Le Petit Marseillais, Olejek do mycia Orzech Laskowy oraz Regenerujący krem do rąk

Wiele firm organizuje ciekawe akcje marketingowe, ale ja większość odpuszczam lub zwyczajnie przegapiam. Czasem jednak zaciekawi mnie dana marka na tyle, że jestem w stanie się skusić na udział. Tak było i z Le Petit Marseillais, czyli francuskimi kosmetykami, które już od jakiegoś czasu szturmem podbijają nasze polskie serca. Do tej pory znałam je z próbek i polubiłam za zapachy, choć np. balsam do ciała zupełnie mnie nie uwiódł. Udało mi się dostać do akcji ambasadorskiej, testowałam olejek pod prysznic oraz krem do rąk. Czy jestem zadowolona?


Le Petit Marseillais, Olejek do mycia Orzech Laskowy:
"Odkryj bogactwo składników pochodzenia naturalnego - Oleju z Orzechów Laskowych i Mleczka Pszczelego zamkniętych w pielęgnującym olejku do mycia. Orzechy laskowe uprawiane są w śródziemnomorskim klimacie i dojrzewają w promieniach pełnego słońca. Właśnie dlatego są skarbnicą cennych dla skóry olejów roślinnych. Połączone z mleczkiem pszczelim, które posiada nieocenione właściwości odżywcze, tworzą pielęgnującą formułę.
Olejek do mycia Orzech Laskowy i Mleczko Pszczele nie tylko dokładnie oczyszcza skórę, ale pielęgnuje ją już na etapie mycia! Połączenie tych dwóch rytuałów w jeden sprawia, że skóra jest nawilżona, odżywiona i jedwabiście miękka. Olejek łatwo się spłukuje i nie pozostawia tłustej warstwy."


Olejek znajduje się w praktycznej, brązowej butelce z wygodnym korkiem na klik. Korek nie sprawia żadnych kłopotów z otwieraniem. Design jest jak dla mnie trochę ponury, nie do końca odpowiada mi ten kolor opakowania, ale przynajmniej jest solidne i stabilne. Z tyłu podstawowe informacje. Kosztuje ok. 12zł/250ml.


Skład: oparty na ALS, czyli odrobinę łagodniejszym detergencie niż SLS. Dość wysoko znajdziemy olej z orzechów laskowych oraz mleczko pszczele i glicerynę. Szczegóły poniżej:


Wiem, że się czepiam, ale naprawdę irytuje mnie pisanie o olejach "olejki". Tu mam ten sam problem, bo istnieje podejrzenie, że w formule nie użyto 100% oleju, a np. jego mieszaninę z czymkolwiek innym.


Olejek jest dość gęsty, nie przecieka przez palce i posiada lekko pomarańczową barwę (w składzie znajdziemy barwnik). Wyróżnia go zdecydowanie zapach, który uwiódł mnie od pierwszego powąchania! Słodkawy, głęboki aromat wiosennych kwiatów w połączeniu z soczystą zielenią to najlepsze porównanie, jakie przychodzi mi do głowy. Uwielbiam go używać! Doskonale relaksuje, redukuje napięcie po całym ciężkim dniu pracy, wycisza, do tego sprowadza myśli na tory przyjemności i beztroski. W dodatku długo po kąpieli towarzyszy mi zarówno w łazience jak i wszędzie - utrzymuje się na skórze.


Olejek bardzo dobrze się pieni, łatwo spłukuje i dzięki temu posiada świetną wydajność. Skórę myje tak samo jak większość żeli pod prysznic, ale nie wysusza jej, nie podrażnia, nie powoduje swędzenia. Czasem po prysznicu z nim nie używam już balsamu i nie zauważyłam najmniejszych negatywnych skutków. Lubimy się bardzo :)


Le Petit Marseillais, Regenerujący krem do rąk:
"By spełnić potrzeby zniszczonej i przesuszonej skóry, Le Petit Marseillais stworzył idealną kompozycję – połączył trzy wyjątkowe składniki z Południa: cudowne masło Shea, które odżywia i optymalnie nawilża skórę, aloes znany ze szczególnie kojącego działania i zapewniający ochronę wosk pszczeli.
Dzięki bogatej konsystencji krem do rąk Le Petit Marseillais intensywnie regeneruje zniszczoną i przesuszoną skórę. Błyskawicznie się wchłania zapewniając Twoim dłoniom niezbędne nawilżenie (górnych warstw naskórka) i natychmiastową ulgę."


Niewielka miękka tubka zawiera 75ml kremu i kosztuje ok. 14zł. Korek na klik jest świetnym i funkcjonalnym rozwiązaniem, zwłaszcza, że się nie zacina i dobrze trzyma. Szata graficzna jest charakterystyczna dla LPM i całkiem przyjemna dla oczu.


Z tyłu opakowania mamy podstawowe informacje. Tubka fajnie się sprawdza jako wersja "do torebki" i przez jakiś czas tak ją właśnie nosiłam, następnie wylądowała na szafce nocnej.


Skład: dość wysoko mamy glicerynę (niestety potrafi wysuszać skórę, jeśli jest użyta w zbyt dużym stężeniu). Sporo tu emolientów, w tym olej roślinny, gdzieś dalej masło shea (karite), ekstrakt z aloesu, olej buriti (bogaty w witaminy, regeneruje i uelastycznia skórę zniszczoną), wosk pszczeli. Szczegóły poniżej:



Krem bardzo wygodnie wydobywa się z tubki i, ponieważ jest ona wykonana z miękkiego plastiku podejrzewam, że będzie tak do samego końca (czyli u mnie już bardzo niedługo). Nie jest zbyt wydajny, ale o tym za chwilę.


Krem jest całkowicie biały i ślicznie pachnie, ale dość intensywnie i słodko, potrafi więc zmęczyć - zwłaszcza, jeśli używamy go często (jak ja). Konsystencja wydaje się treściwa i gęsta, ale dobrze się rozsmarowuje i wchłania w skórę, nie pozostawiając zbyt lepkiej czy tłustej warstwy. Po wklepaniu w skórę niewielkiej ilości można wrócić do innych zajęć bez obaw o plamy np. na dokumentach. Wystarczy jednak umyć ręce by odczuć konieczność następnej aplikacji, nie uzyskamy dzięki niemu trwałego nawilżenia i to właśnie wpływa na dość kiepską wydajność.


Jako krem na dzień sprawdza się dobrze, bo i tak często myję i smaruję ponownie dłonie. Jednak ja oczekuję czegoś więcej, a dokładniej świetnego działania po nocy. Lubię wysmarować dłonie wieczorem grubszą warstwą kremu, a rano cieszyć się miękką i odżywioną skórę. Tutaj niestety tego mi zabrakło. Po nocy z kremem LPM rankiem mam uczucie nieprzyjemnego ściągnięcia i przesuszenia skóry, nie czuję żadnej regeneracji czy nawilżenia.


Podsumowując cieszę się, że miałam okazję poznać oba produkty, jednakże moje serce skradł olejek do mycia. Cudowny zapach i świetne działanie - nie tylko podstawowego mycia, ale i delikatnej pielęgnacji bardzo mi odpowiada. Krem do rąk nie do końca spełnił moje oczekiwania, choć w ciągu dnia dobrze sobie radzi, nie planuję go jednak więcej kupić.

Znacie kosmetyki LPM? Jak się spisują u Was?

Sylveco, Rokitnikowa pomadka ochronna

Balsamy do ust zjadam hurtowo, nie potrafię bez nich żyć i prawidłowo funkcjonować. Ponieważ zjadam je, dosłownie - nie oszukujmy się, staram się dobierać dobre, jak najbardziej "jadalne" składy. Nie chcę przy tym rezygnować ze skutecznego działania pielęgnującego i ochronnego dla skóry ust. Czy pomadka Sylveco spełnia moje oczekiwania?


Sylveco, Rokitnikowa pomadka ochronna
"Rokitnikowa pomadka ochronna o zapachu cynamonu znakomicie nawilża i natłuszcza usta, zapobiega ich pękaniu i wysychaniu. Doskonale chroni przed słońcem, wiatrem i mrozem. Zawiera bogaty w witaminy i przeciwutleniacze olej rokitnikowy, sprawiając, że usta są odżywione, miękkie i elastyczne. Aktywny składnik – betulina – działa kojąco i regenerująco na podrażnienia, łagodzi objawy opryszczki. Pomadka posiada delikatny zapach cynamonu."


Podoba mi się, że nawet na tak małym opakowanku producent próbuje przemycić cenne info na temat rokitnika :) Naprawdę zdobywa tym moje serce, uwielbiam takie edukacyjne konteksty. Kartonik jest mały, zawiera zaś wszystkie podstawowe informacje. Pomadka kosztuje od 8 do 10 zł/4,6g.


Skład: podstawą jest olej sojowy oraz wosk pszczeli, dalej mamy lanolinę i olej z rokitnika, masło shea, olej jojoba, olej z wiesiołka, masło kakaowe, betulinę, wosk Carnauba, olejek cynamonowy. Koniec. Skład prosty i przyjemny, pełen cennych składników nawilżających, natłuszczających i nadających balsamowi odpowiednią twardą konsystencję.


Wewnątrz kartonika znajduje się masz balsam w plastikowej obudowie. Na temat wyglądu opakowania nie wypowiem się obiektywnie, bo pokochałam wnętrze, ale patrząc gdzieś z boku przyznaję: wygląda odrobinę tandetnie i "tanio". Zupełnie mi to jednak nie przeszkadza, bo opakowanie nie jest dla mnie najważniejsze.


Balsam ma barwę żółto-pomarańczową i dość zwartą konsystencję. Nie rozpuszcza się sam ani nie roztapia. Pachnie bardzo naturalnie, delikatnie cynamonowo, subtelnie. Pomadka świetnie rozprowadza się na ustach, zostawiając cienką warstwę ochronną, na szczęście nietłustą. Nie daje tego oblepiającego uczucia jak pomadki parafinowe - dla mnie na plus. Delikatnie barwi skórę na pomarańczowo, jednak tylko wtedy gdy wyjedziemy poza wargi i nałożymy jej kilka warstw.


Balsam Sylveco jest bardzo uniwersalny, nada się i na zimę i na lato. Chroni przed wiatrem, słońcem, mrozem i deszczem, choć zauważyłam, że w naprawdę zimne dni muszę częściej  smarować nią usta, bo szybciej znika. Przy okazji koi skórę, łagodzi zaczerwienienia, regeneruje i nawilża. Przy regularnym używaniu bardzo pozytywnie wpływa na stan ust, które pięknie potem wyglądają pod każdą kolorową pomadką, także matową. Zdecydowanie zapobiega wysuszaniu i pękaniu ust oraz suchym skórkom, a nawet opryszczce.


Podsumowując bardzo się polubiłyśmy, zwłaszcza, że balsam jest także wydajny. Skuteczność, przyjazny skład i genialny wpływ na usta to wszystko czego oczekiwałam i się nie zawiodłam.

Znacie balsamy do ust Sylveco? Do wypróbowanua została mi jeszcze wersja brzozowa, a w peelingu się wręcz zakochałam - obecnie zużywam trzecie opakowanie :)

Przegląd moich europejskich kremów BB

Kremy BB, czyli Blemish Balm, znane są w Azji od lat 80. ubiegłego wieku! Są to produkty oscylujące pomiędzy pielęgnacją i makijażem, wypełnione są składnikami upiększającymi i nawilżającymi skórę, a nie tylko wyrównującymi koloryt. Często mają także właściwości rozjaśniające skórę oraz lecznicze. O zawartości wysokich filtrów UV nie muszę chyba wspominać? Europejskie kremy BB nie mają więc zbyt wiele wspólnego z azjatyckimi pierwowzorami, u nas sprzedawane są jako słabsze podkłady. I tyle. Mamy więc różne Beauty Balm, Blemish Base i inne skróty, o CC czy DD nawet nie wspominam.

Niemniej w lecie preferuję właśnie kremy BB, bo zdecydowanie mniej obciążają tłustą skórę i lepiej stapiają się z nią, dając naturalny efekt.


Eveline,Matujący krem BB 8w1

Od producenta:
"Innowacyjny produkt przeznaczony do codziennej pielęgnacji cery mieszanej i tłustej.
Ultralekka, beztłuszczowa formuła z FAST MATT COMPLEX™ idealnie wtapia się w cerę, nie zatyka porów, pozwala skórze oddychać. Krem łatwo i równomiernie rozprowadza się na skórze, zapewniając jej natychmiastowy efekt perfekcyjnie matowej i doskonale wygładzonej skóry. Długotrwale zapobiega błyszczeniu się. Odżywcza formuła z bioHYALURON COMPLEX™, koktajlem witamin (A, E, F) i proteinami jedwabiu intensywnie i długotrwale nawilża, rozświetla i wygładza cerę. Pigmenty mineralne wyrównują koloryt skóry, maskują niedoskonałości i przebarwienia. Kolagen zapewnia skórze jędrność, gładkość i elastyczność. Faktor SPF 15 doskonale chroni skórę przed promieniowaniem UVA/UVB i wolnymi rodnikami.
Krem niweluje oznaki zmęczenia oraz chroni przed niekorzystnym działaniem czynników zewnętrznych. Po zastosowaniu kremu skóra wygląda na wypoczętą i promienną, a cera zyskuje aksamitnie matowy wygląd, gładkość i ujednolicony koloryt.
Błyskawiczny efekt 8w1: długotrwale i skutecznie matuje, zmniejsza widoczność porów, wyrównuje koloryt cery, pokrywa zaczerwienienia i niedoskonałości, intensywnie nawilża 24h, wygładza i rozświetla, redukuje oznaki zmęczenia, SPF 15 chroni przed UVA/UVB (deklarowaną ochronę UV osiaga się przy zastosowaniu 2 mg/1 cm2 skóry, tj. minimum 1 ml na samą twarz lub ok. 1,5 ml na twarz i szyję). Produkt występuje w dwóch odcieniach: dla cery jasnej i śniadej."

Jak to u Eveline dużo obietnic :) Krem ma fajną konsystencję, która łatwo się rozprowadza bez tworzenia smug i ładnie się stapia ze skórą. Posiada przyjemny, delikatny zapach. Tubkę kupimy w kartoniku, na którym mamy mnóstwo informacji, kosztuje 10-15zł.

Mam odcień do skóry jasnej, który bardzo mi odpowiada, właściwie potrafi się dopasować do karnacji nawet gdy jestem lekko opalona. Nie odznacza się i nie ciemnieje z czasem. Jest to bardzo wydajny krem, ponieważ dość dobrze kryje jak na BB. Nie zauważyłam, żeby nawilżał. Ujednolica koloryt, zakrywa zaczerwienienia i niedoskonałości, ukrywa rozszerzone pory. Nie ma jednak mowy o noszeniu go bez pudru - przynajmniej u mnie dość szybko twarz zaczyna się świecić, więc puder idzie w ruch. Tak czy owak lubimy się, bo to jeden z treściwszych BB europejskich, jakie poznałam.


The Body Shop, Krem BB z olejkiem z drzewa herbacianego

Od producenta:
"Zwalcza niedoskonałości skóry. Wzbogacony oczyszczającym olejkiem z drzewa herbacianego krem o lekkiej konsystencji, maskuje niedoskonałości, lecząc je, bez pogarszania ich stanu. Produkt dostępny jest w 3 odcieniach: 01 Light, 02 Medium i 03 Dark."

Zielona, mała tubka kosztuje ok. 40zł. Posiadam odcień najjaśniejszy, który dla mnie jest odrobinę zbyt jasny, nawet w okresie wiosennym. Krem jest średnio gęsty i posiada intensywny zapach olejku z drzewa herbacianego, który na pewno nie każdemu przypadnie do gustu. 

Ładnie stapia się ze skórą, ale pod warunkiem, że nie nałożymy go w nadmiarze, bo wtedy będzie się dziwnie odznaczał. Ukrywa rozszerzone pory, ale z zaczerwienieniami czy niedoskonałościami już nie do końca sobie radzi, konieczna jest odrobina korektora. Na pewno nie ciemnieje na skórze. Całkiem długo utrzymuje mat na skórze, zapewne dzięki zawartości alkoholu w składzie. Na skórze nałożony w odpowiedniej ilości wydaje się lekki i naturalny.


Poniżej porównanie obu kremów BB, ponieważ ostatnio bardzo lubię je mieszać i często to robię. Uzyskuję w ten sposób dokładny odcień swojej nieopalonej cery.


Taka mieszanka wyciąga to co najlepsze z obu kremów: lepsze krycie Eveline i przedłużony efekt matu z TBS.


Golden Rose, Krem BB, próbki trzech odcieni
Właściwie wrzucam jako ciekawostkę, bo próbka wystarcza na ok. 15 aplikacji.

Od producenta:
"Lekka formuła i prosty sposób aplikacji kremu BB sprawiają, że bardzo szybko można dodać skórze zdrowego blasku. Produkt wygładza skórę i wyrównuje jej koloryt tuszując jednocześnie drobne niedoskonałości. Zapewnia skórze nawilżenie w ciągu dnia. Posiada filtr SPF 25 (UVA/UVB), dzięki czemu zapewnia ochronę przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym. Formuła została wzbogacona o wit. E, która posiada cechy przeciwutleniające. Nie zawiera olejów ani parabenów."


Posiadam trzy odcienie kremu BB Golden Rose, poniżej na zdjęciach. Najbliższy mojej cerze jest odcień 02 FAIR, ale zawiera w sobie zbyt dużo pomarańczowych tonów. Reszta jest póki co zbyt ciemna. Tubka kosztuje 30zł.


Krem jest dość wodnisty i od razu widać, że zawiera dużo silikonów. Dobrze stapia się ze skórą, nie podkreśla suchych skórek. Trochę ukrywa rozszerzone pory, ale potrafi tworzyć smugi i lekko ściemnieć na twarzy. Trzyma się cały dzień, ale zupełnie nie matuje skóry, bardzo szybko się po nim błyszczę. Nie obejdzie się bez pudru i kilku poprawek w ciągu dnia. Daje takie trochę mokre wykończenie. Ukryje tylko drobne niedoskonałości, przy większych konieczny jest korektor. Podoba mi się, że zawiera filtr SPF 25. Na pewno nie nawilża skóry, nie ma się co łudzić. Nie planuję zakupu pełnego opakowania.


Mam nadzieję, że niedługo wyjdzie słoneczko i moja cera lekko się przyciemni. Póki co używam ciemniejszych odcieni do delikatnego konturowania twarzy.


Znacie któryś z moich BB? Oczywiście mam już kolejne europejskie i azjatyckie, na szczęście wykończyłam już Eveline, więc następny w kolejce jest BB Bandi.

Lambre, Evermatting Line, Krem na noc i pod oczy do skóry tłustej

O mojej skórze pisałam już nieraz, ale nie zaszkodzi przypomnieć, że jest tłusta, z rozszerzonymi porami, dość gruba. Lubi się świecić, dlatego mile widziane są kremy nawilżające i matujące jednocześnie, a takich na polskim rynku jest jak na lekarstwo. Wiem, że część dziewczyn z podobnym rodzajem skóry nie używa kremu na noc czy pod oczy, ale są młode, nie czują jeszcze tej presji czasu, którą ja - ponad trzydziestolatka - już mam na karku. Niestety. Czas leci nieubłaganie, a jego ślady widoczne są na twarzy. Zwłaszcza uśmiechniętej :)

 
Od producenta:
"Odżywczy krem na noc i pod oczy, który zapewnia efektywną ochronę i odżywienie skóry tłustej i mieszanej podczas snu. Unikalna formuła zawiera nawilżający i działający przeciwzapalnie olej arganowy i botaniczną alternatywę kwasu hialuronowego Hyalurosmooth. Odżywia skórę nie obciążając jej, niweluje opuchnięcia pod oczami, napina i efektywnie wygładza zmarszczki. Rezultatem systematycznego stosowania kremu jest zachwycająca poprawa kondycji skóry. Niezastąpiony w pielęgnacji tłustej i mieszanej cery."


Krem zapakowany jest w kartonik i dodatkowo zafoliowany. Opakowanie jest bardzo subtelne i estetyczne, przyznaję, że mi się podoba (co nie zmienia faktu, że tuż po zrobieniu zdjęć wylądowało w koszu...).  Z opakowania właściwie niewiele się dowiemy, ale możemy przeczytać skład i pozachwycać się subtelnymi detalami. Krem kosztuje ok 45 zł/50 ml.


Wewnątrz kartonika znajduje się absolutnie zachwycająca buteleczka, która sprawia wrażenie porcelanowej. Na toaletce zdecydowanie się wyróżnia, choć przecież wcale nie jest krzykliwa. Posiada higieniczną, złotą pompkę, która jest jednak bardzo krótka - aby wycisnąć krem muszę podnieść całą buteleczkę, osobiście mi to nie przeszkadza.


Skład: szczegóły na zdjęciu. Mamy tu sporo emolientów, glicerynę, olej arganowy, skwalan, wit. E oraz strączyniec wąskolistny (znana w Azji roślina, silnie nawilża). Na końcu mamy parabeny i konserwant, pochodna formaldehydu.


Krem jest biały i pachnie przyjemnie, lekko kwiatowo i lekko kremowo, ale kojarzy mi się z zapachem proszku do prania lub płynem do płukania tkanin. Jest stuprocentowo sztuczny i utrzymuje się jakiś czas na skórze, mimo to całkiem przypadł mi do gustu, choć przyznaję, że pierwszy raz się spotkałam z taką kompozycją w kremie. Sam krem ma konsystencję lekko żelową i początkowo wydaje się dość treściwa, choć nie jest tłusta. Dobrze wtapia się w skórę, nie bieli jej i momentalnie się wchłania, pozostawiając cerę matową praktycznie od razu. Przy czym nie uczulił mnie, nie podrażnił także oczu.


Krem dobrze nawilża skórę i lekko ją napina, zwłaszcza przy regularnym używaniu. Czy zauważyłam jakiś wpływ na zmarszczki? Minimalny, choć jednak tak - delikatnie się spłyciły, a sama skóra ujędrniła i nabrała sprężystości. Przy tym krem absolutnie nie zapycha, a mam do tego skłonności. Nie podkreśla też zaczerwienienia, pozostaje bez większego wpływu na tzw. niedoskonałości. Skórę pod oczami dość dobrze nawilża, ale krótko stosowałam go na te partie, zależało mi raczej na skórze twarzy. Mimo wszystko nie użyłabym go na dzień, bo nie jest tak lekki jak mogłoby się wydawać. Nie zauważyłam też wpływu na świecenie się w ciągu dnia.


Podoba mi się, że jest to krem zarówno do skóry twarzy jak i pod oczy, co może pomóc zminimalizować ilość kosmetyków. Jest to bardzo fajny krem na noc do cery tłustej, który dobrze nawilża, minimalnie napina skórę i nie zapycha. Do tego posiada przyjemne dla oka opakowanie. Chętnie jeszcze go kiedyś kupię.

Znacie kosmetyki Lambre? Bardzo ciekawi mnie kolorówka tej marki.

Avon, Planet Spa, Maseczki do twarzy

Jeszcze dwa lata temu bardzo często zamawiałam część kosmetyków w Avonie, aktualnie kończę te zapasy i raczej nie robię kolejnych. Dlaczego? Dlatego, że moja pielęgnacja diametralnie się zmieniła odkąd założyłam bloga. Z katalogu Avonu nie kupuję już żadnej pielęgnacji, a z kolorówki dokupuję jakieś pojedyncze kosmetyki, które mnie zaciekawią oraz moje ukochane wykręcane kredki do oczu. Niemniej swojego czasu miałam sporo maseczek do twarzy, o których dziś napiszę. Czy wszystkie były warte zakupu?


Avon, Planet Spa to seria kosmetyków, która pretenduje do domowej pielęgnacji opartej na naturalnych składnikach takich jak glinki czy sól z morza martwego. Nie wiem czy obecnie wszystkie maseczki są jeszcze dostępne, Avon bardzo często  zmienia asortyment i nie ma sentymentów...

Wszystkie maski mają miękkie, wygodne tubki i korki na klik. Kosztują od 8-20 zł, w zależności od promocji (ja najczęściej kupowałam je po 10zł) za 75ml. W zależności od potrzeb skóry lub własnego widzimisię sięgałam po tą maskę, na którą miałam akurat ochotę.


Perfectly Purifying, Głęboko oczyszczająca maseczka błotna do twarzy z minerałami z Morza Martwego. Pochłania nadmiar sebum, zmniejsza widoczność porów, pozostawiając skórę miękką, gładką i promienną. Sposób użycia: Nałożyć na skórę twarzy. Pozostawić na 5-10 minut, dokładnie spłukać. Stosować 2-3 razy w tygodniu.


Skład: Aqua, Kaolin, Glycerin, Bentonite, Alcohol Denat, Butylene Glycol, Talc, Dipropylene Glycol, Stearyl Alcohol, Glyceryl Stearate Se, Behenyl Alcohol, Phenoxyethanol, Xanthan Gum, Hydrated Silica, Disodium Edta, Zinc Oxide, Parfum, Sea Salt, Silt, CI 77891, CI 77491, CI 77492, CI 77499, CI 77007.


Maseczka jest dość gęsta, ale dobrze się rozsmarowuje i trzyma skóry. Jest to maska glinkowa dlatego lepiej nie dopuszczać do jej wyschnięcia, inaczej można otrzymać efekt odwrotny do zamierzonego.  Maska ma szary kolor i niesamowicie wciągający zapach, który trudno opisać, jednak jest dość intensywny, kojarzy się z relaksem i spokojem, świetnie go dobrali. Maska dobrze oczyszcza skórę i pory pozostawiając cerę odświeżoną, ukojoną, a ewentualne niedoskonałości się zmniejszają. Nie podrażnia (o ile nie dopuścimy do wyschnięcia!), nie powoduje łzawienia oczu. Dobrze się zmywa. Jedna z moich ulubionych masek. Pisałam o niej też TUTAJ.


Turkish Thermal Bathis, Oczyszczająca maseczka do twarzy z glinką z tureckiej łaźni termalnej dogłębnie oczyszcza, odświeża i ożywia skórę bez wysuszania jej. Wchłania nadmiar sebum. Sprawia, że twoja skóra wygląda i czuje się zdrowo. Zawiera glinkę rhassoul, a także wyciąg z czarnej oliwki i bursztynu. Jest odpowiednia do każdego rodzaju skóry. Sposób użycia: Nałóż na twarz, pozostaw do czasu, gdy kolor maseczki zmieni się na różowy, a następnie spłucz.


Skład: Aqua, Hydrated Silica, Ethylhexyl Palmitate, Propylene Glycol, Glycerin, Isoceteth-, Cocoamidopropyl Betaine, Titanium Dioxide, Xanthan Gum, Phenoxyethanol, Parfum, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Dimethicone, Disodium EDTA, Menthyl Lactate, Moroccan Lava Clay, Amber Extract, Olea Europea (Olive) Fruit Extract, Potassium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, CI 77491, CI 77492, CI 77499.


Maska jest gęsta, ale dobrze się rozsmarowuje i trzyma. Zdecydowanie szybciej wysycha niż poprzednia, trzeba uważać, żeby nie zaschła i nie podrażniła skóry. Pachnie obłędnie, co wycisza, relaksuje, odpręża. Kolor ma brązowy, podczas wysychania zmienia się na jasno różowawy.  Bardzo dobrze oczyszcza skórę, odświeża i matuje na całkiem długo. Przy tym nie podrażnia i nie powoduje łzawienia oczu. Polubiłyśmy się, choć obecnie podobne efekty uzyskuję przy mieszaniu glinek, których mam zapas na sto lat.


Heavenly Hydration, Nawilżająca maseczka do twarzy ze śródziemnomorską oliwą z oliwek odświeża i przywraca odpowiedni poziom nawilżenia skóry. Zawiera wyciąg z liści oliwnych przeciwdziałający wolnym rodnikom. Lekka przyjemna konsystencja szybko się wchłania i nie zostawia tłustego filmu na skórze. Nawilża skórę i chroni przed wysuszeniem. Doskonale odświeża i koi. Pomaga także wygładzić drobne zmarszczki powstałe wskutek wysuszenia skóry. Sposób użycia: Nałożyć na oczyszczoną skórę. Pozostawić na 20 minut, a następnie spłukać ciepłą wodą.


Skład: Aqua, Glycerin, Butylene Glycol, Glyceryl Stearate, Triethanolamine, Zea Mays Starch, Carbomer, PEG-20 Methyl Glucose Sesquistearate, Disodium EDTA, Imidazolidinyl Urea, Hydroxyethylcellulose, Methylparaben, Parfum, Benzophenone-4, Dimethicone, Panthenol, Olea Europea Oil, Olea Europea Lear Extract, Phosphoric Acid, Alkohol Denat., Lecithin, C12-15 Alkyl Benzoate, Retinyl Palmitate, Ascorbyl Palmitate, Beta-Carotene, Helianthus Annuus Seed Oil, Tocopherol, CI 19140, CI 15510, CI 42090.


Maseczka jest inna niż poprzedniczki. Kolor ma jasnozielony i jest cały czas wilgotna, także po 20 minutach spędzonych na twarzy, nie zasycha. Dobrze się rozsmarowuje, ale trzeba uważać na ilość, żeby nie spłynęła ze skóry. Zapach ma okropny - chemiczny, cierpki, gorzki i po prostu nieprzyjemny. Bardzo słabo nawilża, nie koi skóry, ale muszę przyznać, że po jej użyciu skóra odrobinę mniej się przetłuszcza. Pozostawia lekko lepiącą się warstwę na skórze, może dlatego. Potrafiła czasem podrażniać oczy, więc lepiej z nią uważać. Nie do końca przypadła mi do gustu.


Egyptian Secrets, Maseczka do twarzy peel-off z ekstraktem z lilii wodnej oczyszcza skórę i poprawia jej strukturę, sprawiając, że wygląda ona na gładszą i pełną energii. Ekstrakty z lilii wodnej i bawełny - urzekająco pięknych roślin tropikalnych znanych z właściwości kojących i relaksujących - doskonale nawilżają i wygładzają skórę. Sposób użycia: Nałóż cienką warstwę na oczyszczoną i osuszoną skórę unikając okolic oczu i linii włosów. Pozostaw do całkowitego wyschnięcia (około 20 minut), po czym usuń.


Skład: Aqua, Polyvinyl Alcohol, Alcohol Denat., Poloxamer 185, Parfum, Xanthan Gum, Methylparaben, Gossypium Herbaceum (Cotton) Seed Oil, Propylene Glycol Dicaprylate/Dicaprate, BHT, Nymphaea Alba Flower Extract, Hibiscus Sabdariffa Flower Extract, CI 77891.


Maska typu peel-off, czyli zastygająca na skórze przez jakieś 20 minut, po czym można ją teoretycznie zdjąć jednym ruchem. Teoretycznie, bo zawsze gdzieś mniejsza część się oderwie. Wspomnę jeszcze, że maska mocno trzyma się twarzy i można odczuć ból podczas jej zdejmowania! Kolor ma biały, a pachnie, to znaczy śmierdzi, alkoholem i kwiatami, przyznam, że to dość dziwna kompozycja. Ta maska to prawdziwy hardcore jeśli chodzi o oczyszczanie twarzy. Potrafi przesuszyć i podrażnić, szczególnie wrażliwą lub naczynkową cerę. Za to całkiem nieźle radzi sobie z zaskórnikami i niedoskonałościami, oczyszczając i wysuszając je. Mimo wszystko jej działanie jest według mnie zbyt mocne i toporne, aby używać jej często. Potrafi też wycisnąć łzy z oczu i podrażnić.


Ufff, przebrnęliście przez cały post? Mam nadzieję, że komuś przyda się moja opinia, bo sama szukałam informacji na temat tych kosmetyków przed zakupem. Każda maska w zasadzie jest inna, ma inne działanie, konsystencję, zapach.

Znacie maski Avon? Czy polecacie cokolwiek tej marki?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj