Wykończeni w październiku/listopadzie

Mamy koniec listopada, a ja wyskakuję z październikowym denkiem... rychło w czas, jak to się mówi :) W dodatku to chyba moje najmniejsze denko, ale to dlatego, że w ostatnim miesiącu znacznie ograniczyłam swoją pielęgnację. Zapomniałam praktycznie o balsamie, nie pamiętam o codziennym smarowaniu rąk czy stóp, staram się myć włosy raz na dwa dni, a nie codziennie. Dlaczego? Odpowiedź jest trywialna: nie mam czasu. Wstaję po 6, zasuwam do pracy, wracam ok. 18-19. Zanin coś ugotuję, zjem, posprzątam, wystarcza mi resztek sił jedynie na szybki prysznic zanim rąbnę głową o kant wanny, a nie w miękką poduszkę. Jednym słowem: zasypiam na stojąco. Zachciało mi się pracować to mam. Dlatego mnie tutaj mało, choć staram się nadrabiać w weekendy... 

Zapraszam na październikowe denko.


Therme Skincare, Flower Beauty, Scrub pod prysznic: posiada genialny, długo utrzymujący się na skórze, relaksujący zapach oraz niezłe peelingujące właściwości, ale to jedyne jego zalety. W składzie ma sles, więc używałam go już zamiast żelu. Jak na taką cenę stanowczo ma zbyt słaby skład, ale przyjemny z niego umilacz wieczorów. Gdybym miała dostęp do holenderskich kosmetyków w promocji chętnie bym kupiła inny zapach, raz na jakiś czas nie zaszkodzi. Więcej KLIK

Radox, Żel pod prysznic Soothe: zapach ma bardzo przyjemny, niby jest to połączenie wanilii i imbiru, ale ja wyraźnie wyczuwam tutaj budyń waniliowy. Zapach jest delikatny i otulający, idealny na wieczór, wyciszający zmysły i pędzące myśli, odprężający. Skład ma bardzo przeciętny, a konsystencję średnio gęstą, na pewno nie przeciekającą przez palce. Kremowy i dobrze się pieni. Chętnie kiedyś go jeszcze kupię.

BingoSpa, Żel do higieny intymnej Silk: mam nadzieję, że to już ostatni produkt tej firmy, który miałam w zapasach. Nie byłam w pełni zadowolona z ani jednego! Ten też się nie nadaje do mycia delikatnych miejsc intymnych, a jak macie skłonność do podrażnień - wzmaga pieczenie, nie koi, nie łagodzi. Koszmar! Użyłam kilka razy zgodnie z przeznaczeniem, a resztą myłam już tylko nogi. Zapach ma dziwny, nie wiem z czym miałby mi się kojarzyć. Różowy kolor dla mnie to kolejna wada, nie potrzebuję barwników, które mogą dodatkowo alergizować miejsca intymne. Podsumowując: dobrze, że się skończył, nigdy więcej! Pompka jest wygodna, a opakowanie przezroczyste, ale to jedyne plusy tego żelu. Nigdy więcej!

Avon, Foot works, Pedikiur doskonały: nazwa mocno przesadzona, gdyż co najwyżej jest to peeling. Posiada dość dużo sensownych drobinek, natomiast lejąca konsystencja denerwuje bardziej niż nawilża. W cenie standardowej zupełnie nie do przyjęcia. Raczej nie kupię. Więcej KLIK


Avon, Planet Spa, Maska do włosów z kawiorem: całkiem fajnie wpływa na włosy i ma gęstą konsystencję, dzięki czemu jest niesamowicie wydajna. Niestety zapach ma niesamowicie, niewiarygodnie wręcz intensywny i długo utrzymujący się na włosach, co było meczące i irytujące jednocześnie. Raczej nie kupię, mimo że włosy po niej były miękkie, gładkie i sypkie. Pisałam o niej TUTAJ

Garnier, Fructis, Gęste i zachwycające, Odżywka do włosów: genialny zapach, identycznie owocowy jak w przypadku innych produktów serii. Działanie... słabe. Nie zauważyłam dosłownie niczego ciekawego, chyba ze za takie uznać przetłuszczenie i przesuszeniem na zmianę. Do cienkich włosów nie polecam i na pewno nie kupie więcej. KLIK

SVR, Xerial P, Szampon: nie pisałam pełnej recenzji, ponieważ jest to szampon przeznaczony przede wszystkim dla osób dla stanami łuskowymi skóry głowy, przewlekłym łupieżem, łuszczycą. Nie borykam się na co dzień z żadnym z tych problemów i uważam, że taka recenzja nie byłaby sensowna. Używałam go tylko wtedy, gdy pojawił się u mnie łupież (mam tak przy zmianie szamponów albo w okresie noszenia czapek), co któreś mycie w celu lepszego oczyszczenia skóry głowy. Muszę przyznać, że zapach jest dziwny i raczej nieprzyjemny, a konsystencja bardzo lejąca. Ponadto opakowanie utrudnia sensowne wydobycie szamponu. Poza tym dobrze sie pieni i oczyszcza włosy. Faktycznie pomaga szybciej pozbyć się krótkotrwałego łupieżu, ale nie mam pojęcia jak się sprawdza w przypadku np. łuszczycy. Nie kupię.


Cleanic, Płatki kosmetyczne: bardzo dobre płatki, nie rozwarstwiają się, a są delikatne i miękkie. Ostatnio ciągle trafiam na ich promocje w Auchan i mam spory zapas. Lubię je, ale czasem kupuję też inne.

Biały Jelen, Hipoalergiczny płyn micelarny: bardzo skuteczny płyn, idealny do zabrania w podróż. Świetnie radzi sobie z makijażem, a jedyne zastrzeżenia można mieć do zbyt intensywnego zapachu, który po jakimś czasie zwyczajnie meczy. Nie wspomnę nawet, ze zapach może uczulać, więc co z tą hipoalergicznoscią? Tak czy owak mnie nie uczulił, na pewno jeszcze kupię. Więcej KLIK

Floslek, Anti-aging, Przeciwzmarszczkowy krem pod oczy: absolutnie genialny! Obecnie mój ulubieniec, który zmniejsza zmarszczki uelastycznia skórę, rozjaśnia spojrzenie. Przy tym tubka jest niesamowicie wydajna, wystarcza na kilka miesięcy codziennego używania, ponieważ zawiera aż 30 ml kremu. Kosztuje grosze, szybko się wchłania, nadaje się pod makijaż i nie podrażnia. Na bank kupię. Więcej KLIK

Malwa, Krem do rąk i paznokci z algami: pachnie perfumowo, ma lekką konsystencję i bardzo szybko się wchłania. Polubił go zwłaszcza moj mąż i używał czasem na noc. To już kolejna zużyta tubka i pewnie będą następne. Pisałam o nim TUTAJ

Maybelline, Maskara: jedna z moich ulubionych. Klasyczna, spora szczotka idealnie rozdziela rzęsy, pogrubia i podkręca je. Nie zasycha po miesiącu jak niektóre, miałam ją przez pół roku i cały ten czas utrzymała dobrą konsystencję. Na pewno kupię. Więcej KLIK

PRÓBKA, The Secret Soap Store, Krem do rąk z masłem shea: coś cudownego! Świetny skład, zapach, działanie. To zdecydowanie taki produkt jakich stale szukam i mam ochotę na pełną wersję po zużyciu moich mega zapasów.

To by było na tyle. W porównaniu z moimi poprzednimi denkami raczej skromnie. Znacie coś? :)

Therme Skincare, Scrub pod prysznic, Bali Flower

Jakiś czas temu pisałam Wam o żelu pod prysznic Nivea, który przywiozła mi koleżanka z Holandii. Nie był to jedyny produkt, który otrzymałam, tak więc co jakiś czas uraczę Was ciekawostką z tego kraju. Dziś napiszę o peelingu marki Therme Skincare. Jest to holenderska marka kosmetyków, która szczyci się łączeniem bogactwa natury z najnowszymi odkryciami naukowymi z dziedziny pielęgnacji skóry. Marka oferuje produkty do domowego spa i urzeka orientalnymi zapachami.

Therme Skincare
Shower Scrub
Peeling pod prysznic
Bali Flower


Peeling znajduje się w miękkiej tubie z korkiem na zatrzask. Jest to bardzo wygodne opakowanie, które łatwo otworzyć pod prysznicem. Po jakimś czasie niestety coś się zablokowało i korek nie dał się domknąć do samego końca, na szczęście niewiele mi go już wtedy zostało.


200 ml kosztuje 9 euro (ok. 36 zł), a więc niemało. Na szczęście w Holandii także są promocje, tak więc mój scrub kosztował 2 euro (8 zł), co zresztą widać :)


Skład: nie powala. Zaraz po wodzie silny detergent, który może wysuszyć i podrażnić skórę. Następnie plastikowe drobinki, które mają peelingować oraz pozostałe łagodniejsze detergenty i środki konstencjotwórcze. Gdzieś tam pod koniec, grubo za zapachem, są śladowe ilości oleju sojowego, ekstraktu z wanilii czy protein mlecznych. Szczegóły powyżej.


Scrub ma barwę stonowanego różu z wyraźnie zanurzonymi drobinkami. To, co wyróżnia ten produkt to zapach, o którym napiszę później. Pod prysznicem delikatnie się pieni, zawiera bowiem SLES, dlatego często używałam go zamiast żelu, a nie tuż po nim. Oczyszcza skórę i przyjemnie ją masuje. W moim odczuciu jest w sam raz, ponieważ czułam jego działanie, ale też nie było to mocne drapanie aż do krwi. Obyło się bez płaczu ;)


Peeling doskonale wygładza, oczyszcza i zmiękcza skórę. Mojej skóry nie wysusza mimo SLES w składzie. To, co szczególnie mnie urzekło to zapach, który dość długo utrzymuje się na skórze i uprzyjemnia mi zasypianie czy wieczorny relaks. Zapach ten jest rodem ze spa czy gabinetów odnowy, przyjemny, ale nie nachalny. Kojarzy mi się z wanilią i jaśminem, ale przełamanymi piżmem i lekką goryczką, która tonuje zbyt słodkie nuty. Coś wspaniałego!


Jeżeli macie możliwość zakupów w Holandii polecam wypróbować kosmetyki tej marki, mogą być np. fajną pamiątką z wycieczki do tego kraju. Znacie te kosmetyki?

Kosmetyki na nadmierną potliwość stóp

Może się przydarzyć każdemu, nie tylko nałogowemu biegaczowi czy alpiniście. Zwłaszcza latem, gdy temperatury przekraczają 30 stopni, a my jesteśmy zmuszeni do porządnego obuwia (np. podczas górskich wędrówek) oraz zimą, gdy zazwyczaj dusimy stopy w ultra ciepłych buciorach rodem z bieguna północnego. Problem z nadmierną potliwością stóp. Dla niektórych to zjawisko incydentalne, dla innych zmora dnia codziennego. W tej drugiej grupie, nie oszukujmy się, więcej jest mężczyzn. Przyznaję, że problemu praktycznie nie znałam, dopóki nie zaczęłam uczęszczać na siłownię.

Pocenie to całkowicie naturalny proces, zaś na stopach i dłoniach znajduje się najwięcej gruczołów potowych. Przyczyn nadpotliwości może być wiele: stres, wysiłek, choroby metaboliczne (cukrzyca, tarczyca), ale także nieodpowiednia odzież, np. skarpety ze sztucznych włókien, nieprzepuszczalne obuwie czy też niewłaściwa higiena. Podstawą jest codzienne mycie stóp i częste ścieranie naskórka, w którym gromadzą się bakterie oraz częsta zmiana skarpet czy rajstop, dezynfekcja obuwia.

Z pomocą przychodzą także kosmetyki.
Na rynku istnieje mnóstwo preparatów obiecujących suchość stóp, niwelowanie niechcianych zapachów, zabicie bakterii i dezynfekcję.
Podzieliłam je na kategorie: dezodoranty, kremy i żele, talki oraz wkładki do butów. 


1. Dezodoranty
Są to aerozole, które głównie maskują niepożądany zapach i lekko dezynfekują, ale nie mają najmniejszego wpływu na pocenie. Zazwyczaj podstawą ich działania jest skład oparty na alkoholu i kompozycji zapachowej. Jest to rozwiązanie szybkie i proste, ale niestety doraźne. Na dłuższą metę nie sprawdza się.
Znam trzy takie produkty. Avon, Kiwi i Farmona. 


Farmona, Nivelazione, Dezodorant do stóp 4w1
150 ml dezodorantu jest całkiem wydajne, a pachnie bardzo przyjemnie, choć niczym konkretnym. Kojarzy mi się trochę ze starymi dezodorantami typu Bac czy Fa (pamięta ktoś??). Butelka jest raczej spora, więc nie do zabrania ze sobą np. na siłownię. Podobno chroni przed grzybicą. Nie zgodzę się z zapewnieniem producenta, że zapewnia suchość i świeżość do 12 h, raczej rozmawiamy tu o 3-4h, a tyle na siłownię wystarcza. Kosztuje ok. 10zł.


Avon, Foot Works, Odświeżający dezodorant do stóp
Mała buteleczka o pojemności 100 ml zachęca, by zabrać ją ze sobą w razie potrzeby np. do torebki. Zapach jest wyraźnie miętowy i słodki, idealny na letnie upały. Zdecydowanie chłodzi i odświeża, ale na bardzo krótko. Fajnie dezodoruje za to buty. Właściwie używałam go nie tylko do stóp, ale także do odświeżenia ubrań np. po wizycie w domu, w którym się pali. Cena katalogowa 20zł, czasem bywa w promocji.


Kiwi, Deo Fresh, Odświeżacz do obuwia
Najskuteczniejszy z tej trójki jeśli chodzi o moc działania. Posiada fajny sposób aplikacji, gdyż ma dyszę rozpylającą u dołu butelki - wystarczy włożyć go do buta i nacisnąć od góry, aby dokładnie spryskać dezodorantem wnętrze obuwia. Bez brudzenia rąk i z zachowaniem pełnej higieny. Niestety ma małą pojemność, bo jedynie 100 ml i bardzo szybko się kończy. Nadrabia to skutecznością, bo faktycznie neutralizuje nieprzyjemne zapachy, a obuwie pachnie nim co najmniej dobę. Wierzcie mi, mam ochotę go sprezentować niektórym znajomym... Kosztuje 15-20zł.


2. Kremy i żele
Kremy - zazwyczaj do standardowego kremu do stóp dodawane są substancje mające zmniejszyć potliwość oraz silnie dezodoryzujące i dezynfekujące. Warto szukać w składzie szałwi, kory wierzby, drzewa herbacianego, orzecha włoskiego, kory dębu, rozmarynu, tymianku, jaskółczego ziela, lawendy. Najlepiej działają używane systematycznie i przez dłuższy okres czasu. Inne substancje zawarte w kremie (np. mocznik) powinny jednocześnie nawilżać i zmiękczać naskórek, by stopy były jak najbardziej odporne np. na grzybicę.


Żele - znam tylko jeden tego typu produkt z Biedronki. Jest to specjalny żel na bazie alkoholu i aluminium. Działa podobnie jak drogeryjne antyperspiranty pod pachy - zatyka pory, przez co hamuje wydzielanie potu. Zawiera także szałwię, odświeżający i chłodzący menthol, łagodzący panthenol i kamforę, która działa przeciwzapalnie, dezynfekująco, antygrzybicznie. Kosztuje 4zł, a jest niesamowicie skuteczny! Należy jednak używać go systematycznie, aby uzyskać lepszy rezultat. Aluminium niestety jest dość kontrowersyjne ze względu na badania, w których dowiedziono odkładanie się tego pierwiastka w tkankach.



 Skład:


 Oba produkty znacząco różnią się konsystencją i wyglądem. 

Green Pharmacy, Krem do stóp odświeżający, ochronny
W kremie zdecydowanie wyczuwam zapach olejku z drzewa herbacianego. Kremu używam na noc, zwłaszcza dzień przed treningiem, gdyż zwykle kończę go w saunie. Krem obiecuje wspomagać odporność skóry na infekcje grzybiczne i bakteryjne. Faktycznie go polubiłam, mimo zawartości parafiny, bo zmiękcza skórę i nadaje jej przyjemny zapach (przynajmniej dla mnie), ale wymaga dokładnego wklepania i to niewielkiej ilości. Nie zawiera alkoholu ani aluminium. Kosztuje ok. 4 zł/100 ml.


Be Beauty, Żel przeciw poceniu stóp
Pachnie ziołową szałwią z delikatnym tłem alkoholu. Obecnie ma nowe opakowanie (to już chyba trzecia szata graficzna) - zdjęcie poniżej. Jest bardzo wydajny i skuteczny, działa na identycznej zasadzie jak antyperspirant. Kosztuje 4zł/75ml. Więcej o nim napisałam wyżej.


3. Talki
Znane od dawana pochłaniacze wilgoci. Dzięki nim stopa dłużej pozostaje sucha, świeża i przez dłuższy czas nie poczujemy nieprzyjemnych zapachów. Niestety używanie ich jest dosyć niekomfortowe, codziennie rano należy rozsmarować proszek na stopie i uważać przy tym, by nie rozsypać go dookoła. Warto wsypywać je także do samego buta, zwłaszcza latem, zapobiegnie to dodatkowo ślizganiu się stopy w obuwiu. Czasem talk uważany jest za szkodliwy, choć jest to minerał. Dostępne są także talki perfumowane albo wzbogacone np. o olejek z drzewa herbacianego.


Felce Azzurra, Talk klasyczny
Zapachowy talk prosto z Włoch. Jest bardzo drobny i posiada przyjemny aromat. Duże opakowanie wystarczy mi chyba do końca życia, tak jest wydajny. Wydobywa się go przez niewielkie otwory, lubi się niestety trochę rozsypywać, trzeba więc z nim uważać.


Tea Tree, Zasypka do stóp
Kupiona w aptece z przeznaczeniem specjalnie dla potliwych stóp. Zawiera w składzie olejek z drzewa herbacianego i faktycznie lekko nim pachnie. Dzięki takiemu składowi ma działanie antybakteryjne i lepiej chroni skórę przed niechcianymi bakteriami. Jest bardzo skuteczna. Warto wsypać trochę proszku także do samego buta np. na noc, a rano go usunąć.



4. Wkładki do butów
Wygodne, choć nie są tanie. Wystarczy włożyć je do buta i już. Niestety ich działanie jest bardzo krótkotrwałe, szybko bowiem tracą zapach, a co za tym idzie i właściwości. Jeżeli nawet posiadają jakieś substancje antybakteryjne to niestety nie przeszkodzi to rozmnażać się bakteriom, znajdującym się w innych częściach buta, więc problem szybko powraca.


Bardzo skuteczne, a przy tym odprężające są kąpiele stóp w letniej wodzie z dodatkiem np. olejku z drzewa herbacianego lub sosny. Działają one ściągająco, odświeżająco, antybakteryjnie i antygrzybiczo.

Warto zadbać także o buty. Domowym i skutecznym sposobem jest... soda. Wystarczy wsypać 1-2 łyżeczki sody do buta, rozprowadzić ją i pozostawić np. na noc. Rano usunąć i cieszyć się odświeżonym i zdezynfekowanym butem bez bakterii.

Najlepsze rezultaty daje kombinacja wyżej wymienionych środków. 
Bardzo wiele osób ma tego typu problem, wystarczy wsiąść w lecie do autobusu lub choćby do windy, by się o tym przekonać. Dlatego uważam, że warto o tym pisać, być może rozmawiać się wstydzimy, ale liczę, że ktoś znajdzie tu coś ciekawego dla siebie. Warto zacząć dbać o swoje stopy i nie traktować ich po macoszemu, bo zaniedbania odczuwa nie tylko osoba zainteresowana, ale i jej otoczenie, problem zaś sam nie zniknie.

Meet Beauty Conference

W sobotę 24.10.2015r. odbyła się w Warszawie pierwsza edycja konferencji dla blogerek i vlogerek urodowych - Meet Beauty. Miałam przyjemność, wraz z 249 innymi pięknymi paniami (i kilkoma rodzynkami), w niej uczestniczyć. Muszę przyznać, że cała konferencja była bardzo dobrze zorganizowana, a do samego miejsca spotkania był dobry dojazd praktycznie z każdej części Warszawy. To, co uwiodło mnie najbardziej to atmosfera, która była wspaniała, pozytywna, energetyczna. Wszyscy uczestnicy byli uśmiechnięci, rozmowni, otwarci i entuzjastyczni, a co chwila rozbrzmiewały teksty typu "A, to Ty! Czytam Cię!". Genialnie było zobaczyć tyle twarzy znanych mi dotychczas jedynie z maleńkiego obrazka, krążącego gdzieś w internecie, poznać żywe osoby, które niejednokrotnie okazywały się np. niższe lub szczuplejsze niż sobie to wyobrażałam. Tym bardziej, że do tej pory nie znałam żadnej blogerki osobiście, a na konferencję pojechałam sama jak palec :) Cóż, teraz już z wieloma rozmawiałam, z wieloma się pośmiałam i jest to dla mnie największa atrakcja tego spotkania! Jesteście wspaniałe dziewczyny!


Plan konferencji był dość bogaty, ale jednocześnie luźny. W głównej sali przez cały czas odbywały się inspirujące panele związane z prowadzeniem bloga. Dowiedziałyśmy się m.in. o roli kolorystyki bloga, grafik, logo, znaczeniu social media w kontaktach z czytelnikami, SEO (niestety te akurat przegapiłam, a podobno były najciekawsze, takie już moje szczęście). 


W różnych wydzielonych salach odbywały się "warsztaty" tematyczne z konkretnymi markami. Osobiście udało mi się dostać jedynie na makijażowe warsztaty z marką Pierre Rene. Wyglądało to trochę jak reklama i przybliżenie nam nowości marki, dość ciekawe, ale jednak liczyłam na coś innego. W innych salach można było uczestniczyć w warsztatach paznokciowych z NeoNail oraz włosowych z Remington. Najciekawsze były jednak warsztaty fotograficzne z Olympus, związane z robieniem zdjęć na bloga. Niestety, zapisy na nie rozeszły się bardzo szybko, a miejsc było jedynie 30.
 



Na dole znajdowały się stoiska marek sponsorujących spotkanie. Największym powodzeniem cieszyła się marka Pilomax, oferująca nam badanie trychologiczne (sprawdzenie stanu skóry głowy i włosów specjalną mikrokamerą w 200-krotnym powiększeniu). Tak oto, po odstaniu swojego w kolejce,  dowiedziałam się, że włosy mam cienkie, liczne, pojedyncze, z mnóstwem "baby hair", a skóra głowy jest naczynkowa i bez łupieżu. Fajnie zobaczyć swoją skórę w takim powiększeniu na komputerze :) Specjalnie dla każdej z nas zostały dobrane odpowiednie kosmetyki do pielęgnacji. Ja dostałam Łagodny szampon do włosów ciemnych oraz Regenerującą maskę do farbowanych włosów jasnych. Mam delikatne ombre i stąd różnica w doborze produktów.


Przy stoisku NeoNail można było porozmawiać na temat paznokci hybrydowych oraz oddać swoje dłonie w ręce doświadczonej kosmetyczki. Szkoda trochę, że istniała jedynie opcja zrobienia dwóch paznokci (ja wybrałam serdeczne) na przetestowanie lakierów tej marki. Zdecydowałam się na śliczny odcień kawy z mlekiem, bo w biurze na pewno taki "przejdzie", choć kusiły mnie granaty i fiolety, oj kusiły! Zobaczymy jak pójdzie mi zmywanie hybryd acetonem, choć raz już udało mi się to zrobić bez szkody dla paznokci.



Stoisko Golden Rose oferowało zarówno makijaż jak i manicure produktami marki i również cieszyło się powodzeniem. Nieopodal można było porozmawiać na temat nowości marki. Niestety ja trafiłam na zły moment i niczego się nie dowiedziałam, ponieważ akurat przedstawicielki biegły na rozdanie nagród za udział w ich konkursie. Dostałam za to na szybko dwa lakiery "biurowe" do wypróbowania, które na pewno przetestuję :)





Pierre Rene również miało swoje stoisko z kosmetykami, które można było obejrzeć, wypróbować, pooglądać z każdej strony. Wyglądało to jak sklep z cukierkami, kusząco :)


Zdjęcia, które towarzyszą temu postowi zrobiłam aparatem Olympus, biorąc udział w jedynym konkursie, na jaki się odważyłam. Reszta konkursów była typowo makijażowa, więc ja je odpuściłam. Sam aparat bardzo mi się spodobał, ma wiele funkcji umożliwiających szybkie zrobienie ciekawych ujęć, mnóstwo opcji, gadżetów, dotykowy ekran i dobry obiektyw. Szkoda tylko, że w wynajętym budynku było dość ciemno, więc zdjęcia wychodziły takie sobie. Mimo wszystko udało mi się jakimś cudem dostać wyróżnienie w konkursie za to zdjęcie:


W trakcie całej konferencji można było częstować się przepyszną kawą, herbatą czy wodą, było nawet kobiece piwo Karmi, ale chyba szybko zniknęło. Do tego przepięknie zaprezentowane babeczki i serniczki, od których nie mogłam oderwać oczu, a skusiłam się tylko na jedną. W trakcie przerwy lunchowej można było skosztować mnóstwa różnych przekąsek, roladek, pasztecików czy kanapeczek, przy czym ja dorwałam się do ulubionych pomidorków z mozzarellą i bazylią oraz roladek z łososiem i rukolą. Wiem, że sporo dziewczyn narzekało, ale dla mnie jedzenie było smaczne i wcale nie liczyłam na syty obiad, po którym pewnie nie mogłabym się ruszać.



Wyrażam nadzieję, że druga edycja Meet Beauty odbędzie się również w Warszawie. 
Wyrażam chęci pojawienia się na niej także i poczucia tej wspaniałej atmosfery, pogadania z blogerkami i pośmiania się :)
Wyrażam potrzebę wzięcia sobie przez organizatorów do serca naszych uwag z wypełnionych ankiet. Ja napisałam, że chciałabym więcej pielęgnacji, której nie było praktycznie w ogóle oraz żeby warsztaty były bardziej praktyczne, a mniej reklamowe.


Ogólne wrażenie pozostało mi bardzo pozytywne. Moim zdaniem konferencja jak na pierwszy raz była udana, dobrze zorganizowana i ciekawa. Poprawiłabym jedynie warsztaty tematyczne oraz zorganizowała ich więcej, tak aby każda z nas mogła się zapisać choć na jeden. Dostałyśmy także mnóstwo kosmetyków do przetestowania lub oddania, ale o tym napiszę innym razem :)

Pomysł jest świetny i było do niesamowite przeżycie, które chętnie powtórzę!

Skin Chemists, Retinol Moisturiser, Krem nawilżający z retinolem

Jak wiecie mam już trzydziestkę na karku i zaczyna być to widoczne. Całe lata zaniedbań, imprez do rana (alkohol, papierosy) oraz unikania tłustych kremów z filtrem nie wyszły mi na dobre. Pierwsze zmarszczki, cieńsza, poszarzała skóra, popękane naczynka to tylko niektóre pamiątki z interesującej młodości. Grunt to wreszcie zmądrzeć...
 
Jakiś czas temu na blogu Dobre dla urody była akcja testowania z marką Skin Chemists. Jest to marka brytyjska, która szczyci się tworzeniem kosmetyków bezpiecznych, stanowiących skuteczną alternatywę dla inwazyjnych zabiegów medycyny estetycznej. Zainteresował mnie szczególnie silnie nawilżający krem z retinolem.

Producent Retinol Moisturiser obiecuje:
"zdumiewające efekty nawilżające, wygładzające i regeneracyjne. To kosmetyk, który Twoja skóra pokocha".



Kosmetyk przyszedł pięknie opakowany, przewiązany granatową wstążeczką. Już samo to utrwaliło we mnie przekonanie, że mam do czynienia z firmą luksusową, dbającą o swoje klientki. Krem nie kosztuje mało, bo na stronie producenta widnieje kwota 250 zł/50 ml, do kupienia tutaj KLIK.


Dzięki porządnemu zabezpieczeniu krem przyszedł w idealnym stanie, a warto wspomnieć, że opakowanie jest szklane. Na kartoniku podane są bardzo podstawowe informacje na temat produktu, jak nazwa, sposób użycia, skład, pojemność. Samo opakowanie jest minimalistyczne, eleganckie i bardzo mi się podoba. Widnieje tu także informacja, że krem zawiera retinol. A co to takiego?


Retinol (zwany witaminą A) to alkohol należący do karotenoidów. Posiada właściwości stymulujące odnowę komórek, dzięki czemu skóra się odmładza, pogrubia i wygładza. Działa normalizująco na dojrzewanie komórek naskórka, więc przyczynia się do spłycenia warstwy rogowej skóry, a tym samym pogrubienia warstwy żywej. Ma także zdolności odnowy włókien elastyny i kolagenu, co pozytywnie wpływa na teksturę i jakość skóry. Powoduje to spłycenie zmarszczek i wygładzenie cery, dlatego składnik ten polecany jest szczególnie skórze dojrzałej, ze zmarszczkami, zniszczonej, wymagającej regeneracji, także uszkodzonej przez fotostarzenie, zwłaszcza że posiada on zdolność rozjaśniania plam pigmentacyjnych różnego pochodzenia.
Ale to nie wszystko. Retinol świetnie radzi sobie z trądzikiem. Zwęża pory, oczyszcza je z nagromadzonego sebum i martwego naskórka oraz pozytywnie wpływa na już istniejące wypryski.
Dzięki swojej zdolności pogrubienia skóry jest idealnym składnikiem kremów pod oczy, mających za zadanie zniwelowanie cieni.
Na początku kuracji warto przyglądać się swojej skórze, bowiem retinol może ją przesuszyć, spowodować widoczne łuszczenie się naskórka, a czasem nawet podrażnić. Warto odpowiednio do swoich potrzeb dostosować częstotliwość stosowania serum czy kremu z retinolem: przy braku negatywnych skutków można używać ich codziennie, natomiast w przypadku cery wrażliwej lepiej robić przerwy, nawet trzydniowe, by przyzwyczaić skórę do tego składnika. Bardzo ważne jest także stosowanie odpowiedniej ochrony przeciwsłonecznej, najlepiej z wysokim filtrem, nawet SPF50 oraz w miarę możliwości unikanie słońca.


Mamy jesień, idealny czas na krem z retinolem, choć warto zadbać także o filtry, których dostarczają mi obecnie azjatyckie kremy BB (jestem nimi absolutnie zachwycona!).

W pudełeczku znajduje się krem w szklanym opakowaniu oraz ulotka na temat pompki airless. Nie jest to dla mnie nowością, a bardzo higienicznym i praktycznym rozwiązaniem. Przed pierwszym użyciem trzeba kilkakrotnie przycisnąć pompkę, aby następnie krem wychodził już bez problemu.


Szklane opakowanie jest prześliczne, minimalistyczne, a mimo to zwraca na siebie uwagę. Nawet mój mąż (a mężczyźni znani są ze swojej spostrzegawczości czyż nie?) zauważył je na półeczce z moimi kosmetykami jeszcze tego samego dnia, w którym tam stanęło. Srebrne części nie wycierają się, właściwie po kilku tygodniach regularnego używania całość wygląda jak nowa.


Pompka jest bardzo wygodna, nie zacina się. Już za pierwszym razem wydobywa idealną ilość produktu do pokrycia całej twarzy i jeszcze zostaje odrobina na szyję. Dzięki temu krem jest wydajny, w miesiąc zużyłam 1/3 opakowania, czyli powinien wystarczyć na 3 miesiące codziennej kuracji.


Skład: woda, Glyceryl Stearate SE (emulgator i emolient, wygładza, zmiękcza skórę), Cetearyl Alcohol (emolient, tworzy film, wpływa na lepkość), Stearic Acid (emulgator, odbudowuje barierę lipidową skóry), Cocos Nucifera Oil (Olej Kokosowy; łagodzi stany zapalne, zmiękcza, natłuszcza, odżywia, głęboko nawilża, uelastycznia, wygładza, zwalcza trądzik), Phenoxyethanol (konserwant), Benzyl Alcohol (konserwant, imituje zapach jaśminu), Hydroxypropyl Cyclodextrin (odżywia skórę, stabilizuje emulsję, chroni krem przed utlenianiem, bezpieczny dla skóry), Allantoin (alantoina; łagodzi podraznienia, wspomaga regenerację, przyspiesza gojenie, nawilża), Carbomer (karbomer, zagęstnik), Caprylic/Capric Trigliceryde (emolient, tworzy film), Sodium Hyaluronate (kwas hialuronowy, silnie nawilża), Disodium EDTA (stabilizator, konserwant), Parfum (kompozycja zapachowa), Retinol (0,15%, odmładza, wspomaga regenerację komórek skóry oraz odbudowę kolagenu, zmniejsza zmarszczki i zmiany pigmentacyjne) , Ethylhexylglycerin (naturalny konserwant, bezpieczny), Dehydroacetic Acid (konserwant identyczny z naturalnym, bezpieczny), Silica (krzemionka, matuje, poprawia właściwości aplikacyjne kremu, stabilizuje emulsję), Gardenia Tahitensis Flower Extract (Olej Monoi; nawilża, wygładza, zmiękcza, regeneruje, działa przeciwzapalnie i łagodząco, przyspiesza gojenie ran, działa antyseptycznie i przeciwgrzybiczo), Tocopherol (witamina E, chroni przed starzeniem, antyoksydant, nawilża, wzmacnia naczynia krwionośne), Benzyl Salicylate (zapach, może alergizować), Citral (zapach cytryny, może alergizować), Citronellol (zapach róży, może alergizować), Geraniol (zapach geranium,może alergizować), Hexyl Cinnamal (zapach jaśminu, może alergizować), Limonene (zapach skórki cytrynowej, może alergizować), Linalool (zapach konwalii, może alergizować), Mica (pigment mineralny, rozświetla cerę, nadaje kremowi perłowy wygląd), CI 77891 (dwutlenek tytanu, mineralny filtr UV, biały pigment).


Konsystencja kremu jest lekka, ale treściwa. Ma barwę białej perły, przepięknie mieni się w słońcu. Zapach jest interesujący, pierwszy raz się z podobnym spotykam. Wyczuwam w nim perfumy i letnie kwiaty, na szczęście nie jest zbyt nachalny, raczej otulający. Na twarzy chwilę go jeszcze czuję, po czym znika.


Bardzo ładnie wygląda po rozsmarowaniu, cieszy oko. Gładko sunie po skórze, choć potrafi czasem zostawiać białe smugi, które jednak można szybko wklepać. Już po chwili wnika wgłąb skóry.


Krem nie matuje, bo wcale nam tego nie obiecywał, ale i nie wzmaga świecenia. Mimo, że nie wchłania się do całkowitego, tzw. płaskiego matu, pokochałam go za lekkie rozświetlenie, jakie daje mojej twarzy. Nie należy mylić tego z błyszczeniem tłustej skóry, której przecież jestem posiadaczką. Natychmiast po aplikacji skóra odczuwa niewiarygodną ulgę i nawilżenie. Przez kilka tygodni nie zauważyłam zapychania czy podrażnienia (nie licząc pierwszego tygodnia, o czym za chwilę), ale nie wiem czy z taką ilością sztucznych zapachów nadaje się dla cery wrażliwej. Przed każdym pierwszym użyciem nowego kosmetyku polecam testy alergiczne. 


Początkowo moja broda źle zareagowała na retinol. Pojawiły się drobne wypryski i niewielkie suche placki, które zniknęły po około tygodniu. Jest to jak najbardziej normalna reakcja i nie należy się nią denerwować. Po tym czasie było już tylko lepiej, więc warto przetrwać ten początkowy etap.

Moja skóra już po miesiącu odzyskała utracony koloryt, pogrubiła się, a naczynka zostały wzmocnione, co objawia się zmniejszeniem nieprzyjemnej tendencji do zaczerwienienia (juuupi!). Najbardziej jednak zachwycił mnie wpływ na strukturę skóry, która stała się jakby zwarta, ujędrniona i wygładzona, pory się zmniejszyły i wyrównały, przez co cera stała się gładka w dotyku (widać to także patrząc pod światło). W dodatku kolejne drobne zmarszczki znikają jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Dostałam mnóstwo komplementów na temat stanu swojej skóry, nabrałam pewności siebie i jestem bardzo zadowolona z tego stanu rzeczy. Każdego wieczora zastanawiam się jak mogłam dotąd funkcjonować bez mojego kremu?


Retinol Moisturiser to część mojego własnego, choć profesjonalnego gabinetu kosmetycznego. Bez igieł, podskórnych nici, laserów, ale z podobną skutecznością. Nie rozumiem po co katować swoją skórę, skoro można w przyjemny sposób wpłynąć na jej gęstość, wygładzenie i ogólny dobry wygląd. Codzienne wklepywanie kremu i towarzyszący temu przyjemny zapach stało się moim miłym, porannym rytuałem, z którego na pewno nie zrezygnuję!

Znacie kosmetyki marki Skin Chemists? Czy u Was kremy z retinolem działają równie skutecznie?

Ulubione zdrowe przekąski: Żurawina Premium Aura Herbals

Większość ludzi lubi jeść i rozkoszować się konsystencją, wyglądem i oczywiście smakiem jedzenia. Nie jestem tutaj wyjątkiem, choć przyznaję się, że z regularnością jest u mnie kiepsko. Potrafię przez pół dnia niczego nie tknąć, by potem rzucić się na lodówkę po odczuciu nagłego ssania w żołądku. Niestety wszystko to wychodzi mi potem w boczkach i biodrach... Odkąd chodzę na siłownię, czyli ponad trzy miesiące, staram się nie głodować, a co za tym idzie mieć pod ręką różne przekąski. Nie, nie, nie mam tu na myśli chipsów, paluszków i mlecznych kanapek. W takim razie co? Przede wszystkim warzywa, które na szczęście uwielbiam. Szpinak? Proszę bardzo, najlepszy jest świeży do sałatek i do posypania pizzy (próbowaliście? pycha!). Marchewka? No jasne, obrana i pokrojona w paski często gości na moim talerzu. Owoców także nie unikam, bo choć zawierają sporo kalorii (cukry), to przecież są napakowane także błonnikiem, pektynami, minerałami i witaminami. Należy jedynie pamiętać o umiarze. 


Przykładowo w tym momencie mam pod ręką kolorowe papryki, pomidory, sałatę, jedną (trochę już zdechłą) marchewkę, pól cukinii. Zawsze mam także cebulę i czosnek, których oczywiście nie jem w formie przegryzek, ale dodaję je praktycznie codziennie do obiadu i zdradzę Wam coś: bardzo, ale to bardzo rzadko choruję! Z owoców mam dzisiaj ukochaną pomarańczę, jabłka, gruszki i banany. Oto część moich zapasów:


Poza warzywami i owocami uwielbiam wcinać bakalie, orzechy i nasiona. Dostarczają one kalorii, a i owszem, ale także mnóstwa witamin i minerałów, które są bardzo cenne dla organizmu, zwłaszcza jesienią. Na pierwszy ogień polecam żurawinę.


Żurawina Premium, Aura Herbals to najlepsza żurawina, jaką w życiu jadłam. Przede wszystkim na szczególną uwagę zasługuje fakt, że w składzie mamy tylko i wyłącznie suszone owoce żurawiny wielkoowocowej, pochodzącej z Kanady. Nie ma żadnych olejów, syropu glukozowego i nie wiadomo czego jeszcze, bo i nie jest to do niczego żurawinie potrzebne. Duże opakowanie, 500 g wystarcza na wiele dni podniebnych rozkoszy, a kosztuje ok. 20 zł. Czy to dużo? Wcale nie, bowiem słabej jakości, napakowana chemią miniaturowa żurawina na wagę w markecie potrafi kosztować tyle samo! Żurawina Premium natomiast ma duże, mięsiste owoce, pozbawione dziwnego nalotu, nie licząc naturalnych cukrów. Pachnie niebiańsko, naturalnie, owocowo i tak jak powinna, bez chemii. Jak smakuje? Idealnie, kwaskowo i słodko jednocześnie, wyraźnie czuć smak żurawiny. Uwielbiam ją podgryzać w ciągu dnia. Ale nie tylko walory smakowe posiada to cudo. Przede wszystkim jest to prawdziwe bogactwo witamin, głównie witaminy C, ale także wit. B1, B2, D, E, kwasu foliowego, niacyny; minerałów m.in. potasu, żelaza, wapnia, magnezu, fosforu, sodu; błonnika i kwasów organicznych np. kwas cytrynowy i jabłkowy.


W dodatku jest to idealna przekąska dla nas, kobiet. Wiadomo, że jesteśmy bardziej narażone niż mężczyźni na różne infekcje dróg moczowych, ale żurawina pomoże w tej walce. Infekcje najczęściej wywołują bakterie E. coli, które osadzając się w drogach moczowych powodują stan zapalny. Żurawina ma zdolność do zmniejszania przyczepności tych bakterii, co przyczynia się do ich wypłukiwania z organizmu i zmniejszenia ilości w drogach moczowych. Im jest ich mniej tym mniejsze szkody wywołają. Z tego powodu żurawina często jest także polecana osobom z założonym cewnikiem lub mającym problemy z całkowitym opróżnieniem pęcherza, np. po udarze. 

Żurawina doskonale nadaje się także dla osób dbających o serce czy wątrobę, ponieważ w tych niepozornych owocach znajdują się w wysokim stężeniu proantocyjanidyny. Obniżają one poziom glukozy we krwi, działają antybakteryjnie, antyoksydacyjnie, antywirusowo, a nawet przeciwrakowo. Możemy je znaleźć także m.in. w zielonej herbacie, winogronach, kakao, winie, owocach róży, borówce, kwiatach lipy.


Ponadto żurawina chroni przed wrzodami żołądka oraz zmniejsza ryzyko chorób serca (zapobiega zakrzepom i zapychaniu się naczyń krwionośnych). Co ciekawe czerwone owoce, o których mowa, wykazują działanie przeciwgrzybiczne i antybakteryjne, co powoduje, że są doskonałych dodatkiem nie tylko do dań, ale także do kosmetyków, zwłaszcza do skóry suchej, trądzikowej i dojrzałej. Doskonale wpływają również na stan jamy ustnej, gdzie niwelując przyleganie bakterii do szkliwa i dziąseł zmniejszają tempo narastania płytki nazębnej, chroniąc przed próchnicą i stanami zapalnymi dziąseł.

Żurawina oczyszcza organizm z toksyn i stymuluje przemianę materii. Dzięki ogromowi antyoksydantów, głównie wit. C i E, spowalniają starzenie się komórek oraz pobudzają syntezę kolagenu i elastyny, dzięki temu poprawia się ujędrnienie, nawilżenie i sprężystość skóry. Taki sam wpływ żurawina ma na mózg: spowalnia procesy starzenia się mózgu, przez co dłużej pozostaje on w doskonałej formie. Potrafi nawet zahamować lub spowolnić rozwój chorób Parkinsona i Alzheimera. 

Niestety żurawiny powinny unikać osoby z kamicą nerkową i osteoporozą, ponieważ zawarte w owocach szczawiany wiążą wapń, hamując jego wchłanianie.

Jesteście zainteresowane serią takich postów? Wiem, że ten jest dość obszerny, ale ja osobiście jestem zachwycona żurawiną premium, jej smakiem i działaniem na cały organizm, w tym także na skórę. Dajcie znać w komentarzu.
proantocyjanidyny

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/zurawina-na-pecherz-wrzody-i-serce_33955.html
proantocyjanidyny

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/zurawina-na-pecherz-wrzody-i-serce_33955.html
proantocyjanidyny

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/zurawina-na-pecherz-wrzody-i-serce_33955.html
proantocyjanidyny

http://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/medycyna-niekonwencjonalna/zurawina-na-pecherz-wrzody-i-serce_33955.html
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj