling jest delikatny, myślę, że nadaje się do większości cer, nawet do wrażliwych.




e-naturalne.pl, Maska algowa kakaowa peel-off



Od producenta: "Posiada silne działanie odmładzające i rewitalizujące. Doskonale oczyszcza cerę, nawilża ją i odżywia. Idealna w pielęgnacji skóry zwiotczałej, starzejącej się i/lub wrażliwej, wymagającej intensywnej stymulacji i głębokiego nawilżenia
Nasiona kakaowca posiadają bogaty skład biochemiczny. Zawierają ponad 800 molekuł o właściwościach nawilżających, tonizujących, rewitalizujących i regeneracyjnych."


Opakowanie to plastikowy, porządny pojemnik z solidnym zamknięciem. Na pewno nic samo się nie wysypie, ale warto uważać przy otwieraniu. Na słoiku znajdują się wszelkie podstawowe informacje, ale brak np. sposobu stosowania, takich informacji należy szukać na stronie.

Maska ma postać brązowego proszku i zarówno wyglądem jak i obłędnym zapachem do złudzenia przypomina kakao.

Skład: Monthae, Solum Diatomeae (Diatomaceous Earth/Terrede Diatomées) - Algin - Calcium Sulfate - TheobromaCacao (Cacoa) Seed Powder, Tetrasodium Pyrophosphate - Trisodium Phosphate. 
Zawiera więc:
"- minerały i składniki mineralne: wapń, żelazo, magnez i fosfor. Czekolada jest bogata w magnez. Eksperci odkryli powiązania między brakiem tych składników mineralnych a stanem napięcia przedmiesiączkowego. Dlatego wiele kobiet uważa, że czekolada pomaga im poprawić samopoczucie w szczególności przed miesiączką lub kiedy są zestresowane.
- witaminy A, E i z grupy B;
- serotoninę: zapewnia spokój i daje uczucie szczęścia. Czekolada zawiera Tryptophan, który jest wykorzystywany przez mózg do wytwarzania neuroprzekaźnika zwanego serotoniną. Wysoki poziom serotoniny wywołuje uczucie szczęścia.
- phenylethylamine. Podczas gdy tryptophan może być uznany jako "czekoladowa ecstasy" inny składnik chemiczny phenylethylamine uzyskał przydomek "czekoladowa amfetamina". Wysoki poziom tego neuroprzekaźnika pomaga wywołać uczucie podekscytowania.
- substancje aromatyczne."


Sposób użycia:
  1. Najlepiej stosować w proporcji 2:3, czyli 2 części maski rozprowadzamy w 3 częściach wody mineralnej lub źródlanej, niegazowanej.
  2. Mieszać do uzyskania gładkiej, jednolitej masy.
  3. Następnie szybko nałożyć jednolitą masę na twarz i szyję.
  4. Po 15-20 minutach ściągnąć maskę z twarzy, zaczynając od krawędzi.
  5. Twarz i szyję przemyć wodą.
 Pod maskę warto nałożyć serum, które się lepiej wchłonie i uzyskamy jeszcze lepsze efekty!

Maska bardzo przypomina mi glinki, więc nie miałam problemu z przygotowaniem jej, zajmuje to naprawdę tylko chwilkę. Maska się bardzo łatwo miesza, początkowo wydaje się, że nic z tego nie będzie, ale już po chwili otrzymujemy ciemnobrązowego glutka. Należy ją od razu nakładać na skórę. Bardzo łatwo to zrobić, ja używam drewnianego patyczka do glinek, doskonale się trzyma, nic nie spływa. Przed nałożeniem jej warto wklepać w skórę odrobinę serum. 
Na twarzy już nie pachnie tak intensywnie, choć mimo wszystko przyjemnie trzymać ją na skórze i zaciągać się czekoladowym aromatem. Po jakimś czasie odczuwam charakterystyczne dla masek peel-of zastyganie. Raz ją przetrzymałam zbyt długo i się pokruszyła jak glinka, trudno było ją zdrapać, tak więc pilnujcie czasu. Uwielbiam ją sobie robić :)
Po wskazanym czasie mogę już zdjąć maskę w całości, choć muszę przyznać, że zawsze dzieli mi się na dwie części i czasem zostaje coś do domycia. Absolutnie mi to nie przeszkadza.


Skóra jest ładnie nawilżona i to długotrwale, mięciutka i gładka. Zauważyłam, że maska wyrównuje koloryt zmniejszając zaczerwienienia. Skóra wygląda na rozświetloną, młodszą, zregenerowaną, odżywioną i przez dłuższy czas się nie świeci. A ja jestem po niej niesamowicie zrelaksowana, więc wchodzi tu także w grę aromaterapia ;)


Oba opakowania są zabezpieczone przed rozsypaniem zawartości podczas transportu, a jednocześnie mamy pewność, że pierwsze się do nich dobieramy. Ceny zależą od pojemności, najmniejsze opakowanie peelingu kosztuje kilka złotych, maski zaś 10zł.

Skusiłam Was? Lubicie takie produkty?

Potrójna nominacja LBA

Dostałam ostatnio kolejne trzy nominacje do Liebster Blog Award, za które bardzo dziękuję. Niestety zapomniałam od kogo była pierwsza, jeśli wiecie przypomnijcie mi :)


W skrócie:

"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonana robotę". Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która cię nominowała.

Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. 
Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."
 
Pytania od interendo KLIK
1. Co popchnęło Cię w ramiona blogspota ? 
Samotność :) Tak serio to wyprowadziłam się dość daleko od rodziny i znajomych, nie miałam z kim pogadać o babskich rzeczach, więc zaczęłam czytać blogi. Tak mi się spodobało, że sama chciałam spróbować i oto jestem :)
2. Kot czy Pies, a może wolisz chomika :D?
Psa miałam przez 16 lat i kochałam go bardzo. Psy są wierne, przytulaśne i bardzo mądre. Koty też lubię za indywidualizm i drapieżność, którą my nazywamy zabawą. Serio? Chciałabym mieć i psa i kota, bo te zwierzaki świetnie potrafią się ze sobą dogadać (jeśli znają się od dzieciństwa) i nawzajem się uzupełniają. Najchętniej wzięłabym je ze schroniska.
3. Gdybym była owocem zostałabym.....?
Ehm bardzo trudne pytanie, ale obstawiam pomarańczę. Kocham cytrusy i ich mocne zapachy, które mnie energetyzują i relaksują.
4.  Najwięcej strachu najadłam się .... ?
...kiedy nie patrząc weszłam na ulicę i prawie zostałam rozjechana na miazgę. Od tamtej pory rozglądam się przykładnie jak dzieci, trzy razy "w lewo, prawo, lewo", zanim przejdę na drugą stronę....
5. Za górami za lasami i moja ulubiona bajka  :D
Jako dziecko kochałam bajki i mieliśmy w domu swój rytuał,kiedy mama nam czytała. Najlepiej pamiętam bajki rosyjskie i mongolskie, bo były dla mnie egzotyczne i nie do końca zrozumiałe. Może dlatego do dziś kocham czytać i podróżować? Kto wie!
6. Jakbym chciała dostać boxa to byłoby w nim?
Nazwa jest dla mnie kompletnie bez znaczenia, najważniejsze, żeby zawierał fajne, najlepiej naturalne produkty z kategorii kosmetyki, chemia domowa i jedzenie. Dziwna to może mieszanka, ale taka jest prawda.
7. Marzenia do spełnienia :D
W tym momencie zaczyna mi się marzyć... potomek i dom. Chyba się starzeję :D
8. Jak spędzasz wolny czas?
Najczęściej trwonię czas na czytaniu książek, zawsze w formie klasycznej czyli papierowej i w internecie, zwłaszcza na Facebooku i blogach. Ostatnio chodzę też na siłownię.
9. Co zrobiłabyś z wygraną w totka?
Na pewno postawiłabym wypasiony, ale przytulny dom gdzieś pod miastem, ale nie za daleko...  Resztę kasy zostawiłabym na... opłacenie rachunków za prąd, wodę i sprzątanie mojego wypasionego domu :D Oczywiście zabrałabym także męża w podróż, najlepiej - nie rozdrabniając się - od razu dookoła świata!
10. Najbardziej NIE lubię?
Kłamstwa, fałszu i niedomówień. Lubię gdy ludzie walą prosto z mostu, zwłaszcza jeśli są to złe wiadomości. Wszelkie próby złagodzenia niemiłych informacji skutkują u mnie wyobrażeniem sobie najgorszego, najstraszniejszego i jest to dla mnie tortura!
11. Jaki Azjatycki kosmetyk chciałabyś na sobie wypróbować?
O Kochana, u Ciebie widziałam takie cuda, że chyba wszystkie! Zaczęłabym jednak od najprawdziwszego kremu BB i pianki do jego domycia :)
 
 
 
Pytania od White Zephyr KLIK:
 1. Dowiadujesz się, że za dwa dni umrzesz. Jak spędzasz swoje ostatnie dwa dni życia?
Pytanie z mojego koszmaru, bo.... nie wiem! Chciałabym zrobić tyle rzeczy, zobaczyć i dotknąć wszystkiego, czego dotąd się bałam, że prawdopodobnie te dwa dni upłynęłyby mi na rozmyślaniach od czego zacząć. A potem kaput.
2. Jaki jest Twój ulubiony kolor?
Akurat to pytanie jest łatwe: fiolet! Haha, mam Was, oczywiście niebieski, ale fiolety, turkusy, zielenie i szafiry też bardzo lubię :)
3. Co robisz gdy nikt nie patrzy?
Świat nie jest gotowy na takie informacje :D
4. Czy czujesz się spełniona w swoim życiu?- uzasadnij dlaczego tak/nie.
Mam taki wstrętny charakter, że rzadko kiedy czuję się spełniona. Ciągle za czymś biegnę, wymyślam kolejne etapy do przejścia i levele do przebycia, że nie mam czasu na spełnienie....
5. Jaki jest Twój ulubiony cytat lub motto?
Patrz zdjęcie nagłówkowe oraz "Żyj i daj żyć innym".
6. Co Cię najbardziej złości, a co uszczęśliwia?
Złoszczą mnie ludzie, którzy kłamią, hejtują i zazdroszczą. Uszczęśliwiają ludzie, którzy swoim pozytywnym nastawieniem do życia zarażają innych, dają nadzieję i bezinteresowną miłość.
7. Wymień swoje 3 cechy, które cenisz i 3 cechy, których wolałabyś nie mieć.
Cenię humor, wolę walki i upór. Wolałabym nie mieć dziwnego poczucia humoru, woli walki, kiedy lepiej odpuścić i oślego uporu, który często mi przeszkadza w relacjach z bliskimi.
8. Czy masz pracę? Jeśli tak, czy jest to to, co chcesz robić do końca życia?
Mam pracę i bardzo ją lubię, bo jest pełna wyzwań i mnie nie nudzi, jednak nie chciałabym do końca życia tego robić :)
9. Jakie cechy charakteru cenisz u innych osób?
Poczucie humoru, odpowiedzialność i wrażliwość.
10. Ile jesteś w stanie poświęcić dla osiągnięcia celów?
To trudne pytanie, zależy jaki to cel i jak bardzo mi na nim zależy. Na pewno nie poświeciłabym rodziny, bo to dla mnie podstawa i motor moich działań.
11. Czy jest coś co chciałabyś zrobić, ale masz opory/ wątpliwości?
Całe mnóstwo jest takich rzeczy! Zostawię je jednak dla siebie, bo kto wie? Może to jest tak jak ze zdmuchiwaniem świeczek na torcie albo życzeniem na widok spadającej gwiazdy?
  
 
Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam.
Nie będę nikogo nominować chyba, że ktoś z Was ma ochotę na zabawę? Poproszę o info na maila, a na pewno coś wymyślę :)

Floslek, Anti-aging, Przeciwzmarszczkowy krem pod oczy

Z wiekiem zauważam coraz więcej zmarszczek i zastanawiam się skąd i kiedy się pojawiły? Jestem osobą skłonną do śmiechu i żartów, lubię to robić często i niestety, zaczyna być to widoczne, zwłaszcza w okolicach oczu. Kurze łapki to nie jest coś o czym marzę, a nie potrafię siedzieć godzinami z grobową miną. Trzeba z tym walczyć inaczej. Stawiam na masaż i krem pod oczy, najlepiej przeciwzmarszczkowy. Na przykład taki marki Floslek.



Floslek, Anti-Aging, Przeciwzmarszczkowy krem pod oczy

Od producenta:"Krem zawierający kwas hialuronowy dostarcza skórze substancji budulcowych i odżywczych, przyspiesza proces regeneracji.
Drobnocząsteczkowy kwas hialuronowy natychmiast wypełnia zmarszczki i widocznie wygładza skórę. Kwas hialuronowy zmniejsza też ilość płytkich zmarszczek tzw. kurzych łapek. Olej arganowy uspokaja podrażnioną skórę, uzupełnia niedobory bariery lipidowej warstwy rogowej naskórka, działa przeciwzmarszczkowo. Peptydy sojowe przyspieszają metabolizm komórkowy, co wpływa na poziom dotlenienia komórek. Chronią skórę przed promieniowaniem UV. Krem wyraźnie zmniejsza oznaki starzenia.
Poprawa napięcia, jędrności i elastyczności skóry wokół oczu. Wygładzenie zmarszczek i rozjaśnienie cieni pod oczami. Redukcja podpuchnięć. Objawy stresu zniwelowane."


Krem kupimy w tekturowym pudełku, które jest dodatkowo zabezpieczone folią przed wścibskimi. Muszę zwrócić uwagę na fakt, że samo pudełko niezwykle mi się spodobało, gdyż mieni się w świetle wszystkimi kolorami tęczy. To trzeba zobaczyć na własne oczy.

Na opakowaniu mamy mnóstwo informacji na temat działania, stosowania i zawartych w nim składników. Sama tubka jest sporych rozmiarów jak na krem pod oczy, zawiera bowiem aż 30 ml produktu, a jest to dwa razy więcej niż zazwyczaj spotykam! Kosztuje 15-20 zł, do kupienia w wielu drogeriach.


Srebrny korek jest dobrej jakości, przez kilka miesięcy użytkowania farba się nie starła i wygląda nadal jak nowy. Aplikatora brak, więc najczęściej wyciskam odrobinę kremu na wierzch dłoni, a następnie rozprowadzam go opuszkami palców w okolicach oka. Nie jest to dla mnie uciążliwe i bardzo szybko nabrałam wprawy.


Skład: Gdzieś tak w połowie zawiera obiecany olej arganowy, peptydy, łagodzący panthenol i, o dziwo, także ekstrakt arganowy, kwas hialuronowy natomiast widnieje na samym szarym końcu. Szczegóły na zdjęciu.


Krem jest całkowicie biały i kompletnie bezzapachowy, dzięki czemu uniknięto w składzie zbędnej kompozycji zapachowej, która mogłaby wywołać podrażnienia. Konsystencja jest dość lekka i szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy. Nadaje się nie tylko na noc, ale także i na dzień, pod makijaż. Nic z niego nie spływa ani się nie roluje.


Wspomniałam, że miałam go kilka miesięcy, choć mogłabym równie dobrze napisać... pół roku! Tak, na tak długo wystarczyła mi tubka przy prawie codziennym dwukrotnym używaniu. Zrobiłam tylko małą przerwę na moją samoróbkę, o której także Wam pisałam. Krem jest niesamowicie wręcz wydajny, nie trzeba go wiele, aby dokładnie pokryć okolice oczu, bowiem używałam go nie tylko pod oczy, ale także na powieki, a nawet czasem na szyję.


Oprócz doskonałego wchłaniania mogę się pochwalić, że krem w widoczny sposób wzmocnił skórę wokół oczu i ujędrnił ją. Moje kurze łapki są zdecydowanie mniej widoczne, choć całkiem nie zniknęły, cudów nie ma. W porównaniu z innymi kremami pod oczy, jakie do tej pory znałam ten zrobił na mnie najlepsze wrażenie. Nie zauważyłam natomiast redukcji cieni, ale nie wydaje mi się, aby jakikolwiek krem mógł mieć na to wpływ. Skóra stała się lepiej nawilżona, dotleniona i nabrała zdrowszego wyglądu, a przy tym ani razu nie została podrażniona. Nawet gdy przypadkiem odrobina dostała się do oka nie zauważyłam szczypania ani zaczerwienienia, więc krem faktycznie jest delikatny.

Znacie produkty tej firmy? Ja coraz bardziej ją lubię!

Biały Jeleń: Hipoalergiczny płyn micelarny

Płyn micelarny wpisał się na stałe w moją pielęgnację, gdyż jako posiadaczka tłustej cery pokochałam go od pierwszego użycia! Wcześniej męczyłam się z tłustymi mleczkami i niewygodnymi płynami dwufazowymi, które nierzadko zostawiały lepiącą się warstwę na skórze. Płyn micelarny to była miła odmiana po tych doświadczeniach. Zapraszam na recenzję polskiego Białego Jelenia, marki znanej od wielu, wielu lat i wciąż się rozwijającej.


Biały Jeleń, Hipoalergiczny płyn micelarny, Ekstremalne nawilżanie

Od producenta: "Hipoalergiczny płyn micelarny BIAŁY JELEŃ delikatnie oczyszcza skórę twarzy, oczu i ust z makijażu i wszelkich zanieczyszczeń. 
 Substancje pielęgnujące:
- formuła micelarna - skutecznie oczyszcza twarz z makijażu i zanieczyszczeń 
- mocznik - poprawia miękkość, jędrność i komfort skóry 
- czerwona koniczyna- jest źródłem antyoksydantów opóźniających efekt starzenia skóry 
- gliceryna - zapewnia optymalny poziom nawilżenia 
- pantenol - działa kojąco, skutecznie łagodząc podrażnienia.
Usuwa nawet wodoodporny makijaż, nie powodując szczypania ani łzawienia oczu.  Odpowiedni dla osób noszących szkła kontaktowe. Posiada badania okulistyczne. Przebadany dermatologicznie wśród osób z alergiami skórnymi oraz w kierunku atopii (AZS). Nie zawiera: alergenów, parabenów, silikonów, barwników i alkoholu."


Buteleczka jest fajna, mała i poręczna, idealna na wyjazd. Korek bardzo dobrze zabezpiecza zawartość przed wylaniem, a przy tym łatwo się otwiera. Dziubek jest w sam raz, bez problemu wylewamy odpowiednią ilość na wacik bez rozlewania. Design jest minimalistyczny, co jest charakterystyczne dla marki i osobiście bardzo mi odpowiada. Kosztuje ok. 10zł/200 ml. Z tego co widziałam kiedyś była mniejsza pojemność, 175 ml, czyli zmiana na plus.


Skład: szczegóły poniżej. Widzę dość wysoko mocznik, panthenol i glicerynę.


Sposób użycia: Rano i wieczorem przecierać twarz. Tak też go stosowałam i uważam, że ma przeciętne zużycie, bowiem wystarczył mi na 1,5m-ca (u mnie dokładnie tyle wynosi norma).


 Micel ma postać wody, ale raczy mój nos dość silnym, sztucznym zapachem (do złudzenia przypomina mi zapach toniku Rival de Loop z Rossmanna). Lekko się pieni, co mi nie przeszkadza. Dość dobrze radzi sobie z podkładem, pudrem i cieniami, natomiast przy kredce, zwłaszcza wodoodpornej i zwykłym tuszu trzeba się trochę napracować. Mimo wieczornego,  "na oko" dokładnego pozbycia się makijażu rano potrafię znaleźć na skórze pod oczami resztki tuszu i rozmazanej kredki.


Ogromnym plusem jest fakt, że micel zupełnie nie wysusza i nie ściąga skóry. Wręcz czuję lekkie nawilżenie i spokojnie mogę odczekać chwilę przed nałożeniem kremu czy serum. Nie spowodował żadnej reakcji alergicznej, szczypania oczu czy zaczerwienienia. Jest delikatny dla skóry.


Jest to całkiem przyjemny micel, kiedyś chętnie do niego wrócę, zwłaszcza latem, dzięki widocznemu działaniu nawilżającemu.

Znacie kosmetyki Białego Jelenia?

White Tree: Peeling cukrowy z oślim mlekiem

Ostatnio używam naturalnego mydła w kostce i zaczynam się coraz bardziej przekonywać do takiej formy higieny. Skóra po nim jest zupełnie inna niż po żelu na SLS, nie wymaga balsamu czy mleczka, często wręcz o nich zapominam. Kiedy mam natomiast ochotę na coś więcej sięgam po peeling. Mój cytrusowy wciąż namiętnie robię (przepis na blogu), ale ostatnio odkryłam coś idealnego dla leniwców. Ciekawe?




White Tree, Sugar Scrub with Milk of the Donkey, Peeling cukrowy z mlekiem oślim


White Tree to jeszcze dość mało znana marka specjalizująca się w kosmetykach naturalnych wykonywanych ręcznie na bazie np. masła shea oraz oferująca szeroką gamę mydeł. Gdy tylko zobaczyłam, że istnieje taka firma od razu mnie zafascynowała, zwłaszcza, że uwielbiam hand made, co można poznać po moich postach DIY. I od razu napiszę, że nie jest to post sponsorowany.


Peeling kupimy w wygodnym, plastikowym pudełku. Jest ono odkręcane i bardzo solidne. Nie mam problemu z odkręceniem go nawet pod prysznicem. Wewnątrz znajdziemy plastikową wkładkę zabezpieczającą zawartość. Całość uzupełniają dwie zawieszki na konopnym sznurku. Na stronie producenta peeling kosztuje 55 zł/130g (200 ml).


Cały ten minimalizm opakowania jak najbardziej do mnie przemawia i podoba mi się. Mam wrażenie, że jest to produkt wyjątkowy, nie produkowany masowo.


Skład jest bardzo słabo widoczny także w realu, nie jest to wina zdjęcia. Jedyny słaby punkt opakowania, który osobiście bym dopracowała - naklejka ze składem jest niespójna z wyglądem pudełka i po prostu nieładna.
Skład: Sucrose (cukier), Oryza sativa (Rice) Bran Oil (olej ryżowy), Prunus amygdalus dulcis (Sweet Almond) Oil (olej ze słodkich migdałów), Cetearyl Alcohol, Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Fruit, Parfum (masło shea), Diethylhexyl Syringylidene Malonate, Caprylic/Capric Triglyceride, Donkey milk (mleko ośle), Linalool, Alpha-isomethyl Ionone, Hydroxycitronellal, Hydroxyisohexyl 3-cyclohexene Carboxaldehyde, Geraniol.


Jak widzicie peeling zawiera bardzo dużo drobinek cukru, które łagodnie masują skórę, a następnie rozpuszczają się w wodzie i nie zapychają odpływu (ostatnio bardzo doceniam takie rozwiązanie, bo moje ukochane peelingi kawowe DIY robiły mi prawdziwy armageddon w łazience). Konsystencja jest raczej zbita, typowa dla maseł, a kolor jasnobeżowy, naturalny.

Cudownie pachnie, słodko, ale nie mdląco, jak cukierki pudrowe. Zapach długo utrzymuje się na skórze i utula mnie do snu


Drobinki cukru świetnie usuwają martwy naskórek i zanieczyszczenia, pozostawiając moją skórę gładką, miękką i nawilżoną. No właśnie i o to nawilżenie głównie mi chodzi. Po peelingu spłukuję się już tylko wodą i zostawiam lekką warstewkę z masła shea, która nie jest tłusta i nie powoduje przyklejania się do ubrania.. Zapominam o mleczku! Skóra jest zregenerowana i natłuszczona, wyraźnie to czuję przez cały dzień. W dotyku jest tak miła, że z przyjemnością się ją gładzi, czego nie omieszkał mi powiedzieć własny mąż po kilku latach :) To chyba o czymś świadczy?
Peeling jest bardzo wydajny, bo do wymasowania prawie całego ciała nie potrzeba go wiele. Takie opakowanie wystarcza na kilkanaście aplikacji.

Znacie tą markę? Jak Wam się podoba?

Ava, Acne Control, Krem matująco-normalizujący na dzień

Jestem, jak wiecie, posiadaczką cery tłustej. Na jedno to dobrze, bo później pojawiają się na niej zmarszczki :) Ale jest i druga strona medalu... cóż, na co dzień stykam się z wieloma denerwującymi minusami takiej cery. Zapychanie, zaskórniki, rozszerzone pory i błyszczenie, przede wszystkim błyszczenie czasem dobijają mnie i mam ochotę zrobić własnej twarzy krzywdę :)
Bez przerwy nawilżam, tonizuję, uważam na przesuszenie, odkażam, matuję i staram się to wszystko robić w idealnym stopniu, tak aby żaden element nie przeważył. Zwariować można. Wiecie, że na naszą cerę ma wpływ nie tylko dieta i pielęgnacja, ale także faza cyklu miesięcznego? Hormony skaczą, zmienia się ich ilość we krwi i bardzo trudno nad tym zapanować. Mniejsza o to, dziś nie o tym chciałam napisać. Dziś będzie o kremie, który mnie bardzo ciekawił. Zapraszam.


Ava, Acne Control, Dermoprogram, Krem matująco-normalizujący na dzień, cera tłusta i trądzikowa


Kartonik wygląda całkiem ciekawie, choć to oczywiście kwestia gustu. Taki minimalizm mi się podoba. Od razu rzuciło mi się w oczy "z olejkami eterycznymi, alcohol free". Krem kupiłam w Hebe za jakieś 10 zł/50 ml.


Z boku mamy opis producenta. Najbardziej zachęciło mnie działanie antybakteryjne, ograniczanie sebum, zwężanie porów, nawilżenie i matowienie. Cud po prostu, przecież tego właśnie szukam!


Nie wiem czy zauważyłyście, że krem należy zużyć w ciągu dwóch miesięcy od otwarcia. Początkowo używałam go jedynie na dzień, a następnie na dzień i na noc, a także na szyję i dekolt. Pierwszy raz spotkałam się z tak krótkim terminem, nawet moje samoróbki oceniam na 3 m-ce.


Skład: Mamy tu dużo gliceryny (niby nawilża, ale w nadmiarze potrafi przesuszać), silikon (zmiękcza skórę, wygładza jej powierzchnię), ekstrakt z kory afrykańskiego drzewa Enantia Chlorantha (antybakteryjny, reguluje działanie gruczołów łojowych, zmniejsza sebum i rozszerzone pory, oczyszcza), kwas oleanolowy (normalizuje pracę gruczołów łojowych), glikol butylenowy (ułatwia przenikanie substancji wgłąb skóry, nawilża), poliakrylan sodu (tworzy film), Dimethicone (emolient suchy, tworzy film, daje efekt wygładzenia), silikon (tworzy film), emulgator, silikon, emolient suchy (tworzy film, poślizg), skwalan (emolient tłusty, tworzy film, natłuszcza), konserwanty, olejek z drzewa herbacianego oraz olejek lawendowy (olejki eteryczne polecane w pielęgnacji tłustej skóry, działają antybakteryjnie i antyseptycznie, zmniejszają pory, regulują sebum).


W kartoniku mamy tubkę utrzymaną w tym samym zestawieniu kolorystycznym. Z tyłu jedynie podstawowe informacje jak sposób użycia, producenta, pojemność.


Tubka wykonana jest z miękkiego plastiku i nie ma problemu z wydobyciem produktu praktycznie do samego końca. 


Dodatkowo zabezpieczona jest przed ciekawskimi, więc odrywając kawałek plastiku mamy pewność, że otwieramy tubkę jako pierwsze. Jest to bardzo istotne zwłaszcza, że mamy jedynie 2 m-ce na zużycie zawartości od jej otwarcia.


Sam krem ma konsystencję kremu-żelu i jest biały. Pachnie bardzo intensywnie olejkiem z drzewa herbacianego, więc jeśli nie lubicie tego aromatu lepiej w niego nie inwestujcie. Zapach jest mocny i utrzymuje się długo na skórze. Mnie osobiście nawet się podoba.


Krem rozsmarowuje się ładnie, ale nie wchłania. Wyraźnie czuję, że jest na powierzchni, tworzy tłustawą warstewkę. Zapewne to uczucie zawdzięczam składowi napakowanemu silikonami i emolientami. Przyznam, że mnie osobiście dość to denerwuje. Ale to nie wszystko. Krem się bowiem roluje, więc nałożenie na niego podkładu czy choćby BB jest traumatyczne. Ja radzę sobie tak, że smaruję twarz kremem pół godziny przed makijażem, a bezpośrednio przed nałożeniem podkładu przecieram jeszcze skórę chusteczką higieniczną. Zazwyczaj to pomaga, ale nie zawsze...


Po nałożeniu kremu mam uczucie gładkiej i nawilżonej skóry, niestety jest to bardzo pozorne. Podczas demakijażu widzę, że skóra nie jest w najlepszej kondycji, potrafią się nawet tworzyć suche skórki, zwłaszcza na brodzie.
Zupełnie nie matuje i nie przymyka porów, wręcz mam wrażenie, że jeszcze bardziej mnie nabłyszcza (szczególnie na czole) i uwidacznia pory, których potem nawet podkład nie chce schować. Zauważyłam, że po dłuższym stosowaniu, zwłaszcza na dzień i na noc, lekko zapycha, zasponsorował mi nawet podskórną gulę, której to nie widziałam od dawna.
Nie zauważyłam działania normalizującego wydzielanie sebum, w tym temacie nie zrobił nic. Jak było tak i jest, już lepiej radził sobie Lekki krem rokitnikowy Sylveco, który nota bene wcale tego nie obiecywał.
Może zbyt krótko go stosowałam, bo wykończyłam go w półtora miesiąca, chcąc zmieścić się w czasie sugerowanym przez producenta. Nie planuję ponownego zakupu, właściwie pokładałam w nim nadzieje, które nie zostały spełnione.


Jedyny plus jaki widzę, to działanie na szyję i dekolt: mam wrażenie, że lekko je ujędrnia i napina skórę, czego w ogóle nie odczuwam na twarzy.

Znacie kosmetyki Ava? Mimo doświadczeń z tym kremem kręci mnie Serum z witaminą C

EDIT. Serum z wit. C Avy skusiło mnie, jego recenzja znajduje się TUTAJ.

Belcils: Krem witalizujący do rzęs, rezultaty po 4 miesiącach

Nadal walczę z moimi rzęsami. Wsmarowuję w nie różne preparaty, dokładnie zmywam tusz, nie trę, dbam, chucham, a one... szkoda gadać. Nie poddam się na pewno. Dziś przedstawię Wam rezultaty stosowania przez cztery miesiące Kremu Belcils, raczej mało znanego, choć ma sporo opinii na wizaz.pl.


Belcils, Creme Vitalizante Para Pestanas, Krem witalizujący do rzęs


Krem kupimy w kartoniku, który designem nie powala. Kojarzy się z aptecznymi maściami czy kroplami do oczu. Zawiera jednak wszelkie podstawowe informacje. Cena jest bardzo różna, najczęściej oscyluje w granicach 20zł/4 ml.


Wewnątrz mamy tubkę oraz ulotkę.  Możemy sobie poczytać o obietnicach producenta.


Producent sporo nam obiecuje. Poleciałam na "wydłuża, pogrubia i zapobiega wypadaniu". 


Skład: Zaraz za wazeliną (uelastycznia) i lanoliną mamy olej rycynowy (odżywia rzęsy, wzmacnia je i przyciemnia), parafinę, a następnie olej jojoba (wygładza, nawilża skórę), panthenol (chroni rzęsy, nabłyszcza), Eucalyptol (antybakteryjny, nadaje zapach), konserwant i antyutleniacz.


Sama tubka do złudzenia przypomina apteczne maści. Jest malutka i poręczna. Wykonana jest z aluminium, co jest higieniczne, ale trzeba uważać z siłą nacisku, gdyż łatwo można wycisnąć z niej zbyt wiele. O wiele za wiele.


Końcówka może i ułatwia nakładanie preparatu, ale ja zdecydowanie wolałam najpierw nałożyć maść na opuszkę palca i tak wsmarowywać ją w powieki i rzęsy. Było mi po prostu wygodniej. Oczywiście najpierw zawsze dokładnie myłam ręce.
 

Sama maść jest lekko żółta i przezroczysta. Pachnie olejkiem z drzewa herbacianego, jest to zapach delikatny, ale dość charakterystyczny. Pocieszę Was, że zupełnie go nie czuć podczas aplikacji i potem, aby go poczuć trzeba specjalnie wąchać produkt, czego robić przecież nie trzeba.
Po rozsmarowaniu zdecydowanie czuć tłustawą warstewkę, ale nie przeszkadzało mi to.


Niewielka ilość 4 ml wystarczyła mi dokładnie na 4 m-ce kuracji, a więc wydajność ma bardzo dobrą. Łatwo jest wydobyć preparat do końca, choć pod koniec tubka lekko pęka na zagięciach, nie przeszkadzało mi to specjalnie, ale można się pokaleczyć.


Krem wsmarowywałam prawie codziennie z uporem maniaka wieczorem po demakijażu, na dokładnie oczyszczone rzęsy i w ich podstawę. Robi się to szybciutko, więc jedynym problemem jest pamiętanie o kuracji. Przez cały ten czas ani razu nie odczułam najmniejszego dyskomfortu, pieczenia, łzawienia czy zaczerwienienia.


Powyżej zdjęcia "przed" i "po", na których aż nazbyt dobitnie widać, że nie ma mowy ani o wydłużeniu ani o pogrubieniu rzęs. Nie zauważyłam także zagęszczenia. Jedyne co uzyskałam i muszę to wyznać: rzęsy przestały mi praktycznie wypadać, wzmocniły się i nabłyszczyły. Spodziewałam się jednak czegoś więcej po czterech miesiącach. 

Niemniej jeśli macie problemy z nadmiernym wypadaniem rzęs i chcecie je ratować przed dezercją warto zaopatrzyć się w tą mała tubkę. Stosowanie maści jest przyjemne i szybkie, raczej nie ma tam co podrażniać, a może akurat u Was zadziała lepiej?

Zaczęłam już kolejną kurację, a jakże. Tym razem postawiłam na Stymulujące serum do rzęs Floslek i pokładam w nim spore nadzieje. Trzymajcie kciuki!
EDIT. Serum Floslek przetestowanie, recenzję znajdziecie TUTAJ.


Znacie któryś z tych preparatów? Co u Was się sprawdza na rzęsach?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj