Bielenda, MultiEssence 4w1, Esencja do twarzy, cera mieszana

Ostatnio Bielenda bardzo pozytywnie mnie zaskakuje. Marka, która do niedawna tworzyła raczej przeciętne kosmetyki wsłuchała się w potrzeby i najnowsze trendy, tworząc produkty wyjątkowe - skupiając się na maksymalnym dopracowaniu składów lub inspirując na przykład azjatyckimi rytuałami pielęgnacji. Przykładem może być słynne już chyba Mezo serum z kwasem migdałowym oraz dzisiejsza esencja - kosmetyki pozytywnie oceniane przez wiele kobiet. A jak można ją stosować? Na wiele sposobów!


Bielenda, Multiwitaminowa esencja do pielęgnacji twarzy do cery mieszanej

"Innowacyjne rozwiązanie technologiczne do pielęgnacji i kondycjonowania skóry, wykorzystujące dobroczynny filtrat drożdżowy. Esencja skutecznie doczyszcza, odświeża i rozświetla cerę, zamyka wilgoć w skórze. Płynna konsystencja doskonale wtapia się w skórę – czuć, że skóra pije kosmetyk. Nie klei się i szybko się wchłania. Cera odzyskuje swoje naturalne piękno – jest gładka, jędrna, matowa, pełna witalności, doskonale nawilżona.
Istnieją trzy wersje esencji: do cery dojrzałej, mieszanej oraz suchej i wrażliwej."


Niepozorna butelka z plastiku posiada wygodny, mocny korek. Kolorystyka jest niesamowita - choć sama esencja jest przezroczysta, mamy wrażenie miętowego orzeźwienia, a to dzięki kolorowej etykiecie (od strony wewnętrznej). Inne wersje też wyróżniają się kolorem: esencja do cery dojrzałej jest fioletowa, natomiast do cery suchej i wrażliwej - różowa. Dzięki temu zabiegowi produkty łatwo odróżnić.


Skład: woda, filtrat drożdżowy (bogaty w uzyskane w procesie fermentacji minerały, witaminy i aminokwasy, zwiększa poziom nawilżenia skóry, poprawia sprężystość i elastyczność, rewitalizuje, dodaje skórze witalności), gliceryna (nawilża, zatrzymuje wilgoć w skórze), niacynamid (jeden z moich ulubionych składników, wit. B3, zwęża pory, reguluje sebum, matuje, rozjaśnia skórę), panthenol (prowitamina B5, łagodzi podrażnienia, zmniejsza zaczerwienienia), kwas hialuronowy (nawilża, ujędrnia), kwas glikolowy (złuszcza naskórek, stymuluje procesy naprawcze, zapobiega powstawaniu wyprysków, wygładza i ujednolica koloryt cery), mleczan sodu (nawilża, zmiękcza warstwę rogową naskórka, w wyższych stężeniach złuszcza i oczyszcza), alantoina (łagodzi podrażnienia, koi, przyspiesza regenerację), Polysorbate 20 (emulgator, detergent, oczyszcza), Disodium EDTA (konserwant), Phenoxyethanol (kontrowersyjny konserwant, zakazany w Japonii, lepiej nie używać w ciąży), Ethylhexylglycerin (konserwant, humektant, może podrażniać oczy), Sodium Dehydroacetate (konserwant), Parfum (kompozycja zapachowa), Butylphenyl Methylpropional (składnik kompozycji zapachowej, alergen), Hexyl Cinnamal (składnik kompozycji zapachowej, imituje jaśmin, alergen), Linalool (składnik kompozycji zapachowej, imituje konwalię, alergen).


Początek składu zachwyca, same świetne substancje, jakże cenne dla skóry mieszanej czy nawet tłustej. Nawilżające, zmiękczające grubą warstwę naskórka, złuszczające i regulujące wydzielanie sebum. Większość z nich znam bardzo dobrze z własnoręcznego kręcenia kosmetyków - używałam ich w różnym stężeniu we własnych formułach i znam ich działanie na moją skórę. Gdyby nie kontrowersyjne konserwanty można by się pokusić o nazwanie składu idealnym, ale już teraz nie jest źle. W końcu nie jest to kosmetyk naturalny, a łatwo dostępny w większości drogerii i dość tani. Kosztuje 12-15zł/200ml.


Esencja ma postać przezroczystego płynu o mocnym, przyjemnym zapachu. Kojarzy mi się z morską bryzą, jest lekki i odświeżający, trochę perfumowany, na pewno nie naturalny. Utrzymuje się jakiś czas na skórze. Producent zaleca stosowanie produktu podobnie jak tonik: zwilżyć wacik esencją i nakładać na oczyszczoną skórę twarzy, szyi i dekoltu, lekko dociskając wacik do skóry. Należy pamiętać o omijaniu okolic oczu. Nie trzeba jej spłukiwać. Esencję można stosować rano i wieczorem lub w ciągu dnia jako zabieg odświeżający.


Osobiście najbardziej lubię nakładać esencję po oczyszczeniu skóry wieczorem. Wtedy mam czas na rytuały, dokładne przykładanie wacika do skóry, nie spieszę się. Czasem produktu używam po toniku, czasem zamiast niego, ponieważ w tej roli również dobrze się sprawdza. Nie zdarzyło mi się oczyszczać nią skóry, choć producent zapewnia, że działa jak mleczko - zawsze stosuję ją już na oczyszczoną skórę, jako kolejny krok pielęgnacji, szkoda mi tak fajnego składu na zmywanie. Bardzo lubię na zwilżoną esencją skórę nakładać serum lub toner (obecnie mam Klairs) - mam wrażenie, że wtedy lepiej nawilżają.
Stosuję esencję również jako okłady lub masksheet - nasączam nią bawełniane maski w płachcie, ponieważ produkt jest świetny do tego typu zabiegu, ale należy bardzo uważać na okolice oczu. Trzeba się również liczyć z tym, że skóra po takim zabiegu może się czasem lekko złuszczać nawet przez kilka dni, dlatego wymaga mocnego nawilżania i cierpliwości - złuszczanie nie jest normą i zależy od aktualnego stanu cery. Dzięki masce w 10, góra 15 minut, funduję skórze odświeżenie, oczyszczanie i reguluję wydzielanie sebum, przy czym kosmetyk nie wysusza cery, choć czasem lekko ją ściąga (uczucie od razu po zabiegu, znika po ok. 30 min.). Najważniejsze, że pięknie rozjaśnia, nawilża, przymyka pory i dodaje blasku. Cera nabiera jednolitego kolorytu, wygładza się i jest mięciutka w dotyku - czasem od razu, czasem dopiero po kilku dniach, jak już się złuszczy "nadmiar" martwych komórek.
Nigdy nie robię jednak okładów jeśli mam podrażnienia lub otwarte ranki - w tych miejscach szczypie lub piecze, tak samo jest również podczas przykładania wacików, dlatego esencję stosuję tylko na zdrową skórę. Za pierwszym razem zresztą zafundowała mi lekkie zaczerwienienie, ale skóra szybko się przyzwyczaiła, ponieważ za drugim już wszystko było w porządku.


Multiwitaminowa esencja Bielendy ma bardzo przemyślany skład pod kątem skóry mieszanej i tłustej. Stosowana regularnie daje świetne efekty w postaci zmniejszenia błyszczenia skóry, zwiększa nawilżenie oraz elastyczność, lekko ujędrnia i rozświetla skórę, przez co twarz wygląda na młodszą i zdrowszą. Można więc powiedzieć, że w pewnym sensie działa jak krem, choć na pewno go nie zastąpi. Zauważyłam również, że odkąd ją stosuję pojawia się znacznie mniej wyprysków, zwłaszcza w "te dni", kiedy hormony szaleją. Nie zostawia lepkiej warstwy i nie zapycha, jednak potrafi sprawić, że łzawią oczy (jeśli zastosujemy ją zbyt blisko oczu, ale to zależy również od indywidualnej wrażliwości) i zapiec na podrażnionej skórze.

A Wy już macie swoją esencję? Jak ją stosujecie?

Cosnature, Ochronny balsam do ust z czerwonych owoców

Balsam do ust to kosmetyk, który - podobnie jak krem do rąk - towarzyszy mi zawsze. Jeden noszę w torebce, drugi trzymam przy łóżku, trzeci na komodzie przy drzwiach wyjściowych. Dlaczego? Ponieważ nie znoszę uczucia ściągniętych, wysuszonych i piekących ust. Jednocześnie staram się używać produktów jak najbardziej naturalnych, które w składzie mają maksimum bezpiecznych substancji, a jak najmniej chemii - najlepiej wcale. Kiedyś czytałam, że kobieta w ciągu życia zjada średnio 8 kg pomadek. Kilogramów! To ja wolę zjadać te naturalne :) I dzisiaj właśnie napiszę Wam o jednej z moich ulubionych pomadek ochronnych, która w dodatku nadaje ustom ładnej, naturalnej barwy.


Cosnature, Naturalny balsam do ust z ekstraktem z czerwonych owoców, ochronny

"Ochronny balsam do ust o formule zawierającej odżywcze oleje:  rycynowy, z nagietka, nasion słonecznika, jojoba, oliwę z oliwek oraz witaminę E. Dzięki tej kompozycji olejów usta odzyskują  elastyczność i miękkość. Innowacyjna formuła z ekstraktami roślinnymi  z owoców organicznego bzu, porzeczek, sprawia, że usta stają się miękkie, gładkie i zmysłowe. Balsam podkreśla naturalne piękno ust, nadaje im apetyczny, owocowy zapach i subtelny połysk dzięki lśniącym drobinkom miki długotrwale je nawilżając. Chroni przed wysychaniem, zapobiega pierzchnięciu ust."


Skład: olej rycynowy (działa łagodząco, ochronnie i natłuszczająco, zatrzymuje wilgoć), hybrydowy olej słonecznikowy (emolient tłusty, natłuszcza, odżywia i wygładza, wzmacnia skórę), lanolina (wygładza i natłuszcza), oliwa z oliwek (emolient, bogaty w nienasycone kwasy tłuszczowe i witaminę E, ważne dla dobrej kondycji skóry, posiada właściwości przeciwzapalne), wosk kandelila (pozyskiwany z liści, nabłyszcza, wygładza i natłuszcza), olej jojoba (odżywia, zmiękcza, nawilża i natłuszcza skórę, wzmacnia warstwę cementu międzykomórkowego, co w efekcie zapobiega wysuszaniu skóry), utwardzony olej palmowy (regulator lepkości, emolient tłusty, natłuszcza, odżywia), masło shea (cenny, naturalny emolient, natłuszcza, wygładza i zmiękcza skórę), wosk karnauba (naturalny wosk, emolient, wygładza, natłuszcza), bielony wosk pszczeli (emolient tłusty, przyspiesza regenerację skóry), olej z nasion słonecznika (wzmacnia naturalną barierę ochronną skóry, zmiękcza naskórek i regeneruje), ekstrakt z bzu czarnego (bogaty w witaminy i antyoksydanty, zwiększa nawilżenie i regenerację skóry), ekstrakt z czerwonej porzeczki (bogactwo antyoksydantów i witamin, chroni skórę przed szkodliwymi czynnikami), witamina E (Tocopherol; antyoksydant, hamuje procesy starzenia się skóry wywoływane np. promieniowaniem UV lub dymem papierosowym, wzmacnia barierę naskórkową, poprawia nawilżenie skóry, zapobiega powstawaniu stanów zapalnych i poprawia ukrwienie skóry), kompozycja zapachowa naturalna (bez syntetycznych substancji zapachowych), barwniki (naturalnie występujące minerały: CI 77491-tlenek żelaza, czerwień żelazowa, czerwonobrązowy naturalny pigment, Cl 77499 - tlenek żelaza czarny, CI 77891- dwutlenek tytanu, mineralny filtr UV oraz naturalny biały pigment), mika (nadaje połysk).


W tekturowym pudełeczku kryje się pomadka w standardowym, plastikowym opakowaniu. Plastik jest gruby i porządny, nie zacina się ani nie blokuje. Dość mocno się zamyka z wyraźnym kliknięciem, nie zdarzyło się, aby samodzielnie otworzył się w torebce. Kosztuje 10-14zł/4,8g.


Balsam posiada wygodną formę sztyftu, który można wziąć ze sobą wszędzie. Dzięki temu, że nie rozpuszcza się pod wpływem wysokich temperatur można go spokojnie nosić także latem - nic nie wypłynie. Od razu w oczy rzuca się bordowy kolor pomadki z zatopionymi, połyskującymi drobinkami miki, co może nieco przerażać, ale niesłusznie. Balsam prześlicznie wygląda na ustach, lekko podbija naturalny odcień, ale podejrzewam, że w zależności od pigmentacji warg u każdego będzie dawał trochę inny efekt. U mnie balsam widać całkiem wyraźnie, ponieważ mam dość blade wargi. Po pomalowaniu nie widać drobinek, na pewno nie daje efektu brokatu, ale połysk jest widoczny. Kolejną zaletą jest obłędny, owocowy zapach, który od pierwszego zaciągnięcia mnie uwiódł. Kojarzy się z kolorowym drinkiem, orzeźwiającą lemoniadą arbuzową, a jest przy tym naturalny i nienachalny. 



Balsam Cosnature poza świetnym składem oferuje równie genialne działanie. Idealnie zmiękcza, natłuszcza i nawilża usta, sprawiając, że po dłuższym stosowaniu stają się one wyraźnie miększe nawet bez użycia balsamu. Jego działanie jest o wiele głębsze niż tylko powierzchniowa ochrona przed wiatrem czy słońcem. Nawilża delikatną skórę warg na dłużej. Przy tym nie przemieszcza się po skórze, pozostaje dokładnie tam, gdzie go zaaplikuję. 


Balsam z czerwonych owoców jest idealnym kosmetykiem na lato! Nawilża, chroni przed słońcem, podkreśla kolor ust, pięknie pachnie i ma fajny skład pełen cennych olei i ekstraktów. Uważam, że to idealny produkt dla osób, które na co dzień nie używają kolorowych pomadek, a jednocześnie lubią subtelnie podkreślone usta, wypielęgnowane i bez suchych skórek.


Znacie kosmetyki Cosnature? Ja odkrywam już kolejne perełki tej marki. Takich właśnie produktów poszukuję. Wy też?

Mask sheet Mizon: nawadniająca i bąbelkująca oraz plaster na nos

Bardzo lubię maski w płachcie, są wygodne w stosowaniu i zwykle bezproblemowe. Staram się regularnie ich używać, a że stały się niesamowicie wręcz popularne, obecnie można je łatwo kupić, także w sklepach stacjonarnych. Najlepszy wybór jednak wciąż jest on-line, ale w Polsce mamy obecnie już kilka sklepów z typowo azjatyckimi kosmetykami. Jeśli chodzi o markę Mizon lubię ją, choć nie jest jakaś wyjątkowo naturalna, a ceny w Polsce są podobno zawyżone. Cała sympatia zaczęła się od kremu ze śluzem ślimaka, który faktycznie genialnie się spisał na mojej cerze, dobrze nawilżał i nie zapychał zwykle kapryśnej skóry. Oczywiście, zdarzają się też i gorzej działające produkty. Zapraszam na recenzję trzech tanich kosmetyków Mizona. Nie wszystkie kupię ponownie, sprawdź dlaczego.



Mizon, Maska nawadniająca, Enjoy Vital-Up Time Watery Moisture Mask 

Według producenta: "Produkt jest idealny dla skóry odwodnionej i suchej. Doskonale nawilża skórę. Zawiera ekstrakt z zielonej herbaty, alantoinę i nawilżający kwas hialuronowy. Maska koi skórę, a także poprawia jej elastyczność, dzięki zawartości witaminy A i B. Po zastosowaniu maski skóra staję się dogłębnie i długotrwale nawilżona oraz widocznie zdrowsza."


Kosztuje ok. 7-8zł.
Skład: Water, Butylene Glycol, Glycerin, Dipropylene Glycol, Propanediol, 1,2-hexanediol, Bis-peg-18 Methyl Ether Dimethyl Silane, Acrylates/c10-13 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine (regulator pH), Trehalose (cukier, doskonale i na długo nawilża skórę), Peg-60 Hydrogenated Castor Oil, Xanthan Gum (zagęstnik), Fragrance (kompozycja zapachowa), Disodium Edta (konserwant), Allantoin (koi podrażnienia), Sodium Hyaluronate, Camellia Sinensis Leaf Extract, Beta-glucan.
Moim zdaniem:  Bardzo dużo gliceryny i butylene glycol (promotora przenikania), trochę mniej cennej Trehalozy - wszystkie nawilżają. Trochę kojacej alantoiny. Niestety dwa inne ciekawe składniki, czyli kwas hialuronowy oraz ekstrakt z herbaty występują na samym końcu składu, nawet po kompozycji zapachowej i konserwantach.


Maska jest dobrze nasączona płynem, trochę nawet zostaje w opakowaniu (zużywam ten nadmiar na szyję i dekolt), mimo to z maski nic nie kapie podczas noszenia. Płachta jest trochę za duża na moją głowę, przez co lekko się marszczy w kilku miejscach i odstaje, jednak problem ten występuje w większości masksheetów, bez względu na producenta. Tkanina jest bardzo miękka i niesamowicie przyjemna w dotyku. Pachnie obłędnie brzoskwiniową herbatą! Trzymałam ją 20 minut, przez ten czas nie spływała, dobrze przylegała do skóry, mogłam też bez problemu w niej chodzić. Po tym czasie maska nadal była nasączona, moja skóra nie wchłonęła całego płynu. Skóra po zdjęciu płachty była mocno nawodniona, wręcz mokra, pory przymknięte, ale bez nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia. Pozostałe na skórze serum zostawiłam do wchłonięcia, co trwało dość długo, ok. godziny. Skóra po tym czasie nabrała dodatkowego blasku, choć leciutko się też kleiła. Była dobrze napięta, jędrna i nawilżona. Maska nie podrażniła moich oczu, nie spowodowała szczypania czy łzawienia. Jestem zachwycona jej działaniem! To idealna maska na lato, gdy skóra jest mocniej odwodniona, przesuszona od słońca i szorstka. Następnym razem włożę ją na chwilę do lodówki :)


Mizon, Maska dogłębnie oczyszczająca, Dust Clean Up Deep Cleansing Mask

Według producenta: "Innowacyjna forma oczyszczania skóry - maska w płacie z bawełny. Doskonale usuwa martwy naskórek oraz kurz i pyły osiadające na skórze. Delikatnie złuszcza naskórek. Pozostawia uczucie świeżości. Zawiera wyciąg z drzewa Moringa, który ma właściwości silnie antyoksydacyjne, przez co hamuje starzenie się komórek."


Kosztuje ok. 13-15zł/sztukę.
Skład: Szczegółowy jest dobrze widoczny na zdjęciu. Mamy tu o wiele więcej ciekawych ekstraktów w połowie składu (moringa - kondycjonuje, oregano - antybakteryjny, cyprysik - antyseptyczny, wierzba - oczyszczający, sfermentowana soja - nawilża, portulaka - uelastycznia, cynamon - pobudza krążenie, tarczyca bajkalska - rozjaśnia), alantoinę (łagodzi podrażnienia) i argininę (aminokwas, który dobrze nawilża skórę), mocznik (nawilża), kwas mlekowy i glikolowy (kwas AHA, oczyszcza).


Maska na białej, bawełnianej tkaninie, tradycyjnie odrobinę zbyt dużej. Od razu po otwarciu opakowania uderza piękny, cytrusowy i świeży zapach. Maska jest dobrze nasączona i od razu zaczyna się delikatnie pienić podobnie jak Maska bąbelkująca Skin79. Tutaj jednak pianka jest inna, gęstsza, bardziej zbita i mniej odstaje od maski, dzięki czemu nie wchodzi w oczy. Samo bąbelkowanie też jest delikatniejsze, przez cały zabieg czuję subtelne łaskotanie i słyszę pękanie licznych bąbelków, ale jest to subtelniejsze niż w przypadku Skin79. Po 10 min, czyli maksymalnym czasie jaki zaleca producent, zdejmuję masksheet, a pozostałą na skórze pianką robię delikatny masaż skóry. Podczas takiego masowania wytwarza się jeszcze więcej piany, którą można np. zrobić demakijaż oraz usunąć ewentualnie pozostałe jeszcze zanieczyszczenia. Resztki zmywam letnią wodą, przy czym trzeba bardzo uważać, aby produkt nie dostał się do oka (bardzo wygodnie zrobić to pod prysznicem).


Skóra po oczyszczaniu tą maską zdecydowanie jest rozjaśniona, moje zaczerwienia są delikatniejsze i mniej widoczne. Pory delikatnie przymknięte. Skóra jest odświeżona i wyraźnie oczyszczona, jednak po ok. 5 min odczuwam ściągnięcie skóry - bardzo delikatne, ale jednak. Nie jest to uczucie, przez które od razu mam ochotę nałożyć coś nawilżającego, choć po jakimś czasie faktycznie przetarłam skórę naturalnym tonikiem hibiskusowym Sylveco. Maska przede wszystkim warta uwagi ze względu na fun, jaki daje podczas noszenia. Poszczególne etapy bąbelkowania przedstawiam poniżej.


Mizon, Plaster oczyszczający na nos, Let Me Out, Blackhead Peel-Off Mask

Według producenta: "Plaster oczyszczający na nos przeznaczony do pielęgnacji skóry z problemami, takimi jak : zanieczyszczenia, wągry i zaskórniki. Produkt stanowi aktywną formułę pielęgnacji ratunkowej, która skutecznie zadziała, kiedy niedoskonałości stają się już widoczne. Głęboko oczyszczający plaster na nos intensywnie działa w kierunku wnętrza skóry i usuwa zanieczyszczenia. Formuła produktu została wzbogacona o sproszkowany węgiel drzewny. Po zastosowaniu plastra skóra na nosie zostanie oczyszczona."


Kosztuje ok. 3,50zł/sztukę.
Skład: Water (woda), pvp (polimer; lepiszcze czyli wiąże składniki w formie stałej; zmiękcza i wygładza skórę, lekko nawilża), dimethicone copolymer (silikon, wiąże wodę, zmiękcza skórę, tworzy na jej powierzchni film), propylene glycol (promotor przenikania, nawilża, może powodować podrażnienia nałożony na skaleczoną skórę), charocal powder (węgiel aktywny; posiada zdolności absorpcyjne, wchłania zanieczyszczenia, obumarłe komórki naskórka, nadmiar sebum, toksyny), vp/va copolymer (zwiększa lepkość, wygładza i zmiękcza skórę), kaolin (glinka biała; wypełniacz, oczyszcza, remineralizuje, odświeża, łagodzi podrażnienia, wygładza, matuje), methylparaben (konserwant).
Sposób użycia : Dokładnie umyj twarz i osusz skórę. Zaleca się wykonanie "parówki". Zwilż nos. Odklej folię zabezpieczającą  i przyklej plasterek na nos. Pozostaw na około 10-15 minut. Po tym czasie plasterek powinien być już suchy. Oderwij plasterek i przetrzyj nos zimnym tonikiem. Zaleca się stosowanie razem z zestawem BlackHead Out.


Plasterek na nos jest wyprofilowany, dzięki czemu łatwo się domyślić w jaki sposób należy go przykleić. Najpierw jednak należy odkleić właściwą, czarną część plastra na tkaninie od folii zabezpieczającej.  Najpierw zwilżamy nos np. wodą lub hydrolatem, a potem naklejamy plasterek i czekamy 15 minut aż zaschnie. Niestety za pierwszym razem chciałam wzmocnić działanie plastra i namoczyłam go także od zewnątrz - nie jest to dobry pomysł, ponieważ plasterek wtedy nie schnie i trzeba czekać dużo dłużej. Plasterek idealnie dopasowuje się do kształtu nosa. Po zdjęciu go na skórze zostają ciemne ślady, które na szczęście schodzą podczas przemywania skóry tonikiem lub płynem micelarnym. 
Zobacz też:


Cała zabawa z plasterkiem polega na tym, że musimy poczekać, aż wyschnie, dopiero wtedy należy go zerwać, najlepiej jednym, płynnym ruchem. Na szczęście wyraźnie czuję, gdy plaster jest już "gotowy", ponieważ robi się sztywny i trudno zmarszczyć nos. Zdejmowanie go troszkę boli, ale spokojnie można wytrzymać. Niestety wszystkie te zabiegi niewiele dają, nie zauważyłam wpływu na zaskórniki. Może wyrwałam kilka włosków, ale czarne punkciki jak były, tak i są. Możliwe, że trzy plastry, bo tyle miałam, to za mało, aby uzyskać jakiś efekt, ale obecnie testuję już plastry jeszcze innej marki.
To już lepiej działały plastry Holika Holika, choć też nie były idealne, o czym możecie poczytać klikając:


Jak widzicie lubię tę markę, choć nie wszystkie produkty się u mnie sprawdzają. Mam do niej ogromny sentyment, ponieważ od kosmetyków Mizona zaczęłam interesować się azjatyckimi rytuałami pielęgnacyjnymi, dzięki czemu poznałam sporo ciekawych tricków urodowych.

A Wy używałyście już masek w płachcie? Jakie są Wasze doświadczenia z tego typu pielęgnacją?

Ecodenta, Czarna pasta do zębów wybielająca

Jestem ogromną fanką naturalnych kosmetyków, szczególnie tych do twarzy. Widzę wielką różnicę odkąd zwracam uwagę na składy używanych produktów. Moja kapryśna cera się uspokoiła, mam zdecydowanie mniej niechcianych niespodzianek, a w dotyku jest miękka i elastyczna mimo wieku. Wiem, że coraz więcej osób zaczyna interesować się składami, ale często pomijają pasty do zębów. Właściwie dlaczego? Drogeryjne pasty nie są najlepsze dla jamy ustnej, mogą ją wysuszać lub podrażniać. U mnie drogeryjne pasty powodowały często bolesne pękanie kącików ust. Na szczęście obecnie mamy alternatywę! Możemy pastę do zębów zrobić nawet same!



Zdaję sobie jednak sprawę, że wiele z nas szuka dobrej pasty, ale gotowej :) Nie każdy lubi się bawić w domowe receptury, odmierzanie i mieszanie. Dziś mam dla Was taką właśnie propozycję. Zapraszam.

czarna-pasta-do-zebow

Czarna pasta do zębów, Ecodenta, wybielająca

"Ekologiczna pasta z węglem drzewnym stworzona przy współpracy z dentystami w Kownie. Zawiera ekstrakt z zielonej herbaty, który zapobiega powstawaniu kamienia nazębnego, działa bakteriobójczo oraz pozostawia uczucie świeżości w jamie ustnej. Czarny węgiel wybiela zęby, od dawna jest znany ze swoich dentystycznych właściwości. Pasta nie zawiera fluoru, SLS, parabenów oraz sztucznych konserwantów."

pasta-ecodenta-pudelko

Pastę kupimy w tekturowym opakowaniu, kolorystycznie nawiązującym do koloru węgla. Kosztuje od 13 do 19 zł. Pojemność 100 ml.

pasta-do-zebow-sklad

Skład: Glycerin (gliceryna), Aqua, Hydrated Silica (uwodniona krzemionka; czyści i poleruje zęby), Sorbitol (słodzik, polepszacz smaku), Sodium Pyrophosphate (zapobiega odkładaniu się kamienia nazębnego), Sodium Cocoyl Glutamate (delikatna, naturalna substancja myjąca, pianotwórcza), Aroma (kompozycja zapachowa), Epigallocatechin Gallate (ekstrakt z zielonej herbaty, działa bakteriobójczo, odświeża), Xantan Gum (zagęstnik), Mentha Arvensis (Mint) Oil (olejek miętowy, nadaje przyjemny smak i aromat, działa antyseptycznie i kojąco), Sodium Benzoate (bezpieczny konserwant), Potassium Sorbate (bezpieczny konserwant), Phenoxyethanol (konserwant, kobiety w ciąży i dzieci lepiej żeby go unikały), Ethylhexylglycerin (konserwant, działa bakteriobójczo), Sodium Saccharin (sztuczny słodzik), CI 77266 (Carbon Black - sadza z węgla drzewnego, barwnik, wybiela), CI 77499 (tlenek żelaza, czarny barwnik).


Zauważyłam, że na różnych stronach podane są inne składy, gdzie węgiel drzewny w postaci sadzy (barwnika) występuje wyżej. Podejrzewam, że formuła została jakiś czas temu zmieniona przez producenta, więc może się zdarzyć, iż kupicie produkt o innym składzie niż podany przeze mnie.


W tekturowym opakowaniu znajduje się tradycyjna tubka z miękkiego plastiku. Z pewnością łatwo będzie wycisnąć zawartość do samego końca. Korek jest okręcany, a pod nim znajduje się aluminiowe zabezpieczenie. Lubię takie rozwiązanie, ponieważ mam pewność, że kosmetyk nie był wcześniej otwierany.


Pasta faktycznie jest kruczoczarna, co zawdzięcza barwnikom i muszę przyznać, że pierwsze użycie było zabawne. Podczas szczotkowania uzyskujemy szarą pianę i zęby nie wyglądają za atrakcyjnie. Na szczęście koloru nie trzeba się bać, nie barwi trwale :) Zapach jest miętowy, przyjemny i nie za mocny. W smaku wyraźnie wyczuwam słodką miętę, nie jest to jednak smak agresywny, który aż powoduje pieczenie, jest raczej delikatny.


Pasta w kontakcie z wodą produkuje trochę piany, nie za mało, ale i nie tyle, co typowo drogeryjne. Mnie to pasuje, ponieważ nie lubię kiedy piana aż się nie mieści w ustach. Produkt świetnie myje zęby, wyraźnie czuć różnicę po szczotkowaniu, gdy płytka nazębna została usunięta. Również efekt wybielenia jest dość widoczny, choć w moim przypadku - piję dużo kawy i herbaty - krótkotrwały (napoje te pozostawiają na zębach wyraźny osad, który jednak łatwo się usuwa właśnie tą pastą). Po użyciu warto bardzo dokładnie opłukać szczoteczkę z szarej piany, wtedy nie zabarwimy włosia. Pasta przyjemnie odświeża również oddech, choć na niezbyt długi czas. Bardzo cieszy mnie fakt, że produkt jest delikatny, nie bolą ani nie krwawią po nim dziąsła, a także nie pękają kąciki ust. Pasta jest jednocześnie wydajna, choć tutaj wiele zależy od naszych przyzwyczajeń i ilości, jaką wyciskamy na szczoteczkę. Przeczytaj też:



Podsumowując czarna pasta do zębów Ecodenta to bardzo fajna alternatywa dla typowo drogeryjnych past z SLS. Jest zdecydowanie łagodniejsza, ma naturalny, nienachalny smak i zapach oraz delikatnie wybiela zęby poprzez dokładnie usuwanie płytki nazębnej. Mam jednak małe "ale" do kwestii węgla, a raczej czarnego barwnika użytego w formule. Nie jest to osławiony węgiel aktywny, który faktycznie posiada cenne właściwości oczyszczające i wybielające (Charcoal Powder), a jedynie bezpieczny barwnik z węgla, który jest dużo mniej skuteczny, za to działa "na wyobraźnię".

Znacie inne ciekawe pasty do zębów bez fluoru?

Płyny micelarne: Nacomi, Kolastyna, Bielenda, Perfecta

Płynów micelarnych używam codziennie, a nawet dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Rano służą mi do delikatnego zmycia sebum i zanieczyszczeń, natomiast wieczorem do demakijażu, szczególnie oczu i ust oraz wstępnego rozpuszczenia podkładu - przed właściwym myciem pianką, olejkiem lub żelem. Z tego względu zużywam ich dużo i poszukuję takich, które pozostawione na skórze będą delikatne, nie podrażnią jej, za to zawierają składniki aktywne.


Data ważności płynu micelarnego

Zdarza mi się micele kupować "na już", bo akurat mam końcówkę oraz je kolekcjonować, kiedy posiadam trzy czy cztery - i  to wszystkie otwarte. Nie martwię się o daty, ponieważ i tak zużywam je przed czasem. Zawsze zwracam uwagę na PAO (symbol otwartego słoiczka z liczbą w środku), ale zazwyczaj jest to 6-12 miesięcy, więc mam stuprocentową pewność, że produkt zużyję. Trochę kontrowersyjne jest dla mnie kupowanie w stacjonarnych drogeriach, o czym wiele razy pisałam na Instagramie czy Facebooku, ponieważ nigdy nie ma pewności, czy ktoś nie otworzył kupionego przez nas produktu i w ten sposób nie wpłynął na termin jego przydatności po otwarciu. Mając więc wybór kupuję kosmetyki w drogeriach internetowych, najchętniej w niewielkich, rodzinnych firmach, gdzie każdy kosmetyk traktowany jest z należytą uwagą, gdyż firma nie może sobie pozwolić na złą opinię. Drogerie stacjonarne odwiedzam w wielkie promocje lub w razie potrzeby, także by poczytać składy lub zapoznać się z testerami (jeśli akurat są, bo to akurat towar deficytowy...).


Perfecta, Moc minerałów, Kojąca woda micelarna 3w1

"Skutecznie i delikatnie usuwa makijaż. Dokładnie oczyszcza skórę z zanieczyszczeń. Koi, zapobiega podrażnieniom, nawilża i odświeża skórę. Redukuje oznaki zmęczenia. Nie podrażnia oczu."
Kosztuje 9-14zł/200ml (udało mi się dorwać wersję 250ml, w tym podobno 50 ml gratis).


Butelka jest ok, choć mniej wygodna na co dzień niż pozostałe - ale też o największej pojemności. Korek na klik wygodny, lekko się otwiera. Płyn jest przezroczysty, delikatnie się pieni, praktycznie bezwonny.

Skład: Aqua (woda), PEG-7 Glycery Cocoate (substancja myjąca; detergent i stabilizator piany, natłuszczająca i wygładzająca, półsyntetyczna lub roślinna), Glycerin (gliceryna; humektant; nawilża), Propylene Glycol (nawilża i ułatwia transport innych substancji głębiej w naskórek), PPG-26-Buteth-26/PEG-40 Hydrogenated Castor Oil (emulgator), Panthenol (łagodzi podrażnienia, koi skórę), Lapis Lazuli Extract (wzmacnia naskórek, chroni przed czynnikami zewnętrznymi, nawilża i przywraca naturalny blask), Euphrasia Rostkoviana Extract (ekstrakt ze świetlika; działa przeciwzapalnie i łagodząco), Gossypium Herbaceum Seed Extract (ekstrakt z nasion bawełny; regeneruje, zmiękcza i nawilża skórę), Sea Salt (sól morska; zawiera minerały magnez, wapń, sód i potas, które chronią naskórek przed nadmierną reakcją na czynniki zewnętrzne, koją uczucie podrażnienia i swędzenia), Disodium EDTA (zwiększa trwałość kosmetyku), Hydroxyacetophenone (zwiększa efektywność konserwantów), Phenoxyethanol (konserwant).

Moim zdaniem: wysoko w INCI jest kilka substancji myjących oraz substancja ułatwiająca głębsze wnikanie innych składników w naskórek, co nie jest raczej potrzebne z płynie do demakijażu. Micel zawiera za to ekstrakt z Lapis Lazuli - pięknego, niebieskiego minerału, który wzmacnia i kondycjonuje naskórek sprawiając, że uodparnia się on na czynniki zewnętrzne. Zawiera również kilka cennych ekstraktów (świetlik, nasiona bawełny) oraz łagodzący pantenol. Pod koniec kilka konserwantów. Nie jest naturalny, ale powinien dobrze zmywać makijaż, co jest przecież jego głównym zadaniem.


Bielenda, Laser Xtreme, Nawilżająco-odmłądzający płyn micelarny

"Szybko, starannie i niezwykle skutecznie oczyszcza i odświeża cerę, usuwa makijaż, pozostałe zabrudzenia i nadmiar sebum, a przy tym intensywnie nawilża, łagodzi podrażnienia. Mikrosieci kwasu hialuronowego tworzą na powierzchni skóry siateczkę, która skutecznie zatrzymuje wodę w naskórku. Biomimetyczne peptydy aktywnie rewitalizują i ujędrniają skórę, zapobiegają jej wiotczeniu. Phyto Cell Tec™ Alp Rose głęboko regenerują komórki macierzyste skóry, redukują nawet głębokie zmarszczki."
Kosztuje 10-15zł, w zależności od drogerii. Pojemność 200 ml. 


Wyprofilowana butelka wraz z korkiem na klik są bardzo wygodne, a otworek w sam raz, aby nie wylać za dużo produktu. Płyn jest przezroczysty i się pieni. Bardzo delikatnie pachnie, praktycznie niewyczuwalnie.

Skład: Aqua (water),  Sodium Hyaluronate (sól sodowa kwasu hialuronowego; humektant, nawilża), Niacinamide (wit. B3; zwiększa nawilżenie i elastyczność skóry, wspomaga walkę z przebarwieniami i trądzikiem), Palmitoyl Tripeptide-5 (potrójny peptyd, regeneruje naskórek, nawilża, wygładza, działa przeciwzmarszczkowo), Allantoin (alantoina; działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia, przyspiesza gojenie się ran), Sodium Cocoamphoacetate (bardzo łagodna substancja myjąca), Glycerin (gliceryna; humektant; nawilża), Rhododendron Ferrugineum Leaf Cell Culture Extract (komórki macierzyste z róży alpejskiej; substancja aktywna, przeciwzmarszczkowa), Lactic Acid (kwas mlekowy; nawilża, zmiękcza warstwę rogową naskórka), Isomalt (środek słodzący; daje dobrą klarowność, zapewnia długi okres przechowywania), Lecithin (lecytyna; poprawia nawilżenie, wygładza; zapobiega rozwarstwianiu się kosmetyku; stosowana w produktach naturalnych), Polysorbate 20 (emulgator; zapobiega rozwarstwianiu się faz produktu; substancja bezpieczna), Disodium EDTA (zwiększa trwałość kosmetyku), Ethylhexylglycerin (humektant, nawilża; konserwant pochodzenia naturalnego), Phenoxyethanol (konserwant), DMDM Hydantoin (konserwant; pochodny od formaldehydu; kosmetyków z jego zawartością nie należy stosować w czasie laktacji i ciąży), Sodium Benzoate (konserwant; polecany do konserwowania kosmetyków naturalnych i ekologicznych), Parfum (Fragrance).

Moim zdaniem: wysoko w INCI znajdziemy sól sodową kwasu hialuronowego, niacynamid, peptyd oraz alantoinę, które nawilżają i łagodzą podrażnienia. Dopiero potem mamy łagodną substancję myjącą, a następnie znów nawilżające glicerynę, ekstrakt z róży alpejskiej, kwas mlekowy, lecytynę. Przy końcu sporo jest konserwantów, w tym pochodna formaldehydu. Nie jest naturalny, ale pełen substancji aktywnych, szczególnie nawilżających i łagodzących podrażnienia.


Kolastyna, Xpress Effect, Płyn micelarny

"Natychmiast rozpuszcza nawet najbardziej uporczywy makijaż i zanieczyszczenia dzięki specjalnej kombinacji systemu micelarnego oraz składników o ekspresowym działaniu oczyszczającym. Pozostawia sprężystą, nawilżoną, promienną cerę. Delikatna formuła płynu nie wywołuje zaczerwienienia oraz pieczenia skóry i oczu."
Kosztuje ok. 10zł/200ml.


Butelka jest identyczna jak płynu Bielendy - wygodna, z solidnym korkiem na klik. Płyn przezroczysty, lekko pieniący, o średnio intensywnym, sztucznym zapachu - całkiem przyjemnym, nie za słodkim, lekko morskim.

Skład: Aqua (woda), Glycereth-7 Caprylate/Caprate (emulgator), Glycerin (gliceryna; humektant; nawilża), PEG-20 Glyceryl Triisostearate (substancja myjąca; emulgator), Sodium Cocoyl Apple Amino Acids (system oczyszczający z soku jabłkowego; dokładnie oczyszcza i wspomaga usuwanie makijażu, chroni barierę hydrolipidową, nie wywołuje efektu ściągnięcia skóry), Hexylene Glycol (substancja myjąca; emulgator), Allantoin (alantoina; działa przeciwzapalnie, łagodzi podrażnienia, przyspiesza gojenie się ran), Panthenol (łagodzi podrażnienia, koi skórę), Betaine (betaina; silnie nawilża), Soluble Collagen (kolagen rozpuszczalny; wygładza, ujędrnia, nawilża), Glycogen (glikogen; humektant, nawilża), Hydrolyzed Elastin (elastyna hydrolizowana; ujędrnia, uelastycznia, zmniejsza właściwości drażniące detergentów), Sorbic Acid (kwas sorbowy; konserwant), Sodium Succinate (bursztynian dwusodowy; substancja myjąca i pianotwórcza; maskuje niepożądane zapachy), Parfum (kompozycja zapachowa), Tocopheryl Acetate (pochodna wit. E; nawilża, uelastycznia), Zinc Gluconate (glukonian cynku; przyspiesza gojenie ranek), Magnesium Aspartate (asparaginian magnezu; wygładza i mineralizuje skórę, zmniejsza przetłuszczanie, zwęża pory, regulator pH), Copper Gluconate (glukonian miedzi; regeneruje, zmniejsza blizny i zmarszczki, przyspiesza gojenie ran), Lactic Acid (kwas mlekowy; nawilża, zmiękcza warstwę rogową naskórka), Tetrasodium EDTA (zwiększa trwałość kosmetyku), Sodium Hydroxide (wodorotlenek sodu; regulator pH), Phenoxyethanol (konserwant), Chlorophenesin (konserwant, antyoksydant).

Moim zdaniem: dość wysoko substancje myjące, w tym system oczyszczający z jabłoni. Następnie kilka substancji aktywnych w tym pantenol, kolagen, elastynę, betainę, glikogen. Wit. E już po kompozycji zapachowej, podobnie cynk, magnez i miedź, kwas mlekowy. Na końcu konserwanty. Całkiem przyjemny, sensowny skład, choć nie jest naturalny.



Nacomi, Micellar Cleansing Water, Płyn micelarny do delikatnego demakijażu

"Płyn do delikatnego zmywania makijażu. Dokładnie oczyszcza i usuwa wszelkie zanieczyszczenia. Nawilża i łagodzi skórę. Zawiera ekstrakt z aloesu, rumianku oraz kwas hialuronowy. Ma działanie przeciwzmarszczkowe, nie uczula, nie podrażnia i doskonale zmywa makijaż."
Kosztuje ok. 20zł/150ml np. w sklepie RECO.


Butelka okrągła i niewielka, jako jedyna zaopatrzona we wciskany korek, dzięki czemu bez obaw można wziąć kosmetyk w podróż. Płyn posiada barwę morską, wpadającą w zieleń. Pachnie dość intensywnie, ale nie męcząco i nie za słodko, zapach jest przyjemny i nie wydaje się być mocno sztuczny. Utrzymuje się dłuższą chwilę na skórze.

Skład: Aqua (woda), Glycerin (gliceryna; humektant; nawilża), Panthenol (prowitamina B5; nawilża, działa przeciwzapalnie), Sorbitol (substancja słodząca, działa nawilżająco, wygładza i zmiękcza skórę), Aloe Barbadensis Extract (ekstrakt z aloesu; regeneruje i przyspiesza gojenie ran np. trądzikowych, nawilża, ściąga skórę), Chamomilla Recutita Extract (ekstrakt z rumianku pospolitego; substancja aktywna, działa przeciwzapalnie), Lauryl Glucoside (bezpieczna, łagodna dla skóry substancja myjąca), Benzyl Alcohol (konserwant; składnik kompozycji zapachowej, imituje zapach jaśminu), Hydrolyzed Glycosaminoglycans (wielocukry; utrzymuje wodę w naskórku, humektant, nie penetruje wgłąb skóry), Parfum (kompozycja zapachowa), Dehydroacetic Acid (identyczny z naturalnym, bezpieczny konserwant), Hyaluronic Acid (kwas hialuronowy; nawilża, ujędrnia), CI 42051 (barwnik, błękit patentowy).

Moim zdaniem: wysoko w INCI mamy przede wszystkim substancje nawilżające i kondycjonujące skórę, w tym ekstrakt z aloesu oraz rumianku. Dopiero w połowie łagodną substancję myjącą, po niej bezpieczny konserwant, dopuszczony w kosmetykach naturalnych i jeszcze więcej nawilżaczy. Osobiście wolałabym skład bez barwnika, ale poza nim kosmetyk jest bardzo delikatny i naturalny.


Pokusiłam się o przygotowanie dla Was testu powyższych płynów micelarnych. Przede wszystkim ich zadaniem jest przecież zmycie makijażu. Żadem nie podrażniał moich dość wrażliwych oczu, nie łzawiły ani nie piekły. Nie zauważyłam najmniejszych negatywnych skutków ich stosowania.

Do testu użyłam poniższych produktów. Dałam im swobodnie zastygnąć na skórze, test wykonałam po ok. 45 minutach od nałożenia kosmetyków kolorowych. Za każdym razem skórę przetarłam tylko raz wacikiem zwilżonym podobną ilością płynu micelarnego. Jakie są wnioski?


Poniżej ręka już po teście, więc widać, że micele nieźle sobie radzą z większością kosmetyków. Na ręku widać "od góry" poszczególne przetarte wacikiem paski, zgodnie z kolejnością:

Nacomi, Micellar Cleansing Water: świetnie poradził sobie z matową pomadką, koreańskim kremem BB, bazą Bielendy (która dość mocno zastyga na skórze), za to zdecydowanie słabiej z pomadą do brwi - choć i tak lepiej niż dwa inne micele. Tusz i liner zmył najsłabiej, ale pamiętajcie, że przy codziennym używaniu nasączony wacik przytrzymujemy, aby płyn rozpuścił tusz.
Kolastyna Xpress Effect: Chyba najlepiej sobie poradziła z większością kosmetyków, zebrała najwięcej pomady do brwi, za to trochę mniej tuszu niż Nacomi.
Bielenda, Laser Xtreme: bardzo dobrze zmywa pomadkę, praktycznie całą już za pierwszym razem. Tak samo BB i bazę Bielendy (różową). Nieźle poradziła sobie z tuszem, ale pomady do brwi praktycznie nie ruszyła.
Perfecta, Moc minerałów: Pomada do brwi praktycznie nie została nawet naruszona. Za to matowa pomadka zniknęła całkowicie, podobnie różowa baza Bielendy i krem BB. Dobrze poradziła sobie z linerem i kredką do oczu, z tuszem średnio.


Moje wnioski: Biorąc pod uwagę skład oraz działanie najbardziej przypadły mi do gustu produkty Nacomi oraz Kolastyny. Najszybciej radzą sobie z mocno zastygającymi kosmetykami, doskonale zmywają silikonowe kremy BB, matowe pomadki, a nawet mega trwałą pomadę do brwi Wibo. W INCI posiadają wysoko kilka cennych składników aktywnych, przy czym Nacomi można nawet traktować jak bezpieczny tonik z delikatnym detergentem domywającym ewentualne resztki makijażu już po umyciu buzi. Pozostałe płyny, czyli Bielenda oraz Perfecta również nieźle sobie radzą, chociaż mają moim zdaniem składniki, z których można było zrezygnować (Bielenda potencjalnie niekorzystny konserwant, a Perfecta propylene glycol, który ułatwia transport innych substancji głębiej w naskórek - w płynie z detergentami). Mimo to wszystkie te produkty są godne uwagi, zwłaszcza, że spełniają swoje zadanie.


Mój wybór: Zdecydowanie płyn micelarny Nacomi, posiadający świetny skład (oprócz barwnika), wiele nawilżaczy, łagodny detergent w środku INCI. Faktycznie jest wielofunkcyjny, lekko nawilża skórę i nie ściąga jej nieprzyjemnie, a przy tym dobrze zmywa makijaż. Niestety cenowo wychodzi najmniej korzystnie, ale za to jest wydajny. Na drugim miejscu Kolastyna, która dobrze zmywa, nie podrażnia i nie wysusza skóry, lekko przymyka pory. Na trzecim miejscu - wciąż na podium - ex aequo Bielenda i Perfecta, w podobnej cenie, z przewagą Perfecty jeśli chodzi o pojemność, a Bielendy jeśli chodzi o skład. Oba zawierają ciekawe składniki aktywne, sporo humektantów, są łatwo dostępne w stacjonarnych drogeriach. Nie podrażniają oczu, nieźle zmywają makijaż.


Znacie któryś z tych kosmetyków do demakijażu? Czym Wy zmywacie obecnie make up? Może chcecie, abym coś przetestowała? Podzielcie się w komentarzu swoimi typami :)

Meet Beauty edycja III oraz Beauty Days II 2017

W tym roku miałam okazję po raz trzeci uczestniczyć w niezwykłej konferencji dla blogerek i vlogerek kosmetycznych. No dobra, także jednego blogera - pozdrawiam Michała z Twoje Źródło Urody oraz kilku instagramerek - pozdrawiam Kasię z kasia.love :) Uwielbiam takie spotkania i jedyne, czego żałuję, to szybkiego upływu czasu. Serio, jakby go ktoś dosłownie zawinął, zawiązał supeł i w ten sposób skrócił. Cała konferencja trwała aż dwa dni, a mimo to minęła niepostrzeżenie. Ani się obejrzałam, a już w tłoku i duchocie, wraz z pokaźną grupą innych uczestniczek, wracałam autobusem do Warszawy. Wiadomo - czas w miłym towarzystwie, na pogaduszkach i ciekawych wykładach umyka niepostrzeżenie!


W tym roku wydarzenie odbywało się w Międzynarodowym Centrum Targowo-Kongresowym Ptak Warsaw Expo w Nadarzynie pod Warszawą. Podobało mi się, że organizator pomyślał o darmowych autobusach z centrum Warszawy dla wszystkich, chcących odwiedzić Targi oraz Meet Beauty (chociaż niektóre kursy były mocno oblegane!). A właśnie, wiele osób myliło oba wydarzenia, choć nie były tożsame. Konferencja dla blogerów - Meet Beauty - odbywała się w wydzielonej części hali. Aby się na nią dostać trzeba było mieć specjalną opaskę i identyfikator. Natomiast Targi Beauty Days były dla wszystkich, a wstęp był darmowy, wystarczyło się tylko zarejestrować przy wejściu.


Meet Beauty wyróżnia się przede wszystkim ciekawymi warsztatami, na które wcześniej należało się zapisać. Zadanie niełatwe, trzeba o nie zawalczyć jak o ostatniego pączka w Tłusty Czwartek, ale warte zachodu.Osobiście byłam na dwóch warsztatach. Ekipa Neo Nail zaprezentowała nam nową serię lakierów hybrydowych Aquarelle. Zdobienia od razu podbiły moje serce, choć wcale nie są łatwe! Po zrobieniu kilku kulfonów, których widoku Wam zaoszczędzę, wpadłam na to, że paznokieć należy ledwo muskać pędzelkiem. Ponadto teoretycznie nie wystarczy posiadanie samego koloru ze specjalnej serii (super, że jeden dostałyśmy!), należy dokupić jeszcze specjalną bazę, ale.... Na zwykłej bazie Neo Nail wzorki wychodzą równie ładnie. Sprawdziłam! Jest wystarczającą lejąca, aby kolor rozpływał się jak lukier na gorącym pierniku (chyba jestem głodna :D).


Kolejne warsztaty, tym razem z marką Golden Rose, prowadziła Karolina Zientek. Uwaga, będzie profanacja: dotąd nie miałam pojęcia kto to, zapewne dlatego, że praktycznie nie oglądam YT (oprócz Czarszki i kilku mniej znanych, acz zacnych osobistości). Szybko zostałam jednak nawrócona na właściwą ścieżkę, a wręcz zauroczona ciepłem Karoliny oraz jej ogromną wiedzą i chęcią dzielenia się nią. Sporo ciekawych rzeczy się dowiedziałam, a wszystko było pokazane na uroczej modelce :)


Na Targi zaproszono więcej znanych i lubianych (lub znanych i nielubianych, w zależności od poziomu zazdrości/dystansu do siebie/poglądów/przekonań/ambicji uczestników Targów) :D Wyhaczyłam Maję Sablewską, duet Wierzbicki i Schmidt, mignęły mi gdzieś KatOsu, Red Lipstick Monster, Adrianna Grotkowska, Kominek/Jason Hunt/Tomek Tomczyk/kolejne pseudo z przyszłości, wiem, ja też się już mylę. Oczywiście to nie wszystkie cudowne persony, które spotkałam. Poniżej na foto z Magdą z takiemojeoderwanie.pl, Kingą z gorzela.pl oraz Anastazją ze stazyjka.pl. Za to zresztą najbardziej lubię konferencje dla blogerów: mogę w realu spotkać osoby, które znam z internetu :)


Podczas całej konferencji Meet Beauty odbywały się również ciekawe panele (zwane wykładami), dostępne dla wszystkich zaproszonych blogerek. W części z nich udało mi się uczestniczyć - między warsztatami a snuciem się po stoiskach kosmetycznych a piciem kolejnej kawy (nie potrafię żyć bez kawy!). Najciekawszy z mojej perspektywy okazał się panel prowadzony przez Jest Rudo, a dotyczący fotografowania kosmetyków oraz kompozycji zdjęcia. I choć z różnych stron dobiegało ziewanie, szepty i ogólne wzdychanie (podobno panel nie był odkrywczy) to jednak ja usystematyzowałam sobie pewną wiedzę, a kilka innych spraw potwierdziłam. Mam nadzieję, że widać progres na moich zdjęciach, chcę, by były tylko lepsze!


Fajne show wykonał również Jason Hust, choć nie mógł sobie darować kilku uszczypliwości względem nas, blogerek kosmetycznych, piszących wciąż o jakichś bzdetach :D Rozbawił mnie twierdząc, że przejrzał wszystkie blogi - 300 - aż sapnęłam ze współczucia. Ależ się musiał zanudzić :D Dodajmy do tego 300 profili na IG oraz 300 fanpage'ów. Gdyby miał wybór pewnie wybrałby chłostę xD Ale wróćmy do tematu, bo wykład był bardzo inspirujący! Tomek pokazał nam swój sposób na ogarnięcie pewnego rodzaju chaosu okołoblogowego (skąd ja to znam?), usystematyzowanie pewnych działań. Podrzucił też kilka konkretnych rozwiązań. Chwała mu!
Ciekawy panel dotyczący kosmetyków mineralnych przeprowadziła Ewa z bloga mademoiselleevebloguje. Sporo wiedziałam, bo lubię minerały, ale zawsze fajnie podejrzeć innych "w akcji". Ewa Red Lipstick Monster jak zwykle pełna energii i uśmiechnięta, ale nie pamiętam nawet o czym mówiła :D Konferencję zakończyła dyskusja na temat blogowych biznesów, co do której mam mieszane uczucia.


W tzw. międzyczasie oraz niedoczasie włóczyłyśmy się między stoiskami na Targach Beauty Days. Podobnie jak na pierwszej edycji odwiedzających nie było w nadmiarze, więc spokojny spacer lekkim slalomem był przyjemny. Kręciłyśmy się to tu,to tam, rozmawiając, kupując (kosmetyków nigdy zbyt wiele!), podpytując, wąchając, wcierając, a przy tym gadając o wszystkim. Jednak blogerki kosmetyczne nie są monotematycznymi stworzeniami. Ba, są nawet całkiem zabawne - jak chcą ;)


Najmocniej ciągnęło mnie do stoisk z kosmetykami naturalnymi, tyle, że znam ich ofertę dość dobrze. Kusiło mnie najmłodsze dziecko Fresh & Natural, czyli Pasta oczyszczająca, ale powstrzymałam się od zakupu, ponieważ oczyszczaczy mam zbyt wiele. Na pewno za jakiś czas i tak wpadnie w moje rączki, ale staram się działać rozsądnie. Wąchałam i macałam jak szalona, że się tak wyrażę, wszystko co mnie zainteresowało. Popełniłam również zakupy, niestety aż tak rozsądna to ja nie jestem. Zakupiłam m.in. słynne pudry Ecocera (bambusowy oraz ryżowy), olej z pestek moreli (moje włosy go kochają!), pomadkę w płynie Golden Rose. Więcej grzechów nie pamiętam :D



Szybko minęły te dwa dni. Takie konferencje powinny trwać minimum tydzień, aby się nagadać ze wszystkimi, posłuchać wykładów i wziąć udział w warsztatach, które nas interesują. Oczywiście wiem, że to nierealne, czasochłonne i ogólnie szalone, ale w ten sposób nie trzeba by ciągle z czegoś rezygnować. A tak - podczas warsztatów nie możesz być na wykładach, podczas wykładów nie pogadasz (no dobra, trochę szeptałyśmy po kątach), a podczas zwiedzania targów musisz całkiem zapomnieć o Meet Beauty. Ciągłe kompromisy, mimo to wspomnienia pozostaną miłe, niedociągnięcia prawdopodobnie zapomniane jako nieistotne, a nowe znajomości kontynuowane. Amen.

Teraz czekam na See Bloggers w Gdyni, a to już... zaraz. Z kim się widzę?
Moje zdjęcie
CosmetiCosmos
Witaj na CosmetiCosmos.pl! Mam na imię Aneta i od kilku lat interesuję się kosmetykami i ich składami, szczególnie naturalnymi. Szukam prawdziwych perełek, lubię polskie manufaktury, kręcę też własne kremy. Interesują mnie także eko środki czystości. Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś ciekawego dla siebie (polecam wyszukiwarkę). Kontakt ze mną: cosmeticosmos@gmail.com

Jestem tutaj