Pielęgnacja podczas grypy czyli co dobrego zrobić dla skóry mimo choroby

Gorączka, osłabienie, katar, kaszel... to tylko niektóre z przykrych konsekwencji chorowania. Kiedy siedzisz w domu, chora i zdemotywowana, nie masz ani sił ani ochoty na obowiązki, zbędne ruchy, ba, nawet na oglądanie TV. Jesteś zła, że marnujesz czas, boli Cię głowa, a w pracy robią się zaległości, które potem będziesz musiała nadganiać.... Niestety nie da się cały czas leżeć w łóżku i zdrowieć, a skoro już wstajesz z łoża boleści zawsze myj ręce i wykorzystaj każdą chwilę na pielęgnację, bo złe samopoczucie nie zwalnia z potrzeby dbania o siebie.


Pielęgnacja w chorobie powinna być szybka i treściwa, by móc prędko wrócić do łóżka, pod ciepły kocyk i się wygrzewać. Ograniczam się więc to podstaw, ale za to regularnie się ich trzymam.

 Źródło Pixabay

1.  Demakijaż choćby samym płynem micelarnym, obowiązkowo rano i wieczorem, a nawet częściej. Konieczne jest oczyszczenie skóry z bakterii i zarazków, by usuwać ich jak najwięcej ze swojego najbliższego środowiska. Oczywiście równie ważne jest usunięcie potu, sebum i zanieczyszczeń. Jeśli masz siłę na mycie buzi olejkiem, żelem czy pianką to oczywiście jak najbardziej możesz, jednak ja się zwykle ograniczam do minimum, bo lepsze to niż nic.

2. Krem na noc, najlepiej treściwy i tłusty, nakładam na dzień. Skoro i tak nigdzie się nie wybieram, niepotrzebne są filtry, a cera chorująca jest poszarzała, pogrubiona i szorstka, coś jej się więc należy. Treściwy krem dodatkowo odżywi zmęczoną cerę i pomoże jej chronić się przed podrażnieniem, szczególnie w okolicach nosa.


3. Krem do rąk. Ponieważ często myję ręce, także one potrzebują uwagi. Najlepszy będzie treściwy, z dużą zawartością masła shea i olejów, które zregenerują skórę i ochronią ją przed utratą wilgoci.

4. Paznokcie. To jest też czas, gdy zmywam kolorowe lakiery i wszelkie bezbarwne odżywki, a paznokcie traktuję tłustymi oliwkami, trzymam w ciepłym oleju z sokiem z cytryny lub smaruję np. balsamem 2x5 (nie jest naturalny, ale skuteczny). Po takim chorowaniu mam dużo ładniejsze paznokcie niż przed :)



5. Krem do stóp. Zawsze podczas choroby mam na stopach grube skarpety, dzięki czemu nie tracę ciepła, a przy okazji robię sobie kurację kremem do stóp. Po kilku dniach stopy mam jak po wizycie w salonie kosmetycznym, a przecież tylko leżałam i to chora! Smarowanie stóp trwa pięć sekund, a efekt utrzymuje się długo.

6. Okolice nosa traktuję masłem shea lub kremem Kailas na oleju kokosowym. Od ciągłego kataru i częstego pocierania tych wrażliwych okolic chusteczkami odczuwam pieczenie i widzę nieładne zaczerwienienie. Nie ma potrzeby się z tym męczyć, więc warto zastosować prosty, naturalny trick, który zmniejszy dolegliwości i nam ulży.


7. Włosy natomiast odpoczywają od nadmiaru pielęgnacji, raz na kilka dni myję je łagodnym szamponem bez odżywek czy masek, suszę suszarką, aby nie siedzieć z mokrą głową i uciekam do łóżka. Prysznic też biorę szybki i gorący, rezygnuję z maseł czy balsamów, bo nie będę przecież czekać aż się wchłoną. Gdy już opuszczą mnie wysokie temperatury lubię za to zrobić gorącą kąpiel, najlepiej z olejkami eterycznymi :)

8. Nie zapominamy o zębach! Znam wiele osób, które podczas chorowania darują sobie mycie zębów, u mnie to nie przejdzie. Warto sobie nie odpuszczać, choć przyznaję, że nie wstaję specjalnie po to, ale myję je przy okazji np. wizyty w łazience.

A Wy jakie macie patenty na pielęgnację podczas choroby?

Przegląd moich podkładów: AM, Avon, Dermacol, Soraya, Eveline

Cześć, mam na imię Aneta i mam problem. Jestem podkładoholiczką i korektoroholiczką. Posiadam do użytku własnego masę pootwieranych podkładów oraz kremów BB (o tym innym razem), a w zapasie czekają następne... Jednakże teraz już wiem, że mam z tym problem i zaczynam z nim nierówną walkę. Nie otwieram kolejnych dopóki nie zużyję (do ostatniej kropelki!) lub nie wyrzucę ostatniego (no dobra, na początek większości) z poniższych. A w zapasach koreańskie BB oraz minerały, więc kusi mnie, oj kusi...


Najwięcej w kolekcji posiadam podkładów płynnych, ale znajdzie się także mineralny oraz w musie. Kremami BB też nie gardzę, ale o nich więcej napiszę w innym wpisie....
Marki też są różne, od najtańszych Eveline czy Soraya, przez Avon, do Dermacol i Annabelle Minerals. Choć zasadniczo lubię pompki, wśród dzisiejszych bohaterów znajduje się tylko jeden taki podkład, z Avonu.


Avon, Podkład matująco-antystresowy

Od producenta:
"Matujący podkład z rumiankiem i aloesem dla naturalnie pięknej i gładkiej skóry. Długotrwale matuje, łagodzi oznaki stresu i zmęczenia na skórze, zapewnia cerze naturalny wygląd, bez efektu maski, nadaje średnie krycie. 
Długotrwała formuła idealnie matuje skórę, kontrolując jej błyszczenie oraz koi i odświeża, łagodząc oznaki napięcia i zmęczenia. Do skóry normalnej, tłustej i wrażliwej. Testowany dermatologicznie".

Wygodna szklana buteleczka zaopatrzona jest w pompkę, co jest niesamowicie wygodne i higieniczne. Jak widzicie napisy bardzo szybko się starły, ale pamiętam, że jest to odcień NUDE, czyli dość jasny z żółtymi tonami. Odcień ten jest w sam raz dla mnie, gdy nie jestem opalona. Kosztuje od 22zł w promocji, jak to w Avon.


Podkład nie jest zbyt lejący, łatwo go wydobyć z buteleczki. Ładnie stapia się ze skórą, dając naturalne, średnio kryjące wykończenie. Z zaczerwieniami sobie nie radzi, konieczny jest korektor. Nie zapycha, nie podrażnia. Idealnie nadaje się na dzień, kiedy marzymy o makijażu "no make up", pod warunkiem, że nie mamy zbyt dużych problemów skórnych. Jest trwały, matuje odrobinę dłużej niż przeciętne podkłady, aby przedłużyć ten efekt lepiej go przypudrować. Na skórze wydaje się być lekki, w ogóle nie czuć go na skórze. Co najważniejsze nie zmienia odcienia na skórze, nie ciemnieje. Czasem się zdarza, że źle się nakłada na kremo-żele. Łatwo się zmywa ze skóry. Całkiem fajny podkład, mimo że za marką nie przepadam.


Soraya, Make-up matujący.

Od producenta:
"Matujący make-up oparty na formule zawierającej cząsteczki absorbujące nadmiar sebum zapewnia matowe wykończenie makijażu na wiele godzin. Make-up doskonale kryje niedoskonałości skóry z zachowaniem idealnie gładkiej, naturalnie wyglądającej cery. Nawilża skórę nie powodując jej przesuszenia. Pozostawia twarz matową na wiele godzin, dzięki cząsteczkom absorbującym nadmiar sebum, idealnie kryje niedoskonałości, zachowując naturalny wygląd cery oraz optymalnie nawilża skórę. Idealny do skóry normalnej i mieszanej."

Klasyczna tubka z nakrętką nie jest moim ulubionym rozwiązaniem, ale daje radę. Przynajmniej napisy się nie ścierają. Posiadam odcień 01 JASNY BEŻ, który bardzo szybko ściemniał! Już po jakimś miesiącu od otwarcia był nie do poznania. Formuła jest lejąca się, wodnista, szybko ścieka z dłoni. Kosztuje ok. 13zł.


Gdybym wiedziała, że tak szybko ściemnieje w ogóle bym go nie kupowała, bo nie potrzebowałam takiego odcienia. Zostawiłam go sobie jednak do mieszania ze zbyt jasnymi odcieniami, dzięki temu mogę uzyskać odpowiedni kolor bez wyrzucania niedobranych podkładów. Czasem używam go także jako bronzera w płynie. Make-up jest wyjątkowo lekki, słabo kryje, więc nie da się ukryć pod nim niedoskonałości. Jedno muszę mu przyznać - naprawdę na długo matuje, nawet nie przypudrowany. Jest dość kapryśny, np. nie współpracuje ze zbyt tłustymi kremami czy żelowymi konsystencjami. Łatwo się zmywa. Szkoda, że nie do końca można mu ufać i z tego powodu nie polecam, chyba że do ciemnych karnacji.


Eveline, MATT Professional, Fluid długotrwale matujący

Od producenta:
"Zapewnia perfekcyjne krycie niedoskonałości i niezawodną trwałość makijażu przez 12h. Innowacyjna formuła bogata w kompleks ANTI-SHINE COMPLEXTM reguluje wydzielanie sebum, gwarantuje długotrwały efekt matowego wykończenia i naturalny wygląd skóry – bez efektu maski! Kwas hialuronowy intensywnie nawilża i wygładza. Witaminy C + E odmładzają skórę i chronią ją przed wolnymi rodnikami. Lekka konsystencja idealnie wtapia się w cerę, nie zatyka porów i pozwala skórze oddychać."

Znów klasyczna tubka z odkręcanym, różowym korkiem. Napisy bez zarzutu, nic się nie ściera. Mój odcień to najjaśniejszy 41 MEDIUM BEIGE, z dość sporą ilością żółtych tonów. Konsystencja jest dość gęsta, lepiej kryjąca, więc łatwo z nim przesadzić i otrzymać efekt odwrotny do oczekiwanego. Zdecydowanie nie nadaje się dla bladziochów, bo ten najjaśniejszy odcień z gamy jest dla mnie w sam raz dopiero w lecie, gdy moja skóra jest już opalona.


Jak wspomniałam jest to fluid dobrze kryjący, ukryje niewielkie niedoskonałości bez konieczności użycia korektora. Ma całkiem niezłe działanie matujące, spokojnie na kilka godzin sobie poradzi nawet solo. Mam zastrzeżenia co do ilości wydobywanego podkładu z tubki - zawsze, ale to zawsze wylatuje zbyt dużo, przez to masę się go marnuje. Tym bardziej, że warto kontrolować ilość fluidu na skórze, żeby jej zbytnio nie obciążyć, co może skutkować sztucznym wyglądem i wypryskami. Można narobić nim smug. Trochę trudno się zmywa, ale dobry żel i micel sobie radzą. Całkiem się polubiliśmy, ale na co dzień rzadko go używam, wolę naturalniejsze wykończenie.


Dermacol, Mousse Make-Up COVER

Od producenta:
"Delikatny, lekki mus make-up bardzo łatwo się nanosi. Ujednolica kolorystycznie nierówności i matuje cerę. Pigmenty, które posiada dają rozjaśniający efekt, co sprawia, że skóra wygląda młodziej".

Opakowanie to szklany słoiczek, więc wydobywamy produkt szpatułką lub palcem. Napisy się nie ścierają. Posiadam odcień 7, jasny beż z różowymi tonami. Konsystencja mnie urzekła, jest lekka, piankowa, zgodnie z obietnicą - konsystencja napowietrzonego musu. Kosztuje ok. 35zł.


Pięknie się stapia ze skórą, łatwo ukrywa wszelkie niedoskonałości i rozszerzone pory. Na twarzy wygląda na lekko silikonowy, ale nie zapycha i dość dobrze się zmywa. Jedyne co mi się nie podoba to podkreślanie suchych skórek, ale na szczęście ostatnio coraz rzadziej je mam. Dość dobrze kryje, wyrównuje koloryt, a odcień 7 idealnie stapia się z moim odcieniem skóry w okresie zimowo-wiosennym, czyli teraz. Obecnie używam go nałogowo, zwłaszcza, że rano mam mało czasu, a z nim nie muszę się bawić. Szybko się nakłada, nie tworzy smug. Niesamowicie się polubiliśmy! W dodatku te musy mają odcienie dla najprawdziwszych bladolicych dziewczyn (nr 5). Jest to podkład, który najdłużej matuje moją tłustą skórę, nawet do 8h. Polecam!


Poniżej porównanie czterech moich podkładów. Różne konsystencje, odcienie.


Podkłady najczęściej nakładam palcami, tak jest mi zdecydowanie najłatwiej i najszybciej, a rano każda sekunda się liczy. Próbowałam pędzlami i Beauty Blenderem, ale to nie to samo. Palce lekko rozgrzewają podkład, przez co lepiej się stapia ze skórą i z nią współpracuje. Oczywiście zawsze dbam o czyste ręce, to się rozumie samo przez się!


Annabelle Minerals, Podkład mineralny matujący

Od producenta:
"Formuła matująca to skuteczne zmatowienie cery na długi czas oraz możliwość stopniowania krycia od średniego po pełne. Ukrywa niedoskonałości, działa antybakteryjnie oraz regulująco. Zwiększona zawartość tlenku cynku pomaga w leczeniu cery dotkniętej trądzikiem".

Jakiś czas temu zachorowałam na minerały. Skoro patrzę na składy kosmetyków pielęgnacyjnych chciałam przenieść ten zwyczaj także na kolorówkę. Postawiłam na AM, podkład matujący w odcieniu NATURAL LIGHT. Podkład znajduje się w plastikowym słoiczku z dozownikiem, który bardzo mi się spodobał. Sam podkład jest w formie sypkiej, dość mocno się pyli. Nabieram niewielką ilość na pędzel kabuki (też od AM) i kolistymi ruchami wcieram w skórę. Kosztuje 35zł.


Odcień, który wybrałam po przejrzeniu miliona porad na stronie jest w 90% zbliżony do mojej skóry, ale dobór podkładu w ten sposób jest dość trudny. Musimy się posiłkować opisami jak ten ze strony producenta dotyczący odcienia Natural Light: "Odcienie natural są idealne dla kobiet o karnacji wpadającej w odcienie szarości i beżu. W pigmencie nie przeważają różowe, czy żółte tony, odcień utrzymany jest w neutralnej tonacji. Podkład matujący Natural Light spodoba się kobietom o promiennej cerze, wpadającej w delikatny odcień beżu. Łatwy w aplikacji, daje poczucie lekkości i naturalny wygląd". W sklepie można zamówić próbki i zdecydowanie polecam to zrobić.


Podoba mi się, że wystarczy trochę wprawy i już można wyczyniać z nim cuda. Możemy stopniować krycie od średniego do dość mocnego, choć warto uważać, by nie przesadzić i nie wyglądać jak przyprószona mąką. Byłam zaskoczona, że podkład mineralny tak dobrze radzi sobie z ukryciem zaczerwienienia, niedoskonałości czy nawet pieprzyków! U mnie tylko na początku daje płaski mat, potem przechodzi w fajne, satynowe wykończenie. Do minusów zaliczam czas nakładania, zdecydowanie więcej minut mi to zajmuje niż rozsmarowanie podkładu w musie czy płynie, ale w weekendy zawsze daję swojej skórze oddychać pod minerałami. Nigdy mnie nie zapchał ani nie podrażnił, choć warto dodać, że bardzo podkreśla suche skórki, jeśli się takie znajdą. Zawsze nakładam go na dobrze nawilżoną skórę. Podkład mineralny jest niesamowicie wydajny, nie wiem kiedy go zużyję do końca, na szczęście nie ma daty ważności :) Polecam!




O żadnym z tym produktów nie powiem nawilżający, bo mimo obietnic różnych producentów nawet tego nie oczekuję od podkładu. Podkład ma ujednolicić kolor mojej skóry, nawet gdy jestem niewyspana i ledwo żywa mam w nim wyglądać promiennie, dziewczęco i świeżo, a przy tym ma mnie nie zapchać i wyglądać dość naturalnie.

A jakie są Wasze ulubione podkłady? Miałyście coś z moich zbiorów?

White Tree, Krem do twarzy z pyłem diamentowym

Jestem posiadaczką tłustej cery, która szybko się odwadnia, ale jednocześnie jest gruba, szara i łatwo się zapycha. Obecnie korzystam z aury sprzyjającej kwasom, więc regularnie stosuję Serum z kwasami Klapp, po zmyciu którego bardzo ważne jest dobre nawilżenie skóry. Pomagają mi w tym... diamenty w kremie.


White Tree to polska marka, która bardzo mi się spodobała, bo jak nieraz podkreślałam lubię polskie kosmetyki :) 

Krem do twarzy z pyłem diamentowym według producenta:
"Krem do twarzy o działaniu anty age, rozświetla cerę, nadaje jej młody wygląd. Naturalne surowce dogłębnie nawilżają skórę, uelastyczniają ją. Tokoferole zawarte w oleju arganowym neutralizują wolne rodniki, mają silne działanie antyoksydacyjne. Kwas linolenowy odpowiedzialny jest za silne działanie przeciwstarzeniowe. Krem wzbogacono masłem shea, olejem ze słodkich migdałów oraz olejem ryżowym."


Plastikowy słoiczek może nie poraża urodą, ale jest bardzo solidny i praktyczny. Nie stłucze się, a nakrętka bardzo łatwo się odkręca. Pod wieczkiem mamy dodatkowe zabezpieczenie, co też mi odpowiada. Prosto i konkretnie. Krem kosztuje 49zł/100ml, ale jest niesamowicie wydajny.


Górna naklejka, ta na wieczku,  jest bez zarzutu, natomiast mam zastrzeżenia do bocznej, która się odkleja i nie wygląda to ładnie. Nie podoba mi się też długi ciąg napisów, którym nie da się zrobić sensownego zdjęcia, a i samo czytanie np. składu jest niewygodne.


Skład: Butyrospermum Parkii (Shea Butter) Fruit, Prunus amygdalus dulcis(Sweet Almond) Oil, Oryza sativa (Rice) Bran Oil, Octyldodecanol, Cetearyl Alcohol, Beeswax, Argania Spinosa (Argan) Kernel Oil, Tocopheryl acetate, Parfum, Diamond Powder, Diethylhexyl Syringylidene Malonate, Vaprylic/Capric Triglyceride, Hexyl Cinnamal, Linalool, Hydroxyisohexyl-3-cyclohexene carboxaldehyde, Benzyl Salicylate, Citronellol, Geraniol, Coumarin.

Jest przyzwoicie! Mamy tu formułę opartą na maśle shea oraz kilku cennych olejach, a także wit. E i pył diamentowy zaraz po zapachu. Pod koniec wyszczególniono składniki kompozycji zapachowej, których jest trochę, ale mnie nie podrażniły.


Krem jest konsystencji masła shea i posiada delikatnie beżowy odcień. Łatwo go nabrać na palce, pod wpływem temperatury skóry topi się do postaci olejku. Posiada obłędny zapach cukierków pudrowych, nie wiem czy je kojarzycie, ja znam je z dzieciństwa. Jest to zapach lekko słodki, ale bez przesady, z nutą czegoś cytrusowego. Wspaniale umila aplikację i przez jakiś czas utrzymuje się na skórze.


Krem pozostawia na skórze tłustawą warstwę i z tego względu zawsze stosuję go na noc. Wiem, że nie każdy lubi, gdy kremy pozostawiają taki efekt, ale jeśli używałyście kiedykolwiek czystego masła shea na pewno wiecie, że ta warstwa dość szybko wnika w skórę i nie brudzi ubrań czy pościeli. Nigdy mnie nie podrażnił ani nie zapchał.


Diamentowy krem świetnie wpływa na moją skórę. Niweluje każde przesuszenie, szorstkość skóry i zapobiega następnym. Natłuszcza i odżywia, a przy tym rozpromienia twarz, więc rano budzę się pełna blasku, nawet kiedy się nie wyśpię. Nie zdarzyło mi się obudzić rano z tłustą cerą, zawsze do rana w 100% się wchłaniał. Nawilża, zmiękcza, wygładza i uelastycznia skórę sprawiając, że skóra jest odporniejsza na zmiany temperatury oraz klimatyzację. Zauważyłam także, że odkąd go stosuję rzadziej się czerwienię, więc widocznie wzmacnia też naczynka. Doskonale się sprawdza od jesieni do wiosny jako krem na noc oraz jako krem do zadań specjalnych np. na łokcie, bardzo wysuszone dłonie. Nie żałuję go sobie, bo jest naprawdę wydajny, wystarczy nałożyć go niewiele by cieszyć się efektem. Co ciekawe polubił go także mój mąż i czasem mi podbiera :)


Bardzo się polubiliśmy. Ten krem to dla mnie alternatywa dla własnych samoróbek, w dodatku obłędnie pachnie i pozwala mi zaznać odrobiny luksusu w postaci diamentów.

Znacie tą markę? Pisałam kiedyś także o peelingu do ciała z mlekiem oślim White Tree, również bardzo udanym. Jakie kremy na noc preferujecie?

Wykończeni styczeń-luty

Jak szybko mijają dni... Chyba nie muszę nikogo o tym przekonywać? Jednak mi umykają nawet całe miesiące! Jeszcze niedawno były Święta, Sylwester, a dziś kończy się luty? Jak? Kiedy? Gdzie?? Czasem trudno uwierzyć, że czas jest stały i nie przyspiesza cichcem jak tylko się odwrócę... I tylko puste opakowania przypominają o kosmetykach, które już były, ale się zużyły... 


Sylveco, Lipowy płyn micelarny: nie będę się rozpisywać: kocham! Druga zużyta butelka i na pewno nie ostatnia. Pisałam o nim, uwielbiam i na pewno kupię jeszcze nie raz.

DLA, Niszcz pryszcz, Krem na noc: genialny, nietłusty krem o wspaniałym składzie i ziołowym zapachu. Świetnie wpływa na tłustą cerę, nawilża, nie zapycha, nie uczula. Posiada pompkę typu airless i jest niesamowicie wydajny! Pisałam recenzję, jeszcze kupię.

Skin Chemists, Krem z retinolem: bardzo dobry krem, lekki, rozświetlający cerę. Nie ma za dużo retinolu w składzie, więc świetnie nadaje się do rozpoczęcia przygody z tym składnikiem, jak było u mnie. Teraz wiem, że moja cera bardzo się z retinolem lubi, a sam krem uelastycznia skórę i niweluje w ten sposób widoczność zmarszczek. Pisałam o nim, lubię, ale ze względu na wysoką cenę poszukuję zamiennika.

Avon, Maseczka turecka oraz oczyszczająca: gotowe maski na bazie glinek, całkiem skuteczne, na pewno wygodne w użyciu. Składy nie powalają, zwłaszcza, że jestem fanką glinek, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzą. Będzie post.


Ziaja, Liście Manuka, Pasta oczyszczająca: druga tubka pasty, którą najczęściej traktuję jak peeling. Dobrze wygładza, usuwa suche skórki, ale lepiej nie przesadzać z częstotliwością jej stosowania, gdyż potrafi przesuszyć. Raz w tygodniu w zupełności wystarcza. Pisałam o niej, lubię, mam kolejna tubkę.

Sylveco, Oczyszczający peeling do twarzy: drobinki korundu są drobne, ale bardzo ostre, więc skutecznie usuwają martwy naskórek, pozostawiając skórę miękką i odświeżoną. Pozostałe składniki, w tym skrzyp polny, dobrze wpływają na tłustą skórę, a przy tym nie zapychają. Pisałam, lubię, na pewno jeszcze kupię.

Skin79, Maska w płachcie wybielająca: fajnie zwęża pory i odświeża, niestety trochę mnie podrażniła, przez cały czas trzymania jej na skórze łzawiły mi oczy. Z tego względu na pewno już jej nie kupię, ale jestem ciekawa innych wersji! Pisałam o niej.

Próbki: Sylveco i Biolaven lubię, Biolaven pełną wersję mam już w zapasach :) Go Cranberry zaciekawił mnie, ale póki co z zakupem się wstrzymam, natomiast jej wersji Bandi nie kupię na pewno - krem mnie podrażnił i trochę mnie po nim wysypało, więc mojej skórze się nie spodobał.


Sukin, Woda micelarna: bardzo ciekawy kosmetyk prosto z Australii. Posiada interesujący zapach, wanilinowy, pierwszy raz się z takim spotkałam przy demakijażu. Poza tym świetnie sobie radzi z make upem. Będzie recenzja.

Iwostin, 40+, Krem pod oczy liftingujący: bardzo mi się spodobał, dobrze się spisywał zarówno na noc jak i na dzień. Lekki, ale skuteczny. Rozjaśnia cienie, zmniejsza widoczność zmarszczek, nie szkodzi oczom. Pisałam o nim.

T'e'N, Krem liftingujący: bardzo ciekawy kremik o delikatnym zapachu i przyjemnej konsystencji. Zużyłam go na szyję i dekolt, a skóra po nim była miękka, nawilżona i ujędrniona. Pełnej wersji raczej nie kupię, bo jest trudno dostępny.


Kobo,  Ideal Volume, Tusz do rzęs: cudo, cudo, cudo! Do tej pory nie lubiłam silikonowych szczotek, ale ta jest idealna! Świetnie rozczesywał i podkreślał rzęsy, a przy tym dawał wystarczający, a nie karykaturalny wygląd. Dzięki niemu rzęsy wyglądały pięknie, ale nie sztucznie. Na 100% kupię, post też będzie.

Manhattan, Supersize, Podrubiający tusz do rzęs: bardzo fajny tusz z mega grubą szczotką. Fajnie podkreśla rzęsy, choć czasem przy dwóch warstwach potrafi tworzyć grudki, trzeba się trochę nauczyć go używać. Za to jest tani i łatwo dostępny. Pisałam o nim, może kupię.

Avon, Waniliowy balsam do ust: malutki, bardzo wygodnie się go nosi ze sobą w kieszeni czy torebce. zapach jest delikatny, wydaje się naturalny. Balsam na ustach jest lekki, ale zabezpiecza je przed słońcem czy mrozem. Kolejne moje opakowanie, może jeszcze kiedyś kupię.

Avon, Wysuwana kredka do oczu: kocham je wszystkie! Mam mnóstwo kolorów i bardzo je lubię, są miękkie, łatwo się nimi rysuje kreskę, a przy tym dają ładny efekt rozświetlonego spojrzenia. Więcej napiszę w  planowanym poście zbiorczym nt. moich kredek do oczu :) Mam następne!

Lovely, Wysuwana kredka z gąbeczką: tej kredki nie polubiłam od razu, bo kreski nią zrobione nie utrzymywały się na mojej powiece nawet przez godzinę... Gąbeczka też jest zbyt twarda, aby ładnie rozmazać kredkę, więc już miałam ją spisać na straty, gdy w geście ostatniej szansy użyłam jej jako ołówka do brwi.. I to był strzał w dziesiątkę! Brązowo-szary odcień ładnie się wtapiał w moje włoski, podkreślał i, o dziwo, trzymał się do wieczora. Będzie we wspomnianym kredkowym poście, może jeszcze kiedyś kupię.


Ziaja Med,  Szampon przeciwłupieżowy: miętowy zapach fajnie umilał prysznic, a używałam go sporadycznie. Testując dużo nowych kosmetyków do włosów czasem dostaję łupieżu i wtedy mnie ratował. Dobrze się pieni i myje włosy, nie powoduje przesuszenia ani przetłuszczenia skalpu. Pisałam o nim.

Seboradin, Szampon i maska: bardzo zgrany duet, który pomógł mi w walce z wypadającymi włosami na jesieni. Komórki macierzyste i wiele ciekawych ekstraktów, zwłaszcza w masce, wzmocniły włosy i skórę głowy, przez co problem się zmniejszył i to zdecydowanie! Na efekty czekałam ok. miesiąca, wiadomo, że mało co działa od razu, ale opłacało się. Pisałam o nich, może kupię.

got2b, Lakier do włosów Volumania: zużył go mój mąż, bo ja w ramach walki z wypadaniem zrezygnowałam prawie całkowicie ze stylizacji. Posiada ciekawy zapach, jak dla mnie sztucznej maliny. Działanie ma średnie - bardzo zlepia włosy, tworząc z nich skorupę, przynajmniej rozpylany nad krótką, męską fryzurą. Nie kupimy.


Greenland, Żel pod prysznic w piance: fajny pomysł na umilenie sobie prysznica! Delikatny zapach, otulający zmysły, choć krótkotrwały i dobre działanie myjące, skład oparty o SLES. jako odskocznia od codzienności świetny! Pisałam o nim, jak spotkam w dobrej cenie kupię.

Biolaven, Żel myjący do ciała: winogronowy zapach, dobre pienienie i działanie, a przy tym nie wysusza skóry. Czego chcieć więcej? Aha i skład delikatny, bez SLS. Kupię i pisałam o nim.

CD, Cytrynowy żel pod prysznic: mój ulubieniec na siłownię! Fajny zapach, bardzo orzeźwiający, gęsta konsystencja. Dobrze się pieni i myje. Skład oparty na SLS, więc jeśli ten składnik nie wysusza Wam skóry polecam. Będzie post.

Evree, Olejek do ciała: fajny produkt, choć zdecydowanie lepiej się u mnie spisywał nakładany od razu na wilgotną skórę po prysznicu. Trochę natłuszcza skórę, nawilża, odżywia. Pisałam, może kupię.


DLA, Krem do rąk: świetnie nawilżający bez uczucia lepkości czy tłustych rąk krem. Skład przyjemny, ale niestety nie przypadł mi do gustu jego zapach. Dla takiego działania przymykałam jednak oko, a zużywałam go głównie na noc, bo szkoda mi było go zmywać w ciągu dnia. Jest mega wydajny. Pisałam o nim, chętnie jeszcze kupię.

Green Pharmacy, Krem do stóp ochronny: bardzo fajny, świetnie się wchłania i nawilża stopy. Ma działanie ochronne, więc kupiłam go, by chronić się przed ewentualnym zarażeniem się grzybicą w saunie czy na siłowni. Wzmacnia skórę i jej zdolność do obrony przed infekcjami. Pisałam, kupię.

Loko-Kolor, Zmywacz do paznokci: kolejna buteleczka taniutkiego zmywacza, który uwielbiam. ładnie pachnie, nie niszczy paznokci i dobrze zmywa. Mam kolejną butelkę.


Zazwyczaj podaję linki do recenzowanych już produktów, ale myślę, że łatwo je znaleźć używając etykiet na dole :)

Przypominam też o konkursie, w którym do wygrania jest zestaw świeczek. Zostały tylko 3 dni na zgłoszenie się, wystarczy kliknąć w baner.

http://cosmeticosmos.blogspot.com/2016/02/konkurs-wygraj-swiece-bispol.html

Znacie coś z mojego denka? Jak tam wasze zużycia?

Skin79, Maska wybielająca w płachcie

O marce Skin79 jest już tak głośno, że chyba nie muszę jej nikomu przybliżać. Po szale na rosyjskie kosmetyki w najlepsze trwa boom na koreańskie. Jako niezwykle ciekawska osóbka musiałam co nieco tych kosmetyków poznać, a zaczęłam od próbek i maski wybielającej. Nie znaczy to, że w zapasach nie mam kolejnych, mam, a jakże, ale grzecznie czekają na swoją kolej :)


Skin79 Ultra Light Mask Sheet ma według producenta:
"Wybielająca maska w płachcie wyrównuje koloryt skóry pozostawiając ją świetlistą i gładką. Opatentowany składnik Phyto-Oligo wnika w głębokie warstwy skóry zapewniając długotrwałe zatrzymanie wilgoci.
Maska zawiera ekstrakty z róży, aloesu, wiśni, olejek z limonki oraz anyżu gwieździstego działającego antyseptycznie.
Na oczyszczoną skórę twarzy nałożyć maskę, trzymać 15-20 minut. Po zdjęciu przetrzeć skórę tonikiem." 


Opakowanie jest wściekle różowe, zupełnie nie w moim kolorze, ale rzuca się w oczy. Bardzo łatwo się otwiera, wystarczy pociągnąć w oznaczonym miejscu. Kosztuje 10-15zł/szt, najłatwiej kupimy ją przez internet. Teraz nawet widziałam, że jest w promocji: 2 sztuki za 9,99zł na stronie producenta :)


Skład: zaraz po wodzie gliceryna i glikol butylenowy, odpowiedzialne za nawilżenie i zmiękczenie skóry. Następnie niacynamid (wit. B3), który ja osobiście uwielbiam w kosmetykach, ponieważ genialnie zwęża pory i rozjaśnia przebarwienia (doskonale znam go z moich DIY). Potem mamy ekstrakty z malwy, aloesu, róży, aceroli (zwanej wiśnią Barbados), olejek limonkowy, zagęstniki, emulgator, Disodium EDTA (związek kompleksujący jony metali), dalej alantoinę, regulator pH, Chlorphenesin (konserwant, może podrażniać), 1,2-Hexanediol (konserwant, może podrażniać), Propanediol (nawilża, konserwuje), Caprylyl Glycol (zapobiega wysychaniu), praktycznie na szarym końcu ekstrakt z anyżu, Phenoxyethanol (konserwant, max. stężenie to 1%).


Maska jest bardzo, ale to bardzo mokra, po mocniejszym naciśnięciu wręcz z niej kapie. Zapach nie przypadł mi do gustu, z jakiegoś powodu kojarzy mi się z papierosami i cierpkimi owocami. Na szczęście nie jest nadmiernie intensywny, więc da się wytrzymać. 
Maskę bardzo łatwo się nakłada, ja zaczęłam od okolic oczu, a następnie rozkładałam ją równomiernie na reszcie twarzy. Po bokach posiada rozcięcia, więc łatwo można pokryć nią całą skórę, naciągając gdzie trzeba, choć na załamaniach mimo wszystko trochę się marszczy. Dobrze trzyma się skóry, nie spada.


W masce na twarzy wygląda się... no cóż... zabójczo! Same zobaczcie, lepiej żeby przystojny sąsiad nie przyszedł akurat po cukier :D Trzymałam ją przez 20 min i przez cały ten czas lekko łzawiły mi oczy oraz odczuwałam delikatne mrowienie skóry, być może liczne konserwanty podrażniły mi oczy i skórę. Nie było to nie do wytrzymania, ale miłe również nie. Po tym czasie zdjęłam maskę, mimo że nie cały płyn się wchłonął w skórę. Nie zmarnował się, przetarłam nim szyję i dekolt traktując trochę jak serum.


Po zdjęciu maski otrzymałam lekko lepiącą się, wilgotną skórę, która dopiero po chwili wchłonęła pozostałość płynu. Cera została rozświetlona, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, natomiast pory się ładnie przymknęły, dzięki czemu skóra stała się gładsza i równiejsza. Twarz wygląda zdecydowanie lepiej wizualnie, zwłaszcza, że zaczerwienia, które często mam na policzkach, się rozjaśniły i praktycznie znikły. Taki efekt utrzymał się aż do wieczora, czyli kilkanaście godzin. Jednak muszę wspomnieć, że jedna, jedyna krostka, którą akurat miałam (widać ją na zdjęciu, przy uchu, jako zaczerwienienie) została podrażniona, swędziała i lekko piekła, przeszło dopiero po ok. pół godziny.

Podsumowując jestem zadowolona, ale warto zwrócić uwagę na ewentualne podrażnienia. Jeśli macie cerę wrażliwą lub posiadacie niedoskonałości lepiej z nią uważać. Zawarta w masce mnogość ekstraktów powoduje, że skóra zostaje ładnie nawilżona, wygładzona, a zaczerwienienia rozjaśnione, pory zaś mniej widoczne i to na kilka-kilkanaście godzin.

Znacie maski w płachcie Skin79? Mam jeszcze kilka do wypróbowania, liczę, że następne mnie jednak nie podrażnią.

Golden Rose, Prodigy Gel Duo, Podwójny żel do paznokci

Podczas Meet Beauty w październiku otrzymałam do testów kilka kosmetyków Golden Rose. Najbardziej ciekawiły mnie produkty do paznokci, ponieważ mam bardzo pozytywne doświadczenia z lakierami tej marki, a ich nowość wydała mi się szczególnie atrakcyjna. Mowa o Podwójnym żelu do paznokci, który obiecuje szybki efekt żelowych, błyszczących paznokci bez konieczności użycia lampy UV.


Od producenta:
"Prodigy Gel Duo to produkt, który daje efekt żelowych i błyszczących paznokci niczym z salonu kosmetycznego.  Wyróżnia się prostą aplikacją, dzięki której można bardzo szybko stworzyć profesjonalnie wyglądający manicure. Produkt utrzymuje się na paznokciach aż do 7 dni, a jego usuwanie jest bardzo łatwe i nie wymaga użycia acetonu. 
Aby otrzymać efekt żelowych paznokci nie trzeba stosować lampy UV oraz dodatkowych utwardzaczy. W opakowaniu znajduje się Gel Colour oraz gel Top Coat."


W pudełeczku znajdziemy dwie buteleczki - z kolorem i top coat'em. Mój zestaw nr 1 zawiera bardzo jasny, rozbielony beż, kolor klasyczny i bezpieczny, idealny do biura, doskonały na każdą okazję. Top jest oczywiście bezbarwny. Na stronie producenta zestaw kosztuje 22,90 zł/ 2 x 10,7ml.


Buteleczki są całkiem duże,  szklane i porządne. Pędzelki są bardzo praktyczne, w moim odczuciu w sam raz, nie za szerokie i nie za wąskie. Łatwo i szybko maluje się nimi płytkę. Konsystencja lakieru jest dość rzadka, ale nie rozlewa się na skórki. Top jest troszkę gęstszy i trochę trudniej się rozprowadza, zwłaszcza po kilku tygodniach od otwarcia buteleczki. Mam wrażenie, że z czasem gęstnieje podobnie jak topy z SH.


Sposób użycia: nałożyć dwie warstwy Gel Colour i pozostawić do wyschnięcia przez ok. 2 minuty, a następnie nałożyć jedną warstwę Gel Top Coat i pozwolić wyschnąć paznokciom w naturalnym świetle. Usuwa się za pomocą zmywacza bez acetonu.

Lakier bardzo szybko schnie, więc najlepiej malować paznokcie całkiem szybko, inaczej możemy narazić się na nieestetyczne zgrubienia. Zarówno pierwsza jak i druga warstwa schnie dosłownie obiecane 2 minuty, trochę dłużej musimy poczekać na wyschnięcie topu. Całość bez problemu zmywa się normalnym zmywaczem, tak jak obiecuje producent. Mój kolor nie odbarwia płytki, więc często nie nakładam pod niego odżywki.


Top sprawia, że lakier ładnie błyszczy, choć trudno mi było uchwycić to na zdjęciach. Paznokcie wyglądają elegancko, estetycznie i atrakcyjnie. Dodam, że top dobrze wspólpracuje także z lakierami innych marek, pięknie je nabłyszcza i wygładza nierówności.
Niestety nie ma mowy, aby manicure utrzymał się przez 7 dni. Po pierwszym malowaniu byłam niesamowicie zadowolona, gdyż paznokcie wyglądały idealnie przez 5 dni, a naprawdę ich nie oszczędzałam. Za każdym kolejnym malowaniem jednak czas ten się skracał, ostatnio już po dwóch dniach widoczne były odpryski na kilku paznokciach.


Podsumowując mam mieszane uczucia, gdyż z jednej strony paznokcie maluje się tym zestawem dość szybko, choć muszę robić to trzykrotnie (dwie warstwy koloru i jedna topu), natomiast dość szybko odpryskuje, więc po dwóch dniach znowu muszę malować paznokcie. Wolałabym, aby zestaw miał lepszą trwałość. Efekt natomiast w pełni mnie zadowala, faktycznie wyglądają jak pomalowane żelem.

Znacie ten zestaw Golden Rose? Macie swoich ulubieńców wśród kosmetyków tej marki?

Iwostin, Re-Liftin 40+, Krem liftingujący pod oczy

Jak wiecie nie przejmuję się jakoś szczególnie cyferkami na kosmetykach. 30+ czy 40+, to nie ma wielkiego znaczenia, najważniejszy jest skład. Ostatnio bardzo wcześnie wstaję, późno wracam i całymi dniami wpatruję się w monitor. Moje oczy odczuwają dyskomfort. Okolicom oczu też się oberwało, przez kilka miesięcy pierwsze zmarszczki widocznie się pogłębiły. Przecież tak być nie może! Postanowiłam z tym powalczyć i już stawiam nie tylko na porządne nawilżanie, ale i ujędrnienie.


Od producenta:
"Codzienna pielęgnacja przeciwzmarszczkowa przywracająca jędrność i napięcie skórze wokół oczu po 40. roku życia. Zawiera składniki aktywne:
- Kompleks Re-Structure - uzupełnia braki substancji budulcowych takich jak ceramidy, NNKT, kwas hialuronowy; wzmacnia strukturę skóry i odmładza ją od wewnątrz; skutecznie odżywia i nawilża.
- Dermican™ - peptyd nowej generacji, stymuluje syntezę lumikanu, substancji porządkującej strukturę włókien kolagenowych tworzących siatkę podporową skóry.
- Kolagen natywny pochodzenia morskiego - o strukturze identycznej z naturalnie występującą w skórze, poprawia elastyczności i sprężystość skóry, wygładza powierzchnię skóry, zapobiega utrwaleniu się zmarszczek."


Iwostin, Re-Liftin, Liftingujący krem pod oczy 40+ kupimy w kartoniku z ładnego, odbijającego światło papieru. Mamy tu mnóstwo informacji na temat obiecanego działania i składników aktywnych. Szata graficzna jest estetyczna i przyjemna dla oka, minimalistyczna. Krem kosztuje ok. 50zł/15ml.


Wewnątrz opakowania znajduje się niewielka tubka z zakrętką ukrywającą aplikator. Całość wygląda zgrabnie i przyjemnie, ładnie prezentuje się na półce z kosmetykami. Krem wygodnie stoi na nakrętce, nie przewraca się. Dzięki aplikatorowi można bardzo wygodnie nakładać krem bezpośrednio w okolice oczu, co oszczędza czas i zapobiega stratom produktu. Jednocześnie łatwo można manipulować ilością wydobywanego kremu, dzięki czemu wyciśniemy dokładnie tyle, ile chcemy.


Skład: jest abstrakcyjnie długi. Dość wysoko mamy m.in. glicerynę i trójglicerydy oraz inne emolienty tzw. tłuste, kolagen morski, olej roślinny, olej z lnianki siewnej, antarktycynę (odnawia tkanki, zabezpiecza DNA prze starzeniem), hydrolizat białek pszenicznych oraz hydrolizat białek soi (utrzymują wodę w naskórku, zmiękczają, wygładzają), peptydy, mocznik, alantoinę, kwas mlekowy, kofeinę, lizynę i glicynę (aminokwasy, składniki kolagenu, regenerują, wzmacniają, nawilżają), sodium PCA (nawilża). To oczywiście nie wszystko, szczegóły powyżej.


Krem jest biały, o dość lekkiej, przyjemnej konsystencji. Szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej, świecącej warstwy, dzięki czemu dobrze się sprawdza także w dzień. Nie roluje się na nim korektor czy podkład, wszystko zostaje na swoim miejscu i wygląda estetycznie. Nie rozumiem jednak jaki jest sens w silnym perfumowaniu kremu pod oczy? Ryzykujemy podrażnienie i uczulenie, a przyjemność jest minimalna, ponieważ podczas aplikacji słabo go czuć. Osobiście zapach mnie drażni, bo wąchany bezpośrednio jest dość mocny i moim zdaniem absolutnie zbędny, natomiast jeśli ktoś lubi perfumowane kremy powinien być zadowolony :)


Staram się używać kremu dwa razy dziennie, ale czasem rano zapominam ze względu na pośpiech. Za to zawsze stosuję go przez snem. Właściwie początkowo byłam bardzo zawiedziona tym produktem, który jedynie lekko nawilżał, szybko się wchłaniał i szkody nie robił. Dopiero po jakimś czasie zaczął naprawdę działać i z tej perspektywy widzę, że lekko napina skórę, ale zauważyłam to dopiero po kilkutygodniowym, regularnym stosowaniu. Po tym czasie lepiej nawilżył delikatną skórę wokół oczu i nawet rozjaśnił cienie. Zmarszczki powracają do swojego pierwotnego stanu "pierwszych, niepogłębionych", bo nie oszukujmy się, całkiem się ich nie pozbędę kremem. Warto wspomnieć, że podczas aplikacji wykonywałam sobie krótki masaż okolic oczu, kiedyś Wam o tym napiszę więcej. Faktycznie skóra się zagęściła, powróciła dawna sprężystość i jędrność, a czy wyglądają na mniej zmęczone.


Podsumowując jest to mój pierwszy produkt Iwostin, a byłam tej marki bardzo ciekawa. Początkowy zawód skończył się jednak obiecująco i chętnie poznam więcej kosmetyków tej marki.

Polecacie coś szczególnie z Iwostin? Macie wśród ich asortymentu swoich ulubieńców?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj