Le Petit Marseillais, Olejek do mycia Orzech Laskowy oraz Regenerujący krem do rąk
Wiele firm organizuje ciekawe akcje marketingowe, ale ja większość odpuszczam lub zwyczajnie przegapiam. Czasem jednak zaciekawi mnie dana marka na tyle, że jestem w stanie się skusić na udział. Tak było i z Le Petit Marseillais, czyli francuskimi kosmetykami, które już od jakiegoś czasu szturmem podbijają nasze polskie serca. Do tej pory znałam je z próbek i polubiłam za zapachy, choć np. balsam do ciała zupełnie mnie nie uwiódł. Udało mi się dostać do akcji ambasadorskiej, testowałam olejek pod prysznic oraz krem do rąk. Czy jestem zadowolona?
Le Petit Marseillais, Olejek do mycia Orzech Laskowy:
"Odkryj bogactwo składników pochodzenia naturalnego - Oleju z
Orzechów Laskowych i Mleczka Pszczelego zamkniętych w pielęgnującym
olejku do mycia. Orzechy laskowe uprawiane są w
śródziemnomorskim klimacie i dojrzewają w promieniach pełnego słońca.
Właśnie dlatego są skarbnicą cennych dla skóry olejów roślinnych.
Połączone z mleczkiem pszczelim, które posiada
nieocenione właściwości odżywcze, tworzą pielęgnującą formułę.
Olejek do mycia Orzech Laskowy i Mleczko Pszczele nie
tylko dokładnie oczyszcza skórę, ale pielęgnuje ją już na etapie mycia!
Połączenie tych dwóch rytuałów w jeden sprawia, że skóra
jest nawilżona, odżywiona i jedwabiście miękka. Olejek łatwo się
spłukuje i nie pozostawia tłustej warstwy."
Olejek znajduje się w praktycznej, brązowej butelce z wygodnym korkiem na klik. Korek nie sprawia żadnych kłopotów z otwieraniem. Design jest jak dla mnie trochę ponury, nie do końca odpowiada mi ten kolor opakowania, ale przynajmniej jest solidne i stabilne. Z tyłu podstawowe informacje. Kosztuje ok. 12zł/250ml.
Skład: oparty na ALS, czyli odrobinę łagodniejszym detergencie niż SLS. Dość wysoko znajdziemy olej z orzechów laskowych oraz mleczko pszczele i glicerynę. Szczegóły poniżej:
Wiem, że się czepiam, ale naprawdę irytuje mnie pisanie o olejach "olejki". Tu mam ten sam problem, bo istnieje podejrzenie, że w formule nie użyto 100% oleju, a np. jego mieszaninę z czymkolwiek innym.
Olejek jest dość gęsty, nie przecieka przez palce i posiada lekko pomarańczową barwę (w składzie znajdziemy barwnik). Wyróżnia go zdecydowanie zapach, który uwiódł mnie od pierwszego powąchania! Słodkawy, głęboki aromat wiosennych kwiatów w połączeniu z soczystą zielenią to najlepsze porównanie, jakie przychodzi mi do głowy. Uwielbiam go używać! Doskonale relaksuje, redukuje napięcie po całym ciężkim dniu pracy, wycisza, do tego sprowadza myśli na tory przyjemności i beztroski. W dodatku długo po kąpieli towarzyszy mi zarówno w łazience jak i wszędzie - utrzymuje się na skórze.
Olejek bardzo dobrze się pieni, łatwo spłukuje i dzięki temu posiada świetną wydajność. Skórę myje tak samo jak większość żeli pod prysznic, ale nie wysusza jej, nie podrażnia, nie powoduje swędzenia. Czasem po prysznicu z nim nie używam już balsamu i nie zauważyłam najmniejszych negatywnych skutków. Lubimy się bardzo :)
Le Petit Marseillais, Regenerujący krem do rąk:
"By spełnić potrzeby zniszczonej i przesuszonej skóry, Le Petit Marseillais stworzył idealną kompozycję – połączył trzy wyjątkowe składniki z Południa: cudowne masło Shea, które odżywia i optymalnie nawilża skórę, aloes znany ze szczególnie kojącego działania i zapewniający ochronę wosk pszczeli.
Dzięki bogatej konsystencji krem do rąk Le Petit Marseillais
intensywnie regeneruje zniszczoną i przesuszoną skórę. Błyskawicznie
się wchłania zapewniając Twoim dłoniom niezbędne nawilżenie (górnych warstw naskórka) i
natychmiastową ulgę."
Niewielka miękka tubka zawiera 75ml kremu i kosztuje ok. 14zł. Korek na klik jest świetnym i funkcjonalnym rozwiązaniem, zwłaszcza, że się nie zacina i dobrze trzyma. Szata graficzna jest charakterystyczna dla LPM i całkiem przyjemna dla oczu.
Z tyłu opakowania mamy podstawowe informacje. Tubka fajnie się sprawdza jako wersja "do torebki" i przez jakiś czas tak ją właśnie nosiłam, następnie wylądowała na szafce nocnej.
Skład: dość wysoko mamy glicerynę (niestety potrafi wysuszać skórę, jeśli jest użyta w zbyt dużym stężeniu). Sporo tu emolientów, w tym olej roślinny, gdzieś dalej masło shea (karite), ekstrakt z aloesu, olej buriti (bogaty w witaminy, regeneruje i uelastycznia skórę zniszczoną), wosk pszczeli. Szczegóły poniżej:
Krem bardzo wygodnie wydobywa się z tubki i, ponieważ jest ona wykonana z miękkiego plastiku podejrzewam, że będzie tak do samego końca (czyli u mnie już bardzo niedługo). Nie jest zbyt wydajny, ale o tym za chwilę.
Krem jest całkowicie biały i ślicznie pachnie, ale dość intensywnie i słodko, potrafi więc zmęczyć - zwłaszcza, jeśli używamy go często (jak ja). Konsystencja wydaje się treściwa i gęsta, ale dobrze się rozsmarowuje i wchłania w skórę, nie pozostawiając zbyt lepkiej czy tłustej warstwy. Po wklepaniu w skórę niewielkiej ilości można wrócić do innych zajęć bez obaw o plamy np. na dokumentach. Wystarczy jednak umyć ręce by odczuć konieczność następnej aplikacji, nie uzyskamy dzięki niemu trwałego nawilżenia i to właśnie wpływa na dość kiepską wydajność.
Jako krem na dzień sprawdza się dobrze, bo i tak często myję i smaruję ponownie dłonie. Jednak ja oczekuję czegoś więcej, a dokładniej świetnego działania po nocy. Lubię wysmarować dłonie wieczorem grubszą warstwą kremu, a rano cieszyć się miękką i odżywioną skórę. Tutaj niestety tego mi zabrakło. Po nocy z kremem LPM rankiem mam uczucie nieprzyjemnego ściągnięcia i przesuszenia skóry, nie czuję żadnej regeneracji czy nawilżenia.
Podsumowując cieszę się, że miałam okazję poznać oba produkty, jednakże moje serce skradł olejek do mycia. Cudowny zapach i świetne działanie - nie tylko podstawowego mycia, ale i delikatnej pielęgnacji bardzo mi odpowiada. Krem do rąk nie do końca spełnił moje oczekiwania, choć w ciągu dnia dobrze sobie radzi, nie planuję go jednak więcej kupić.
Znacie kosmetyki LPM? Jak się spisują u Was?